Zdzisław Antolski – Ostatni warszawscy Mohikanie

0
177

Leszek Szymański to polski pisarz emigracyjny, założyciel słynnego pisma „Współczesność”, w którym pisali autorzy tej miary co: Stanisław Grochowiak, Andrzej Brycht, Ireneusz Iredyński, Marian Ośniałowski i wielu innych. Leszek Szymański mieszka aktualnie w Australii. Współredagował pisma „Wiadomości Polskie” w Sydney i „Gwiazdę Polarną” w USA. W języku angielskim wydał wiele książek z których najbardziej znana jest jego monografia Kazimierza Puławskiego, został uhonorowany medalem „Zasłużony Kulturze”, jako „osoba szczególnie wyróżniająca się w dziedzinie twórczości artystycznej, działalności kulturalnej oraz ochronie kultury i dziedzictwa narodowego”. Otrzymał także nagrodę im. Józefa Conrada za publikacje pisane w języku polskim i angielskim.

Chyba najbardziej niezwykłą książką Leszka Szymańskiego jest wydana w 2018 roku w Orlando w USA powieść autobiograficzna pt. „Wspomnienia bez mundurka (zaraz po wojnie)”. Już sam tytuł odwołuje się do znanej powieści Wiktora Gomulickiego. Książka „Wspomnienia bez mundurka” ukazała się w stulecie powstania Gimnazjum i Liceum im Stefana Batorego w Warszawie. Poświęcona jest w dużej części uczniom oraz nauczycielom tegoż gimnazjum w przełomowych latach po II wojnie światowej.

Życie w powojennej Warszawie było bardzo trudne, począwszy od kłopotów z skompletowaniem ubrań. Oto barwny fragment powieści obrazujący te kłopoty, a ukazujący skalę talentu autora w przedstawianiu przeszłości.

„Ale dopiero, gdy nastały chłody i mrozy różnorodność zewnętrznego przyodziewku ukazała się w pełni. Jedni mieli normalne palta, albo wojskowe płaszcze zachodniego kroju lub sowieckie szynele, inni kożuchy, rosyjskie fufajki-waciaki, a nawet pledy i końskie derki z dziurami na głowę i ręce. Nikt nie chodził bez nakrycia głowy i rozmaitość dominowała: od cyklistówek, zwanych oprychówkami, przez berety do futrzanych sowieckich czap i okrągłych szkolnych mundurowych, do dwu kapeluszy, normalnego Leśnego i Baden powellowskiego Śledzińskiego i tyrolskiego kapelusika Kulki, z figlarnym piórkiem, ale i okrągłą dziurą. Wedle famy kapelusik był niegdyś własnością folksdojcza współpracownika Gestapo a dziura wynikiem wyroku sądu podziemnego. Kilku nieszczęśliwców pozbawionych lepszego nakrycia głowy obwijało swe przybytki mądrości szalikami i chustami. Tadek Binkowski przez pewien czas zakrywał swoją tonsurę czarnym księżowskim kapeluszem, szerokiego ronda, nie wiadomo skąd wytrzaśniętym przez jego matkę, ale zwrócono mu uwagę, że była to uzurpacja i Tadzio obdarował swój kapelusz katechecie, który się odwzajemnił pięknie ilustrowanymi Żywotami Świętych i włóczkową mycką.

Z jeszcze przedwojennego, kupionego na wyrost, kożuszka Felcio ostatecznie wyrósł i przez długi jesienny czas chłodu, chodził w dwu swetrach pod angielską marynarką, aż Mama po otrzymaniu pierwszej pensji z prac w restauracji zakupiła mu palto. Felcio idąc do szkoły pamiętał dziwne uczucie jakby izolacji od zimnego powierza. Czuł się pasażerem limuzyny. Jeśli chodzi o obuwie, też było zróżnicowane. Normalne buty, buty z cholewkami, trzewiki, kamasze, tenisówki i kalosze, a później kierpce i walonki. Buty Felcia były zelowane, tak długo jak to było możliwe i przyozdabiane żabkami z przodu i tyłu. Gdy już się nie dało dziur w podeszwach reperować, Felcio kładł składane gazety co całkiem chroniło od zimna, ale nie od wody z kałuż i błota. Zwłaszcza, że końce trzewików przypominały rozchylone usta spragnione płynu. Felcio jaka kania dżdżu z utęsknieniem wyczekiwał na ulewny deszcz. W porze, gdy miał się wybierać do szkół, bo rodzice pozwalali mu wtedy pozostać w domu i mogli się oddać rozkoszom czytania. Gorzej bywał jeśli ulewa złapała go po drodze i przemókł. Nie był wyjątkiem a przeważ nikt nie posiadał ani parasola, ani nieprzemakalnego płaszcza, nawet Cieplic i Liberman, czy prywaciarze, więc klasa zamieniła się w zwolna parującą turecką łaźnię – na zimno.”

Bohaterem powieści, niewątpliwie na poły dokumentalnej, opartej na wspomnieniach autora, jest Felcio oraz jego szkolni koledzy, ich rodzice i profesorowie. Sama akcja, czyli życie szkolne i pozaszkolne, ma wiele wątków ubocznych, komentarzy i odnośników do ówczesnej rzeczywistości. Pełne obserwacji i szczegółów z życia powojennego. Jako tło występuje zburzona Warszawa, w gruzach której grasują drapieżne króloszczury, czyli skrzyżowanie królików ze szczurami. Mimo straszliwych zniszczeń, w gruzach tętni odradzające się życie.

W szkolnictwie jest to moment szczególny, tworzenie się nowego totalitarnego ustroju, nowego modelu wychowawczego, opartego na marksizmie-stalinizmie, na gruzach przedwojennej tradycji. Autor tak to przedstawia:

„Pierwszoklasiści w 1945 roku wspinali się na pierwsze szczeble kariery akademickiej, by zdać maturę, albo więcej uzyskać dyplom uniwersytecki i współrządzić imperium sowieckim, ale nie mieli jeszcze programu. Byli ostatnią klasą starego systemu i pierwszą nowego. Administratorzy Polski Ludowej pragnęli tę przedwojenną produkcję wychować na karnych współpracowników Partii, ale dawali jej taryfę ulgową, której miały nie znać następne pokolenia kształtowane na wzór sowieckich pionierów. „Poemat pedagogiczny” był już napisany, ale śruba niezakręcona na ostatni gwint. Chłopcy, oczywiście nie zdawali sobie sprawy że byli szczepem ostatnich Mohikanów.”

Dlatego właśnie obraz szkoły im. Batorego w tym przełomowym okresie jest tak ważny i odmienny od znanych nam późniejszych opisów pedagogiki socjalistycznej. Połączenie dawnego z nowym tworzyło groteskowe formy, co było najbardziej widoczne podczas szkolnej celebry:

Sam proces rozpoczęcia nauki w sławnej szkole był pełen trudności: „Przyjęcie Felcia do sławetnego gimnazjum Batorego nie było bynajmniej łatwe, choć rodzice chłopca wrócili do Warszawy z Krakowa, gdzie spędzili całą okupację, już w czerwcu 1945 roku. Gdy Ojciec zgłosił się do kancelarii szkoły, okazało się, że nie było wolnych miejsc. Ojciec był już gotów zrezygnować z Batorego i szukać innej szkoły, nawet już miał upatrzone gimnazjum, podobno prywatne, Górskiego na Smolnej, którego uczniowie nosili francuskie kepi. Ale zwykle nieśmiała Mama nie dawała za wygraną.”

Po tych wstępnych przeszkodach uczestniczymy w takiej oto uroczystości szkolnej pokazującej jak stare łączyło się z nowym w marionetkowo-groteskowym wymiarze:

„Gimnazjum i Liceum imienia Stefana Batorego, choć niegdyś zwane królewskim, nie miało wiekowych tradycji. Powstało tuż przed uzyskaniem pełnej niepodległości w 1918 roku, więc w jego cieniu nie mogli medytować jezuici Wujek, Skarga, czy Sarbiewski, ale nie tak dawno tymi samymi ulicami biegli chłopcy przyszłych Szarych Szeregów: Zośka, Glista, Krzysztof, Alek i inni.

Gdy Felcio wreszcie dowlókł się do szkoły, z której tylko centrum parteru i jedno skrzydło ocalało, pochód właśnie wyruszał. Na czele szedł pan woźny „Łyson”, jako jedyny, choć wątpliwy, przedstawiciel proletariatu, dzierżąc czerwony sztandar. Zanim dążył wicedyrektor „Łysek”, z biało-czerwony, sztandarem, a obok niego ksiądz Paciorkiewicz z kościelną chorągwią. Za nimi maszerował Korpus Pedagogiczny i biało-czerwonymi i czerwonymi chorągwiami, dalej niezbyt liczne licealne klasy i ciżba pierwszoklasistów; od chłopów jak dęby do malców. Po bokach orszaku niby dwa psy pasterskie pilnujące stada owiec: z jednej strony kłusował porucznik Jakubowski a z drugiej Mr Cooper. Porucznik w galowym mundurze z orderami, a Mr Cooper w długim rosyjskim szynelu również przyozdobionym licznymi odznaczeniami. Felcio pokuśtykał za ostatnim rzędem korowodu, który posuwał się w dół ulicy, by zatrzymać się przed spół zburzonym kościołem, naprzeciw którego stały trybuny udekorowane czerwienią i biało-czerwonymi flagami.

Kolosalne kolumny, jak z białego marmuru, niczym wzięte z Agropolis leżały pokłosem przed olbrzymim, lecz rozwalonym jakby bombami kościołem. Obraz uwieczniony w „Złym”, Tyrmanda. Po drugiej stronie ulicy, vis a vis, widniały trybuny udekorowane czerwienią i polskimi flagami (do których widoku, po latach okupacji Felcio ciągle jeszcze nie przywykł) i pochód się zatrzymał.”

Obraz tyleż śmieszny, co groźny i złowieszczy, godzien pióra Gombrowicza i Mrożka. Jednak to rzeczywistość wczesnego komunizmu była groteskowa, zaczynały się pierwsze aresztowania podejrzanych o wrogość wobec nowego ustroju i umacniała się propaganda, a jeszcze trwały resztki modelu nauczania przedwojennego, z historią starożytną i kultem Marszałka, którego zastępował powoli Generalissimus Józef Stalin. Groteska zamienia się w grozę, kiedy nowym patronem szkoły zostaje Feliks Dzierżyński, enkawudzista o morderczych predyspozycjach.

Na gruzach wielkiego miasta zaczynało tętnić życie, a ważnym jego elementem były książki i uliczni bukiniści:

Autor wspomina: „Bukiniści” tego warszawskiego lewego brzegu Sekwany oferowali swój towar na skrzyżowaniu Alej z Marszałkowską, naprzeciw pustego terenu po getcie. Po przeciwnej stronie ulicy nie było ani sklepów, ani bukinistów. Kręcili się tam młodzi ludzie szepcząc tajemniczo: „Twarde, miękkie, kupuję, sprzedają…, świnki, świnki?” Jak Felciowi wyjaśnił Kwiryn, mieszkaniec tego epicentrum Warszawy, miękkie to były banknoty dolarowe, twarde złote dolary, a świnki złote pięciorublówki carskie. Dziwne czasy, kiedy monety bito ze złota i złote pięć dolarów było warte akurat pięć dolarów. Panowie szepczący: „Kanada, Kanada” oferowali towary z paczek UNRRA. Głownie papierosy i neskę – słoiki sproszkowanej kawy. Można było u nich też Zamość całe kartony „Unry”. Inni handlowcy prezentowali cenny towar biżuterię, zegarki i przedmioty z szabru.”

Należy podziwiać niemal fotograficzną pamięć autora co do poszczególnych wydarzeń. Książka jest niezwykle cennym dopełnieniem naszej wiedzy historycznej, bo losy uczniów I B-klasy liceum Batorego to cząstka historii Polski. Książka jest również opisem dojrzewania psychicznego i intelektualnego Felcia, głównego bohatera. Chłopca wrażliwego i oczytanego, bystrego obserwatora rzeczywistości, fałszów propagandy i paradoksów nowego ustroju. Książkę zamyka „Epilog”, przedstawiający dalsze losy ludzi prezentowanych w książce. Są one typowe dla tego okresu. Jedni robią kariery popierając nowy ustrój, współpracując z rządowymi gazetami, a inni trafiają do więzienia lub pozostają na uboczu życia.

Sam Felcio, nosił nazwisko Matol, co niezależnie od bardzo dobrych lub bardzo słabych ocen, było przyczyną przezwiska „Matoł”. Felcio, zwany także Fonsiem niewątpliwie porte parole Autora: „… zostawił obiecującą karierę literacką w Polsce uzyskując azyl polityczny za granicą, stał się anglojęzycznym pisarzem i historykiem. Cenionym, lecz nie finansowo. Czasem w Londynie, Sydney, czy Los Angeles ktoś zatrzymywał go okrzykiem nie to radosnym, nie to potępiającym:

– Fonsiu, co ty tu robisz, Kretynie!

I Felcio zastanawiając się nad odpowiedzią i przyznając słuszność pierwotnego przydomka; z mickiewiczowskim rozrzewnieniem pamiętał te „sztubackie” czasy chronione żelaznym listem młodości.

Fajne były chłopaki, tego „ostatniego zajazdu na „Litwie”.

Książka Leszka Szymańskiego ma duże walory literackie i dokumentalne. Jest wiernym odbiciem czasów powojennych w Warszawie, widzianych okiem wrażliwego chłopca. Zapełnia w polskiej literaturze pewną lukę, dotyczącą czasów początków PRL-u.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko