Jan Stanisław Smalewski – Minął tydzień

0
160
Jan Stanisław Smalewski

Jan Stanisław Smalewski


Minął tydzień

 

Artur Nacht SamborskiJak piorun z jasnego nieba w wymownym akcie wieczornej burzy nad Watykanem, w poniedziałek gruchnęła w mediach wiadomość o abdykacji Benedykta XVI. – Papież abdykuje! Tego nie było od siedmiuset lat! – zakrzyczały nagłówki wszystkich stacji i portali.

A jeszcze w niedzielę po mszy w parafialnym kościółku, gdzie proboszcz kazał nam się modlić za rychłą kanonizację naszego papieża Jana Pawła II, pan Mietek zauważył: Patrz pan, do jakich to paradoksów dochodzi we współczesnym świecie. Papież Niemiec, z państwa, które nam Polakom wypowiedziało kiedyś wojnę, wyświęci teraz dla nas polskiego papieża.

No i masz babo placek. Chyba jednak nie wyświęci. Kto by się tego spodziewał?

Ale lubię, gdy na moich oczach dzieje się historia. I jaką by ona nie była, dla mnie pisarza samo dzianie się, to woda na młyn, dla mnie i dla polskiej demokracji. Lubię obserwować, jak na moich oczach zmieniają się postawy ludzi.

Zwykle potrzeba sporo czasu, by do zmian doszło. W minionym tygodniu było zupełnie inaczej. Nowa sytuacja z pontyfikatem papieża spowodowała, że wszystko uległo niezwykłemu przyśpieszeniu. W nawale informacji i opinii, postawy nawet samych dziennikarzy zmieniały się, jak w kalejdoskopie. Zmieniały się od zaskoczenia, współczucia i uznania, po zwątpienie, obojętność, aż do przyzwolenia krytyki.

Interesującym przeżyciem była zatem obserwacja mediów, które po chwilowym zaskoczeniu zapowiedzią abdykacji papieża Benedykta XVI (na 28 lutego), szybko przeszły na kolejny etap wyższych form wtajemniczenia. Ze stanu troski o stan zdrowia papieża przechodząc na poziom zatroskania o stan całego papieskiego Kościoła.

I tak, żeby nie być gołosłownym: w kolejnych godzinach od opublikowania woli Ojca Świętego, jak to zwykle wypada źródłom dobrze poinformowanym, zaczęto nam dawkować wiedzę na tematy okólne. A to najpierw dowiedzieliśmy się, że przecież papież już w marcu, kwietniu ubiegłego roku po pielgrzymkach do Meksyku i na Kubę wyjawił po raz pierwszy chęć swojej abdykacji, a to potem – we wtorek – ujawniono, że Watykan trzymał w tajemnicy dokonaną kilka miesięcy temu operację na sercu papieża i wstawienie rozrusznika wspomagającego pracę tego organu, by w kolejnych dniach pójść jeszcze dalej i wspiąć się na szczebel już nie tylko domysłów, ale i pomówień. Ba, czasami mrocznych przepowiedni także.

Czego wtedy się dowiedziałem? Ano między innymi tego, że papież Benedykt XVI w swoim kraju nie cieszy się taką charyzmą, jak w Polsce cieszył się Jan Paweł II. Że Kościół niemiecki tylko przez ostatnie siedem lat opuściło 100 tysięcy wiernych.

Dowiedziałem się też, że za „spiżową bramą” nadal – jak przed wiekami i przed laty – trwają konflikty, purpuraci spiskują, zagrożone ponoć było nawet (poprzez planowanie zamachu) życie papieża.

Podano także wiele przykładów, które mają świadczyć o tym, że papież nie dawał sobie rady z watykańską administracją oraz że pozostawał w konflikcie z innymi wpływowymi kardynałami włoskimi, którzy m.in. dopuszczali się malwersacji finansowych.

Podważono w łatwy sposób, analizując wnikliwie słowa Ojca Świętego w ogłoszonym oświadczeniu o woli abdykacji, siłę jego wiary, twierdząc, że przyznał się nie tylko do osłabienia swoich sił fizycznych, ale i sił duchowych, co mogłoby świadczyć nawet o jego osobistym kryzysie wiary (dlatego rzekomo nie wyjdzie zapowiadana od niedawna jego encyklika poświęcona tym kwestiom).

I jak tu nie wątpić? Jak nie ulec przemocy mediów? Jak zachować wiarę, gdy zewsząd zwątpienie i niewiara nawet w takie prawdy oczywiste, jak ludzkie słabości płynące z wieku? I płynące z ludzkiej starości konsekwencje w postaci zwyczajnych ograniczeń.

W środę w TVP pięknie (i wymownie) zauważył Jerzy Stuhr, że tylko człowiek z podobnymi przeżyciami jak on – aktor, który pokonał raka, potrafi docenić walkę z chorobą innego człowieka i zrozumieć, iż można dla dobra innych nie chcieć tej walki prowadzić kosztem zarządzanej przez siebie instytucji. – To akt wyjątkowej odwagi – zdaniem pana Jerzego Stuhra.

Warto zwrócić uwagę również na to, że 11 lutego, w którym Benedykt XVI ogłosił swą wolę abdykacji, był dniem chorego. Chorego, bez względu na to, co ową chorobę spowodowało. Czy tylko podeszły wiek, czy okoliczności, jakie przy okazji temu faktowi towarzyszyły (np. fakt, iż kościół nigdy dotąd współcześnie nie był tak prześladowany, nie zderzył się z taką ilością problemów wynikających z laicyzacji życia jak aborcja, pedofilia, związki homoseksualne).

To nie był więc przypadek. I wszystko inne zapewne było drugoplanowe, czy byśmy tego chcieli, czy nie, działoby się i nadal dziać będzie bez względu na to, czy papieżem będzie ten, czy inny kardynał.

 

We wtorek przy porannej kawie, przeglądając stare dzienniki, natknąłem się na ciekawy fragment wspomnień. Tak, nigdy nie zapomnę tej zaskakującej dla mnie reakcji pewnego starego pułkownika, który rozpłakał się, gdy (w 1980 roku) z funkcji I sekretarza KC PZPR odszedł Edward Gierek. Ów pułkownik płakał, że „upadł ostatni autorytet moralny w Polsce”, na którym on wychowywał swoich synów.

Prawda, że to dziwne? Zwłaszcza dzisiaj, w tym zagmatwanym świecie, gdy próżno szukać autorytetów nawet w skali globalnej. Wtedy, za komuny autorytety takie istniały. I nie tylko mieli je dygnitarze komunistycznej partii. Autorytetem był jeszcze ksiądz, był nim nauczyciel, było wielu innych. Nie do pomyślenia było znieważanie głowy państwa. A ojciec i matka pozostawały prawdziwymi synonimami władzy rodzicielskiej i miłości.

Autorytet to było coś, na czym można było się oprzeć, jak na dekalogu.

Co stało się z tym podmiotem zdrowej egzystencji społeczeństwa? Dodajmy społeczeństwa obywatelskiego, chociaż pojęcie obywatel dla wielu źle się kojarzyło. Generalnie, wiadomo, byliśmy obywatelami. Byli co prawda jeszcze z nami towarzysze, ale w warunkach państwa socjalistycznego słowo towarzysz też nosiło różne zabarwienia, i na pewno nie było równoznaczne z rozumieniem kogoś bliskiego, jak na przykład towarzysz życiowej drogi.

Ci, którzy słowu towarzysz nadali wymiar partyjny, zapewne nie spodziewali się, że spowodują w pojęciu tym taki zamęt; zniszczą jego piękne tradycje ducha rewolucji francuskiej i szlachetnych wzorców z patriotycznych pól walki.

A dzisiaj, gdy tylko media pokazują towarzyszy z Korei Północnej bądź Kuby, jest mi ich po prostu żal.

We wtorek, jakby nie dość było atrakcji medialnych gruchnęło, że Korea Północna dokonała udanej próby z bronią nuklearną.

Próba, próbą, nic jeszcze takiego by się nie wydarzyło, gdyby nie ukazanie światu masowej radości zniewolonego totalitaryzmem narodu koreańskiego, i gdyby nie… Boże, strach się nie bać – wezwanie go do walki z „amerykańskim imperializmem”. I ten partyjny nakaz, by jeden Koreańczyk był gotów do zagłady stu wrogów.

Przypomniała mi się zaraz kolejna przepowiednia – przepowiednia siostry Faustyny, która niejako po dwunastowiecznym irlandzkim biskupie św. Malachiaszu spekulującym kolejnych następców Stolicy Piotrowej i wieszczącym teraz po Benedykcie XVI – Piotra II, który będzie „pasł trzodę Bożą wśród utrapień na gruzach Rzymu”, równie złowróżebnie wieściła koniec Kościoła Katolickiego i kataklizm światowej wojny (np. poprzez „deszcze ogniste”).

 

Wracając do spraw polskich, zmiana systemu politycznego w kraju zmieniła wszystko. Nie ma już towarzyszy, i dobrze. A obywatel przestał być obywatelem, stał się panem. Nie ma społeczeństwa obywatelskiego. I proszę się ze mną nie sprzeczać. Społeczeństwo jest podzielone, targane sprzecznościami. Jest społeczeństwem, któremu trudno przypisać jednoznaczny charakter, jednoznacznie (poza samym społeczeństwem) wymowną nazwę, chyba że typu: konsumpcyjne, czy pokomunistyczne, ale to już inny problem, nie dla pisarza, raczej dla demografów i socjologów.

– „Już nie cham, a jeszcze nie szlachcic” – mawiał mój dziadek o pewnym parobku, którego nowy system uwłaszczył. Czasami to powiedzenie dziadka wpada mi do głowy, gdy widzę, jak „panoszą” się niektórzy współcześni politycy. Jak na moich oczach co cwańszy obywatel z dawnego Peerelu, staje się bogatym wyzyskiwaczem ludzkich słabości: naiwnych emerytów, upodlonych biedą chłopów, zasklepiających się we własnych skorupach osobowości artystów, czy pisarzy.

Pan – prawda, że trochę romantyczne słowo?, i nieprzystające do nowej rzeczywistości, w której rolę państwa ograniczono do podstawowych praw: sprawowania władzy, bezpieczeństwa i obronności oraz kilku dziedzin gospodarki o znaczeniu strategicznym dla narodu?

Pan – to ziemianin, właściciel, posiadacz. I jakoś w ogóle mi do nas – do ogółu obywateli trzeciej Rzeczypospolitej – nie pasuje. Wolałbym już, co najbardziej odpowiada chyba współczesnej rzeczywistości, byśmy wszyscy dla siebie byli osobami. Ty – to bezpośrednie określenie ułatwiałoby rozumienie nas samych, a zarazem zamykało całą dotychczasową przeszłość.

No i łatwiej byłoby zrozumieć takie systemy, jak monarchia, hierarchia czy totalitaryzm.

Pozostawiając Duchowi Świętemu sprawy władzy Boskiej, przejdźmy zatem do spraw władzy świeckiej. A ta jak wiemy, nie tylko od Boga pochodzi. Od diabła także. – Może nie mam racji? A ileż to razy słyszeliśmy od swojej władzy, byśmy sobie poszli do niego (diabła!)? Na przykład jako chorzy pacjenci dobijający się do przychodni opanowanych przez pseudo-rodzinnych lekarzy? Albo jako pasażerowie naszej ułomnej PKP, zmieniającej jak rękawiczki trasy i rozkłady jazdy? Pasażerowie niewydolnych linii lotniczych i beneficjenci wielu, wielu urzędów i instytucji państwowych, takich jak skarbówki, socjale, przedszkola, żłobki…

Podły świat – pomyślałem sobie, gdy w środę wieczorem przeglądając zaległą prasę, raz po raz wpadałem na hasła dziejących się nieprawości i rozgrywających się pchlich wojen w naszym Sejmie. Podły świat – mogli pomyśleć sobie panowie: prezes PiS Jarosław Kaczyński i sygnowany przez niego na premiera profesor Gliński, którzy znów nie trafili w odpowiedni czas ze swoim votum nieufności dla rządu premiera Tuska. – Sprawy światowej polityki skierowały uwagę ogółu obywateli w innym kierunku: na Rzym, Hong Kong, Nowy Jork, Brukselę.

No i jakoś wyjątkowo podle znów przyszło mi spojrzeć na Janusza Palikota. Zwłaszcza, gdy wplątał się w rozgrywkę z reprezentującą jego partię wicemarszałek Wandą Nowicką. Gdy ją wulgarnie obraził. I gdy nie potrafił z tego po męsku wybrnąć.

A pomyśleć, że oboje z żoną darzyliśmy go kiedyś sympatią. Mieliśmy nadzieję, że okaże się politykiem wysokich lotów. Niósł wtedy w politykę świeży powiew i wydawało się, że pociągnie za sobą młodzież. Póki co, pociągnął dewiantów i ludzi sfrustrowanych, do których – jak widać – sam dołączył.

 

Ale niespokojny tydzień?! – zauważyłem w piątkowy poranek. – I jak tu odejść od telewizora, gdy… nad światem znowu rozgrywa się „jakiś armagedon”? Nad Czelabińskiem pojawił się grad meteorytów, a wieczorem zapowiedziano przelot w niebezpiecznej odległości od Ziemi olbrzymiego ciała niebieskiego, zbliżonego rzekomo do tego, które wiek temu mogło spowodować katastrofę tunguską.

Swoją drogą – pomyślałem – naprawdę lubię, jak na moich oczach dzieje się historia, a wycieczka w zaśnieżony plener może poczekać. No i kolejna dawka wiedzy z zakresu fizyki i astronomii nikomu nie zaszkodzi, mnie także.

Dawka wiedzy o kosmosie nie zaszkodzi zwłaszcza tym wszystkim, którzy zbyt przyziemnie patrzą na wszystko. Którym przydałoby się więcej pokory wobec wszechświata, wobec siebie i innych.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko