Zdzisław Antolski – MINISTRANCI I LEKARZE

0
161

Zdzisław Antolski


MINISTRANCI I LEKARZE

 

NikiforWikary Gurda nie ustawał w wysiłkach, żeby przyciągnąć młodzież do kościoła. W tym też szlachetnym celu zorganizował kółko ministrantów, do którego zapisał także Zbyszka. Ci młodzi, niedoświadczeni chłopcy dopiero uczyli się służyć do mszy, zwłaszcza w maju, na wieczornych nieszporach, pod okiem starszych i doświadczonych ministrantów, którzy już niedługo mieli kończyć swoją karierę. Kilku wybierało się do Seminarium Duchownego, bo bardzo chcieli zostać w przyszłości księżmi, mieć swoją parafię i wiernych. Po „majówce” zazwyczaj rozgrywali mecz piłki nożnej, w którym także uczestniczył ksiądz wikary, do gry podwijając zabawnie sutannę i chowając jej poły za pasek od spodni.

Słońce zniżało się do wierzchołków drzew pobliskiego lasu, po prawej majaczyła góra Zawinnica z wielkim drewnianym krzyżem na szczycie, który ściągał pioruny podczas burzy. Aleja kasztanowców rzucała witrażowe cienie na murawę. Nad wzgórzem, dotykając niemal ziemi białymi brzuszkami, śmigały z niewiarygodną szybkością jaskółki, a na dzwonnicy hałasowały kawki. Wielkie wrażenie zrobiła na nim zakrystia, pomieszczenie niedostępne dla zwykłych wiernych. Półmrok, łukowaty sufit, olbrzymie dębowe szafy sięgające sufitu, a w nich naczynia i zaśniedziałe, ale jeszcze połyskujące srebrem i złotem, sprzęty liturgiczne. Przez małe, okrągłe, zakratowane okienko, przez różowe i fioletowe szybki, przedostawały się ostre promienie słońca przefiltrowane przez kołyszące się na gałęziach liście kasztanowców układając na białych ścianach dziwne wzory, jak na starych ornatach, które z ciekawością oglądali chłopcy, kandydaci na ministrantów. Nad drzwiami zakrystii od wewnątrz wisiały portrety kolorowe: papieża, Pawła VI i prymasa, Stefana Wyszyńskiego.

W pustym kościele przed nabożeństwem przyszli ministranci mogli zajrzeć przez boczne drzwiczki i zaspokoić odwieczną dziecięcą ciekawość: co znajduje się za głównym ołtarzem? Drżąc z emocji, bo zawsze te małe drzwi po lewej stronie ołtarza go fascynowały, Zbyszek zobaczył ze zgrozą, zamiast cudów z zaświatów, poplamione drewniane rusztowanie, złożone z nieheblowanych desek, kilka starych wiader z zaschłym wapnem, jakieś walające się kielnie, zaschłe na cement pędzle i zardzewiałe gwoździe, a nawet kilka niedopałków papierosów. Zbyszek był przejęty i zdruzgotany, jakby zobaczył teatralne kulisy, tam w kościele kapiące złoto i wielkie oczy Matki Boskiej ubranej w złotą sukienkę na tle gwiazd na nieboskłonie, a tu taki bajzel… Czuł się jakby popełnił jakieś świętokradztwo, a na pewno coś niestosownego, czego nie powinien był robić.

W niedzielę, po sumie i po obiedzie, wikary zabrał całą grupę pięciu ministrantów na wędrówkę do lasu. Mieli powtarzać ministranturę, której uczyli się całą zimę w jednym z pokoi organistówki. Pogoda była piękna, jakby wymarzona na wycieczkę, niebo jasnobłękitne, jak świeżo malowane. Czyste, wiosenne, majowe, tylko gdzieniegdzie stwórca pacnął kilka chmurek pierzasto białych, jakby na zamówienie jakiegoś malarza, którego w Grodziskach akurat nie było. Ale kiedyś, w dawnych czasach, podczas powstania listopadowego, peregrynował po powiecie sławny rysownik, Kajetan Kielisiński. Pozostawił szkice kościoła w Grodziskach i kilka rysunków góry Zawinnicy. Widocznie zrobiła na nim wrażenie.

Wszędzie, na całym wzgórzu kościelnym bujna zieleń, pachnące zewsząd kwiaty. Za cmentarzem szli skrajem urwiska mając po lewej ręce nieużytki i zapadliska średniowiecznych kamieniołomów, a po prawej pola uprawne, gdzieniegdzie poprzerzynane głębokim wąwozami, jaki uczyniła erozja. Rosły tam cierniste krzewy, głogi i dzikie drzewka owocowe. Spod nóg uciekały im jaszczurki, a wszędzie wokół kłębiły się ślimaki winniczki znacząc wilgotnym śluzem ślad swojej wędrówki. Gdzieniegdzie widać było wydrążone w glinie wielkie czarne jamy, w których chronili się Żydzi, po ucieczce z Wiślicy. Na szczycie wzgórza zapatrzyli się w dal, na południe, gdzie na niebie siniały – jak widmowe zjawisko – Tatry. Słynny to był widok w całym powiecie. Wielu letników z okolicznych wiosek przychodziło tu, tylko po to, by popatrzeć na ten seledynowy cień gór na bezchmurnym, błękitnym niebie.

Między wzgórzem a lasem polatywały majestatycznie myszołowy. W miejscu zamku Łokietka stał drewniany krzyż postawiony jeszcze przed wojną, na którym ozdobie wypalony był napis: „Kawalerowie z Odrzywołu”.

Chłopcy schodzili ostrożnie po pochyłym zboczu, hamując obcasami w śliskiej trawie, aby potem zagłębić się w mrocznym i dusznym wąwozie. Musiała tędy przebiegać doga do zamku i przez setki lat koła wozów wspomagane przez erozję wyżłobiły ten niezwykły, długi i kręty parów. W lesie było gorąco. Usiedli na polanie i głośno dukali po łacinie ministranturę. Robiło się sennie. Wtedy na skraju polany pojawiły się ta panna w białej sukni w czerwone kwiaty. Była wyondulowana i w makijażu, pachnąca perfumami, w białych szpilkach. Kretonowa suknia bez rękawów miała głęboki dekolt, co skłoniło chłopaków do uwag i chichotów.

– Jak wy się zachowujecie! – zgromił ich surowym spojrzeniem wikary. Podszedł do dziewczyny jakoś sprężyście i w lansadach, ujął ją pod łokieć i zaczął rozmowę. Chłopcy nie słyszeli słów, ale widzieli, że tych dwoje dobrze się czuje w swoim towarzystwie. Musieli się znać już wcześniej. Ksiądz opowiadał chyba jakieś dowcipy, bo panna wybuchał co chwilę głośnym śmiechem. Czuła się przy księdzu bardzo swobodnie, widać było, że imponuje jej to towarzystwo i jest bardzo zadowolona. Już potem, w domu, Zbyszek zastanawiał się, czy to leśne spotkanie z dziewczyną było przypadkowe, czy ksiądz nie zabrał ich ze sobą tylko w rodzaju wymówki przed proboszczem Tarwą, który na poczynania wikarego patrzył bardzo krytycznym okiem.

– Powtarzajcie ministranturę, musicie ją znać na pamięć. Ja zaraz wrócę i was przepytam – powiedział jakoś gniewnie i zaczął oddalać się z panną, aż znikli w gęstwienie drzew i krzewów.

Chłopaki z początku posłusznie powtarzali łacińskie zwroty, ale potem beztroska wzięła górę: zaczęli się popychać i przewracać, bawić w chowanego, a dwóch nawet posprzeczało się między sobą i brali się do bitki. Najstarszy, trzynastoletni, rudowłosy Wojtek, ulubieniec i zaufany człowiek młodego księdza, zaniepokoił się nagle: – A gdzie jest ksiądz? Co się stało z wikarym?

– Zostańcie tutaj i nie rozchodźcie się – powiedział. – A ja pójdę i poszukam księdza  – i oddalił się poprzez chaszcze, w kierunku gdzie wcześniej poszedł wikary. Nie było go przez dłuższą chwilę i już bali się, że on też zniknął. Ale nagle z trzaskiem łamanych gałęzi wrócił Wojtek, jakiś zdenerwowany i przestraszony. Cały był czerwony jakby miał gorączkę, podbródek mu się trząsł jak do płaczu.

– Chłopaki, wracamy – powiedział jakimś gardłowym, nieswoim głosem.

– Sami? A co ksiądz na to powie?

– Wracamy sami, ksiądz wróci potem, inną drogą – powiedział nagle rozgniewany Wojtek. – Musicie mnie słuchać, bo jak nie to pierwszemu zaraz dokopię. A że był rzeczywiście kawał chłopa i w niejednej bójce już brał udział, to grzecznie zawrócili do wsi. Próbowali go pytać, co się stało, czemu ksiądz nie wraca razem z nimi, ale Wojtek nie chciał nic mówić. Zaciął się w sobie i nie powiedział na ten temat ani słowa.

Już z daleka słyszeli muzykę dobiegającą spod remizy, gdzie odbywała się zabawa taneczna. Na deskach do tańca jeszcze nie było par. Panny kręciły się grupami pod drzewami, kawalerka tłoczyła się w przy bufecie, gdzie podawano wódkę. Starsze kobiety przyglądały się z daleka, ale co odważniejsze i bardziej ciekawe zajmowały miejsca na krzesłach ustawionych wzdłuż ścian. Muzykanci dopiero wyjmowali instrumenty z futerałów. Na razie z głośników puszczano płytę z piosenką „Trzynastego, nawet zimą jest wiosna”.

Chłopcy przystanęli pod remizą przyglądając się przygotowaniom do zabawy i wtedy zobaczyli jak górą, po krawędzi wzgórza, ksiądz wikary przemykał truchtem skulony, chowając się za krzewami głogów na tle cmentarnego muru, a dołem po piaszczystej drodze szła panna w kloszowej sukience. W dłoni trzymała jakieś polne kwiaty i wąchała je uśmiechając się do chłopców.

Rudy Wojtek patrzył raz na wikarego, raz na pannę i spluwał po dorosłemu pod nogi.

 

*

 

Nazajutrz Zbyszek umówiony był w gabinecie stomatologicznym. Przy głównej ulicy w małym domku z ganeczkiem obrosłym dzikim winem, w niewielkiej dolince, z ogródkiem kwiatowym, znajdował się gabinet wiejskiej stomatolożki, pani Ireny. Ku swojemu zdumieniu, Zbyszek zobaczył tam wikarego Gurdę, który przywitał się z nim, jakby nigdy nic się nie zdarzyło. Wikary po wyjściu od stomatolożki wskoczył na swój motocykl junak i odjechał w kłębach dymu.

. Gabinet był długi, na środku stał gigantyczny fotel dentystyczny, w lewym rogu stało małe łóżko szpitalne przykryte białym prześcieradłem, gdyby ktoś się źle poczuł, w prawym gablota z kolekcją narzędzi tortur, po prawej przy oknie z widokiem na drogę – biurko z kartami chorych, a po jego drugiej stronie stół oszklony, na którym pomoc dentystyczna – młoda wiejska dziewczyna w różowym sweterku, w zaawansowanej ciąży – przyrządzała małą szpachelką plomby, co wyglądało jak zabawa dziecka. Robiła to z taką miną, jakby to ona była tu najważniejsza.

Kiedy Zbyszek usiadł wreszcie na fotelu, zrobiło mu się słabo ze strachu. Pani Irena, pachnąca kremami i wodami toaletowymi nachyliła się nad nim z wiertłem połyskującym w słońcu, którego ostre promienie wpadały wprost z ulicy przez szeroko otwarte okno.

Twarz miała okrągłą. Jej cera była brązowa od opalenizny, trochę świecącą się od kremu,. Przypominała trochę aktorki z przedwojennych filmów. Włosy miała krótko obcięte z grzywką rude, płomienne. Makijaż, wokół oczu fioletowe cienie, wypukłe wargi mocno podbarwione karminowo. Oczy przenikliwe, spokojne, uważne, zimne, zgniło zielone z nutką brązu, a może to tylko światło? Trochę wypukłe. – Posągowa kobieta – mawiał o niej z szacunkiem i powagą proboszcz Tarwa. A jako że był wielkim miłośnikiem kina, dodawał – Przypomina z urody Sofię Loren.

Istotnie, pani Irena była podobna do włoskiej aktorki, może trochę tylko była tu i ówdzie tęższa? Ale usta miała podobnie pełne i zmysłowe. Mogłaby śmiało reklamować modę w „Przekroju” dla trzydziestolatek. Figurę miała bez zarzutu, cienka w talii jak osa, ale za to biust obfity, jednak w miarę, bez przesady. Długie, kształtne nogi, mocno zarysowane uda i łydki. Może ciut za grube, ale to kwestia gustu. Zmieniając plombę i nachylając się nad swoim pacjentem, chcąc nie chcąc udem i kolanem dotykała jego uda. Za każdym razem Zbyszka przeszywał dreszcz podniecenia.

Nie przerywając borowania, opowiadała swoje ostatnie fascynacje kulturalne. Bardzo chciała przeczytać powieść Francois Sagan „Witaj smutku”, o której rozpisywał się „Przekrój”. Poza tym jeden z mieszkańców Błot zakupił telewizor i na wieczorne oglądanie zbierało się pół wsi. Pani Irena wspólnie z doktorem Wardenem również tam zachodzili, a najbardziej lubiła poniedziałkowy teatr oraz sensacyjne spektakle z cyklu „Kobra”, jakie nadawano w czwartki. Okno gabinetu było otwarte i z ulicy dobiegał ostry smród smoły, gryzący dym łzawił oczy, bowiem grupa robotników kładła właśnie na drodze asfalt

– Dlaczego twój ojciec nie kupi telewizora? – pytała retorycznie pani dentystka. – Przecież to dziś konieczność, każdy kulturalny człowiek musi oglądać telewizję, to prawdziwe okno na świat – cały czas mówiła głośno, żeby przekrzyczeć jazgot wiertarki. – Ja też oszczędzam i chyba w przyszłym roku już będę miała własny odbiornik – zakończyła z tryumfem.

.Po wyjściu od stomatolożki, Zbyszek, oszołomiony, dosłownie i w przenośni, poszedł do podworskiego parku, gdzie mieścił się w starym lamusie dziedzica Wojciechowskiego, wiejski ośrodek zdrowia. Mur parku ulegał stopniowemu zniszczeniu, chłopi wyburzali w nim otwory, znikł daszek z czerwonej dachówki. Zapukał do mieszkania doktora Wardena, który traktował go trochę jak młodszego brata. Kiedyś jadał u nich obiady i żeby zachęcić „Zbyszka niejadka”, jak go nazywał, proponował zawody, kto szybciej zje obiad. Zbyszek był ciekaw, czemu doktor nie ma własnego telewizora.

– Niedługo stąd wyjeżdżam, po co mi telewizor – odrzekł doktor w swoim przytulnym prywatnym pokoju, obok gabinetu lekarskiego, wypełnionym nowoczesnymi meblami. Pacjentów nie było, w lecie chłopi nie chorują, dopiero jesienią zacznie się tu tłok. Wszędzie plastyk, półeczki z rurek metalowych. Z sufitu zwisał worek bokserski, para rękawic wisiała na ścianie na haku. Obok nich, ładnie oprawiony w szare pass-partout widniał portret Cassiusa Claya vel Muhammada Ali wycięty z miesięcznika „Boks”.  Scena przedstawiała koniec walki o mistrzostwo świata w 1964 roku. Cassius Clay stał nad powalonym Listonem, jedną rękę miał opuszczoną, a drugą, prawą, widać było potężne mięśnie, unosił do lewego ramienia, jakby miał zamiar się przeżegnać.

– Widzisz ja wolę świat oglądać bezpośrednio, a nie przez szybkę ekranu – powiedział doktor ze swoim gwiazdorskim uśmiechem, którym uwodził wszystkie młode nauczycielki. Zbyszek mu zazdrościł tego obycia w świecie i nieustających podróży. Doktor był sportowcem, po pracy zakładał dres z nadrukiem CWKS LEGIA i biegał po błoniach. Potrafił prześcignąć naszą ciuchcię, czym zdobył sobie lokalną sławę. Włosy miał czarne kręcone, krótko przystrzyżone. Był podobny, według dentystki Ireny, do francuskiego aktora, Jean Paula Belmondo.

Rzeczywiście, na ścianach gabinetu doktora, świeżo pomalowanego w modne kwadraty i trójkąty, wisiały jego fotografie z podróży. Doktor roześmiany widniał na fotografiach w najbardziej nieprawdopodobnych częściach świata: na tle wieży Eiffla, egipskich piramid, w Alpach. To było niesamowite, wieś Błota, na końcu świata, dziura przysłowiowa, zabita dechami, a tu takie widoki! Było na co popatrzeć. Kiedyś przed kilku laty doktor pokazał Zbyszkowi najnowszy wynalazek, pocztówki dźwiękowe, jakie otrzymał od znajomych z Belgii.

Położył białą plastikową kartę na adapterze Bambino i okazało się, że to miniaturowa płyta muzyczna. Wtedy pierwszy raz w życiu Zbyszek słyszał piosenkę Bitelsów, którzy właśnie stawali się modni. Pisał o nich nawet magazyn harcerski „Świat Młodych”, ilustrując artykuł piękną fotografią czterech młodzieńców z grzywkami opadającymi aż na oczy.

*

Od doktora Zbyszek poszedł na plac w środku wsi, gdzie mieściła się gminna biblioteka, w której królowała panna Lodzia, ta sama, którą spotkali w lesie podczas lekcji ministrantury. Przed drewnianym płotkiem stał junak wikarego Gurdy. Zbyszek wszedł do środka, wikary rozmawiał z panną Lodzią na zapleczu, kiedy go zobaczyli, ksiądz zaczął się gwałtownie żegnać, narzekając głośno, że nie ma w bibliotece książek chrześcijańskich, tylko radzieckie powieści z życia komsomolców. Zaproponował Zbyszkowi powrót do Grodziska na tylnym siodełku swojej maszyny, z której był tak dumny. Zbyszek z chęcią przystał na jego propozycję.

Kiedy minęli polną kapliczkę, którą ojciec Zbyszka nazywał „kapliczką Marcinka Borowicza”, albo „kapliczką Żeromskiego”, bo lubił bardzo tego pisarza, na horyzoncie zobaczyli obłoczek kurzu. Na furmance zobaczyli księdza Tarwę jadącego z wiatykiem do umierającego.

Wikary skręcił gwałtownie za kępę bzu, zgasił motor i położył palec na ustach. Kiedy furka z proboszczem  przejechał, odetchnął z ulgą..

– To do starej Wojciechowej – powiedział. – Ma już chyba pod dziewięćdziesiątkę i wybiera się do Pana Boga.

– Nie mów nikomu, że schowałem się przed proboszczem – powiedział zdyszany wikary, wypychając z powrotem maszynę na piaszczystą drogę. – Ale on bardzo nie lubi, kiedy ja jeżdżę na motorze.

*

Wikary wrócił z wizyty w gabinecie stomatologicznym, gdzie udał się jako pacjent, w sprawie wypadłej plomby, ale także w roli duszpasterza troszczącego się o swoje owieczki. wikary Czytał bowiem Gramsciego i wiedział, że najgroźniejszy jest wróg kulturowy. A pani dentystka dystansowała się całkowicie od spraw religijnych, czym dawała zły przykład okolicznej ludności.. Do kościoła nie chodziła w ogóle. Tłumaczyła się, że z powodu odległości i złego stanu dróg, bowiem te kilka kilometrów stawały się zimą nie do przebycia, zwłaszcza kiedy spadły większe śniegi. Natomiast wiosenne i jesienne roztopy również czyniły drogę nieprzejezdną. W lecie stomatolożka brała urlop i wyjeżdżała do Ciechocinka lub Krynicy.

Ale też styl życia pani dentystki pozostawiał w opinii wikarego wiele do życzenia. Jej umiłowanie nowoczesności, fascynacja miejskim życiem, kawiarnią i kinem, wyjeżdżanie na spektakle teatralne do Krakowa, nałogowe wręcz oglądanie telewizji i wczasy w modnych uzdrowiskach, wszystko to siało zamęt w młodych głowach parafian nęcąc ich wielkim światem, pełnym pokus i zepsucia moralnego. Ale największym grzechem stomatolożki było, że kupiła książka Świderskiego „Oglądały oczy moje”, która szkalowała szlachetną postać kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka, prześladowanego niewinnie i więzionego. I nie tylko przeczytała tę książkę, ale pożyczała ją gronu nauczycielskiemu, a potem publicznie przed sklepem spożywczym dyskutowała o zawartych w tym paszkwilu nieprawdziwych zarzutach, kalumniach, oszczerstwach i plotkach, czym naraziła wiele osób na zgorszenie.

W dodatku przyjaźniła się serdecznie z miejscowym lekarzem, pracującym w wiejskim ośrodku zdrowia – doktorem Wardenem. Tworzyli parę, co prawda nieformalną, ale jednak ludzie kojarzyli ich ze sobą. A to już była poważna sprawa obyczajowa. Bo jakaż to przyjaźń miedzy kobietą a mężczyzną? A oni ani narzeczeństwo, ani małżeństwo, a pod rękę spacerują, razem na telewizję chodzą? Może razem na wczasy jeżdżą? Dla prostych wiejskich ludzi toż to zwyczajnie Sodoma i Gomora. A tych dwoje potrafiło narzucić swoje zdanie całej społeczności wiejskiej, tworzyli nastroje i opinię publiczną, niebłaha to sprawa i warto się nad nią zastanowić na poważnie. Z drugiej strony jest ich w tej wsi tylko dwoje po jakichś tam studiach, nic dziwnego, ze mają wspólne zainteresowania, przecież oboje są medykami. O czym mają rozmawiać z chłopami, o zwózce siana, o oborniku czy o bydle rogatym?

przemarznięty wikary, ogrzewając dłonie nad kubkiem z parującą herbatą, snuł dalej rozmyślania. Doktor Warden samochód ma zachodni, chociaż stary grat: opel Kapitan w czarnym kolorze, ale na chodzie, mógłby dentystkę, panią Irenę, podwieźć do kościoła na nabożeństwo. Złowroga myśl, że uciekają ci wiejscy inteligenci od jego perfekcyjnych kazań zakłuła go w samo serce, bo dla kogóż on je  przygotowuje, nie szczędząc trudu. Po nocach nie dosypiał słuchając Radia Wolnej Europy albo czytając dokładnie czasopisma „Tygodnik Powszechny”, „Więź” i „Znak”, żeby tylko być aktualnym. Czyżby najważniejszym jego słuchaczem był kapitan Gera, który w dodatku wszystko nagrywał? Może chociaż potem ktoś ważniejszy przesłuchuje jego kazania na tych taśmach uwiecznione, jakiś generał albo sam minister?

Tu ksiądz wikary poczuł, że się za bardzo rozpędził i pycha przez niego przemawia, miłość własna, więc szybko utonął w modlitwie, która przyniosła mu spokój i ukojenie, a także zapomnienie o ziemskich kłopotach. Wikary marzył o wyjeździe do Rzymu, zakupił już plany wiecznego miasta, przewodniki turystyczne, kolorowe albumy z fotografiami zabytków i teraz nie wiedzieć kiedy, znów utonął w marzeniach o podróży swojego życia.

*

W tym samym czasie, w Pińczowie, kapitan Gera z SB, w swoim gabinecie również myślał o lekarzach z Grodzisk. Pani Irena pochodziła z Krakowa, wiadomo: gniazdo reakcji, nie na darmo tam zbudowali Nową Hutę, żeby trochę świeżej krwi robotniczo-chłopskiej wpuścić. Piękna kobieta, figura posągowa, mocne kształtne uda rysowały się pod sukienką, jak u sportsmenki jakiejś, tenisistki, albo łyżwiarki. Wykonując swój zawód sprawiała ból, a to podniecało niektórych mężczyzn. Wielu świadomie rezygnowało z zastrzyku znieczulającego, żeby pokazać przed stomatolożką hart ducha, odwagę i wytrzymałość. Drugą osobą, która interesowała kapitana był lekarz z ośrodka zdrowia, doktor Warden.

– Bywał za granicą, na Zachodzie, w naszych czasach to bardzo trudne – zastanawiał się Gera. – Musiał mieć paszport, i odbywać rozmowy z towarzyszami ze stolicy. Bez podpisania papierów, nikt nie wyjedzie na Zachód. Więc pewnie nasz człowiek. Ale może podwójny agent? A może to mason? Kapitan Gera przypomniał sobie wczorajsze kazanie wikarego. Wszechmoc wolnomularzy bardzo mu się spodobała, ale i zaniepokoiła. Czyżby to była konkurencja dla służb specjalnych? Musi się podkształcić w tym temacie. Dalej: sportowiec, alpinista, biega na długie dystanse, omal nie zdobył mistrzostwa Polski. Ludzie ze wsi się z niego śmieją, bo w krótkich majtkach biega po łąkach, ściga się z kolejką wąskotorową.

Ale to facet oczytany, obyty w świecie. Nie przystoi takie zachowanie doktorowi, pracującemu na wsi, to pewne, jednak czasy się zmieniają. Epoka lotów kosmicznych, propagandowa potęga sportu. Warden jest po prostu nowoczesny. A nowoczesność musi być po stronie władzy ludowej, po naszej stronie, bo to jest przyszłość. Kiedy partia przestanie być postrzegana jako nowoczesna – wtedy przegra. Nie pomoże siła i straszenie pałką milicyjną.

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko