Andrzej Wołosewicz – O debiutantach, czyli krytyk robi rachunek sumienia

0
254

Andrzej Wołosewicz


O debiutantach, czyli krytyk robi rachunek sumienia

 

Cyprian Kamil Norwid            Tytuł jest na wyrost, bo ja akurat piszę o debiutantach mało. Nie mam do nich dobrego i łatwego dostępu, czasami znajomi poeci i wydawcy coś podrzucą. Tak było lat temu ileś z Anną Marią Musz, tak z Małgosią Lebdą, którą – tym się chwalę – wyłowiłem na Piastowskiej Biesiadzie Poetyckiej ponad dziesięć lat temu i upierałem się w swej recenzji z debiutanckiego tomiku Małgosi „Otwarta na 77 stronie”, że to już dobra poetka a będzie jeszcze lepsza (patrz: Kwartalnik RED nr 1(2) maj 2007, „Nowa siła w poezji – tak wieszczę”). I teraz, gdy widzę, jak się rozwinęła, to serce rośnie. Ponad rok temu Aldona Borowicz podrzuciła mi z kolei „Światy równoległe” Arkadiusza Kwaczka (pisałem o nich w Migotaniach nr 3(48)/2015) a Cezary Sikorski i Leszek Żuliński podsunęli „kamień przewiązany trawą” Krzysztofa Micha (Migotania nr 4(49)/2015).Cieszę się z tych podrzuceń, bo to naprawdę dobrzy młodzi poeci, wartościowi na przyszłość – podkreślam to, bo któż jak nie my, krytycy, powinniśmy ryzykować i wieszczyć, szczególnie gdy dotyczy to poetów bardzo dobrego startu. A jeszcze, wymieńmy dla przykładu, że oni idą falą (na szczęście nie Nową) – Joasia Bąk, Agnieszka Marek, Beata Patrycja Klary, Agnieszka Syska. Dobrze jest robić sobie co jakiś czas taki krytycznoliteracki rachunek sumienia. Oczywiście nie musi on i nie może dotyczyć tylko debiutantów, ale oni są najwdzięczniejszym tematem. A utwierdziłem się w tym czytając ostatnio eseje Kazimierza Wyki, którego już na naszych łamach przywoływałem z różnych zresztą powodów. Teraz czynię to z powodu debiutantów, którymi Wyka się zajmował. Znamy te nazwiska, zapisały się srebrnymi i złotymi głoskami w naszej literaturze: Baczyński, Białoszewski, Herbert, Grochowiak. Inni nie wywalczyli sobie miejsca w podręcznikach i literaturze szkolnej, ale też są znakomici, choć mniej pamiętani, jak Stanisław Czycz, czy w ogóle pomijani, jak  Leszek Elektorowicz.

            Nie będę pisał o czym mówi Wyka w swoich recenzjach poezji ówczesnych debiutantów, nie o to chodzi  w tym tekście, a po Wykę każdy może sięgnąć sam. Skupiam się na samym pisaniu, na tym, że podejmujemy trud sekundowania debiutantom. Tonie jest sytuacja łatwa dla nikogo. Krytyk, tym bardziej jeśli poza oceną zdobywa się na przewidywanie – ryzykuje. Debiutant, cóż, on jak kania dżdżu łaknie reakcji, zauważenia, a przynajmniej dostarcza rzetelnej analizy, to dopiero. Myślę, że niewiele, jeśli cokolwiek, zmieniło się od czasu, gdy Wyka oceniał „swoich” debiutantów. Może tyle, że teraz staliśmy się – nie wszyscy, ale wielu – zbyt skrajni, zbyt mało zniuansowani w swoich ocenach, bo albo wynosimy pod niebiosa, albo krytykujemy w czambuł. Inna sprawa, że do zniuansowania własnej opinii trzeba i taktu i przygotowania. Tym zdaje się Wyka i jemu współcześni nas przewyższali. Może jeszcze i tym, że wówczas życie literackie miało swoje ramy, środowisko, związane z nim pisma, polemiki. Dziś to wszystko uległo rozproszeniu. Ja na przykład, pisząc krytycznie w związku z pewnym konkursem, marzę choćby o takim jednym miejscu konkursowym i po-konkursowym gdzie można by obejrzeć w trzech krokach: (1) ogłoszone konkursy, (2) ich wyniki i przeczytać (3) nagrodzone wiersze. Teraz trzeba „biegać” po internecie a i tak bez przekonania, że ma się jakiś w miarę pełny przegląd. Nawet próbowałem wysondować, czy Biblioteka Narodowa zbierająca przecież wszystko lub prawie wszystko, nie mogłaby wydawać takie Roczniki (po)Konkursowe, ale chyba wcześniej zdobędzie się na to ktoś prywatnie. Przypominam, że takie Jedno Miejsce przyciągnie zaglądających na strony, co dla witryn jest nie bez znaczenia. To też byłby element naszego tytułowego krytycznoliterackiego rachunku sumienia.

            A, wracając do Wyki, jaka frajda czytać teraz o debiutantach pokroju Grochowiaka, Herberta czy Białoszewskiego, czytać o nich teraz gdy – przynajmniej ja znając jako tako ich twórczość – miałbym kłopot z wymienieniem tytułów ich debiutanckich tomików. Poza tym lekcja Wyki, którą ostatnio przerabiam, w wypadku debiutów daje wgląd w to, co tak pięknie określił on w „Liście do Jana Bugaja”: „Zastanawiam się nad tymi sprawami, by dotrzeć, gdzie biją źródła stylu Pana. Nie – gdzie sa jego ujścia. Te sa bowiem w utworach skończenie własnych, pełnych swoistego czaru, po którym poznawać będziemy odtąd wiersze Pana, w utworach świadczących o całkowitym zasymilowaniu i przetworzeniu wymienionych powinowactw.” Właśnie, patrząc na źródło by dostrzec ujścia. To jest owo ryzyko krytyka wobec debiutanta, ale warto je podejmować. S

            Przy tej okazji o jeszcze jednym ryzyku chciałbym koniecznie powiedzieć. Byłem ostatnio w jednej z warszawskich szkół imienia Krzysztofa Baczyńskiego. I i przypomniałem młodzieży wspomnianego Kazimierza Wykę i jego „List do Jana Bugaja” oraz związaną z nim chronologię dat. List zaczyna się tak: „Od wielu miesięcy dłużen jestem Panu ten list. Kiedym poznał niektóre z wierszy Pana, w krótkich rozmowach ubiegłego lata i ubiegłej jesieni służyłem Panu pierwszymi fragmentami mego sądu o nich. Umówiliśmy się wówczas, że zamiast recenzji spróbuję w liście sformułować, co myślę o wierszach przesłanych mi tymczasem w ich obecnej formie – Wierszy wybranych Jana Bugaja.” Ubiegłego lata, pisze Wyka w liście z 5 maja 1944 roku, więc kontaktowali się  sprawie poezji w 1942. Kontaktowali się gdzie i kiedy? W Warszawie anno domini 1942, 1943, czyli na rok przed tragiczną śmiercią Baczyńskiego na barykadach Powstania Warszawskiego. Mówiłem młodzieży, zobaczcie, ja sam powtarzam, że literatura to margines, a poezja to margines tego marginesu. Podpieram się tu nie byle kim, bo Goethem, który pisał, że literatura jest najpoważniejszą z naszych niepoważnych aktywności, a tu w samym sercu wojny dwóch panów koresponduje w sprawie… poezji! Świat wokół wali się we wcale nie pijanym widzie tylko w realiach najgorszych ludzkich instynktów, za każdym ułomkiem ocalałych murów czai się śmierć, codzienne normalne życie pozostając codziennym przestało być normalnym, a ci dwaj… o poezji! Serce roście, szczególnie u takiego narzekacza na upadek zainteresowania nią jak ja. Upada, upada, nie czarujmy się, ale warto od czasu do czasu przywołać, odświeżyć takie argumenty na rzecz jej mocy, że jest ważna nawet w otoczeniu i w obliczu gruzów i śmierci.

            Oczywiście nie życzę nam, nikomu nie życzę sprawdzania poezji w tak skrajnych warunkach, jak te, które były wówczas udziałem Wyki i Baczyńskiego, ale życzę nam jak najbardziej sprawdzania się wobec debiutantów, podejmowania ryzyka przewidywania, jak potoczą się ich losy. Ktoś musi to robić, do diaska!

           

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko