Zdzisław Antolski – Szwagier w Kanadzie

0
259

Zdzisław Antolski 


Szwagier w Kanadzie

 

Zdzisław Beksiński   Szwagier i ja kochaliśmy się w dwóch siostrach i to nas łączyło najbardziej, ale nie tylko. Ja kochałem się w starszej – Magdalenie, a Szwagier w młodszej – Joannie. Szwagier był starszy ode mnie o kilka lat i traktował mnie z pewną pobłażliwą wyrozumiałością jak młodszego brata. Ale chyba mnie szczerze lubił, tak myślę, zresztą było to uczucie odwzajemniane przeze mnie. Na moje młodzieńcze lęki, obawy i wątpliwości reagował z wyższością doświadczonego mężczyzny, który już niejedno w życiu przeszedł i wycierpiał. Był bowiem po trosze filozofem, intelektualistą i znawcą dusz ludzkich. Posiadał ogromną bibliotekę, na książki wydawał wszystkie zarobione pieniądze. Najważniejszym pisarzem dla niego był Marcel Proust.Podzielałem jego gust literacki i wiele godzin przegadaliśmy na temat „Poszukiwania straconego czasu”. Miał też dwutomową, kultową biografię Prousta pióra Paintera, i dzieło „Proust w oczach krytyki światowej”, i esej Błońskiego o francuskim pisarzu, i Boya „Obiad literacki. Proust i jego świat”.

   Szwagier podobny był do Napoleona w średnim wieku, miał podobnie zaokrąglony brzuszek i zdecydowane zaciśnięte wargi, które jednak zdawały się w kącikach unosić w uśmiechu. Miał także identyczny kosmyk włosów na wysokim czole jak cesarz Francuzów. Lubił snuć plany na przyszłość, ale nie miały one wiele wspólnego z realną rzeczywistością PRL-u, raczej rozgrywały się w jakimś wymyślonym, idealnym kraju, gdzie zdolna jednostka może zdziałać cuda dzięki żelaznej woli i wyobraźni.

   Siostry bardzo różniły się między sobą, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Magdalenia, raczej średniego wzrostu, zgrabna jak Marylin Monroe, z dużym biustem, z którego była dumna, z charakterystyczną burzą rudych, kręconych włosów. Na co dzień była impulsywna, choleryczka, często wobec ludzi, których z jakichś powodów nie lubiła – agresywna, czasem napastliwa. Zawsze gotowa była do zażartej kłótni, dyskusji, ostrej wymiany poglądów, w ekstremalnych przypadkach nawet przechodzącej w bójkę (sic!). Potrafiła nader skutecznie drapać, gryźć i kopać.

   Natomiast Joanna, raczej łagodna, długowłosa blond-topielica, posągowej figury, długonoga, z wielkimi niebieskimi oczami, bardzo zgrabna – ćwiczyła gimnastykę artystyczną, ciągle jakby senna, zamyślona, rozmarzona i nieobecna. Introwertywna melancholiczka, trochę pisała, ale bez przekonania, raczej nie miała w tym kierunku przekonania ani większych ambicji, dużo za to czytała literatury światowej, zwłaszcza francuskiej i modnej wówczas iberoamerykańskiej, Cortazar i Marguez, przeglądała albumy malarstwa, dbała o swój wygląd, wizyty u kosmetyczki, jednym słowem: ulubiona córeczka mamusi. I podczas tego burzliwego wieczoru poetyckiego się poznaliśmy, zaimponowałem chyba Magdalenie, kiedy ostro polemizowałem ze starymi wyjadaczami literackimi i dziennikarskimi. Ale ja byłem mocny tylko w gębie, na gruncie literackim, operując abstrakcyjnymi pojęciami, w życiu codziennym tchórzliwie uciekałem od walki o swoje.

   Szwagier lubił długie i leniwe dyskusje o polityce przy piwie lub winie. Jego ulubionym, kpiarskim zawołaniem, było: – Chłopcy, czas pili! Podczas biesiad zadziwiał nas swoją znajomością literatury emigracyjnej, zwłaszcza Miłosza i Herlinga Grudzińskiego, podobno miał stały dostęp do paryskiej „Kultury”, ale się z tym nie zdradzał, bo był wyjątkowo ostrożny i wszędzie wietrzył agenturę. W kilku przypadkach, osób o nieskazitelnej opinii, niestety miał rację, jak się potem okazało, choć nikt ich wtedy nie podejrzewał. Był stałym słuchaczem Radia Wolna Europa, znał na pamięć ich argumenty i wieszczył, że komunizm niedługo upadnie.

   – A wtedy Polska będzie wolna i wstąpimy do NATO – mówił w formie żartu i wszyscy śmialiśmy się głośno, zastanawiając się czy Szwagier kpi, czy jest już wstawiony? Antykomunizm Szwagra pochodził nie tylko z codziennych obserwacji, wzbogacony był jak przystało na intelektualistę, na którego pozował nieustannie, o lekturę Orwella, Koestlera i Arendt.

   W czasach Solidarności był naprawdę szczęśliwy, zapuścił na ówczesną modę długą czarną brodę, która już miejscami zaczynała siwieć. Chodził ubrany w długie wyciągnięte swetry i wytarte, połatane dżinsy. Za paskiem trzymał bezdebitowe wydawnictwa, jakieś powielaczowe ulotki. Ciągle spieszył na umówione spotkanie, a to z Adamem, a to Jackiem, bez nazwisk, i tylko domyślaliśmy, że chodzi o podziemie.

   Moje małżeństwo z Magdaleną rozpadło się po paru latach. Magda chyba planowała to wcześniej, znaczy się zakończenie naszego chybotliwego związku, może to była dla niej krótkotrwała przygoda. Wielu naszych znajomych dziwiło się temu związkowi. Byłem niedoświadczonym żółtodziobem. Magda miała już kilku partnerów przede mną, prowadziła bujne życie towarzyskie, miała sukcesy literackie, ale te nadeszły już podczas trwania naszego związku. Może za dużo w naszym małżeństwie było alkoholu? Być może z jej strony były jakieś uczucia niemal macierzyńskie, a może po prostu kaprys?

   Prawie codziennie jeździłem taksówką do meliny po wódkę. Nasz dom był otwarty i ciągle ktoś przychodził z półlitrówką. Codziennie odbywały się balangi poetyckie, a w ostateczności piliśmy we dwójkę. Pijany dzwoniłem po nocy do dziewczyny z liceum, w której byłem nadal zakochany.

Z Magdaleną poznałem się na słynnym w naszym mieście wieczorze w Klubie Dziennikarza z okazji wydania Almanachu Poetyckiego dla młodych debiutujących. W nabitej sali przy świecach zawodowy aktor z miejscowego teatru czytał nasze wiersze. Potem w Klubie spotykaliśmy się niemal codziennie. Wieczorami było dużo alkoholu, często lądowaliśmy w schronisku turystycznym, bo tam było najtaniej spędzić noc, gdzie były piętrowe łóżka. Rano męczył mnie kac. Wracaliśmy do Klubu i znów zaczynało się – najpierw piwo, potem wódka, wieczorem impreza i schronisko, gdzie czasem pościel nawet nie była zmienione, a w kącie walały się nasze butelki z poprzedniego wieczoru. Klub zamknięto, więc przenieśliśmy się na drugą stronę ulicy do pomieszczeń piwnicznych teatru. Tam, przy sztucznym świetle, w malutkiej kawiarence nazywanej pieszczotliwie „Dziurka”, sączyliśmy wino, opowiadaliśmy sobie jak wyobrażamy sobie nasze wspólne życie. Tam właśnie przy czerwonym Cabernecie (najlepsze wino jakie posiadali w bufecie) Magdalena wymyśliła, żebyśmy się pobrali. Byłem jak ten królik zahipnotyzowany przez zielone oczy węża. Zamieszkaliśmy w starej przedwojennej kamienicy na peryferiach miasta, gdzie udostępniła nam dwuosobowe mieszkanie wysuszona jak pergamin i kostyczna, zawsze na czarno ubrana, jedna z dwóch babć Magdaleny. Potem drugi pokój babcia oddała drugiej swojej wnuczce z małym dzieckiem i to już nie było to, sąsiedzkie kłótnie, swary, płacz niemowlaka, pieluchy w łazience, to już był początek końca naszego małżeństwa.

   Wtedy wpadłem na samobójczy jak się potem okazało pomysł, żeby zaprosić na spotkanie Jana Pawłowicza, młodego prozaika ze Śląska. Lubiłem jego prozę – liryczną i oniryczną, miał takie same kompleksy jak ja, bohater jego prozy był neurotykiem, ciągle się czegoś bał. Pawłowicz przyjechał naćpany proszkami (garściami zażywał relanium), w ogóle nie pił wódki, za to my wszyscy pozostali oczywiście popiliśmy się do utraty przytomności. No i Pawłowicz wyjechał z Magdaleną do swojego miasta, na Śląsk. Zostałem sam w mieszkaniu, z małym kotkiem.

   Potem pochłonęła mnie polityka. Dwa razy w życiu płakałem przed telewizorem, raz kiedy Karol Wojtyła został papieżem, a drugi raz, kiedy Wałęsa swoim wielkim długopisem podpisywał porozumienia gdańskie. Wierzyłem w Solidarność, jak w jakiś byt idealny, bez skazy. Wierzyłem, że mimo wprowadzenia stanu wojennego, kiedyś się odrodzi i powstanie. Stan wojenny załamał natomiast Szwagra. Chodził przybity, zrezygnowany. Przeszła mu ochota do opowiadania dowcipów politycznych, nie słuchał nawet Radia Wolna Europa. Już nie wieszczył upadku komunizmu, a raczej sądził i głosił czy ktoś chciał słuchać czy nie, że potrwa on jeszcze jakieś dwieście lat. Z powodu mojego rozwodu z Magdaleną, stosunki ze Szwagrem się rozluźniły, choć bardzo mi współczuł, był bowiem lojalnym przyjacielem i wierzył w męską solidarność. Zawsze na niego można było liczyć w potrzebie. Doradził, pomógł, pożyczył pieniędzy.

   Szwagier cierpiał biedę, bo tak naprawdę znał się na wszystkim, ale nie miał konkretnego zawodu. Zaczął wówczas uczyć się fachu u jubilera licząc na wysokie zarobki. Kiedy jednak Kiszczak otworzył granice, Szwagier postanowił z Joanną, która już była jego formalną żoną, wyjechać do Kanady.

   O jego wyjeździe dowiedziałem się pośrednio i bardzo symbolicznie, kiedy w największym antykwariacie w naszym mieście zobaczyłem najlepsze pozycje z bogatego księgozbioru Szwagra. Był tam cały Proust i Painter, i Boy, i Błoński. Zrobiło mi się jakoś straszliwie smutno. I pomyślałem, że Szwagier sprzedał swoją duszę.

   Ja, cóż ożeniłem się po raz drugi, mam syna, prowadzę niewielkie wydawnictwo. Magdalena zadzwoniła do mnie, że znów się rozwodzi. Obecnie jest z muzykiem hard-rockowym. Jest szczęśliwa. Wymieniłem też przez internet parę słów z Janem Pawłowiczem. Widzę, że jest w dobrej formie pisarskiej. Nadal podziwiam jego prozę.

   Do Magdaleny, mojej pierwszej żony, nie mam żalu, staram się pamiętać o dobrych chwilach, a tych było niemało. Żywię do niej jak najlepsze uczucia. Nasze małżeństwo, choć krótkie, dużo mi dało, szybciej dojrzałem.

   Ale najbardziej brak mi jest Szwagra, tych szczerych rozmów z nim na wszystkie tematy. Tej ironii. Czarnego humoru w komunizmie. Nie mam wątpliwości, że Szwagier ukazał by mi właściwą perspektywę zdarzeń, nigdy nie dał się oszukać, zawsze wiedział, jak postąpić.

   Brak mi również tych żartów jakie sobie opowiadaliśmy, tej atmosfery wolności mimo wszystko, mimo cenzury, konfidentów i zamknięcia na świat. PRL dawała nam pewną beztroskę, komfort braku odpowiedzialności, lekkomyślność i swobodę dzieci. Nic od nas nie zależało, wszystkie atrybuty władzy i odpowiedzialności mieli ONI. Więc można było zachowywać się nieodpowiedzialnie i beztrosko. Byliśmy kibicami i mieliśmy siedzieć cicho. Tylko czasami, na rozkaz, mieliśmy klaskać. Było to bardzo upokarzające i męczące, ale jednak dawało pewną beztroskę, czarny humor straceńców.

   Ostatnio, jak słyszałem, Szwagier w Kanadzie jest rozwozicielem pizzy. Pije dużo piwa, ma skłonności do tycia, interesuje się polityką. Mój Boże, pomyślałem, intelektualista, bezlitosny analityk totalitaryzmu i miłośnik Prousta – rozwozicielem pizzy! Pokonała go liberalna demokracja, do której tak tęsknił.

Podobno interesuje go żywo, co dzieje się w polskiej polityce. Wnioskuję z tych słów, że Szwagier tęskni.


Zdzisław Antolski

 

.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko