Beata Golacik – Nie szczypta soli – szczypta kelnerki

0
164

Beata Golacik:


Nie szczypta soli – szczypta kelnerki

 

Maria Wollenberg - KluzaO powadze pisali pisarze poważni i poważani. Wezmę sobie ich słowa za tarczę, najwyżej wrócę na tarczy, a gdy nie wrócę niechaj wiosną rolę moją sieje brat… Namaszczenie, dostojeństwo, podniosłość, majestat, autorytet, estyma, mir, prestiż, respekt, szacunek, uznanie, ważność, znaczenie, uroczysty nastrój… Powaga. Zabija powoli, powiadają. Monteskiusz: „Powaga jest zwykle pancerzem głupców”. Antoni Słonimski:Brak poczucia humoru nie zawsze jest dowodem powagi.”. Oscar Wilde: Powaga to jedyna ucieczka dla płytkich umysłów.”; „Kiedy powaga się starzeje, przekształca się w tępotę”.  Stefan Kisielewski:„Po czym poznać głupiego? – po powadze jego, nie po śmiechu, śmieją się bowiem ludzie mądrzy, głupiec zaś, nie chcąc się zdradzić, jest stale poważny.” No, uwzięłam się. I wiem, że to mnie naraża na poważny zarzut, iż cytaty dobrałam tendencyjnie, tak , żeby mi pasowały do wrogiej tezy: „ta powaga krwi wymaga”. Cóż począć? Jak się Piotruś Pan ze szpikulcem na balon zasadzi, będzie huk, Kapitanie Hook.

 

Powagi są różne. Jest np. powaga stołka – bardzo przewrotna, o czym łatwo zapominają zasiadający. Jest też powaga tytułów – przydatna niekiedy (Pewien docent na akademii medycznej zdaje relację rodzinie chorego z przebiegu operacji. Mówi, że wszystko się udało i pacjent wraca do zdrowia. Rodzina na to: – „Dziękujemy bardzo, Panie doktorze”„Docencie!”– Poprawił ich. – „Ależ docenimy, docenimy!”). Och! Jest jeszcze mnóstwo powag sytuacyjnych, zadanych nam do przetrwania; powag refleksyjnych – do czytania i się zadumania, powag instytucjonalnych – do przebolenia i opłacenia i w końcu jest powaga powag, czyli powaga własnego majestatu – bestia wiecznie głodna uznania i szacunku – bez szczególnych ku temu powodów, potwór pożerający własny ogon, choroba ciężka – syndrom nagiego króla. Ale jest też inna. Chyba najważniejsza, najistotniejsza z powag – powaga chwili. Właściwej chwili. Prosta, naturalna i szczera – ogarnia czule, nie wymaga nas, a ma. Tylko wyjątkowe chwile są w stanie unieść powagę.

 

Jednakże zestaw chwil, o odmiennych parametrach udźwigu, który zwie się życiem, jest zjawiskiem, w ogólnym rozrachunku, mało poważnym. Bo nie dość, że człowiek się poczyna bez udziału własnej woli, to kształtuje zręby swej indywidualnej osobowości w oparciu o czynniki dziedziczne oraz środowiskowe, na które wpływu nie ma, To jest przecież kompletnie niepoważne traktowanie człowieka! Potem obdarzony zostaje rozlicznymi zrządzeniami losu, z którymi ma sobie radzić, jak chce. Ma fart albo niefart – naprzemiennie lub z przewagą jednego i bez możliwości przewidywania. Ciągle czegoś szuka, a gdy znajduje, wtedy wychodzi na jaw, że szukał nie tego lub nie tu, gdzie trzeba. Zmaga się z przeciwnościami nieustannie. Dostaje, czego chciał przeważnie wtedy, kiedy już tego nie chce. Jak młody i zdrowy, to smutny, bo biedny i głupi. Jak mądry i bogaty, to smutny, bo stary i chory. Jak ma małe dzieci, to nie ma dla nich czasu, bo łazi do roboty, jak podrosną i mógłby bez problemów łazić do roboty, to go gonią na emeryturę. Wariantów tego absurdu tysiące. To jest zupełnie niepoważne! To jest zwykłe robienie sobie jaj z poważnego człowieka! To jest życie.

 

 

I kto wie, czy ta „niepowaga” nie jest dla nas najlepszą życiową wskazówką, czy nie jest swoistą szkołą przetrwania homo sapiens? Śmiech to przecież przypadłość typowo ludzka. „Jest dobrym wynalazkiem natury czy Boga” – jak o tym mówił Leszek Kołakowski – humor pozwala stępić wrogość świata. Jednakże Kołakowski, już na wstępie swojego popularnego „Eseju o śmiechu”, poczynił istotne rozróżnienie: „Czym innym jest zdolność do śmiechu, czym innym poczucie humoru. Zdolność do śmiechu jest powszechną i wyróżniającą cechą człowieka(…) Poczucie humoru natomiast jest rzadkie, zakłada bowiem umiejętność osiągnięcia przez człowieka dystansu do samego siebie, dystansu ironicznego. Każdy potrafi opowiadać zasłyszane kawały lub śmiać się z cudzych niepowodzeń, ale tylko nieliczni umieją się zdobyć na samoironię, co wymaga zarówno inteligencji, jak pewnej dyscypliny emocji; jakoż na pięćdziesięciu nadętych zdarza się jeden z poczuciem humoru, taki, co nie tylko, jak każdy śmiać się potrafi, ale z samego siebie się śmiać. Jeden na pięćdziesięciu? To i tak niezła statystyka. Wesołkowatość nie może być tu chyba miarą. Kawalarz, trefniś, zgrywus, numerant… to często tylko rola społeczna. Dawniej ważna służba koronna (stańczykostwo), dziś już chyba tylko służba towarzyska.

 

Zastanawiam się też, czy ja np. wygrałabym taki turniej – „jeden z pięćdziesięciu” Szanse mam, ale czy pewność wygranej? Kiedyś, paradując w wizytowym stroju, wpadłam w wielką kałużę dość nieszczęśliwie – całym korpusem. Toteż mój przecudnej urody płaszczyk z flauszu, zassał był całą, błotnistą wodę. I przyznam, że nie od razu dostrzegłam wymiar dobroczynny tego wydarzenia – jako formy wsparcia komunalnych służb oczyszczania miasta. Mój autoironiczny dystans okazał się niepotwierdzoną teorią, przynajmniej w pierwszej fazie. Co zgodnie mogą zeznać osoby towarzyszące, które ze wszystkich sił tłumiły rechot, w obawie o swoje życie, gdyż, jak wspominają, ciskałam nożami z oczu oraz nieprzystojnym słownictwem z ust. Po godzinie, w zaciszu domu, było mi już bardziej do śmiechu. Płaszcz, jako nad wyraz chłonny, poszedł na szmaty, a wierne mi w nieszczęściu towarzystwo zaczęło ze swadą wspominać inne, niepoważne historie z życia maluczkich. Skończyło się na opowiadaniach o ówczesnych celebrytach, czyli komentatorach sportowych, dostarczających uciech swoimi lapsusami typu: „Włodek Smolarek krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka” albo Nogi piłkarzy są ciężkie jak z waty” czy też moje ulubione kawałki – lingwistyczne, w rodzaju „To nie był błąd, to był wielbłąd”.

 

Humor – zaworek bezpieczeństwa w misternej konstrukcji naczyń połączonych – naszych autorytetów, dostojeństw i dum, w których bulgoce powaga. Szczypta soli, dodająca smaku potrawie i wreszcie prosty test sprawdzający, czy mamy do czynienia z człowiekiem czy z pomnikiem. Kiedyś, jeszcze w czasie studiów, zastosowaliśmy go bezwiednie wobec naszego wykładowcy, nobliwego księdza doktora – historyka Kościoła i religii. Siedzący z tyłu auli, nieco znudzeni długim wykładem, koledzy studenci puścili w obieg karteczkę z zabawnym napisem. Następnie obserwowali jak krąży od osoby do osoby, wzbudzając u każdej rozbawienie. Kiedy ten łańcuszek szczęścia dotarł do pierwszego rzędu, ksiądz doktor, niespodziewanie, nie przerywając wykładu, podszedł i przejął zdobycz. Przeczytał kartkę i parsknął śmiechem. (Test zdany!) Napis na karteczce brzmiał: „Jeśli miałeś dziś w nocy stosunek, to się uśmiechnij!”

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko