Maciej Merkel – Dies irae

0
291

Maciej Merkel


Dies irae


Ryszard TomczykNaj­bar­dziej uko­chałem jesień. Za­pa­chem pa­lo­nych liści, którego swędem nazwać się nie godziło, ni­czym ka­dzi­dla­na chmu­ra chro­niącym bab­ciną ulicę przed gro­mowładami smut­ne­go śródmiej­skie­go gma­chu – bol­sze­wic­kie­go gniaz­da – mocą swą za­wia­dującego całym świa­tem, aro­ma­tem jed­no­staj­nie roz­po­star­tym ponad na­szy­mi głowami – tarczą nie­prze­nik­nioną, ozo­nos­ferą niepośled­nie­go ga­tun­ku, którą chłonęło wszyst­kie stwo­rze­nie, żywe i mar­twe, wta­piało się w nią, czy ona w nie (jakaż to w koncu różnica?), kon­den­so­wało, by od czasu do czasu wy­buchnąć ka­ta­fal­ko­wym po­cho­dem Księdza Dzie­ka­na, roz­brzmie­wającym or­kie­stral­nym wołaniem zza światów, przyprószo­nym słodkawą, piżmową fu­ne­ralną magią, tru­pim na­sie­niem.

– W ob­li­czu śmier­ci każdy jest równy – mawiała bab­cia.


Świątecz­na kul­mi­na­cja przy­pa­dała za­zwy­czaj na pierw­szy dzień li­sto­pa­da, wszy­scy, z naj­dal­szych stron, zbie­ra­li się wówczas w bab­ci­nej kuch­ni, wypełnio­nej po brze­gi za­pa­chem bi­go­su. Pierw­szy, od świtu, pełnił za­zwy­czaj dyżur Przy­byłek – od­pra­wiał swój mi­stycz­ny rytuał nad dymiącym garem – nasłuchi­wał skwier­czeń, syków, po­pi­ski­wań, bul­gotów – wyśpie­wy­wa­nych ko­ro­nek do bożego miłosier­dzia – dies irae, dies illa, so­lvet sa­ec­lum in fa­vil­la – i, za­pew­ne ocze­kując rychłego Pańskie­go przyjścia – czynił sąd nad roz­grza­nym do czer­wo­ności me­ta­lem.

– Wsta­waj, po­ry­rać trze­ba, je­dze­nie się robi – tak oto bab­cia za­czy­nała mój dzień, gdy, po całonoc­nych zma­ga­niach z czer­woną dłonią na szy­bie, spra­gnio­ny snu do­cze­ki­wałem świtu. Przez (jak mi się wówczas wy­da­wało) wieki – pod­mio­tem ry­ra­nia był dzia­dek, gdy umarł – ów męski obowiązek prze­szedł w pro­stej linii na mnie. Ry­ra­nie – to – ina­czej rzecz ujmując – umiejętne sztur­cha­nie po­grze­baczką tlących się w piecu węgli, opa­no­wa­nie tej sztu­ki wy­ma­gało wielu miesięcy ćwiczeń, oku­pio­nych licz­ny­mi sro­mo­ta­mi, kiedy, po­mi­mo pełnego za­an­gażowa­nia, napięcia wszyst­kich muskułów i od­ru­cho­we­go zmniej­sze­nia lepkości potu – nie udawało się roz­prze­strze­nić ognia – ba – zda­rzało się że ten gasł – ni stąd ni zowąd – jak gdyby na przekór za­pal­czy­wości młodego adep­ta, z cza­sem umiejętności rosły, ruchy stawały się bar­dziej wy­cy­ze­lo­wa­ne, de­li­kat­niej­sze I pre­cy­zyj­niej­sze. Po roku co­dzien­ne­go ry­ra­nia – już wie­działem: należało roz­począć po­wo­li, roz­gar­niając nie­wi­dzialną zasłonę, de­li­kat­nie po­sztur­chując samym czub­kiem mosiężnej szpi­cy, po czym przejść do coraz szyb­szych I moc­niej­szych, głębszych pchnięć, coraz to dra­stycz­niej­szych, wieńcząc całe dzieło dzikością, ru­cho­wym cha­osem, skwierczącym I pry­chającym parą na wszyst­kie stro­ny. Wiele lat później – do­strzegłszy po­do­bieństwo ry­ra­nia do in­nych, bar­dziej prak­tycz­nych form ruchu po­su­wi­sto – zwrot­ne­go, do­ce­niw­szy tą pier­wotną szkołę – uznałem moje młodzieńcze doświad­cze­nia za ro­dzaj dia­men­to­we­go (bo z węgla) ar­te­fak­tu, błogosławieństwa, po­zwo­le­nia – glej­tu pi­sa­ne­go ogniem, iskra­mi I żarem – będącego w swej isto­cie nie­pi­sa­nym roz­grze­sze­niem moich przyszłych, dorosłych, przy­jem­nych nie­pra­wości. Qu­an­tus tre­mor est fu­tu­rus, qu­an­do judex est ven­tu­rus, cunc­ta stric­te di­scus­su­rus!


Czer­wo­na dłoń. Ileż to razy wal­czyłem ze snem, za­trza­skując po­wie­ki przed złowiesz­czy­mi poświa­ta­mi, od­bi­ja­ny­mi przez rzeźbione szkla­ne , od­dzie­lające sy­pial­nię od sa­lo­nu, drzwi, ima­gi­na­cja­mi gor­szy­mi niż myśli o nie­by­cie, karze za grze­chy, czy – co naj­gor­sze – ogórko­wej na obiad dnia następnego.


Uka­zy­wała się ona na szy­bie, za­zwy­czaj tuż po północy, krążyła, sięgała, płonęła bla­skiem od­bi­ja­ne­go światła, po­wra­cającego z wie­czor­nej trium­fal­nej de­fi­la­dy trójkołowego przy­byłko­we­go po­two­ra, od­da­lała się, to znów przy­bliżała, nie­uchron­na, złowro­ga, złowiesz­cza. Za­trza­ski­wałem wówczas po­wie­ki, ry­glo­wałem, ni­czym dębowe drzwi, chro­niące wszyst­ko to, czego miałem być w przyszłości świad­kiem, I to, czego doświad­czałem już wówczas, za­ci­skałem dłonie, a pięści moje, dzie­cin­ne, neu­ra­ste­nicz­nie burzące gładką taflę kołdry – we­lu­ro­wo wal­czyły z nie­wi­dzial­nym prze­ciw­ni­kiem – oczy I skóra opa­rzo­ne lękiem- pul­so­wały, słyszałem dokładnie, tak, słyszałem dźwięki tonów serca, umie­rałem I wzno­siłem modły ku niebu. Strach był naj­do­sko­nal­szym po­wo­dem ist­nie­nia Boga. In­ne­go – nawet później – lep­sze­go– nigdy nie odkryłem.


W dzień ten, już od sa­me­go rana – scho­dzi­li się wszy­scy: i stara Szcza­giel­ska, tru­po­wa­tością swą żylastą powłócząc, i córka jej, kil­ku­dnio­wym fu­zlem cuchnąca, i ele­ganc­ki dok­tor Stach, skro­pio­ny ku­pio­nym w PE­WE­Xie do­wo­dem ludz­kiej wdzięczności, jesz­cze trzeźwy, i Przy­byłek, a gdy jego za­brakło – po­ja­wiła się – pani Stefa. Nikt nie wie­dział (może poza babcią, która wie­działa wszyst­ko) skąd przyszła. Po­dob­no była jedną z dziad­ko­wych ku­zy­nek, ale – nikt z nas o to nie pytał.

Owal jej roz­ora­nej zmarszcz­ka­mi twa­rzy kon­tra­stując z płytko osa­dzo­ny­mi, błękit­ny­mi ocza­mi i pa­ra­dok­sal­nie gładką, długą szyją był dla nas ja­snym i nie­pod­ważalnym do­wo­dem jej sta­ro­pa­nieństwa, sta­ro­pa­nieństwa – mawiała – z wy­bo­ru. Uważając się bo­wiem za Pańską Ob­lu­bie­nicę, po­siadłszy umiejętność roz­ma­wia­nia z du­cha­mi, tkwiła przez większość swo­je­go życia na gra­ni­cy dwóch światów, nie przej­mując się ani zda­niem żywych, ani (jak wspo­mi­nała) – częstymi blu­zga­mi zaświa­to­wych miesz­kańców. Nie była groźna, wręcz prze­ciw­nie – jej łagod­ny, na­zna­czo­ny jakimś nie­ziem­skim spo­ko­jem uśmiech, lekko wy­gi­nający w tęczę kąciki ust, spra­wiał, iż wszel­kie jej dzi­wac­twa, obrzędy i mam­ro­ty ucho­dziły płazem, ba, na­gra­dza­ne były dokładką bab­ci­ne­go bi­go­su lub do­dat­ko­wym kawałkiem cia­sta. Je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie dok­to­ra Sta­cha – za­przy­sięgłego ate­isty i pi­ja­ka – an­ty­kle­ry­kała, jej oczy stawały się nie­przej­rza­ne, źre­ni­ce zwężały się a na czole po­ja­wiały się kro­ple potu. Ubra­na była zwy­kle na czar­no, z czarną, błyszczącą ak­sa­mitką wieńczącą jej ha­bi­to­wy strój, per­ma­nent­na żałoba, dra­ma­tur­gicz­na per­fek­cja usank­cjo­no­wa­na gładzizną ma­te­riału, lecz po­wa­ga i do­stoj­ność znikały, gdy na stole po­ja­wiała się stra­wa. Lubiła jeść – tak właściwie to jadła bez prze­rwy, łap­czy­wie wchłaniała wszyst­ko, co bab­cia skrzętnie pod­su­wała, krztusząc się przy tym I pry­chając, wy­wa­lając przy tym oczy do góry, białkami strasząc ewen­tu­al­nych śmiałków, którzy mie­li­by ochotę na ko­lej­ny kęs, po czym – wracała uśmie­chem tęczowo – nie­prze­bra­nym łagod­nym, aż do ko­lej­nej por­cji.

W roku, w którym poczęły z ulic znikać czołgi, a wyciągnięte z żurna­li fisz­ki śpiewały pieśni na cześć ja­kie­goś mi­tycz­ne­go Bu­ja­ka, którego jesz­cze nie złapali, na bi­go­so­we święto­wa­nie znów sta­wi­li się – i me­dium okrągłolice, i chi­rurg z wy­mienną wątrobą.

– To z kim sza­now­na pani miewała ostat­nio przy­jem­ność? – cy­ru­lik roz­począł świątecz­ny ta­niec.

 

– Wsty­dził by się pan, panie dok­tor – pre­ten­sjo­nal­nie dygnęła przed dan­se­rem cza­row­ni­ca – wsty­dziłby się pan takie rze­czy mówić. Duchy są, roz­ma­wiają z nami, tylko my nie po­tra­fi­my ich usłyszeć.


– Oczy­wiście – uśmiechnął się Stach – je­dy­nie pani po­tra­fi, my zaś, ma­lucz­kie bożekrówki to ry­czy­my tylko, mu­czy­my, by­czy­my, że niech to szlag…


– Niech to szlag, – wtrąciła bab­cia – znowu pan za­czy­na?


– Skądże – od­rzekł, wyciągnąwszy z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki bu­telkę wódki, po­sta­wił na stole. – Czy ktoś się ze mną na­pi­je?

 

Bab­cia wes­tchnęła, odwróciw­szy wzrok.


– Tak – cza­row­ni­ca skinęła głową – ja się z panem napiję.


Bab­ci­ne wes­tchnie­nie od­biw­szy się echem od ścian, powróciło i wzle­ciało w stronę szaf­ki z kie­lisz­ka­mi.

– Przy­niosę.


– Bo wie pani, pani Stef­ko – ciągnął chi­rurg – je­stem człowie­kiem cie­ka­wym świata, więc pytam. Cały czas pytam. I nie do­staję od­po­wie­dzi, wciąż nie do­staję.


– A cóż ta­kie­go chciałby pan wie­dzieć? – ak­sa­mi­tem uko­ro­no­wa­na chwy­ciła w pół flaszkę, wpraw­nym ru­chem odkręciła zakrętkę, napełniła szkło. Kąciki ust pod­niosły się jesz­cze bar­dziej, oczny zaś lazur – rozbłysnął, na małą chwilę – lecz blask pra­wie na­tych­miast wchłonęła nie­prze­jed­na­na czerń.


Wlaw­szy w sie­bie za­war­tość kie­li­cha, Stach od­po­wie­dział uśmie­chową ilu­mi­nacją, pod­szytą jed­nak dzi­wacz­nie, złowro­go, ina­czej – bez­wol­nym spa­zmem w swej isto­cie będącą, pro­lo­giem bitwy na śmierć i życie, dwoma na­gi­mi mie­cza­mi wbi­ty­mi pomiędzy bu­telkę a dwa, ledwo co opróżnione na­parst­ki.


Dziw­nie nie­zwykłe było wówczas owo fa­cja­to­we Wa­ter­loo, grymaśnymi war­ga­mi zna­czo­ne pole walki, jak flagi, łopoczące na wie­trze, pro­por­ce dwóch na prze­ciw sie­bie stojących armii. Tuba, mirum spar­gens sonum, per se­pul­cra re­gio­num… Usztyw­nio­ne, tęczowe kąciki, bez­ru­chem oznaj­miające swoje zwycięstwo – con­tra lekko drżące, skie­ro­wa­ne po­gar­dli­wie ku górze, po­zba­wio­ne litości. Ar­ma­ge­don. Dies irae.

– To o co chciałby za­py­tać?

 

– Jest pani tak bar­dzo pewna swego, więc proszę mi wyjaśnić. Wy­obraźmy sobie, że znaj­du­je się pani w pociągu, gdzieś tam, w prze­dzia­le, ciepłym, wy­god­nym, sie­dzi sobie pani z no­ga­mi wy­wa­lo­ny­mi do góry, pociąg rusza…


Ruszyły. Naj­samprzód kon­ni­ca, ga­lo­pem, na przełaj, pod kątem pro­stym – by łamać tą nie­prze­jed­naną linię warg, wyłamać, zde­for­mo­wać, choć na ułamek se­kun­dy.
Iudex ergo cum se­de­bit, qu­idqu­id latet, ap­pa­re­bit: nil inul­tum re­ma­ne­bit. Żad­nych wnyków, wil­czych dołów, ścian ognia i zdra­dziec­kich je­zior wrzącej smoły. Ni lasu strzał, świstu prze­la­tujących nad łbami koni po­cisków. Nic. Cisza.

– … i pani w tym pociągu, pani Stef­ko. Sie­dzi pani wy­god­nie. A jed­nak, zmie­nia pani swoje położenie, od punk­tu A do punk­tu B. Moje py­ta­nie jest pro­ste. A więc – po­ru­sza się pani, czy nie?

 

Dotarły. Lance skie­ro­wa­ne pro­sto w cu­rva­turę, obie flan­ki za­zgrzy­tały w śmier­tel­nym uścisku, a mimo to – nie drgnęły. Morze strzygących ze stra­chu końskich uszu za­fa­lo­wało, febra z ust prze­niosła się na palce dłoni.


I oto nagle – skrzydła obrońców wy­ostrzyły się, ścieśniły swe szyki , wy­strze­liły tęczą. Nie roz­orała ich ka­wa­le­ryj­ska szarża. Quid sum miser tunc dic­tu­ru­s? Quem pa­tro­num ro­ga­tu­ru­s? Cum vix iu­stus sit se­cu­ru­s?


– Po­ru­szam się. I nie po­ru­szam. Jed­no­cześnie. Praw­da, dok­to­rze?


– Ha! Względem in­nych układów i ow­szem, droga pani, ale względem własne­go – nie­ko­niecz­nie. Ogłaszając swoją teorię względności, Ein­ste­in zupełnie nieświa­do­mie poddał w wątpli­wość sens ist­nie­nia Boga.

 

– Ein­ste­in był ate­istą – szepnęła bab­cia.


– Jeśli pa­trzy pani na świat wyłącznie ze swo­jej per­spek­ty­wy, – ciągnął Stach – w innym zaś układzie świat wygląda zupełnie ina­czej. I prawa nim rządzące, także. Roz­ma­wia pani z du­cha­mi, czy z tym, co wy­klu­wa się w pani mózgo­wych zakrętach? A święta Te­re­sa była wi­zjo­nerką, czy wa­riatką? Nie ma pani cza­sem wrażenia, że wszyst­ko da się odnieść ad ab­sur­du­m? Zupełnie nie­daw­no – płynnym, de­li­kat­nym ru­chem przed­ra­mie­nia, napełnił kie­lisz­ki – tak więc zupełnie nie­daw­no oglądałem pro­gram na temat odżywia­nia, jakiś łysawy pułkow­nik tłuma­czył, że, by żyć zdro­wo, nie należy jeść więcej niż pięć kilo mięsa na miesiąc. Ro­zu­mie pani? Pięć kilo. A ja, na swoje kart­ki mogę dostać co najwyżej dwa i pół. I do tego z kością. To tak, jak pani wiara. Pięć tysięcy gramów pobożnych życzeń przy dwóch i pół tysiąca re­al­nych możliwości.

I wy­da­wać by się mogło, że pękną, roz­padną się w puch obron­ne linie, przełamią się owe spryt­nie wy­ostrzo­ne wały, zastępy ata­kujących wedrą się wgłąb coraz węższej tęczo­wej ty­ra­lie­ry, a zdu­szo­ne jęki miażdżonych końską nawałą obrońców zna­czyć poczną pole ich wiecz­ne­go spo­czyn­ku. In­ge­mi­sco, ta­mqu­am reus: culpa rubet vul­tus meus: sup­pli­can­ti parce, Deus…


– Tyle w tym względności nie­ist­nie­nia Boga, ile względności jego ist­nie­nia – odparła cza­row­ni­ca, po­pra­wiając ta­siemkę – ko­lo­ratkę. – Nicżeś no­we­go pan nie wymyślił. I po­dej­rze­wam, że ten wasz Ein­ste­in był bar­dziej wierzący niz wam się wszyst­kim wy­da­je. Ha! W końcu to Żyd. Na­lej­cie mi jesz­cze…


– A co to ma do…


– Nic. Albo tyle samo co pańskie pięć kilo…


Dwie armie, w śmier­tel­nym uścisku sple­cio­ne, bitwa, która nigdy się nie skończy. Nie będzie po­ran­nych modłów za poległych, zbie­ra­nia ran­nych, do­bi­ja­nia oka­le­czo­nych. Nie będzie trium­fal­nych po­chodów, jeńców, ciągniętych za wo­za­mi, mar­szo­wym dwu­sze­re­giem oddających hołd zwycięzcom.
Oro sup­plex et ac­c­li­nis, cor con­tri­tum quasi cinis: gere curam mei finis. War­go­we: bez­ruch i ruch. Względność.


– Wobec śmier­ci każdy jest równy – prze­rwała bab­cia.


– Tak. A największym prze­kleństwem człowie­ka jest to, że, za­miast stwo­rzyć bogów na obraz I po­do­bieństwo swoje, wymyślił boga, do którego sam pra­gnie się upodob­nić. Resz­ta, łącznie z pojęciem grze­chu, sta­no­wi je­dy­nie po­chodną tego błędu. – Stach wstał, lekko chy­bocząc, pod­szedł do drzwi. – Czas na mnie.


– I na mnie – pod­niosła się cza­row­ni­ca. – Muszę jesz­cze na cmen­tarz…


Po­ra­nek na­za­jutrz przy­niósł dwie wia­do­mości. Dok­to­ra, zna­le­zio­no mar­twe­go w szpi­tal­nym kącie, gdzieś nie­opo­dal sali ope­ra­cyj­nej, leżał, zwinięty w kabłąk, sztyw­ny i nie­ru­cho­my, po­dob­no pi­ja­ny w sztok – utopił się we własnych wy­mio­ci­nach. Pani Stefa zaś – wra­cając z grobów – weszła pod koła ciężarówki, ude­rze­nie było tak silne, że rzuciło ko­bie­cinę wprost na słup elek­trycz­ny i roz­trza­skało jej głowę na drob­ne kawałki.


Huic ergo parce, Deus. Pie Iesu Do­mi­ne, dona eis re­qu­iem.


Chi­rur­ga po­cho­wa­no na cmen­ta­rzu ko­mu­nal­nym. Gdzie leży czar­na dama – do dziś nie wiem. Cho­ciaż, jak sądzę, bab­cia wie­działa. Ona wie­działa wszyst­ko.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko