Rafał Sulikowski – Opowiadanie paryskie

0
190

Rafał Sulikowski


Opowiadanie paryskie

 

 

Artur Nacht-Samborski      Wyjazd z chórem wspominał długo. Tam zetknął się namacalnie z nieznanym. Zawsze, odkąd tylko zaczął cokolwiek rozumieć ze świata, pragnął wielkiej miłości. Dziś wie, że Paryż to w pewnym sensie archetyp teraźniejszości.

           Autokar turystyczny był luksusowy. Napoje ciepłe i zimne, WC, telewizor z video. Maturzysta, jakim wtedy był, niewiele jeszcze rozumiał. Nie wiedział, jak zapamiętać każdy szczegół dnia, stąd w historii tej tyle luk. Nie wiedział, jak rozmawiać. I co gorsza – nie miał pojęcia, jak obserwować.

30 godzin. Ponad dobę. Tyle potrzeba czasu, by przemierzyć tę odległość, jaka dzieli krakowskie ocienione latem podwórza od paryskich bruków. Jazda nie należy do przyjemnych, głównie z powodu ścisku między siedzeniami. Siedział z tyłu, z młodymi, którzy zawsze mieli coś na ząb i coś na chandrę. „Tyły piją” – wygłupiali się, drażniąc starych, apatycznych z lekka. Za nim usadowił się kolega, z radiówki, który pomagał w śpiewie tenorom. Maturzysta był basem, świeżo przerobionym z tenora. Jakoś ten głos, już zmieniony, ciągnął w dół. Ale teraz znał repertuar na pamięć, był wewnętrznie przygotowany na zwycięstwo. Coś tylko na duszy było nie tak.

           Mijane krajobrazy szybko zacierały się w pamięci. Polskie wyżyny sudeckie, niziny niemieckie, potem Francja. Młodość ma to do siebie, że gna naprzód. Nie zatrzymuje się. Potrzebna jej przestrzeń do życia. Krajobraz wymaga refleksji, skupionej, mniszej uwagi, buddyjskiej uważności. Teraz chce cofnąć czas, który nie istnieje. Pragnie wrócić do tamtych momentów z dzisiejszym samopoczuciem. Nie wie, że wraca właśnie, gdy monotonnie wystukuje litery na srebrzystym ekranie. Wraca wielokrotnie. Odchodzi codzienna pustka i zawieszenie zmysłów.

           Noc minęła spokojnie. Zawsze śpiąc czuł, że młodzieńczy dołek staje się płytszy. Kolega z tyłu, który spał na ścianie, miał do niego pretensje o egoizm. Polegał ów na tym, że trochę przesunął fotel, zwiększając przestrzeń, której domagały się niespokojne, młodzieńcze nogi. Nie pomyślał wcześniej o idących z tyłu. Kolega wkrótce zapomniał.

           Śpiewy w autokarze należały do stałego repertuaru. Z początku kilka osób nuciło pod nosem klasykę. Potem fala muzyki zalewała całe wybrzeże autokaru. Zmęczeni zaczynali śpiewać piosenki obozowe. „Ukraina” brzmiała ukrytą nostalgią, której nie mogły zmącić nawet fałszywe tony. Muzyka. Jedno słowo, a tyle znaczeń.

           Pojechał do Paryża, rezygnując z wystawnej studniówki w hotelu Forum. Nie miał dziewczyny, choć kochał się platonicznie w wielu osobach. Nie miał z kim iść, potańczyć. Nie umiał rozmawiać, podobnie jak zadań z mrówkami i równań trzeciego stopnia. Wyjazd zrekompensował mu wszystkie moralne cierpienia, pozwalając na długie lata zarzucić kotwice w głębokie, spienione nurty.

           Nie był skoncentrowany na zewnętrznym świecie. Za wiele introspekcji i rozważań amatorskich. Wmawiano mu, że to od czytania. Rzeczywiście przeczytał w życiu swym krótkim i węzłowatym wiele, ale nie widział jeszcze wiele. Wyprawa do Paryża miała być pierwszym tournee, odkąd zaczął dzięki mamie śpiewać. „Siedzi w domu, nudzi się, może by pośpiewał”, mówiła do znajomego, który wkrótce wprowadził go w arkana sztuki śpiewaczej. Nie chciał zrazu. Wybraniał się jak mógł, krzyczał, oburzony szedł ulicą 20 m przed matką, która jak zwykle chciała po prostu dobrze.

           Przyjazd. Wychodzenie z autokaru, niepewne, ostrożne, jakby świat, do którego przyjechali różnił się specjalnie od naszego. A to już 6 lat Przemian, przełomu. Jego też, ale za wcześnie o tym. Na razie trwa wynoszenie bagaży, szukanie toreb, bez zwracania uwagi na innych i wprawy, mimo, że niektórzy jeżdżą już naście lat.

           Odbiór przez gospodarzy. Przywitanie, konwencjonalne, po angielsku i po jakiemu, kto umie. Jego wzięli muzycy, on nagrał nawet z zespołem płytę, ona zdaje się śpiewała. Jazda dobrym samochodem, szybko, ale przepisowo, mijane kolorowe plamy kiosków, aut, skrawki nieba i ułamki drzew, ludzie jacyć inni, dojrzalsi, jakby kierowali się już w życiu nie tylko wiedzą potoczną i katechizmem parafialnym. Parkowanie przed domem, już dokładnie nie pamięta koloru murów, wszak przeminęło dni niemało…Chyba biały, śnieżny, jak śnieg tatrzański.

           Dostał osobny pokój, mieszkał jak zwykle sam. W domu też. Wieczorem poczuł się bardzo samotny, a kilka km od niego biło serce, może właśnie dla niego. Kolacja skromna, jak to na Zachodzie, sałatki, dużo barwności, zdrowe, krystaliczna woda mineralna, wysoko zmineralizowana. Rozmowy zapoznawcze, gdzie się uczy, co robi, od kiedy śpiewa, ile ma rodzeństwa. Z trudem dobierał słowa po angielsku. Nawet po polsku nie umiał jeszcze mówić rutynowo, a tu obcy system.

           Migawki paryskie. Przestrzeń Pól Elizejskich. Pachnie literaturą, przypomina się Cortazar. Samochody bez liku, poruszają się w oddali jak w zwolnionym tempie. Odległość wprowadza w błąd. Koncert z 300-osobowym zespołem. Beethoven brzmi i grzmi jak lawina, hymn Unii. Połknięta moneta w „kawomacie”. Biesiada z winem, nakładają się imprezy, zlewają w jedną.

           Luwr. Przestrzeń placu z latarniami, jak z dzieciństwa. Schylona w przygarbieniu postać kolegi w ciemnym płaszczu. Maturzysta robi zdjęcia, gdzie popadnie. Za dużo nieprzemyślanych ujęć. Szklana piramida. Schody ruchome w dół. Do muzeum. Trzeba dalej iść. Zmoknięci jeszcze czekamy. Paryż mokry, pogoda zupełnie londyńska, choć koniec stycznia. Bierze aparat i trochę bezmyślnie utrwala twarzyczkę. Spojrzenie oczu spod długich, ciemnych rzęs. Zaciekawienie, figlarność dziecka. Widzi aparat, patrzy prosto w obiektyw. Milczenie. Pstryk migawki. Ułamki chwili, które będą odtąd powracały, kiedy zechce. Nietrwałość materii papieru i zgubiony negatyw, który kłamie. Został sam pozytyw. Niewyrażalne słowami uczucie. Kaskada znaczeń i światy możliwe.

           Łuk triumfalny. Nowy, bo stary widzieli za dnia. Wieczór tchnący spokojem, w oddali niknący gwar wieczornego życia. Obserwacja. Kilka ujęć. Potem okaże się, że aparat miał zrolowany film. Stracone chwile przez nieuwagę, którą ośmiela technika. Słyszy głos. Cudny, prawie anioła. Przerywa się jego autyczność, wraca kontakt. Nikt nie jest samotną wyspą, przekonuje się w chwilę potem, gdy ktoś z dorosłych diagnozuje. „Zostaw go dziecko, to chory człowiek” – słyszy. Słowa wpadły w otchłań rozpalonego i wypalonego umysłu. Wzdryga się, wewnętrzny protest targa nim w te i we wte. Odchodzi. Za nim przeszłość zwyczajna, leniwa, teraźniejszość nieciekawa i przyszłość. A z tych trzech najważniejsza jest ta ostatnia…”On mówi, że ty jesteś chory, a ty wcale nie jesteś chory…” – te słowa płyną z ciszy, przenikają duszę na wylot, wraca mgnienie migawki, rozstrzelone gwiazdy. Czuje się już nie sam, już obok ktoś jest, i samotność tę rozumie. Niepotrzebny, niekochany, biedny człowiek z małej ziemi, do dzieciątka, co spało w kątku z nadzieją przez noc idziemy. Ktoś podobny i inny, tak samo kruchy, jak materia w nim, który nic złego nie zrobił, by tak go doświadczano. Gdzie tu prawda, a gdzie kłam, tego nie wiedział. Walczące o niego dwie potęgi – dziewczęcej, niewinnej duszy i dojrzałego, surowego ratio, które osądza bezlitośnie, bezlitośnie kłamiąc. Nieprawda, że słowa nie wystarczą. Nieprawda, że trzeba zamilknąć. Jeśli codziennie widzi rany, zadane słowami, to tam, na paryskim łuku doświadczył ciepła, dobrych rąk i oczu. Wiele lat potem słuchał Budki Suflera – „przecież musi być stół i dobre oczy nad stołem, ulica kręta w dół i łuna ponad kościołem, dotyk dziwnie znajomy, coś jak dziecięcy pokój, jedna dłoń jego to dobroć, druga dłoń jego to spokój”.

           Pod łukiem pozostał cichy wiatr.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko