ALEKSANDER NAWROCKI – wiersze

0
230

            * * *               

Miłość – jezioro w którym
zakwita żal do piękna,
kiedy śnieg opada
na wykarczowane z dzieciństwa
dni i miasta po wojnie.
Aż wreszcie przychodzi kobieta,
pretekst do marzeń,
w bezdrzewny wieczór,
gdy jezioro szuka swej duszy.

            *  * *            

Kochać, co godne odejścia:
szczęście w czyichś oczach,
drogę do Canossy,
nieobecność zbrodni
i nożyce rzeczywistości
w ciele wyobraźni.

Kochać można nienazwane,
co przyjdzie, co jest
większe od nas.
A te dwa brzegi: życie i śmierć?
To tylko smutek
pękniętego dzwonu,
piasek w oczach fal.

            Barbara

Imię – włożyłaś między  borówki,
uśmiech – przez wrzosy wąchają sarny,
do chorej wiśni sprowadzasz księcia
i wycie wilka w srebro oprawiasz.

Palma do ciebie łasi się świętem,
a łotr rozbija dzban i ucieka:
cierpliwie zbierasz okruchy, żeby
w pięknej mozaice dzień się zamyślił.

Wszyscy odchodzą, ty śnieg malujesz,
pająka, który był nawet gwiazdą,
kładziesz na dłoni, by nieba słuchał,
aż wiosna pękła wczoraj w badylach

i król purpurę nakazał deszczom.
A ja zrzuciłem swą burkę z jeża,
kły zakopałem pod świt dębowy,
kiedy, wraz z sokiem skrytych borówek,

twe granatowe imię wypiłem.

            Zamiast erotyku

Powietrze ciemnieje oddychając tobą –
pani milcząca wśród pulsowań czasu.
Odpychasz wieczór ręką i w tym geście
zastygłym jesteś jak ciężar pytania.
Ptaków w twych włosach
wołanie zza rzeki
i dziewcząt uśmiech pąsowy opadłych
jak jasne deszcze w chciwe usta ziemi.
Różo, spokojnym igliwiem
świtów rzeźbiona,
z białych brzegów lata
morze błogosław i łagodny kamień –
          sypkiego życia dwa piękne ramiona.

            Znad jeziora Ohrid   

Bałkańskie południe. Róże
pochyliły się ku jezioru,
góry przysnęły w upale,
woda banalnie błękitna.

Za czerwonym zapachem róż
ciebie  widzę,
przez niebieskie wody jeziora
patrzą na mnie twoje oczy,
budzą się góry sylabizując
twoje imię
i jeszcze obłoki
jak twoja sukienka
trzepoczą na wietrze
i płyną na północ,
nad Bałtyckie Morze,
do Jantaru,
gdzie sosny i bursztynowa plaża,
gdzie teraz ty.
Zawieszasz ręce nad zachodzącym
słońcem sierpnia:
czysty Cezanne,
a może Botticelli
w renesansowym objawieniu.

           21 VIII 2010           

  Tobie

Bądź zawsze piękna jak łabędź i lilia,
kiedy jezioro okrywa się niebu,
zapalaj gwiazdę w kamieniu przydrożnym,
          dokołysz bajkę do szczęśliwych progów.

Podaj motylom uśmiech chybotliwy,
po śladach poznaj i sarnę, i piegżę,
małe kolibry zawieś na kolczykach
i złoty jeleń niech wbiegnie gdy płaczesz.

Bądź zawsze piękna. Dzisiaj i w starości
śpiewaj, choć różę ktoś chce zerwać obok,
z ziół tęczę zbieraj na wianki dla córek,
zachód odwracaj od burz i od starców.

Bądź zawsze młoda, choć sady dojrzałe
zrzuciły jabłka, posnęły owady,
bądź zawsze dobra, chociaż śnieg na drzewach
          moją ścieżkę z borów w słońce prowadź.

            Barbarze – bajce                                                    

Moje głogi tkwią w tęczy,
w jej deszczowym sercu,
bijącym oddalającą się burzą.
Ciasno w nich, zimno
jak po każdej nadziei
i drozd nie uwije tu gniazda.

Tylko ty stoisz wytrwale,
wyjmujesz kolce z ran tęczy,
by krew nie zapomniała spływać
do kamiennych dzbanów oczekiwań.
A drogi zachłystują się wiosną
i bajka szczęśliwsza jest od życia

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko