SŁAWOMIR MAJEWSKI – BALLADA O ŁUKASZU

0
280

SŁAWOMIR MAJEWSKI


BALLADA O ŁUKASZU

 

Koniec poezji winien być w ciemnej sieni czynszowej

Kamienicy kapustą woniejącej wychodkiem

Winien niespodziewanym błogosławieństwem być noża

Pod łopatkę lub łomu w skroń zwięzłym jak amen

 

Rafał Wojaczek; “Koniec Poezji”

 

 

– Ty! A ty pamiętasz taki dom nad kanałem, na Wiosny Ludów? No? Nie pamiętasz? Nie? No, taki brudno-czerwony, nietynkowany, a na wprost klub kajakarski? No? No, właśnie ten! No, więc tam między piętrami są kible, bo to jest starożytna kamienica, pamiętająca jeszcze Habsburgów. Znasz takie; schody głęboko żłobione milionami kroków, poręcze wyświecone od dłoni i tyłeczków dzieci; liszaje odpadającej farby, na parapetach amarylisy i cherlawe kaktusiki a na ścianach wycięte z kolorowych pism: tu Matka Boska, tam Serce Gorejące. Ogólnie czysto, choć stęchlizna i grzyb dławią krtań. Mieszkania też śmierdzą stęchlizną. Jasne, mogłyby nieco mniej, ale czy można palić w piecach całe lato? Szeroko rozwarte okna wpuszczają rynsztokowy odór kanału: smary, wędzone liny, wzdęte ścierwo suki, z której worek płodowy wypłynął jak półprzeźroczysty naszyjnik, ukazując koraliki różowych, martwych szczeniaków; kołysze się między butelkami po tanim winie, piwie i kawałkami brudnego styropianu.

– Siadaj, mówi Łukasz i stawia szklanki. Będziemy pić, kurwa, kłócić się, kurwa i dyskutować o kulturze, kurwa.

– Dobrze.

 

Ma trzydzieści lat, kilka cieniutkich tomików wierszy, gruźlicę i łyżkowate końcówki palców; świecące zielone oczy, jakiś metr sześćdziesiąt wzrostu, niepełne uzębienie i cholerny nawyk bezustannego strzepywania popiołu z papierosa. Jest poetą. Poetą na wykończeniu, bo jest szczęśliwym posiadaczem mizernych resztek jednego płuca, które ze świstem kowalskiego miecha wciąga to zapleśniałe, cuchnące grzybem powietrze.

– Prosit!   

– Twoje!

Pijemy, bo mamy wódkę i na wódkę ochotę. Mamy dobrą wódkę, grappę, przysłaną przez jego brata-emigranta z Bassano del Grappa, więc moja flaszka musi poczekać. Moja jest nasza, bogoojczyźniana, kartoflano-zbożowa i kudy jej, siwusze prostackiej do szlachetnej grappy? Palimy i pijemy, nie zakąszamy; popijamy lurowatą herbatą z wielokrotnego tłoczenia, pod hasłem: Wiesz, cienko z forsą. Wiem. Otwiera pomiętoszony, błękitny zeszyt „w kratkę”. Chrząka

– Ty, weź no i polej, bo coś mi w gardle…

Polewam tej włoskiej i wznosimy.

– Nasze.

– Nasze…

Zaczyna. Łokcie mam oparte na stole z szydełkową, krochmaloną serwetą. Duszę podpartą mam tymi jego wierszami, kiedy recytuje wyraziście, dynamicznie, appassionato, presto, forte, dolce i takie tam. Zmierzch skończył się dawno, jest noc i w pokoju pełno łąk i polnych ziół.

– I jak? Pyta niby obojętnie, a żar w oczach płonie, jak w koksowniku stróża.

– Co ja ci tu…

– Słuchaj no, ty! Ty nie po to, kurwa, grappę moją spijasz, żeby mi tu jakieś cojacitu pierdolić!

– No, to powiem wprost, dobra?

– Dobra. Ale najpierw polej.

Więc nalewam i pijemy znowu, z tą herbatą, co to… Ocieram sobie pysk, jak furman.

– No, to ja ci powiem wprost: ty lepiej nie umieraj. Ty lepiej sobie zostań. Dobrze?

Uśmiecha się zawstydzony.

– Dobrze. 

 

Stawał kiedyś do konkursu, którego stawką było stypendium. Wygrała miła pani a jej godło znało całe jury i nawet tego nie kryło! I co ciekawe, ta miła pani też była w składzie jury. Bywa, oj, bywa! A bywało i więcej razy; oglądały oczy moje takie krotochwile.

– A chuj z wami! Krzyczał na całą salę, drąc kopertę a w niej talon na pięćset złotych.

– Ty! Ty jesteś głupi, czy jak? Zapytałem po wyjściu na ulicę. Coś ty, barani łbie, narobił?

– A co? Miałem im nie nawrzucać? Miałem zmilczeć kurewstwo? To szalbierze!

Macham ręką, zrezygnowany.

– Durniu! Podarłeś pięć stów; prawie dziesięć flaszek! Wymienilibyśmy u Jadźki w „Barze Jacek” na cztery stówy i dobrze a tak? Ech, ty wsiowy wierszokleto!

Poleciał nazad i wrócił z porwaną kopertą. Krzyczy radośnie:

– Wyrwałem temu kutasowi z kieszeni! To jest, kurwa, imienny talon, nie? No to dawaj, w mordę kopany! I masz, oddał, pasożyt!

„Bar Jacek” jest najbliżej; ulicą Korzenną do ulicy Na Piaskach obok Wielkiego Młyna, teraz wzdłuż Raduni, skręt w prawo, w Rajską i jesteśmy. W gęstej mgle sportowego dymu, pani Jadzia skleja talon, wydaje trzysta-ileś złotych reszty i stawia flaszkę „Trzy Ce” czyli Czystej Czerwonej Capslowanej.

– Gratuluję, panie Łukaszu,  mówi. A od firmy śledzik po japońsku.

Stawia jeszcze dwie Perły Bałtyku, dwie literatki; fachowo odrywa kapsel zębem, polewa.

– A pan nic nie wygrał?

– Niestety! Mówię skromnie. Mnie wyrzucili w tamtym roku.

– Za chlanie?

– Pani Jadziu! Za chlanie to tam dają krzyż zasługi. Za Conrada mnie wywalili.

– Za Konrada? Którego? Tego z blizną pod okiem?

– No, trochę przez niego. Mówi ze śmiechem Łukasz. Pani Jadzia wzięła się pod boki.

– Ja tam zawsze każdemu radzę: uważajcie, bo to skurwysyn pijak i złodziej. Siedział nie raz i nie dwa, i jeszcze będzie siedzieć!

O, Sancta simplicitas! Czysta poezja!

 

Poezja jest i teraz, kiedy siedzimy w oparach gorzały i dymie Sportów, osaczeni zewsząd przez lud pracujący miast i wsi, a głównie Stoczni Gdańskiej imienia Lenina. Widzę zadumanie Łukasza: stypendium – fiuu, się poszło pierdolić!

– Łukaszu kochany! Oglądały oczy moje nie takie rzeczy. Ty wiesz, ilu laureatów konkursów na wiersz, powieść czy opowiadanie wyłoniły wyłącznie protekcje polityczne, religijne czy ordynarny nepotyzm? Brak talentu takim ścierwom rekompensują z naddatkiem tatusiowie, piastujący stanowiska, mający układy z władzą. Pchają swoje pociechy przed mikrofony, telewizyjne kamery, organizują wywiady i wieczorki, nazwijmy je umownie – literackie. Nie wiedziałeś o tym? Ech, sieroto…

Popiliśmy, zakąsiliśmy. Milczymy. Łukasz podnosi głowę.

– Kierunek: na Wiosny Ludów, marsz!

 

Nocuję w maleńkim zagraconym pokoju, gdzie na szafie stoi poniemieckie radio Telefunken z magicznym okiem, dwa skrzynkowe aparaty fotograficzne z obiektywami od Herr Zeissa z Jeny, wypchany jastrząb i doskonała, miedziana maszyneria do gonienia bimbru. Oczywiście, jest makatka na ścianie z przesławnym Jeleniem i obraz, obowiązkowo pod kątem, z którego Pan Jezus błogosławi domownikom. Zacny Pan!  Jest mi pięknie, kiedy o poranku leżę i patrzę na ścianę w kwiatuszki i winne grona robione wałkiem przez szablon. Tak sobie leżę i pragnę a jako że pragnę, no to wkładam spodnie, bosymi nogami nie szuram i wchodzę do kuchni chłeptać wodę z kranu. Wita mnie Matka Poety.

– To pan? A ja myślałam, że to kto inny nocuje. Co, suszy? Suszy?

– Ano, pani Janino, suszy jak cholera! A jak Łukasz? Śpi?

– Śpi, cholernik, ech…. Macha ręką. On pić nie powinien! I palić nie powinien… I w takim domu mieszkać nie powinien… Ale co ja, stara, mogę? Przyjdę, ugotuję, opiorę, a on – sam, jak ten pies…

Ociera oczy. Uśmiecha się.

– Mam tutaj coś leczniczego, co pan woli? Piwo czy samoróbkę?

– Zna mnie pani, jak zły szezlong…

– A toż od dziecka znam; wódeczka, co nie?

– I jak najbardziej…

 

Siedzę za stołem zielonym, od galaretki z nóżek się nie wymówiłem; choć kocham nóżki, do wódki nic nie biorę poza wodą, ale pani Janina wymowna jest i starczy jej zmartwień.

– Co lekarze? Pytam

Macha ręką, przeciera spracowaną dłonią spracowaną ceratę.

– A, szkoda gadać! Mówią, żeby do sanatorium… Krynice jakieś, jakieś szczawiany czy co… Ale panie kochany – za co? A i on sam nic, tylko ćmi, pije i wiersze pisze. Pięknie pisze; wiem, że pięknie, wydali mu przecież te książeczki. Ale co z tego? Są z tego jakieś pieniądze? Dlatego i Halina go rzuciła. Nie powiem, dziewczyna zaradna, gospodarna, czysta; nie jakaś latawica, jak te inne! Co to, to nie. Ale powiedz pan sam: piękne wiersze to jedno, a życie? A na sukienkę? Na jaką sukienkę, panie, jak tu nieraz na chleb z musztardą nie było?

– A renta?

– A co to za renta? Nawet na połowę węgla na całą zimę nie starczy! A gdzie zdrowo, dobrze zjeść? On musi dobrze i zdrowo jeść a za co, panie – zdrowo? A ciepło ubrać się? No, gdzie? Za co?

 

Nocami trawił jakieś obwody dla Radmoru i wdychał kwasy, a poza tym – chlał, palił i niedojadał. Kiedy wędrował po Polsce, spał w stogach i dupczył wszystko, co mu wpełzło pod nóż, aż gdzieś nad Sanem załapał się na zagruźliczoną panienkę i tak się zaczęło Grande Finale: sanatorium tu, sanatorium tam. Jeden szpital, dwa szpitale, piętnaście, a potem komuna padła i skończyło się babci sranie po sanatoriach na koszt spracowanych polityków: każdemu według jego układów, od każdego według jego znajomości. Weźcie sprawy w swoje ręce… Tak… Wzięli w swoje ręce.

 

Idę do Łukasza bo słyszę, że kaszle i zapala zapałkę. W pokoju, na półce tomiki jego wierszy oraz Gajcy, Baczyński, Herbert, Poświatowska. Jakieś fotki, kamienny Budda, dzbanuszki.

– Co, natruła ci mamusia?

– Iii, nie. Prawdę mówiła.

– Stary, teraz to już trochę na tę prawdę za późno; wszystko jest oczywiste. I skończone. Może, gdyby kiedyś…

Macha ręką, odganiając kiedyś.

– Mama! Mama da tego bimbru i jakąś herbatę, czy jak?

 

I znowu sobie pijemy spokojniutko. On spokojniutko umierając popija cienką herbatką kaszelek i swoją agonię, a ja czytam jego zeszycik w kratkę, gdzie piękne jak malowanie wierszyki przyszłego nieboszczyka Łukasza. Około południa przychodzi taka jedna z parteru, nazywana familiarnie Wiewiórką; dziewczyna malutka, ryża i piegowata, o włosach skręconych jak karakułowa czapa; sypia z Łukaszem.

– Pijecie od rana, ochlapusy?

Przyznajemy mężnie:

– Od rana, Wiewiórko; od samiuśkiego rana!

Wiem, że nie powinniśmy, ale to już nie ma żadnego znaczenia: od rana do północy, czy na odwyrtkę. Żadnego znaczenia. Polska straci nie tylko jego; straci jeszcze setki, tysiące takich Łukaszów, jak już straciła Baczyńskich, Gajcych, Bursów i Stachurów… A czy kulą, czy wódką? U nas mnogo ludiej, mawiał Wódz-Słoneczko Stalin. To tak, jak i u nas, Batiuszka!

 

Przysiada Mama dla towarzystwa; poutyskujemy sobie, ponarzekamy, porozważamy: medycyna, finanse państwowe, jądrowe wybuchy, zagadnienia astronomiczne i wszechświatowa polityka; a jak! Przychodzi jakiś koleś z gitarą i kradzionymi zegarkami, zagłodzona dziewczyna tego kolesia z pijackimi żalami, które po chwili tłumią wódka i gitara. Kasandra, Obława na młode wilki i – ma się rozumieć – Ancore. Po wieczornej Motławie holownik ciągnie statek, fale idą na boki pięknie chlupiąc, bełtają smrodliwe oleiste wody, a statek dudni i buczy. Jest jak w Wenecji tyle, że śmierdzi i wygląda parszywie.

– Moje Canale Grande, mówi Łukasz dziurawiąc palcem zaokienny widok. I moje Ponte di Rialto. Wskazuje poniemiecki, żelazny zardzewiały pomost po drugiej stronie kanału.

 

Do nocy zrobiło się ze dwadzieścia osób; jest jakaś starsza, wyfiokowana pani z obrzydliwym pinczerkiem, pan co zamiata okolicę; jacyś robotnicy, nieletnia matka-Polka karmiąca pożółkłe dziecko mizernym, zapadniętym cyckiem, opasła sklepowa, złodzieje i cinkciarze. Jednym słowem – sąsiedzi. Gadamy, śpiewamy, chwalimy wiersze Łukasza.

– Łukasz! Ty jeszcze będziesz wielki człowiek! Wrzeszczy z ogniem w oczach posiadacz gitary, kradzionych zegarków i zagłodzonej dziewuchy. – Oni ci jeszcze pomnik postawią, kurwa ich w dupę zajebana mać!

– A wy co, stypę mi robicie? Pyta Łukasz i ryczy ze śmiechu.

Wiewiórka ryczy ze śmiechu, Pan Zamiatacz też ze śmiechu ryczy i nawet pinczer szczerzy zęby, więc wszyscy ze śmiechu ryczymy, bo jak tu ze śmiechu nie ryczeć, kiedy życie jest tak strasznie śmiesznie?

     

No i stanął w Gdańsku pomnik Łukasza; stanął w tej alei po prawej, na przepięknym cmentarzu przy ulicy Łostowickiej


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko