Wanda Szczypiorska – W DROGĘ

0
105


Nie lubię Krakowa. Nigdy tam nie byłam. Ani we Wrocławiu. W Poznaniu też nie. Przyczyna prosta; za co? Trzeba przecież dojechać, gdzieś się zatrzymać, zjeść. Niektórzy koledzy z Akademii jeździli sobie tu i tam, ja nie, Raz tylko coś mnie naszło i pojechałam do Przemyśla zwiedzając Zamość gdzieś po drodze. Pamiętam… długo szłam piechotą. Skąd dokąd – nie wiem. Z Przemyśla w góry do jakiegoś zamku. Czy jest tam zamek? Bo może to wspomnienie cudzej opowieści? Wiem na pewno, ze podczas tej podróży, samotnej, miałam przy sobie Czuang Tse’go (nie rozstajemy się do dziś – do wczoraj, to będzie bardziej ścisłe). Nie wiem czy to zasługa jest autora czy tłumacza, wydaje się że tao ukształtowało mój światopogląd i charakter.

Nie było także okazji do podróży kiedy wyszłam za mąż. Mąż nie był podróżnikiem. Dorabiał się. Otworzył warsztat usługowy w którym realizował zamówienia. W tamtych , peerelowskich czasach nie trudno było się dorobić, dlatego też po roku, może dwóch kupiliśmy samochód. Nie po to żeby podróżować ale żeby był. Samochód to samochód. Status. Volkswagen garbus. Miał chyba kilkanaście lat i służył do wszystkiego, mąż nawet jeździł nim po polach kiedy było trzeba. Czy to mój pomysł ta wycieczka? A może dzieci chciały jechać? Nie sądzę, chyba nie. Nigdy niczego się nie domagały. Miały swój świat i swoje towarzystwo, ale wycieczka? Czemu nie. Kazimierz to mój pomysł. Bo ja tam byłam, w Kazimierzu jeszcze w studenckich czasach. Z kolegami. Nie było z nami żadnej koleżanki, kolegów było chyba z pięciu no i ja. I Gabryś. Mój Gabryś, choć może niezupełnie mój, pod koniec życia sławny malarz.. Byłam nieśmiała i milcząca, pogoda marna, deszcz, ja miałam okres, a spaliśmy pokotem w jednej sali. Wolałam tego nie wspominać, a może chciałam zatrzeć pamięć?

Podczas podróży dzieci siedziały zatopione w tylnych siedzeniach samochodu cichutko, zatrwożone bo nie wiedziały co nas czeka. Podróż nie była długa. Kemping. Duży błotnisty plac. Mieliśmy namiot, wydaje mi się że wypożyczony, niewielki, ale wystarczy na nas czworo. Nikt nam niczego chyba nie ukradnie? Poszliśmy zwiedzać. Zapewne rynek, a potem zamek i wąwozy. Chyba byliśmy też a Janowcu. To tylko domysł. Jedno się tylko wryło w pamięć. Na rynku w tłumie dostrzegłam znajomego To przecież Jacek, z Akademii, asystent profesora, znamy się tyle lat, codziennie robił nam korektę. Miły człowiek. Teraz jest jednym z luminarzy. Zaraz się przywitamy, pewno zapyta co porabiam. Ale nie. Bo on mnie nie poznaje. Niby to spojrzał na mnie, ale twarz ma zimną, obojętną. Obcą. Chociaż ja przecież nic od niego nie chcę. A on powinien mnie pamiętać, kiedyś powiedział komuś o mnie, że zmarnowałam życie.

*

Garbus nam dobrze służy ale ciasny i trudno przewieść coś o nieco większych gabarytach. Mąż kupił na przetargu fiata 125. Nie na chodzie. Już stoi na podwórku i będzie naprawiany. Części dokupi mąż na złomie w sklepie się przecież nie dostanie. Mąż jest przejęty; naprawa samochodu to wyzwanie. Po jakimś czasie, długim dosyć silnik ruszył. Lecz zgasł. To nic, przynajmniej jest nadzieja. Ale po roku fiat już był gotowy i w doskonałym stanie, przemalowany na brązowo więc jak nowy. Garbus już miał innego właściciela. Mój mąż rozjeżdżał teraz fiatem i miał na głowie pilne sprawy; zaczął budować dom. Na dziko. Według własnego planu i pomysłu. I mojego. Z początku trzeba było płacić jakieś kary, a potem przyschło, nikt się nie czepiał i budowa szła. Tylko przydziałów na budulec nie dawano, a więc w tym domu wszystko w ścianach jest, nawet podkłady kolejowe, z rozbiórki oczywiście i trochę drzew z własnego lasu, a reszta.. co tam w ręce wpadło.

Póki co mieszkaliśmy w starym domu, rodzinnej posiadłości, a tam był spory ogród. Maż się uparł żeby posadzić pomidory. Czemu nie. Grządka niewielka, kilkanaście krzaczków wymagających pielęgnacji. Już są malutkie, zielone pomidorki, a my jedziemy na wakacje, tym razem gdzieś nad morze. Wszyscy jesteśmy podnieceni. Mąż kupił namiot. Ma dwie sypialnie, salon, już nie będziemy biedakami na kempingu, możemy nawet budzić zazdrość. To dziś, to już. Mąż coraz bardziej jest zdenerwowany, miota się, każe mi podwiązywać pomidory, wrzeszczy na mnie, ja też wrzeszczę, a dzieci wystraszone prawie płaczą nie rozumieją, że to stres. Wreszcie wsiadamy i jedziemy.

Jeśli zechcemy możemy się zatrzymać na parkingu przy ruchliwej drodze. Na chwilę. Dzieci chciałyby zwiedzić Malbork, ale to jeszcze kawał drogi. Dojeżdżamy tam po południu, Jesteśmy w zamku, na dziedzińcu, zwiedzamy. Co było dalej nie pamiętam, jednak na pewno było warto, Lato, dzień długi ale zrobiło się już trochę późno kiedy zdecydowaliśmy się jechać dalej. Bo my jedziemy do Krynicy Morskiej, dlaczego? Doprawdy nie wiem czyj to pomysł. Mój? Po ciemku będzie trudno znaleźć drogę. Tymczasem w szczerym polu widać duży staw a nad nim namiot, ktoś w nim śpi, a wiec my także rozstawimy swój, Nikt się na pewno do nas nie przyczepi. A rano pojedziemy dalej.

Po tej wyprawie pełnej wrażeń, chociaż Bałtyk nie był zbyt dobrym miejscem do kąpieli, dzieci jak gdyby szybciej rosły, dojrzewały, niedługo każde z nich będzie już miało przecież swoje naście lat, a ja postanowiłam zrobić prawo jazdy. Lata siedemdziesiąte, niedobory w sklepach, a mąż te niedobory uzupełnia szczególnie w sklepach motoryzacyjnych, a więc powodzi nam się nieźle, budowa domu postępuje naprzód. No i skończyłam kurs. Nie wiem czemu zawsze bez trudu zdaje egzaminy, jeszcze tylko egzamin z jazdy. Instruktor jest znudzony, egzamin lekceważy, jest pewny, że nie będę jeździć, tak czy tak. Tu się pomylił. Maż kupił mi samochód. Mały fiat z tych pierwszych które wyprodukowano, czyli z początku lat siedemdziesiątych. Bez kluczyka, Trzeba otworzyć tylnią klapę, pchnąć kijkiem w zapłon, kiedy zapali szybko wsiąść i jechać. Bez problemu. Do sklepów w najbliższej okolicy.
Zbliżał się rok osiemdziesiąty. W domu był parter, ogrzewanie a nawet woda i łazienka, lecz piętro było jeszcze niegotowe. Te schody to mój pomysł. Kręcone schody z piwnicy aż do samej góry, konstrukcje maż wymyślił. Gruba rura, mocno w cemencie osadzona, wokół niej stopnie, a potem będzie jeszcze poręcz. Rura ma jeszcze jedna funkcję, o której wiemy tylko my; to schowek na dolary. Dolary trzyma się w słoiku, słoik w miękkim woreczku spuszcza się do rury na długim sznurku. No i wyjmuje kiedy trzeba.

W stanie wojennym niewiele się zmieniło. I owszem, ktoś nas śledził. Stali za płotem, niby turyści, ale nie wychodzili z samochodu. Ja nawet tam podeszłam i zapytałam o co chodzi, a oni nie odpowiedzieli. Potem przestali się interesować. Czerwony fiacik z rdzą na bokach wciąż na chodzie. Ale to trochę krępujące, dla męża chyba, bo mnie jest wszystko jedno. A on coś kombinuje, nad czymś myśli i wreszcie wiem już o co chodzi. Kupi malucha prawdziwego w Peweksie, za dolary i na mnie go zarejestruje. Trzeba więc wyjąc słoik i przeliczyć. Miejmy nadzieję, ze wystarczy.
Za Fiata płaci się w Warszawie, w Peweksie, a potem trzeba jechać i odebrać w Bielsku Białej, Kawał drogi, ale wygodnie, bo pociągiem. W Bielsku byliśmy kilka dni zanim samochód był gotowy do odbioru i nocowaliśmy u jakiś ludzi, chodziliśmy po mieście. Wybór odpowiedniego samochodu nie sprawił nam trudności, bo wszystkie były jednakowe, burozielone, ładny kolor. Odrzut z Chin. W powrotnej drodze maż prowadził.

Nie rozstawałam się z tym samochodem jak z kimś bliskim. Byliśmy zawsze razem, od rana do wieczora, wszędzie, lecz nigdy nie przyszło nam do głowy pojechać do Warszawy. Radość, Wawer, o tak, raz byłam w Wołominie, ale w Warszawie nigdy. W Górze Kalwarii owszem, byłam, ale w Warszawie – nie. Mogłam przecież zabłądzić na jakimś skrzyżowaniu, stracić głowę wjechać pod prąd, a potem nie moc się wydostać… o nie, na to nie mogłam się odważyć. Zresztą po co? Samochód zostawia się pod stacją w Świdrze i do Warszawy jedzie się koleją.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko