Eugeniusz Kabatc – Młyn – rygory i magia

0
62

Eugeniusz Kabatc

 

Młyn – rygory i magia

 

Aleksander Gierymski     Polskość w białoruskim ogrodzie miewała się całkiem dobrze. Czy równie dobrze miewał się białoruski ogród pod polskim dziedzicem, to już inna sprawa. Historia dużą literą jest bogata i pełna dramatycznego wyrazu przy układaniu tego obrazu, lecz w czasie nas tu interesującym kołatała się koncepcyjnie między asymilacją a nacjonalizmem. „Credo polityki narodowościowej” , przedstawiona przez Cata-Mackiewicza rozchełstanej partyjnie Polsce przed nowym 1923 rokiem, opiera się na przypomnieniu, że „Żywa twórczość polegająca na budowaniu z różnych etnicznych elementów, dzięki atrakcji kultury polskiej, jednego państwa polskiego stanowiła istotę imperializmu polskiego.” A zatem w konkluzji myśli: „Polska musi asymilować oraz pozyskiwać sobie wiernych obywateli, z tego zaś wniosku nakaz bezwzględny: Polska nie może uprawiać polityki nacjonalistycznej”. W przeciwieństwie do założeń programowych Narodowej Demokracji, że wszędzie, także w życiu społecznym i administracyjnym kraju „należy zastrzec dla Polaków pierwszeństwo”.

 

    Oczywiście, skoro tyle trudnych spraw narodowościowych kotłowało się w naszej wschodniej Polsce, zresztą z udziałem samego marszałka Piłsudskiego,  naszego narodowego Dziadka, musiały one zaważyć na naszej „małej historii”, rodzinnej, co się objawi zwłaszcza po latach, ale co już wtedy, w czasach gospodarczo kryzysowych, nie przebiegało równolegle, nie tworzyło jednolitego obrazu, pozostając zawsze mozaiką niejednorodnych wartości składowych. Ponury opis tych ziem przedstawił w swojej reportażowej książce „Droga przez rojsty” Józef Mackiewicz, zawstydzając niepodległy byt ojczyzny nędzą białoruskiej wsi, niedostępną mojej niedorosłej polskości otulonej kolorami i smakami rodzinnego gniazda. Dużej zagrody, gwarnego obejścia, wypełnionego nieustanna pracą. Tu zawsze coś się działo, coś się przetwarzało, coś wytwarzało. Dzielnie, w sposób zorganizowany. Kuzynka Lusia, znająca sę na rzeczy o studiach w SGGW, tak to pamięta:

„Podział pracy w gospodarstwie był taki:

Babcia chowała świnie, gotowała dla nich ziemniaki, zbierała zielsko i zadawała paszę. Oprócz tego  piekła chleb, robiła masło i szykowała jedzenie dla rodziny, głównie śniadania i obiady, bo kolacje były skromne i na ogół każdy coś tam sobie przyrządzał. Ciocia Tania doiła krowy, sprzątała dom, prała i pomagała w gotowaniu. Zimą babcia i ciocia przędły len, a ciocia jeszcze robiła płótno i kilimy na krosnach. W gospodarstwie bywały często owce i wtedy zajmowano się przędzeniem wełny, farbowaniem i robieniem dywanów. Z owczych skór szyto kożuchy. Dziadek zajmował się nadzorem gospodarstwa, zawsze wstawał o wschodzie słońca i obchodził cale gospodarstwo, ustalając co w najbliższym czasie trzeba w polu robić. Sam czasem orał, bronował i kosił trawy, ale też często pomagał mu wujek Antoni, kiedy nie był zajęty w młynie. Do takich prac polowych, jak żniwa czy wykopki ziemniaków wynajmowano ludzi ze wsi, gdyż chcących dorobić było wielu małorolnych gospodarzy. Do pasienia bydła wynajmowano pastucha. Żniwa prowadzone były ręcznie przy pomocy sierpów. W żniwach brała udział również ciocia Tania, a my, dzieci, donosiliśmy wodę i maślankę. Jak przyjeżdżali na wakacje wujkowie nauczyciele, to i oni brali udział w żniwach. Zawsze hucznie obchodzone były dożynki. Robiło się dla wszystkich żeńców poczęstunek, a dziadek stawiał dużo wódki. Było gwarno i wesoło.”

     Przedsiębiorczość, cecha człowieka wynosząca go ponad przeciętność, w tych okolicznościach sprawdzała się produktywnie i wychowawczo. Edukacja była próbą wyjścia z wiejskiego zaścianka,  z ograniczeń nie tylko wiedzy, ale i klasy chłopskiej, zawsze upośledzonej społecznie i bezceremonialnie wykorzystywanej, toteż dziadek najmłodszych synów, Aloszę i Kolę wysłał po wiedzę i klasowy awans do seminarium w Świsłoczy, zaś ideą produktywności objął swoje intensywne działania w pełnym cyklu wytwórczości rolnej.

    Tak to zrozumiałem znacznie później, ale już wówczas moją uwagę po tej stronie wrażeń ożywiły żarna. Stały w kącie kuchni niepozorne i rzadko używane, ale jakby, gdy trzeba, zaświadczające o swoim symbolicznym znaczeniu na tej, dziś rzekłbym, rudymentarnej drodze od ziarna do chleba, Na mąkę do codziennego użytku już nie były potrzebne, ale przecież babcia włączała je czasem w rytm pracy kuchennej i wtedy przypominały o swoich mocach i funkcjach w różnych epokach dziejów. Były swoistym węzłem pojęć w ciągu długiej współpracy człowieka z przyrodą, z którą umawiano się w sprawie ziarna, jako znaków talentów boskich, że się je zasieje ubogo, a zbierze bogato, że się podsuszy, wymłóci, wiatrem przewieje, a następnie bezlitośnie zmiażdży; bo wtedy dopiero obnaży ono swoją jasną treść: chleba naszego powszedniego.

   To co boskie w naturze i ludzkie w rozumie zbiegało się tu, na wsi, inaczej niż w mieście, widoczniej, toteż mogłem pojąć łatwiej, jak to się dzieje, że woda rzeki uruchamia młyńskie koło w Narewce, a wiatr znad lasów i łąk wprowadza w obroty skrzydła wiatraku  nad drogą do Lewkowa; i że imponujący ruch obu urządzeń zależy bezpośrednio od kaprysów przyrody i pogody.

    Wujek Filip przywiózł z Ameryki to swoiste poczucie  i potrzebę niezależności, która jest siłą napędową tamtego wielkiego narodu za oceanem. Powrócił także wraz z wiedzą nabyta podczas ciężkiej pracy przed wojną i zasobem dolarowym za udział w amerykańskiej kampanii wojennej w Europie. Kiedy ożenił się z Anastazją, czyli ciocią Naścią, kolejną córką dziadka gotową do wylotu z gniazda i przedstawił swój zamysł budowy młyna pracującego poza łaską przyrody, korzystającego z napędowej siły pary lub ropy, dziadek obdarzył go odpowiednia po sąsiedzku  posesją, a potem nawet synem Antonim, który stał wujka Filipa szwagrem-wspólnikiem.

    Pora była po temu najwyższa, by działać wspólnie, uznał dziadek, bo nawet amerykańska energia  zięcia mogła łatwo przygasnąć, zderzywszy się z wielorakimi trudnościami przy realizacji przedsięwzięcia. Wszyscy przyglądali się z nieskrywanym zaciekawieniem, jak sobie poradzi „toj amierykaniec z Ochrymou”, który harował od rana do nocy, montując kocioł parowy, ściagając karcze z pobliskich wyrębowisk, układając pierwszy pas transmisyjny…”Usie pany, usie pany, adzin Pilip melnik”, skomentował dziadek zawistnych gapiów i ruszył z pomocą…                      

    Teraz pamięć rzeczy zaczyna przybierać charakter kalejdoskopowy: biegną obrazki, obrazy, wrażenia, słowa z różnych okoliczności, echa niedojrzałych jeszcze do oceny znaczeń, ale wszystkie barwne, jak chabry w zbożu, owe bławatki Bohuszewicza [o których tyle pisał potem wujek Aleksy], jak gwiazdy  białoruskich pól, jak wianki na głowach moich kuzynek, z którymi uczyłem się dobierać odpowiednią długość źdźbła, gdy szykowałem dekoracje do teatrzyku na ganku dziadkowego domu, zmuszając kuzynki do jałowego w końcu wysiłku, gdy one wolały wyprawiać się wzdłuż kolei „tam, gdzie rosną poziomki”, za most, za Suchodołów, za rzekę…

    Rzeka to Narewka. Na mapie niebieski wężyk, cienkim ołówkiem kreślony. A w przyrodzie ziemi tutejszej granica łąk, roli i lasu, tego boru, z którym się rodziła i trwała jak siostra z bratem, człowieka jednak z jego czynem, uczuciem i wyobraźnią mając za pana. Cóż, rzeczka niepozorna, nieszeroka, niegłęboka, przez którą z rozpędu dałoby się  tu i ówdzie przeskoczyć, ale wodopój przecież i kąpiel dla zwierząt i ludzi, czasem nawet nurtem groźna, gdy wód po roztopach nie mieściła w łożu i musiała wystąpić z brzegów. Młyn tedy wzniesiemy na skarpie, orzekli nasi dzielni w rodzie przedsiębiorcy. I wznieśli się ponad, nad bagna, nad siebie!  

     Tak oto nasz młyn z amerykańska zuchwały stał się w siedlisku narewkowskim  sprawą, wokół której na co dzień i w perspektywie czasu motały się, niczym wątki dziejowego krosna, zwyczajne interesy, sekretne ambicje, a nawet namiętności. Wyłamał się z rytmu wiejskiego życia, chcąc narzucić kolejnym pokoleniom mapę drogową ku nowym, przemysłowym czasom. Dziadek, delegując syna Antoniego do tej ryzykownej spółki z zięciem Filipem, nie zrywał jednak ze swoim chłopskim losem, chociaż ożywiał jego sens duchowo i materialnie: przetwarzał teraz swoje zboże ziarnoroba na kasze, na mąkę do chleba w całym ich bogactwie potrzeb na stoły wsi i miasta.

   Ja przeżywałem swoje. Od razu rozpołowiony między wiejskie przygody sianokosów, pasterstwa i naftowej lampy a imponującą maszynerię obcego tartaku  pod lasem i naszego młyna na skarpie, wchodziłem w ten nowy układ rodzinny z autentycznym przejęciem i poczuciem uczestnictwa w czymś życiowo ważnym i poważnym. Moje małe renegactwo karmiło się satysfakcją bliskości ducha i rzeczy w dosłownym tego znaczeniu, gdy łoskot motoru i urządzeń młyńskich szybował dumnie ku niebu, a Bóg błogosławił ten wiejski przyczółek wołkowyskiego miasta, bo stamtąd sprowadzano niektóre maszyny, ale także i meble do domu. A ten drugi dom rodowego siedliska wyrósł na rzut kamieniem od głównej siedziby dziadka, zaraz po drugiej stronie potoku, co z lasu Łozowego docierał tu pod szosą, by mocząc łąki za skarpą uchodzić do rzeki, kusząc po drodze spokojną, cichą wodą korzenną, mroczną w leszczynowych zaroślach.[To ta pokusa sięgnęła kiedyś pomysłowości wujów, którzy marząc o świeżym karpiu na stole, nieduży staw między stodołami wyżłobili i zarybili; niestety na krótko.]

    Ten skromny, lecz wygodny dom wujka Filipa i cioci Naści wkrótce zaludnił się także córkami, Walą i Galiną, a te stały się niemal od razu moimi przyjaciółkami z trwałością po dzień dzisiejszy…Wątły płotek oddzielał go tylko od solidnej, podwójnej budowli młyna, na który składał się główny budynek młyński i przylegająca do niego przybudówka kotłowni-motorowni.  Stąd przez otwór w ścianie biegł pas transmisyjny wytworzonej mocy, uruchomiający urządzenia młyńskie na dwóch poziomach budowli głównej. Tam krzątali się dwaj wujowie, selekcjonując przerób ziarna na mąkę żytnią, pszenną i pytlowaną, a także na pęczak i delikatniejsze kasze. Przy pełnym rozruchu wszystko tu łomotało z wielkim hukiem, robiło się mgliście od mącznej zawiesiny, wujowie stawali się biali, uwijając się wśród rozdygotanych, tajemniczych urządzeń niczym bajkowi mocarze. Co chwila wnoszono z wozów, z taczek szarozimne worki z ziarnem, a wynoszono jasnociepłe z mąką, kasza, otrębami, kierując się ku wozom, gęsto zastawiającymi plac podjazdowy od strony drogi. Wyprzęgnięte  konie, ustawione przodem do wozu, cierpliwie przeżuwały sieczkę…A były jeszcze wagi i rozliczenia, czasem targi i spory nieraz głośne, zawsze w miękkiej mowie dobroruskiej, brzmiącej, jak wszyscy wiedzą, niczym lot trzmieli nad łąką, szum wiatru w lesie czy, bywało, prychanie rozbrykanego źrebaka.

    Pętałem się w tym magicznym świecie hałasujących maszyn i żywego ruchu wokół, dopytując się czasem wujów o sprawy z rzeczywistości większej niż moja wyobraźnia i pobudzałem ją na trwałe, wracając potem do Wołkowyska z uczuciem   pozyskania nowych więzów w tej mojej niejasnej, domorosłej filozofii inności.

    Pojawiało się ono we mnie coraz częściej, zwłaszcza przy obcowaniu z najmłodszymi wujkami, Aleksym i Mikołajem, którzy odwiedzali teraz swój dom rodzinny jako studenci Liceum Pedagogicznego w Świsłoczy. Przywozili oni zaskakującą odmienność osądu otaczającego nas świata, z tej sławnej historycznie polskiej szkoły, wynosząc, o dziwo, pierwsze owoce białoruskiego przebudzenia. Pewnie także przez tę trudną sytuację materialną, w jakiej się znaleźli w latach głębokiego kryzysu gospodarczego, który dopadł wtedy Polskę, Europę i świat cały. Lokalne skutki takich okoliczności kuzynka Lusia wspomina tak: „Ponieważ nauka w tym czasie była bardzo droga jak na synów chłopa, babcia wynajęła jakieś mieszkanko w Świsłoczy, pojechała za nimi i zapewniła im wikt i opierunek. A musieli jeszcze brać korepetycje. Seminarium jednak ukończyli, wujek Aleksy po pewnym czasie otrzymał posadę nauczyciela w szkole podstawowej na krańcach Polski, gdzieś przy granicy z Łotwą, wujek Mikołaj starał się o przyjęcie do podchorążówki, ale nie został przyjęty ze względu na prawosławne wyznanie. Pracy w szkolnictwie też długo nie mógł dostać, ale w końcu, po bezpłatnym stażu, jakoś się udało…”

       Wszystko jednak znowu zmierzało do katastrofy…

       Kiedy piszę te słowa, pamięć dyktuje mi wiedzę, że „młyny boże wolno mielą”, ale losy ludzkie miażdżone są w nich bezwzględnie. Z tej samej szkoły stryjek Pietia [Piotr Kabac] zostanie usunięty za nadmiernie demonstrowaną inność klasową, bo i socjalistyczna konspiracja tam już niedojrzale dojrzewała. Tuż przed wojną zdążył zdobyć zatrudnienie w urzędzie gminnym w Narewce, ale co było potem, opowiem przy innej okazji.        

E.K.

Rozdział IV opowieści „Młyn nad Narewką” 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko