Augustas Lapinskas – Mantù

0
137
Agota Bričkutė

Różowe firanki tutaj zupełnie nie pasowały. Nie pasował i kaktus, pękający grubym, czerwonym kwiatem ociekającej krwi tętniczej. Oba te elementy nadawały gabinetowi dziwnej, niewygodnej lubieżności, którą jeszcze bardziej podkreślał blady minimalizm szpitala. Widocznie jeszcze przed moim urodzeniem cały budynek był okaleczony okropnie żółtymi kratami, zakrywającymi okna nie tylko na pierwszym piętrze. Ciekawe, jak wielu pacjentów starało się uciec? Czy istnieje przestrzeń czasu, kiedy zaczynasz czuć wdzięczność wobec krat, strzegących świat przed tobą i bakteriami w twoim organizmie? Ta delikatna cisza, ogarniająca gdy włączy się blokada na sali, czułość wobec siostrzyczki w maseczce, która, zostawszy po drugiej stronie szklanych drzwi, wstydliwie odwraca oczy, nie widzi jak ustami bezdźwięcznie mówisz „dziękuję”.

Teraz, siedząc przed zmęczonym lekarzem z oszpeconą trądzikiem twarzą, mogłem tylko pytać siebie, jak zareagowałby, gdybym zaczął drzeć te absurdalnie różowe firanki, zasłaniające przeżarte rdzą kraty. Może krat nie ma? Może akurat ten gabinet jest słabym punktem oddziału, moim biletem do słodkiej, lecz krótkiej wolności? Nie wytrzymawszy końcami palców pchnąłem firanki na bok. Nie. Nawet sanitariusze nie mają prawa wyskoczyć przez okno.

Ta myśl mnie trochę rozweseliła. Poczułem boleśnie naciągającą się suchą skórę twarzy; kącik ust już drugi raz dzisiaj obrzydliwie pękł. Lekarz, spostrzegłszy uśmieszek, zmieszał się, niezręcznie uśmiechnął się i odchrząknąwszy mówił dalej. Jego głos monotonny, równy, słowa – beznamiętne akademickie sformułowania, obojętnie płynące obok, gdzieś daleko poza granicami zrozumienia. Osobliwa improwizacja dżezu. Dawno nie śledzę ani rytmu, ani podstawowego motywu. Jest on jasny od początku – moje zwykłe życie jest skończone. Od tej chwili będę miał swój numer, sprawę, łóżko na kółkach i okno, ozdobione okropnie żółtymi kratami. Przecież żółty kolor symbolizuje szczęście, radość, nadzieję. Taki jest motyw moich pozostałych dni.

Światło podzielone prętami padało na zawalony papierami stół, na maleńkie skrawki, rozdzierając wpisy w medycznej karcie. Lekarz zbierał je po jednym i tym samym mechanicznym głosem komentował trudną i zawiłą historię choroby. Bolesne słowa agresywnie wpijały się w świadomość. Jak tylko mogłem, starałem się odegnać je precz.

„Niestety, sam łuk płuc…” – Wyciągam spod stołu ręce. Prawa już zdążyła boleśnie zadrapać kciuk lewej. Swędzenie rozprasza, uspokaja.

„Te plamy mogą być konsekwencją zapalenia płuc, ale…” – Wysuwam palce przez zakratowane światło, mając nadzieję zobaczyć, jak te oddzielają się od ciała, unoszą się przez pokój, kapiąc na białe kafelki gorącą, parującą krwią.

 „Nie możemy zaprzeczyć, że próba tuberkulinowa…” – Obracam ręce ramionami w górę. Oto on. Różowa, nieznaczna wypukłość. Dwunastu milimetrów średnicy wystarczyła, żeby test był pozytywny. Pozytywny. Wewnętrzny cynik gardłowo zachichotał. Parsknąłem i ja – dolna warga rozdzieliła się, pękła na pół; nareszcie – pozytyw w mojej medycznej sprawie.

„Mantù?” – bardziej westchnęła niż spytała mama.

Nagle w gabinecie stało się cicho. Widziałem poruszające się usta lekarza i… tyle. Słuch zamieniło inne poczucie w świetle ledwie drgających pyłków. Całym ciałem czułem, jak one kręcą się w niewidocznych wirach sił, których jeszcze nie zdążyłem poznać. Wzrokiem odnalazłem oczy matki. Jej bladą, nabrzmiałą od łez twarz. Boleśnie napięta szyja, przygryziona warga, potargane włosy. Na kolanach wymięta torebka z czarnej skóry, którą podarował jej dziadek, kosztująca więcej, niż mogliśmy sobie pozwolić, i zupełnie beznadziejna w takich chwilach. Swoisty symbol dni, kiedy wszystko było tak, jak ma być. Kiedy syn jeszcze uczęszczał do szkoły, spotykał się z kolegami, a wieczorami na rogu kanapy grał na gitarze. Kiedy wszystkie plany na przyszłość były na wyciągnięcie ręki, w myślach tworzone portrety wnuków – realne, a jedyne zagrożenie – wypuścić w świat dziecko. W życie, które już do niego nie należy.

Widziałem to. Widziałem, jak bezsilnie wpijające się w skórę czarnej torebki matczyne palce starają się wymacać bezpieczny czas przeszły. Przyszłość, obiecaną synowi. Niestety.

Jej zmęczone oczy spotkały moje z niemym przebaczeniem, którego nawet nie wiedziałem, że pragnę. W pęcherzykach głęboko gnijących płuc poczułem winę, besztającą za nieczułe użalanie się nad sobą, ukrycie się, które przerodziło się w odrzucenie. „W tej historii jedyna ofiara – Ona”, – głucho szeptała torebka z czarnej skóry. Wybacz mi, mamo. Wybacz wizje, których nie spełnię; opiekę, której nie zdążę zwrócić.

Nie wiem, co mama wyczytała w mojej twarzy, ale drgnąwszy uniosły się kąciki jej ust. Pod stołem znalazłszy moją rękę, ścisnęła kościste palce. Ścisnęła i puściła. Poczułem jak do zapadniętych, nie dotykanych słońcem policzków napłynęła krew, błysnęła biała linia między spieczonymi ustami, chorobliwie zgięte ramiona wyprostowały się, ale mama tego nie widziała. Jej oczy zastygły utkwione gdzieś dalej za moją głową. Z drżeniem chwila prawdy ucichła, ustępując miejsca przygnębiającemu statystycznemu strachowi. Nie musiałem odwracać się, żeby wiedzieć, na co patrzy mama.

Prawie fizycznie czułem, jak w jej myślach zmieniają się obrazy: moje dni, moje kraty, mój numer i łóżko na kółkach, które pędzi z ogromną prędkością, ślizgając się na śliskiej podłodze oddziału, zostawiając żółte pasma w jej delikatnej świadomości. Widziałem, jak w drobnych zmarszczkach maminej twarzy osiada poczucie czasu – poczucie zakończenia, gdy pozostaje doczekać, kiedy wyschną farby portretu syna. Niby jakaś groteska, nieuchronnie będę wisiał na honorowym miejscu w świątyni jej duszy, codziennie przypominając o największym cierpieniu macierzyństwa – o sobie.

Gdzieś daleko rytmicznie bębni lekarz, obojętny na wewnętrzny dramat matki, otępiały od wielu twarzy, które w jednej chwili stają się emocjonalnymi ranami. Przecież ich leczenie zupełnie nie leży w jego kompetencji. Obcy, krwawy ból ropą kapie na jego biurko, a ten cierpliwie obserwuje, jak kleista masa wsiąka w medyczne zapiski, karmiąc pulsujący gorącem kwiat kaktusa. Ile nadziei musiało ściec pod stół, póki ten rozkwitł śmiercią. Szarozielony, kolący, wyhodowawszy samą najczystszą prawdę.

Po mamy, może i po moim policzku ściekła wąska strużka, skoczyła przez zakole kości policzkowej i znikła. Wychowujące mnie oczy błysnęły w moich, jakby już teraz nie należały do żadnego z nas. Ciężko westchnąłem, patrząc na swoje brudne buty. Mama wstała, przeprosiła i wyszła. Jeszcze zanim zamknęły się drzwi, usłyszałem wybuchający szloch. Czy niebu lżej po deszczu?

Zostałem sam w bezpowietrznej przestrzeni. Nawet moje schorowane ciało, zohydzone świadomością mogącą tak zranić matkę, oddzieliło się, zaczęła działać samodzielnie. Samodzielnie nie działać. Lekarz, spuściwszy głowę, obiema rękoma pocierał skronie. Nareszcie wyprostował się.

„Dobrze, według protokołu zrobimy dokładniejsze badania krwi. Rezultatów oczekujcie po dwóch, trzech tygodniach. Do tego czasu trzymajcie się domowego reżimu, w miarę możliwości izolujcie najmłodszych członków rodziny. Wszystko inne już wiecie. To… tyle” – to powiedziawszy podsunął mi jeszcze jedną zapisaną kartkę.

Słabą ręką wziąłem skrawek żółtego papieru. Nadzieja. Palcami dotykałem jej materialnej formy. Czyżby wszechświat śmiał przyznawać się do błędu? Chciałem w to wierzyć. Chciałem, żeby w to uwierzyła mama.

 „Wasze firanki. Takie… ładne” – po długim milczeniu wypaliłem, jakby cudzym głosem.

Twarz lekarza zdradzała wybuchłe wbrew woli cierpienie, ale ja tego nie widziałem – byłem wpatrzony w pozostawioną przez mamę torebkę. Symbol tego, co było dobre, piękne, pozostawione tutaj, gdzie nic nie jest takie, jak powinno być. A my potrzebowaliśmy tylko różowych firanek, jeszcze trochę czasu. Zakryć oczy, nie widzieć. Nie widzieć pierścieni krwi tętniczej.

Ciężko wstałem i wyciągnąłem ku lekarzowi rękę, jednak przypomniawszy sobie, gdzie jestem, zawstydzony odsunąłem się. Podziękowałem swoim jąkającym się, zachrypłym głosem i, przyciskając do piersi mamy torebkę, wybiegłem w kłujące, sztuczne światło korytarza. Nowa przestrzeń mnie oślepiła. Wróciwszy do przyjemnego zmierzchu zdążyłem zobaczyć jak medyk pochyla się nad stołem, dotykając rozsuniętych zasłonek. Zamarłem obserwując, jak za materiałem znikają żółte kraty, a lekarz, odetchnąwszy, zdejmuje okulary, zaczyna trzeć oczy. Różowe firanki cudownie tu pasowały.

Ostrożnie, nie chcąc zepsuć katharsis medyka, przymknąłem drzwi i skręciłem w stronę jedynego obecnego na korytarzu człowieka – mamy. Siedziała na długiej białej ławce pochylona, zakrywszy twarz rękoma. Przykucnąłem naprzeciw, ciągle przyciskając do siebie torebkę – bezpieczny czas przeszły. Wzdychając podniosła oczy.

 „Ma, mamuś, powtórzymy” – powiedziałem, ale w jej wypalonych przez smutek oczodołach nadzieja zabłądziła, znikła w głębinach, boję się, że nie przeżyła. Nie znalazłszy tego, czego szukałem, oparłem głowę na jej kolanach. Mama wsunęła palce w moje włosy. Bolące kości przeniknął chłodny zroszony spokój: będę. Póki jeszcze mogę. Trochę.

Przełożyła Mirosława Bartoszewicz

Augustas Lapinskas jest jednym z najciekawszych i najbardziej wszechstronnych litewskich pisarzy i artystów młodego pokolenia. Wilnianin, architekt z wykształcenia, tworzy formy narracyjne i dramatyczne, a także poezję performatywną i piosenki, które sam wykonuje.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko