Franciszek Czekierda – ROMANS ADAMA MICKIEWICZA Z KONSTANCJĄ ŁUBIEŃSKĄ

1
60

Wiadomość o wybuchu powstania listopadowego zastała Mickiewicza w Rzymie. Poeta postanowił przedostać się na ziemie polskie, jednak z różnych powodów odkładał decyzję. „Siedzę dotąd w Rzymie i się dręczę, i nudzę. Różne okoliczności wyjazd mój wstrzymały. (…) i drogi nie bardzo bezpieczne. Myślę jednak ruszyć, zwłaszcza, że mam o czym” – informował Stefana Garczyńskiego w liście z 2 marca 1831 roku. Minął miesiąc, a poeta wciąż nie mógł się wybrać. 4 kwietnia pisał z Wiecznego Miasta do brata Franciszka: „W styczniu wszakże już miałem puszczać się nazad ku północy. Okoliczności nieprzewidziane gwałtem mię zatrzymały aż dotąd. Muszę znowu teraz myśleć o wyjeździe. Zapewne naprzód zatrzymam się w Szwajcarii”. Faktycznie wyruszył ku północy w drugiej połowie kwietnia w towarzystwie Golicynów i Sergiusza Sobolewskiego, znajomego z Moskwy. Przez Florencję, Bolonię i Padwę dotarł do Genewy, gdzie spotkał się z Zygmuntem Krasińskim. Następnym etapem podróży był Paryż. Planował płynąć morzem do Litwy, lecz na wieść, że tam w lipcu powstanie upadło, wybrał się do Królestwa Kongresowego drogą lądową przez Würzburg, Lipsk i Drezno (w tym ostatnim mieście przebywała liczna Polonia ze względu na przychylny stosunek rządu Saksonii do Polaków). Z fałszywymi dokumentami, jako Adam Mühl, dotarł do Poznania w pierwszej połowie sierpnia.
Sława Mickiewicza już wcześniej rozeszła się lotem błyskawicy po wszystkich krańcach polskich ziem oraz po Europie. Jego utwory wydrukowano w Wielkopolsce w kilku tysiącach egzemplarzy i zostały wyprzedane. Poeta zatrzymał się w poznańskim hotelu Berlińskim, w którym Wielkopolanie przywitali go entuzjastycznie. Wśród nich byli m.in. ziemianie Antoni Skórzewski z matką Honoratą, Józef Grabowski, Franciszek Dzierżykraj-Morawski i Wincenty Turno. Po przedstawieniu przez wieszcza celu swojej podróży, długo rozmawiano o powstaniu. Pod koniec spotkania ziemianie na wyprzódki proponowali  mu swoją gościnę. Antoni Skórzewski z matką pierwsi udzielili mu gościny w swoim majątku w Kopaszewie w powiecie kościańskim. Po prawie dwóch tygodniach pobytu u nich (z przerwami przeznaczonymi na odwiedzanie innych ziemian) Mickiewicz pod koniec sierpnia w towarzystwie  Ksawerego Bojanowskiego udał się na zaproszenie Hieronima i Antoniny Gorzeńskich do ich posiadłości w Śmiełowie. Pan Hieronim był uczestnikiem kampanii rosyjskiej w wojskach Napoleona. Posiadłość Gorzeńskich znajdowała się w pobliżu granicy prusko-rosyjskiej, co miało znaczenie dla planów wieszcza. Ksawery Bojanowski jeszcze niedawno brał udział w powstaniu listopadowym służąc w pułku Jazdy Poznańskiej. Był starszym bratem Antoniny Gorzeńskiej i Konstancji Łubieńskiej. Ta ostatnia przyjechała kilka dni wcześniej do pałacu w Śmiełowie z odległego Budziszewka. Konstancja – żona hrabiego Józefa Łubieńskiego, kapitana wojsk napoleońskich – była rówieśnicą Adama Mickiewicza.
W dniu przyjazdu poety była przyjemna, choć nie upalna pogoda, niebem sunęły pojedyncze obłoki, wiał lekki wiaterek. Idealna aura na podróż końmi. Ksawery Bojanowski i poeta zajechali powozem pod okazały pałac. Hieronim i Antonina powitali przybyszy przed wysokim portykiem z kolumnami, po czym wprowadzili ich do pałacu. Konstancja akurat przebywała w salonie okrągłym, gdzie grała na klawikordzie przy otwartych drzwiach. Przechodząc korytarzami usłyszeli rozbrzmiewającą melodię. Mickiewicz, sam lubiący pobrzękiwać na tym instrumencie, zainteresował się interesująco prowadzoną grą, więc na jego prośbę gospodarze zaprowadzili jego i Ksawerego do salonu okrągłego. Pani Łubieńska, widząc stojące w progu towarzystwo, zerwała się z miejsca. Była to postawna kobieta o uderzającej urodzie, miała kruczoczarną gęstwinę włosów, oczy jak węgle, a płeć, dla kontrastu, lśniącej białości. Z bratem uścisnęła się serdecznie, przed Mickiewiczem zaś stanęła bez ruchu. Poeta również na chwilę znieruchomiał. Przypatrywali się sobie z uwagą. Łubieńska była stremowana. „Cóż za uderzająca fizjonomia. I ten blask oczu pełnych zapału…” – myślała podekscytowana. Po formalnościach prezentacyjnych odezwała się w swoim, nieco patetycznym, stylu:
– Dotarły do mnie wieści w dalekim Budziszewku, że waść jesteś w Wielkopolsce, ale – Bóg mi świadkiem – nie starczyłoby mi imaginacji, że kiedykolwiek będę stała przed tak znamienitym poetą.
– Nie przesadzajmy, mości dobrodziejko. Jestem rad, że panią widzę – rzekł zwyczajnym tonem.
 – Z wzajemnością – Konstancja wciąż patrzyła na niego niczym zahipnotyzowana. Jego rysy twarzy wydały jej się szlachetniej rzeźbione, niż te, które widziała na rycinach. – Gdyby nie Antosia, która mię tu gwałtem ściągnęła, choć broniłam się rękami i nogami – zażartowała skinąwszy głową w kierunku siostry – ominęłaby mię okazja poznania pana.
– Siostra lubi facecje – Antonina spojrzała skonsternowana na Mickiewicza, po czym przerzuciła wzrok na Konstancję. – Ze względu na twoje zamiłowanie do literatury i inne talenta lepiej od nas będziesz mogła dotrzymać kroku naszemu gościowi. 
– Liczę na to i ufam, że się nie potknę – pokazała ładne zęby.
– Mam nadzieję, że obie panie w równym stopniu dopomogą mi w zamierzonej enterpryzie – Adam uśmiechnął się do sióstr.
– Dopiero wczora dowiedziałam się o tajemnym celu waści peregrynacji – Konstancja wciąż nie mogła oderwać od niego oczu. – Kiedyż ona nastąpi? – zapytała szwagra. – Chyba, że to sekret, do którego białogłowy nie mogą być dopuszczone – zażartowała.
– Ciebie wciąż trzymają się wice, a to poważna sprawa – skarcił ją wzrokiem Hieronim. – Jutro. Musimy korzystać ze sprzyjającej pogody.
Wieczorem wszyscy zasiedli do kolacji w salonie. Głównym tematem rozmów były sprawy techniczne związane z dotarciem poety nad granicę do wsi Komorze i przeprawa przez Prosnę. Po ustaleniu najważniejszych kwestii, rozmowy zeszły na inne sprawy. Adam siedział między gospodynią, a jej siostrą. Po wypiciu kilku szklanic wina atmosfera stała się swobodniejsza, a spotkanie zostało zdominowane przez Adama i Konstancję, którzy toczyli ożywioną dyskusję o najnowszych nurtach w literaturze. Hrabina Łubieńska dobrze się w nich orientowała, dotrzymując wieszczowi kroku w każdej poruszanej kwestii, zgodnie z zapowiedzią siostry. Następnie zainteresowała się jego podróżą do Wielkopolski.
 – Przyjechałeś pan z Paryża przez Westfalię?
– Nie. Dołem przez Bawarię, po czem w górę do Berlina. Następnie kurcgalopem do Drezna, gdziem był po raz wtóry – Adam mówił wesołym tonem.
 – Och, Drezno! – westchnęła sentymentalnie.
 – Cóż za radość wywołała w pani nazwa tego miasta? – zdziwił się.
– Toć tam kilka lat pobierałam nauki – jej oczy zaświeciły się z powodu przypomnienia sobie szkolnych czasów. – A po raz pierwszy kiedy tam pan gościłeś?
– Dwa lata temu, gdym przypłynął z Peterburka do Travemünde. Zawadziłem jeszcze o Lubekę, Hamburg i Berlin, gdziem spotkał się z Wielkopolanami: Zakrzewskim, Garczyńskim, Libeltem, Cybulskim…
– Dotarły do nas wieści o tych spotkaniach, o pana mowach natchnionych – Ksawery napomknął o jego improwizacjach.
– W pierwszych dniach lipca stanąłem w Dreźnie – Adam pominął sprawę improwizacji. – Z katalogiem w ręku codziennie zwiedzałem galerię obrazów. A wieczory przepędzałem na spotkaniach z rodakami.
– O, tak, jest tam dużo naszych – zauważyła pani Łubieńska.
– W stolicy Sasów bawi warszawiaków i Mazurów nieledwie tyle, co Niemców, a wszystkie Mazurki ładne – uśmiechnął się do niej. Konstancja w oka mgnieniu posmutniała.
– A Wielkopolanki nie? – udała obrażoną.
– Przecie to Mazurki – odrzekł z przekonaniem.
 Hrabina rozchmurzyła się i spojrzała na niego pojednawczo. Mickiewicz odwzajemnił się ufnym wzrokiem, po czym wziął kilka łyków herbaty.
– W Dreźnie jest paru znamienitych rodaków, choćby Niemcewicz – odezwał się pan Gorzeński.
– Niedawnom miał honor spotkać się z tym wielkim patriotą, który wonczas przybył z Warszawy z najnowszemi wieściami o powstaniu. Natomiast w dwudziestym dziewiątym wiodłem długie dysputy z napoleończykiem jenerałem Kniaziewiczem.
– Toć on jeszcze walczył w insurekcji kościuszkowskiej – ożywił się Bojanowski. – Wspaniała to postać.
– Dotknęliśmy rąbka dramatycznych dziejów naszej historii, które niczym wzburzone morze od wielu pokoleń pochłaniało i wciąż pochłania nowe ofiary, przyczyniając rodakom cierpień i łez – Mickiewicz westchnął głęboko. – Wybaczcie, ale dzisiaj poniechajmy dysput na te tematy – na jego twarzy rysowało się zmęczenie.
Po chwili pauzy pani Łubieńska delikatnie dotknęła przedramienia poety.
– Dotarły do nas również nowiny, iżeś pan uczestniczył w jubileuszu Goethego? – zapytała miłym głosem. – Wyobrażam sobie, że były to wspaniałe uroczystości.
Mickiewicz zamyślił się po zmianie tematu, rozumiał jednak rozmówczynię pragnącą w krótkim czasie dowiedzieć się od niego jak najwięcej zajmujących wieści.
– Co innego jest czytać o tem relacje, a co innego słyszeć o wydarzeniach od ich uczestników – uzupełniła.
Adam zamierzał już coś rzec, gdy uprzedziła go Antonina.
– Kontusiu droga – spojrzała na nią karcąco – nie męcz już naszego gościa, wszak widzisz, że zmęczon wielce, a jutro czeka go dzień pełen trudów.
– Ależ ja tylko… – siostra próbowała się bronić, gdy wtrącił się Hieronim:
 – Przemiła szwagierko, nie obraź się, ale Tosia ma rację.
 Mickiewicz poczuł się skonfundowany.
– Pani Konstancjo, czuję szóstym zmysłem, że znajdę jeszcze czas, aby opowiedzieć o spotkaniu z geniuszem niemieckiej poezji, a może i o wielu innych arcyciekawych spotkaniach i dysputach – rzekł zadowolony.
– Skoro jutro opuszczasz pan nasze ziemie, jakże się to stanie? – pani Łubieńska zmartwiła się, robiąc wielkie oczy. Gdy jednak poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie wieszcza, uwierzyła, że jego słowa się spełnią.

Wieczór był ciepły. Od czasu do czasu dobiegały pojedyncze ujadania myśliwskich psów trzymanych w majątkowej psiarni. Po zakończonej kolacji, gdy większość towarzystwa rozeszła się do swoich pomieszczeń, Konstancja spotkała się z Adamem po zachodzie słońca w półkolistej zachodniej galerii. Nie zważając na uwagi szwagra i siostry pragnęła wykorzystać ostatnią okazję, by dokończyć rozmowę o jego pobycie w Weimarze.
– Nie wiem, czy chciałabym dożyć osiemdziesięciu lat, straszno mi o tym myśleć – rzekła Konstancja.
– Mimo sędziwego wieku jubilat trzyma się krzepko, a jego umysł wciąż jest rześki. Parokrotniem z nim rozmawiał…
– Jak młody Bóg ze starym – weszła mu w słowo i błysnęła czarnymi oczkami, co zauważył rozmówca. – „Czyż Schiller lub Goethe widział równego poetę?” – zacytowała fragment jego berlińskiej improwizacji na spotkaniu z polską młodzieżą.
Mickiewicz czuł na sobie jej żarzące się źrenice.
– Konstancjo luba, niedokładniem tak rzekł, niemniej jestem pod wrażeniem pani wiedzy. I jestem pozytywnie zaskoczony, że mowy moje tak bystro dotarły na ziemie polskie.
– Jakże bym pragnęła uczestniczyć w spotkaniu – Konstancja mówiła podekscytowana – na którym głosisz pan w sposób natchniony….
Poeta przerwał jej, nie chcąc ciągnąć tego wątku:
– Mistrz Goethe ofiarował mi swoje gęsie pióro i obdarzył autografem na karcie z wierszem.
Pani Łubieńska zorientowała się, że niepotrzebnie poruszyła kwestię improwizacji. Speszyła się.
– Des Menschen Tagen sind verflochten / die schönsten Güter angeflochten… – Adam zacytował dwa pierwsze wersy ofiarowanego mu utworu.
– Dni człowieka przeplatają się ze sobą, jak najpiękniejsze plecione wyroby… – Konstancja przetłumaczyła naprędce recytowane słowa.
– Prima sort, vivat Constantia – Mickiewicz pochwalił ją, zwracając się do niej po raz pierwszy po imieniu. – Czujesz dobrze język Goethego.
– Lata nauki może nie poszły na marne. Zawsze pragnęłam pisać i tłumaczyć. Teraz, stojąc u źródła wielkiej poezji – spojrzała na niego z uznaniem – jestem święcie przekonana, że kiedyś spełnię swoje pragnienia.
– Konstancjo – po raz pierwszy dotknął jej dłoni – jestem zwykłym śmiertelnikiem jak każdy… – pocałował jej rękę.
Pani Łubieńska poczuła ciepło jego delikatnych palców.
– Czasem tylko wzlatam… – kontynuował, myśląc nie tyle o uniesieniu poetyckim, co o locie ku jej ustom. – Ale nie o tem teraz… – poeta wciąż trzymał jej rękę. Przybliżył się, dotykając jej sukni. – Stoję przy tobie nie jako poeta, lecz jako człek spragniony czuć prostych, nie anielskich, choć mam przed sobą anioła.
Konstancja słuchała rozanielona. Czekała, aby wreszcie wziął ją w ramiona. Przymknęła powieki. Adam objął ją mocno i ucałował w usta.

Podczas śniadania Adam i Konstancja ponownie siedzieli obok siebie. Rozmawiając, nie zwracali uwagi na resztę towarzystwa, cieszyli się sobą, niczym zakochana para. Ich wzajemne uśmiechy i czułe gesty zostały szybko zauważone przez innych. Antonina spoglądała na nich krytycznym okiem. Pod koniec posiłku gospodarz podjął temat wyprawy poety.
– Sytuacja nad granicą uległa pogorszeniu – Hieronim rzekł poważnym tonem. – W związku z panującą cholerą w Królestwie kwaterujący we wsi Prusacy wzmocnili kordonem straż graniczną. Proponuję zatem wyruszyć przed zmierzchaniem do Komorza, abyśmy mogli  bezpiecznie oddać pana Adama w ręce Filipa Florkowskiego, dzierżawcy wsi. Z wioski do granicy nie więcej, niż pięćset kroków pozostaje. W tem miejscu Prosna jest płytka i można ją przejść brodem. Miesiąc temu przejąłem stamtąd od kuriera depesze Rządu Narodowego skierowane do Legacji Polskiej w Paryżu.
– Domniemywam, że mam czekać sposobnej chwili do połączenia się z powstańcami – odezwał się Mickiewicz oderwawszy się od miłej pogawędki z Konstancją.
– Tak – odpowiedział krótko Gorzeński.
– Czy masz pan, panie Adamie, jakie cenne rzeczy, które muszą być chronione przed wodą podczas przeprawy? – zapytał Ksawery Bojanowski.
– Listy Legacji do rządu w Warszawie. Mam je bezpiecznie wszyte w płaszcz – odezwał się poeta.
– Prawidłowo – kiwnął głową pan Ksawery.
– Kto mię tam zawiezie? – Mickiewicz zwrócił się do Hieronima.
– Proponuję, aby dla niepoznaki pojechały panie, niby na przejażdżkę.
– Świetny koncept – uradowała się Konstancja.
– Tosiu, zgodzisz się powozić? – gospodarz zwrócił się do żony.
– Z miłą chęcią – Antonina odpowiedziała zadowolona.
– Tylko w tem całym zamieszaniu nie zapomnijcie o prowiancie dla Adama – pani Łubieńska rzekła zatroskanym głosem, zapominając o słowie „pan” przed jego imieniem.
– Moja droga, u nas nigdy nie było i nie ma zamieszania – Antonina odpowiedziała oburzona, gromiąc siostrę wzrokiem. – Kuchnia sprawi suchy prowiant na godzinę przed wyjazdem, aby był świeży – dokończyła stanowczo.
Konstancja nie zareagowała na impertynencję siostry. Cierpliwie czekała, aż ta odejdzie od stołu, co też niebawem się stało.
– Mamy więc jutro prawie dzień cały na dokończenie rozpoczętych wątków… – rzekła ciepło do Mickiewicza.
– Siostrzyczka niezbyt miła dla pani… – skonstatował poeta.
– Zazdrości mi sympatycznego towarzystwa – uśmiechnęła się uroczo.
– Chodźmy więc na spacer, by dać jej nowe powody do zazdrości – szepnął pół żartem pół serio poeta.
Oboje udali się do parku położonego tuż za pałacem. Chodząc ścieżkami między wysokimi drzewami wciąż rozprawiali o literaturze. Zauroczony towarzyszką, jej ujmującym sposobem bycia, elokwencją i wiedzą, zapomniał na kilka chwil o głównym celu swojej misji. Toczone pogawędki stanowiły preludium do dalszych czułości. Usiadłszy na ławce pod dębem, rozumiejąc się bez słów, objęli się.
– Jakże mi żal, że to ostatnie nasze spotkanie – powiedziała mu do ucha smutnym głosem.
– Tem bardziej chwila ta nabiera intensywniejszych barw – pocałował ją w szyję.
– Nie wiem, co się ze mną dzieje, Adamie…
– Dziwne to zrządzenie losu sprawiającego, że na mojej ciernistej i gorzkiej drodze wędrowca pojawiła się niespodziewanie taka oto gładka słodycz – znowu ją pocałował.
– Będę cierpiała, gdy za kilka godzin przekroczysz granicę. Pojawiłeś się dla mnie na krótko i znikniesz. Dlaczego nie poznaliśmy się wcześniej?
– Intuicja podpowiada mi, że jeszcze się spotkamy. Wbrew zdrowemu rozsądkowi.
 – Pragnę tego – odchyliła głowę do tyłu.
Adam wplótł palce w jej gęste włosy i począł znowu ją całować. 

Tuż przed zmierzchem Mickiewicz w przebraniu chłopa został ukryty w powozie. Obok niego siedziała Konstancja, jej siostra zaś powoziła, modląc się szeptem za pomyślność sprawy. Jadąc polną drogą Antonina zauważyła w oddali po drugiej stronie mijanych łąk konny patrol pruski, który na szczęście był od nich daleko, w szarówce ledwo widoczny. Siostry odetchnęły z ulgą. Powóz szczęśliwie zajechał na podwórze gospodarstwa Filipa Florkowskiego, który był o akcji uprzedzony. Poeta po krótkiej rozmowie z nim pożegnał się z kobietami i stojąc wciąż w otwartej sieni, obserwował ledwie widoczny w ciemności powóz. Antonina wolno nawracała konie, gdy nagle z powozu wyskoczyła Konstancja, podbiegła do Adama i po raz kolejny pożegnała się z nim, przytulając się czule, po czym wróciła do pojazdu. Mickiewicz zniknął w sieni. Siostry ruszyły w drogę powrotną.
– Zakręcił ci w głowie? – Antonina zapytała siostrę, mijając ostatnie chaty Komorza.
– Czytałam wszystkie jego rzeczy. Jest geniuszem – wykręciła się od odpowiedzi.
 – Strzeż się pokusy, Kontusiu.
– Słyszałam o jego natchnionych mowach w Moskwie, a w Berlinie potwierdził ten dar bosko improwizując. To ktoś więcej, niż poeta – Konstancja mówiła zachwycona. 
 – Czy przypadkiem cię nie omroczył?
– Słyszałaś, że już mówią o nim wieszcz. To człek natchniony.
– Twoje nazbyt swobodne zachowanie niepokoi mnie. Czyżbyś zapomniała o mężu, dzieciach? – Antonina rzekła szorstko.
– Niczego nie pojmujesz. I chyba nigdy nie pojmiesz, że uczucie może być ponad wszystkiem. Proszę cię, przestań mię dręczyć – Konstancja krzyknęła histerycznie i zapłakała.

Po dwóch dniach oczekiwania na sprzyjające warunki do przekroczenia granicy, pan Florkowski otrzymał od zaufanych ludzi informację, że przejście jest niemożliwe, ponieważ w okolicy Prusacy wzmogli swoją aktywność, a po drugiej stronie Prosny ktoś ponoć widział  konnych Moskali. Po naradzie z Mickiewiczem podjęto decyzję o rezygnacji z przeprawy. O zmierzchu gospodarz zawiózł bryczką gościa do Śmiełowa.
Dwa dni jego nieobecności Konstancja przeżyła w dziwnym niepokoju, jakiego przedtem nigdy nie doświadczyła. Nieustannie myślała o nim i modliła się w jego intencji. Teraz, gdy usłyszała przez okno turkot bryczki i stukot końskich kopyt, była przekonana, że to on. Podekscytowana wybiegła przed pałac. Zmęczony Mickiewicz akurat wysiadał z pojazdu. Przywitali się.
– Miałeś rację, Adamie, kiedy rzekłeś, że się jeszcze obaczymy – powiedziała cicho tuląc policzek do jego wychudłej twarzy.
– Intuicja mię nie zwiodła – pocałował ją w rękę.
– Nie masz pojęcia, jakam szczęśliwa. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, martwiłam się o ciebie – mówiła drżącym głosem, trzymając wciąż jego dłoń. Ich rozmowa przeciągała się.
Po chwili nadeszli pozostali domownicy i goście, Antonina z mężem, Ksawery Bojanowski i rezydentka panna Markiewicz. Czekali zniecierpliwieni, aby powitać poetę.
– Kontusiu droga, daj może także i nam dostęp do gościa, abyśmy mieli sposobność ponownego przywitania go – Antonina mało delikatnie zwróciła siostrze uwagę.
 Konstancja bez słowa odstąpiła poetę.
 – Czy na pewno gościa? Obawiam się, że od dzisiaj mogę stać się dla państwa uciążliwym rezydentem – zażartował Mickiewicz uśmiechając się do Gorzeńskiego.
– Panie Adamie, zabraniam panu tak mówić – odezwał się poważnym tonem Hieronim. – Jesteś pan najzacniejszym gościem, jaki bawił pod naszym dachem i nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś równie wspaniały tu zawita. Gość w dom, Bóg w dom – zawołał głośno.

(Tu należy dopowiedzieć, że w literaturze przedmiotu kwestia przeprawy Mickiewicza przez granicę prusko-rosyjską budzi spory. Istnieją zwolennicy tezy, że poeta jednak przekroczył Prosnę, co potwierdza Aleksander Chodźko: „Słyszałem ustne opowiadanie Mickiewicza, jak z Poznańskiego z pomocą jakiegoś chłopka, przeszedł na ziemię Polski Kongresowej, ale tam bardzo niedługo bawił”. Zwolennikiem tej hipotezy jest Bogdan Zakrzewski (The Congress of Bolimof, Pamiętnik Literacki 41/2, 1950), który stwierdził, że poeta był zmuszony wrócić z Kongresówki, ponieważ w dniach 18, 19 lub 20 sierpnia dotarła do niego wiadomość, że armia polska wycofała się do Bolimowa nad Rawką w kierunku Warszawy, gdyż „Kozacy ocierają się w Woli o 3/4 mili od stolicy”).

Wieszcz przebywał w Śmiełowie około trzech tygodni. Czas miał wypełniony licznymi zajęciami; nauczał synów państwa Gorzeńskich, uczestniczył w polowaniach, grzybobraniach, jeździł na wycieczki, odwiedzał okoliczne dwory, trzymał do chrztu dzieci znajomych ziemian i… romansował z Konstancją. Po powrocie z nieudanej przeprawy przez granicę i dwudniowym ukrywaniu się na strychu w surowych warunkach poeta był w kiepskim stanie ducha. Hrabina czyniła wszystko, aby poprawić jego samopoczucie. Jej starania szybko przyniosły skutek.
– Nigdy nie wierzyłam, że byt mój jest igrzyskiem ślepego trafu – mówiła jak zwykle emfatycznie – ale gdym cię pierwszy raz ujrzała pomyślałam, iż jednak niektóre jego chwile mogą takiemi być. Traf choć ślepy, to jakże cudowny. To musiało się stać, mój drogi – powiedziała uszczęśliwiona, gdy w jego pokoju leżeli przytuleni na wąskim łóżku.
– Czyliż nie jesteś mojego anioła stróża siostrą, która stanęła mi na drodze?
– Stanęłam – potwierdziła kontenta. – Stojąc, uratowałam cię przed najgorszym… Jestem o tem przekonana.
– Nasze myśli płyną jednym nurtem. Ukrywając się w chacie na strychu nieustannie czułem, że jakiś niepojęty magnetyzm parł mnie ku tobie.
– To niebywałe, jam podobnie czuła. Może ściągnęłam cię myślami? – rzekła rozpromieniona i ucałowała go w skroń.
– Istotnie, ściągnęłaś… – zamyślił się.
– Przyjedziesz do mnie, Adasiu? Do Budziszewka – nagle zmieniła temat. – Bardzo tego pragnę.
– Nie obawiasz się…?
– Poznasz dzieci, rodzinę.
– Nie obawiasz się, Konstancjo? – ponowił pytanie.
– Czegóż to? – sprawiała wrażenie, jakby nie rozumiała o co chodzi. – Niechaj wszyscy wiedzą, że ty i ja…
– Zastanów się – przerwał jej.
– Chciałabym cię prosić, abyś trzymał do chrztu moją czteroletnią Marysię.
– Taka duża dziewczynka i nie ochrzczona? – zdziwił się.
– Ona podobnie, jak ja, tuż po urodzeniu chorowała i w pośpiechu ochrzciliśmy ją wodą. Brakuje chrztu z oleju.

24 września Adam i Konstancja przybyli do Budziszewka. Poeta był przyjmowany przez jej męża, hrabiego Józefa Łubieńskiego, z honorami należnymi najwybitniejszemu polskiemu poecie. Dwa dni później odbył się w tutejszym drewnianym kościele chrzest Marii Tekli, której ojcem chrzestnym został Mickiewicz. Po przyjęciu, gdy zaproszeni goście opuścili pałac, a zmęczony pan Józef (starszy od żony o dziesięć lat) uciął sobie drzemkę, Konstancja oprowadzała poetę po pokojach. Gdy znaleźli się w przytulnym pomieszczeniu na najwyższym piętrze, Adam objął ją obsypując pocałunkami.
– Tu nie czyń tego, proszę – broniła się.
– Nie pojmuję – zdziwił się.
– W domu pod bokiem Józefa i dziatwy nie wypada.
– Do tej pory nie wzbraniałaś mi pocałunków, ni pieszczot.
– Licho nie śpi. Przydarzy się jeszcze niejedna okazja…

W październiku wieszcza gościł Franciszek Dzierżykraj-Morawski w Luboni koło Leszna, potem Elogiusz Zakrzewski w Osieku. Na zaproszenie Wojciecha Morawskiego udał się do Oporowa, następnie do Mycielskich w sąsiednich Drzewcach. Od 20 listopada przebywał u Ksawerego Bojanowskiego w Konarzewie koło Rawicza. Tu dowiedział się o internowaniu do Prus starszego brata Franciszka wraz z innymi powstańcami, co nastąpiło po kapitulacji Warszawy 7 września 1831 roku. Mickiewicz poprosił zaprzyjaźnionego Józefa Grabowskiego o sprowadzenie go do Wielkopolski. Po kilku miesiącach Franciszek został zwolniony i przyjechał do majątku Grabowskiego w Łukowie koło Obornik, gdzie przez wiele lat mieszkał jako rezydent. Po latach rozłąki bracia Mickiewiczowie spędzili Boże Narodzenie u Grabowskiego wespół z innymi gośćmi, Wincentym Polem i powstańczymi oficerami.
Pewnego dnia w Konarzewie Ksawery z Konstancją zorganizowali wieczorek artystyczny. Przewidziany został występ jej oraz Mickiewicza. Zaproszeni goście nie znali szczegółów programu, niemniej spodziewali się improwizacji wieszcza, który na innych dworach już to czynił. Prezentację zaczęła Konstancja, deklamując wiersz Do M*** (incipit: Precz z moich oczu). Po usłyszeniu pierwszych słów utworu Mickiewicz zmieszał się. Przy dalszych wersach nie ukrywał irytacji. Pani Łubieńska zauważyła zmianę jego nastroju i z trudem dokończyła występu. Gospodarz poprosił poetę o improwizację, ten odmówił. Następnie błagała go o to Konstancja.
– W żadnym razie – odrzekł zimno.
 Hrabina była zdezorientowana, a zaproszeni goście nie rozumieli zachowania poety. Po imprezie zamknął się w swoim pokoju. „Jakże ona mogła mi to zrobić? – myślał zły. – Niby pojętna sawantka, a postąpiła, jak głupia gęś. Przecie dobrze wie, kim Maryla dla mnie była”. Uspokoił się dopiero przed północą, gdy Konstancja cicho zapukała do jego drzwi. Pośród pocałunków i pieszczot pogodzili się. Adam próbował poznać przyczyny wyboru przez nią wiersza.
– Chciałam sprawić ci przyjemność – odpowiedziała niepewnie.
– Nie wierzę. Przecie skutek był odwrotny – rzekł nieprzyjemnym tonem. – Zrobiłaś mi przykrość – podniósł głos.
– Toć minęła już niemal dekada od tamtych chwil. Myślałam, że…
– Źle myślałaś – przerwał jej gwałtownie. – Poruszyłaś najczulszą strunę tamtego uczucia, którego pamięć wciąż jest mi tak drogą.
– Deklamując widziałam siebie – mówiła przejęta.
– Jak mogłaś, Konstancjo! Żadna, przenigdy żadna istota nie może zająć jej miejsca.
– Było odwrotnie! – niemal zapiszczała.
– O czym ty mówisz? – spojrzał w jej wilgotne oczy.
– Mój koncept był taki, że odgrywałam autora. Mówiłam twojemi słowy, abyś odszedł precz z moich oczu i serca, ale nie umiem usunąć cię z pamięci. I z serca też… – zapłakała histerycznie.
– To jakże chciałaś mi zrobić przyjemność?
– Skłamałam. Wybacz – łzy ciekły jej po policzkach.
Mickiewicz przytulił ją.
– Nie chcę, abyś się na mnie obrażał – odsunęła się gwałtownie.
Adamowi zrobiło się przykro.
– Chciałem tylko wiedzieć, co tobą powodowało.
– Już się nie gniewasz?
– Jakże mógłbym… – dłońmi objął jej wilgotną twarz.
Konstancja mocno ścisnęła jego palce.
– Będziesz mój? – zapytała, jakby przed chwilą nie płakała.
– Przecie jestem – odrzekł bez przekonania.
– Mój na zawsze, na zawsze – powiedziała drżącym głosem.
Mickiewicz drgnął zakłopotany. Wysunął dłonie z jej palców.
– Dla ciebie gotowam poświęcić wszystko, co mi najdroższe, mogłabym nawet rozstać się z mężem, by towarzyszyć ci na dobre i złe.
Milczał. Przestraszył się jej deklaracji. Nie zamierzał żenić się z rozwódką i matką nie swoich dzieci. Ale także nie chciał zerwać z kobietą dającą mu nie tylko rozkosz, ale także duchowe wsparcie, którego w owym czasie potrzebował. Poza tym w pierwszych dniach intymnych kontaktów sądził, że będzie to kolejny romans z mężatką, z którą bez problemów się rozstanie, jak kiedyś z Karoliną Kowalską. Tymczasem Konstancja potraktowała sprawę inaczej. Poważnie. Dla niego była nawet gotowa porzucić rodzinę.
Poeta zamyślony patrzył przez okno w ciemność.
– Adamie! – zawołała, chcąc go wyrwać z zadumy. – Adasiu…
„Jak to możliwe, że w czasie występu zamierzała usunąć mnie z serca, a teraz gada, że chce być ze mną na zawsze. Zaraz, zaraz, przecie to typowe dla kobiet. A więc w jej gorącej głowie zrodził się zamiar ożenku? – przestraszył się. – Nie może to być!”
– A co z dziećmi? – zapytał.
Konstancja nagle posmutniała i gorzko zapłakała.

W 1829 roku w Berlinie Adam Mickiewicz poznał Wielkopolanina Stefana Garczyńskiego, który na uniwersytecie słuchał wykładów Georga Hegla. Garczyński zaaranżował spotkanie Mickiewicza z filozofem Eduardem Gansem. Profesor podsunął mu pomysł napisania epopei napoleońskiej, co mogło być inspiracją do powstania Pana Tadeusza. Potem Adam i Stefan spotkali się w Rzymie. Po wybuchu powstania Garczyński przedostał się do Królestwa Kongresowego, by walczyć w powstaniu. Po jego upadku wrócił do Wielkopolski. Przebywał w majątku Objezierze na zaproszenie rodziny Turnów. Tu przybył Mickiewicz w połowie grudnia 1831 roku goszcząc do pierwszego stycznia (z przerwą na świąteczny pobyt w pobliskim Łukowie u Józefa Grabowskiego). Adam i Stefan mieszkali w niewielkiej oficynie obok pałacu. Garczyński przyznał się przyjacielowi, że napisał poemat i dał mu go do przeczytania z prośbą o opinię. Nazajutrz spotkali się przy śniadaniu. Mickiewicz wziął Stefana w ramiona mówiąc, że jest prawdziwym poetą. Ich rozmowę słyszała pani Turno, do której wieszcz zażartował:
– A to pięknie, zaprosiła mnie pani do Objezierza, aby mnie tu z Parnasu strącili.
(Mickiewicz przyczynił się do wydania w Paryżu poematu Wacława dzieje (1832), do którego napisał przedmowę. W 1833 roku Garczyński zmarł na gruźlicę).
Wieczorami obaj często siedzieli przy kominku. Adam paląc długą fajkę słuchał gawęd Stefana o walkach powstańczych, w których brał udział. Szczególnie jedna opowieść go zainteresowała, jak szóstego września 1831 roku podczas szturmu wojsk rosyjskich Garczyński, jako adiutant generała Jana Nepomucena Umińskiego, walczył w obronie reduty numer 54 na podwarszawskiej Woli. Zdarzenie to stało się kanwą do napisania Reduty Ordona.

Kilkumiesięczny pobyt poety w licznych dworkach wielkopolskich z pewnością mógł go zainspirować do napisania Pana Tadeusza, choć niektórzy poddają tę tezę w wątpliwość. Konrad Górski w książce Adam Mickiewicz (1989) twierdzi: „To, że pierwszy pomysł mógł się zrodzić w czasie pobytu na jedynym skrawku rdzennej Polski, z jakim się Mickiewicz zetknął, brzmi bardzo prawdopodobnie. Od wyjazdu z Litwy poeta przebywał głównie w cudzoziemskich miastach i dopiero w drugiej połowie 1831 roku znalazł się na polskiej wsi, co ożywiło w nim wspomnienia jego domowej ojczyzny, tak dawno opuszczonej”. A propos Pana Tadeusza istnieje pogląd, że Konstancja jest pierwowzorem postaci Telimeny. Jednak zaprzeczył temu sam autor pisząc do Antoniego Odyńca: „To, co piszesz o Telimenie, śmieszne i dziwne! Jakież tam może być podobieństwo! Zresztą już do wielu osób stosowano, a niektóre same do siebie stosowały, chociaż w istocie o żadnej z nich nie myśliłem pisząc” (18 lipca 1836).

Około świąt Bożego Narodzenia 1831 roku dotarło do Adama wieści, że gdy w powstaniu Polacy walczyli o wolność i ginęli, on wiódł spokojne, nawet frywolne życie w wielkopolskich dworkach i pałacach. Po uświadomieniu sobie własnego „odrętwienia” planował popełnić samobójstwo. W tym czasie postanowił zerwać z Konstancją. Nikt nie wymagał od niego walki z karabinem w ręku, niemniej jego obecność u boku walczących rodaków z pewnością pokrzepiłaby ich na duchu. Najdosadniej wypowiedział się na ten temat generał Dezydery Chłapowski, żołnierz napoleoński i uczestnik powstania: „Kiedy się wszyscy bili, on tutaj w moim sąsiedztwie z niecną kobietą złe życie przez cztery miesiące prowadził”. Krótko po opuszczeniu Wielkopolski wieszcz krytycznie oceniał swój pobyt w kwietniowym liście do Zeneidy Wołkońskiej: „Po udrękach ubiegłego roku, po życiu zwierzęcym, albo raczej roślinnym w lasach poznańskich zaczynam z powrotem czuć, myśleć, żyć. Moja muza po długiej nieobecności powraca nareszcie, aby mnie pocieszyć”.
Drugiego stycznia 1832 roku wyjechał z Objezierza do rodziny Taczanowskich w Choryni, gdzie napisał pierwszą wersję Reduty Ordona. W dworku przebywał ponad dwa miesiące z przerwami na odwiedziny ziemian w pobliskich posiadłościach. Poeta był obserwowany przez władze pruskie, o czym pisze nieznany autor A. P. z M.: ,,Kiedy się obywatelstwo zjeżdżało do Choryni, aby się spotkać z Adamem, widocznie nie podobało się to rządowi pruskiemu, bo pewnego przedpołudnia zajechał do dworu landrat kościański, a wszedłszy do sali będącej po prawej stronie sieni, zapytał kogoś z obecnych czy jest Mickiewicz?” (O. Józefat Ostrowski, Mickiewicz w Wielkopolsce 1831/1832, Lubiń 1932). Gospodarz Józef Taczanowski, znający dobrze landrata, załagodził sprawę, przedstawił go poecie, po czym wspólnie zjedli obiad. Wieszcz bez problemów mógł dalej przebywać w Choryni.
Prawdopodobnie piątego marca Mickiewicz opuścił Wielkopolskę, by wyruszyć powozem hrabiny Łubieńskiej do Drezna. Choć poeta dał jej do zrozumienia, że chce zakończyć romans, Konstancja nie przyjmowała tego do wiadomości. Wciąż była w nim zakochana. Dzięki własnemu urokowi i sile perswazji przekonała Adama do towarzyszenia mu w drodze do Drezna. Podczas długiej podróży z pewnością nakłaniała go do zmiany decyzji.
Pobyt poety w stolicy Saksonii zaowocował wspaniałymi utworami, którymi były: Reduta Ordona, Śmierć pułkownika, Pieśń Żołnierza i Dziady część III. Z końcem czerwca 1832 roku  Mickiewicz wyjechał do Paryża, gdzie zatrzymał się w hotelach Metz, a następnie Strasbourg. W lipcu lub sierpniu Konstancja Łubieńska odszukała go dzięki informacji otrzymanej od Stefana Garczyńskiego. Przyjechała do Paryża po odbytej kuracji w miasteczku Ems (Haren) w Dolnej Saksonii przy granicy z Niderlandami. Był zaskoczony jej niespodziewaną wizytą.
Po przywitaniu się Konstancja przeszła do konkretów.
– Pamiętasz, jak niedawno rzekłam ci: gotowam być z tobą na dobre i złe – mówiła miłym, lekko stremowanym głosem.
– Sądziłem, że odstąpiłaś od tego zamiaru – odrzekł chłodno.
– Przeciwnie.
– A co z małżeństwem? – stropił się.
– Adamie, jakże się cieszę, że o to pytasz – Łubieńska powiedziała wdzięcznym głosem. – Pragnę całym sercem, abyśmy się pobrali. Dlatego tu przybyłam.
– Nie pojęłaś mojej intencji. Co z twoim małżeństwem? – zaakcentował przedostatnie słowo.
Skonfundowała się.
– Mam zgodę Józefa na rozwód.
– Na honor, Konstancjo! – podniósł głos. – A dzieci? Nie mogę być przyczyną rozbicia rodziny.
– Nie będziesz. Mam dobry kontakt z dziećmi. Zapewnię im wszystko, co jest potrzebne do porządnego wychowania i wykształcenia. O nas powiedziałam szczerze Józefowi, zrozumiał mnie.
– Nie wyobrażam sobie… nas… – był zmieszany.
– Adasiu, żyliśmy jako małżonkowie. Duszami należymy do siebie, rozumiemy się w każdym calu. I zapewniam cię, że ze mną nigdy nie zaznasz niedostatku.
– Taka już jest natura kochanków, w uniesieniu serc zawsze są zgodni. Inaczej w małżeństwie, ty to najlepiej wiesz, wszak doświadczasz tego na każdym kroku i od wielu lat. 
– Mój Józef choć dobry, jest zwykłym zjadaczem chleba. Ty jesteś niezwykłym człowiekiem… – rzekła niemal patetycznie. 
– Masz wobec mnie nazbyt rozwiniętą imaginację. Czy chcesz wyjść za mąż za znanego poetę, czy za człowieka? Doprawdy jesteś mądrą kobietą, toteż zdaj sobie sprawę, że ów wyobrażony przez ciebie obraz wieszcza po pewnym czasie przeistoczy się niechybnie w wyblakły rysunek zwykłego człowieczka z wszelkiemi słabościami i wadami.
– Nie! – krzyknęła.
– Konstancjo, nie dawaj pochopu do złego.
– Gardzisz mną.
– Przenigdy.
– Adasiu, pobierzmy się – powiedziała prosząco, choć w intonacji pobrzmiewało błaganie.
– Uczucie nasze, wsparte na żądzy nagannej, kaziło czyste serca twoich najbliższych.
– Nieprawda! Nikogom nigdy nie skrzywdziła – wybuchnęła płaczem. – Tak pięknie pisałeś o naszej miłości w listach.
– Spal je.
– Twoje listy ukradziono mi – rzekła zlękniona. – Dotarły do moich braci. Czytali je, najadłam się wstydu. Nie chciałam cię martwić, ale powiem: zagrozili wyzwaniem cię na pojedynek.
Mickiewicz wsparł głowę na ręce i ciężko westchnął. „Czyż zawsze tak być musi, że listy kochanków wpadają w niepowołane ręce i wywołują trudne do wyobrażenia skutki. Nie dbam o to. Nic takiegom nie napisał, co by mogło być nieprawdą albo krzywdą dla kogokolwiek, tem bardziej dla niej – zadumał się. – Przeciwnie, ostrzegałem ją przed ferworem żądz: Pani nazywasz miłość ogniem nie do ugaszenia, czyliż dla tego nie winnim chronić się od tych płomieni, przez który życie nasze w każdej dobie stawiamy na wulkan żarzący się w głębi iskrą, którą lada podmuch roznieci, lada podnieta w gwałtowny pożar obróci. Nie dajmy się wzbić ślepej namiętności… – przypomniał sobie fragment jednego z nich.
– Mam tego wszystkiego dosyć! – Adam ocknął się z zamyślenia.
– Jak możesz! – zapłakała głośno.
– Konstancjo, nie chcę cię krzywdzić, ale zdania nie zmienię. Obaczysz, iż wszystko obróci się na twoją korzyść. Zaufaj moim słowom, wszak mówiłaś nie tak dawno, że są prorocze.
– Niewdzięczny.
Hrabina Łubieńska oburzona jego odmową, opuściła pokój bez pożegnania. Dla kobiety, która de facto oświadczyła się kochankowi, odtrącenie mogło być poniżające. Jednak nie wzgardziła nim. Wracając przez Drezno spotkała się ze Stefanem Garczyńskim, któremu zdała relację ze spotkania. Ten wpłynął na nią uspokajająco. Pod koniec listopada 1832 roku  w liście do Adama napisał: „Dosyć powiedzieć – zupełnie jej z głowy dawne wypadły projekta – pod koniec do dzieci tylko wzdychała, a o tobie jak o przyjacielu dozgonnym mówiła… Toć przyrzec jej musiałem, zmieniwszy pod koniec ton prawd w słowa pociechy, że ty o niej nie zapomnisz, a ja po przyjeździe do Paryża portret twój nadeślę. Otóż i pacta conventa, kochany Adamie: (…). Kocha ciebie biedaczka – i dlatego warto jej winy odpuścić…”. Wyjechała do domu wypogodzona, choć nie zamierzała poddać się. Pod koniec tego roku przesłała Mickiewiczowi, przez Stefana, pamiątkę – lornetkę ze złotym łańcuszkiem. Pragnęła odnowić romans, próbując uczynić pośrednika z przyjaciela wieszcza. Mickiewicz zamartwiał się tą sytuacją. Garczyński tłumaczył mu w liście: „Nie wiem, drogi mój Adamie, jak sobie możesz wyrzuty robić wspomnieniem z rzeczy, która nawet na pamięć nie zasługuje. P.[ani] Ł.[ubieńska] jest to kobieta, którą każdy, co wiersze pisze, przewracać by mógł na prawo i na lewo. Zresztą ona tego bigosu nawarzyła. – Brzydką jest kokietką, nic więcej. Dobrze robisz, że nie pisujesz, ale i myśleć o niej grzechem, osobliwie tobie. Nikt jej pewno więcej prawd nie nagadał jak ja. Między innymi dowodziłem, że twego małego palca nie warta” (17 kwietnia 1833).
Poza wpływaniem na Garczyńskiego, prosiła także innych przyjaciół Adama, aby słał do niej listy. W 1836 roku przesłała mu 250 franków, co postawiło go w przykrym położeniu. Obiecał sobie, że więcej od niej przesyłek nie odbierze. W latach czterdziestych, gdy po obu stronach emocje ostygły, Łubieńska założyła w Paryżu konto bankowe, na które wpłacała pieniądze na kształcenie córki Mickiewicza, Marii. W 1845 roku Konstancja wraz z Antoniną i Hieronimem Gorzeńskimi odwiedzili poetę, co dowodziło, że między byłymi kochankami zapanowały już neutralne stosunki. Ponownie przyjechała do Paryża w lutym następnego roku, będąc w nim do września 1847 roku. Wówczas wzięła do swojego domu dwunastoletnią Marysię, która przebywała w Wielkopolsce do października 1848 roku. Łubieńska jeżdżąc często za granicę prawdopodobnie przewoziła tajną korespondencję dla obozu emigracyjnego, za co była szykanowana przez władze pruskie. W 1847 roku po śmierci męża wyszła za mąż za byłego nauczyciela swoich dzieci, Wandalina Wodpola. Ślub hrabiny z młodszym o 14 lat  guwernerem (była więc wciąż atrakcyjną kobietą) wywołał w rodzinie i wśród znajomych zniesmaczenie.
Konstancja Łubieńska „Była to niewiasta obdarzona żywą wyobraźnią i niepospolitemi zdolnościami. Posiadała wielką łatwość wierszowania; improwizowała sprytne bajeczki i satyryczne ucinki, które jej się zupełnie udawały. Mniej powodzenia miała, gdy się puszczała na rzeczy większe, lub gdy marzyła o wsławieniu się na polu literackiem” – scharakteryzował jej dokonania Klemens Kantecki (Mickiewicz w Śmiełowie, Ruch Literacki 1875). Zgodnie z tą opinią jej Niedowiarek, powieść moralna (1842) jest przykładem mniejszego jej powodzenia „po puszczeniu się na rzeczy większe”. Historia ta nie przedstawia dziejów związku mężatki z poetą, jak piszą niektórzy „znawcy” przedmiotu, jest swobodną opowieścią prozą (w dwóch częściach) przeplataną wierszem, o nieśmiertelności duszy, o pokusach, zaklęciach, widmach, o związkach świata rzeczywistego z pozaziemskim. W drugiej części autorka rozwija i zgłębia owe prawdy w „dyalogach rozumowych”. Słowem grafomania.
Rok przed Niedowiarkiem wydała Bajki dla dzieci i przełożyła z języka niemieckiego Przewodnik dla nauczycieli w domach ochrony małych dzieci Leopolda Chimaniego. W 1853 roku opublikowała anonimowo Upominek moim współziomkom na zbliżający się rok 1854, natomiast w 1863 roku wydała Listy śp. Adama Mickiewicza do pani Konstancji. Korespondencja pochodzi z lat 1845-55, listy zaś z wcześniejszego okresu, najciekawsze z punktu widzenia relacji między nimi, nie zachowały się z powodu zniszczenia ich przez rodzinę Łubieńskich. Natomiast listy Konstancji do poety najprawdopodobniej zostały zniszczone przez syna wieszcza, Władysława, który chroniąc dobre imię ojca okazał się szkodnikiem jego spuścizny.
Hrabina Łubieńska-Wodpolowa założyła w 1850 roku w Marcelinie Szkołę Gospodarską dla dziewcząt. Po otrzymaniu informacji o śmierci Adama Mickiewicza w Stambule (27 listopada 1855) wyruszyła do Francji, gdzie 21 stycznia następnego roku uczestniczyła w jego pogrzebie na cmentarzu Les Champeaux w Montmorency oddalonym około 20 km od stolicy. Konstancja Łubieńska z Bojanowskich, secundo voto Wodpolowa, zmarła w 1867 roku.


Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. 1. bo to było modne i romanyczne kochać i cierpieć
    a odpowiedzialności żadnej …

    2. czekam z niecierliwością na esej Franciszek Czekierda
    jego miłości
    jego pisanie

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko