Franciszek Czekierda – MARIA PAWLIKOWSKA-JASNORZEWSKA – POETKA I MIŁOŚNICA

2
103

Jej życie toczyło się krętymi i wyboistymi ścieżkami. Już jako dziecko dotknęła ją dolegliwość, która wpłynęła na wygląd i sferę duchową. Przed dziesiątym rokiem życia rodzice zauważyli u niej wystającą łopatkę i nierówny chód, co spowodowane było chorobą kręgosłupa. Skierowano ją na gimnastykę leczniczą i kazano założyć gorset ortopedyczny, którego noszenie było męką. Niewiele to pomogło. Nieznaczną deformację pleców ukrywała odpowiednio dobranymi strojami. Ów dyskomfort, mający dla dziewczyny szczególne znaczenie, natura zrekompensowała jej urodą i talentem. Lilka, jak ją nazywali najbliżsi, miała proporcjonalne rysy twarzy, gładką cerę, niebieskie oczy i jasno szatynowe włosy.
Na początku wielkiej wojny w 1914 roku częstym gościem w krakowskiej Kossakówce był rotmistrz Władysław Janota Bzowski, instruktor jazdy konnej austriackiego arcyksięcia Maksymiliana. W tym czasie ułan kurował się po złamaniu kilku żeber po upadku z konia, dzięki czemu nie został wysłany na front. Oficerowi spodobała się dwudziestotrzyletnia Lilka, starsza córka Wojciecha Kossaka, słynnego malarza (młodszą była Magdalena zwana Madzią, późniejsza Samozwaniec). Młodzi dużo rozmawiali spacerując po przydomowym ogrodzie, w którym poetka po raz pierwszy zasmakowała męskiego pocałunku. Po kilkumiesięcznej znajomości wyznali sobie miłość. We wrześniu 1915 roku wzięli ślub kościelny w Krakowie. Noc poślubna okazała się dla Lilki koszmarem. Kto wie, czy nie wpłynęła ona na dalsze losy ich związku. Podstawową trudność w porozumieniu małżonków stanowiło jednak to, że Lilka była osobą uduchowioną, natomiast Władysław nie czuł poezji. Pewnego dnia, gdy przyszedł z koszar do domu i zapytał o obiad, młoda żona, leżąc na trawie w ogrodzie, odrzekła:
– Kochanie, czy słyszysz, jak trawa rośnie?
Anegdotę tę przytoczyła publicystka, Zofia Starowiejska-Morstinowa, znająca dobrze poetkę. Nawet, jeśli była ona podkolorowana, oddawała klimat ich małżeńskich relacji. Nie dziw więc, że nie uduchowiony oficer mógł czasem stracić panowanie nad nerwami. Niedługo po ślubie Lilka doszła do wniosku, że chyba go nie kochała. Nigdy nie chciała mieć dzieci, jednak zdarzyło się, że zaszła w ciążę. Niestety poroniła. Rozpaczała, lecz nie z powodu poronienia, ale dlatego, że przydarzyła jej się ciąża. Od samego początku między małżonkami nie układało się. Magdalena wspominała, że Bzowski był podrzędną figurą nie zasługującą na jej świetną siostrę. Porównywała go do koguta, który poślubił orlicę. Poza tym uważała go za dekownika i symulanta. Jeśli nie była to cała prawda, jej ziarno w tych określeniach było zawarte. Przede wszystkim Bzowski nie cenił jej twórczości, co dla żony-poetki miało istotne znaczenie.
W 1916 roku Wojciech Kossak przebywał w Zakopanem, gdzie miał jedną z kochanek. W roli przyzwoitki przebywała z nim dwudziestodwuletnia Magda, co miało wpłynąć uspokajająco na żonę malarza, Marię. Trzpiotowata Madzia ubóstwiająca ojca nie przejmowała się tą rolą. Nudząc się ściągnęła do siebie Lilkę. Mimo trwającej wojny w mieście życie towarzyskie toczyło się normalnym rytmem. W tym czasie Maria Kossak-Bzowska poznała Jana Gwalberta Pawlikowskiego, poetę. Został on zwolniony ze służby w wojsku austriackim pod pretekstem konieczności gospodarowania w rodzinnym majątku w Medyce. Nie lubił jednak rolnictwa ani ogrodnictwa, wolał przebywać wśród górali i w artystycznym światku Zakopanego. Tu wystawił wielką willę na Kozińcu pod Jedlami według projektu Stanisława Witkiewicza, ojca Witkacego. Studiował w Akademii Rolniczej w miasteczku Dublany koło Lwowa. Po wojnie polsko-bolszewickiej (podczas której był instruktorem w Brygadzie Strzelców Podhalańskich) oraz po pracach w komisji plebiscytowej na Górnym Śląsku w 1921 roku, studiował krótko nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Lilka i Jaś zakochali się od pierwszego wejrzenia. Byli rówieśnikami.
– Zobaczyłem twoje niebieskie oczy – Jan wspominał, gdy był już z Lilką po słowie. – Takie same, które kiedyś widziałem we śnie.
– Gdy ja spojrzałam w twoje, też niebieskie, pomyślałam: to znak nieba – poetka mówiła w egzaltowany sposób. – Patrzyłam oczami, które – jak wiesz – mam na skrzydłach. Nagle wpadłam w twój ogień. Mam nadzieję, że nie spaliłam skrzydeł.
– Kiedy tak się gapiłem i gapiłem… od razu dostrzegłem w lazurowej toni twoich źrenic nas dwoje.
– Moje skrzydlate oczy nigdy nie wiedzą, gdzie lecieć trzeba, zawsze mylą drogę. Teraz wiedziały.
– I przyleciały prosto do mnie. Spotkały się nasze cztery błękity i splotły się dwie pary skrzydeł – Pawlikowski był zadowolony z ostatniego zdania.
Lilka posmutniała. „Jeśli skrzydła się splotą, lot takich aniołów może być tylko pikowaniem.  Jasiu, chyba trochę zagalopowałeś się w poetyckiej wyobraźni…”– pomyślała zaniepokojona.
Od tej chwili Lilka już nie dążyła do poprawy relacji z mężem. Przeciwnie, uważając go za przeciętnego człowieka i żołnierza, czyniła wszystko, aby małżeństwo się rozpadło. Była nieprzyjemna, robiła mu przykrości, nawet gardziła nim. W końcu użyła najcięższej broni, jaką żona może zastosować wobec męża: postanowiła spać osobno. Jeśli na początku małżeństwa miała wątpliwości, czy go kochała, teraz była przekonana, że nie. Po trzech latach związku małżonkowie otrzymali rozwód cywilny, natomiast unieważnienie sakramentalnego związku nastąpiło kilka miesięcy później w marcu 1919 roku. Szybki rozwód kościelny stał się możliwy dzięki wpływom ojca i jego pieniądzom. Jako bezpośrednią przyczynę unieważnienia sąd kościelny uznał niemoc płciową żony. Podczas procesu przed sądem biskupim Lilka, na prośbę ojca, spotykała się z kochankiem skrycie, żeby jej romans nie zaszkodził toczącej się rozprawie.
Miłość Lilki i Jasia rozwijała się w stylu młodopolskim; obsypywali się rozkosznymi słowami, choć z dzisiejszej perspektywy brzmiącymi nazbyt emfatycznie. Jan pisał: „Chcę wiedzieć skąd i jak Bóg Cię stworzył i chcę znać Twoją długą drogę i zadowolić odwieczną moją tęsknotę: słyszeć o tym wszystkim, czego nie wiem o sobie”. Lilka odpowiadała: „Jakaż to łaska, że Ty, tak kochany, piszesz: «jakże szczęśliwą jesteś, Malutka, że ja Cię tak kocham»”. Niecałe trzy miesiące po orzeczeniu sądu kościelnego Maria Kossak-Bzowska zrzuciła z siebie brzemię drugiego członu nazwiska. Na początku czerwca 1919 roku w bocznej kaplicy wawelskiej wzięła ślub z Janem dodając do rodowego nazwiska: Pawlikowska. Drugi mąż był piękny i budził zachwyty pań.
Małżeństwo zamieszkało z teściową w willi na Kozińcu. W związku z wojną w 1920 roku i plebiscytem na Górnym Śląsku, Jana często nie było w domu. Maria pisała wiersze i nudziła się. Aby zabić nudę wyjeżdżała do rodziny w Krakowie i do Warszawy do ojca, który miał pracownię w Bristolu. W 1922 roku zadebiutowała trzema wierszami w miesięczniku Skamander. W tym samym roku wydała pierwszy tomik wierszy Niebieskie migdały. Poza balladami w zbiorku znajdowały się przede wszystkim erotyki, które na trwałe weszły do literatury nie tylko polskiej. Maria Pawlikowska była prekursorką w intymnym ukazaniu uczucia rozgrywającego się w sferze wyobraźni i ducha. Poetycka cielesność zeszła na dalszy plan. Subtelny kobiecy erotyzm usunął w cień męską siłę i władczość. Krytyka przyjęła jej poezję entuzjastycznie z wyjątkiem zjadliwej, efekciarskiej recenzji lwowskiego literata Ostapa Ortwina: „Paciorkowata (…), gustowna robótka (…) w dyletanckim hafciarstwie rymów”. Jak wieść głosi wściekła Lilka wysłała mu krótki telegram: „Ortwin, ostap mnie w spokoju!”. Riposta godna najlepszego pióra.
Dwa lata później wydała tomik Różowa magia, w którym zawarła wiersze pełne mistyki, magii, wróżbiarstwa i spirytyzmu. Te jej predylekcje budziły stanowczy sprzeciw męża. Poezja Marii Pawlikowskiej została doceniona przez Skamandrytów. Będąc w Warszawie często przesiadywała z nimi w „Ziemiańskiej” na górce, czyli na półpięterku. Szczególnie polubiła się z Julianem Tuwimem, łączyła ich pasja do czarnoksięstwa i magii. Skamandryta miał duży zbiór książek z tej dziedziny i chętnie je pożyczał Lilce. Poświęcił jej wiersz Do Marii Pawlikowskiej, z którego zacytuję pierwszą zwrotkę:
O, staroświecka młoda pani z Krakowa!
Strzeż się ! Biskup pieni się i krzyczy: horrendum!
Na łąkę wychodzisz nocą po kwitnące słowa,
Tajne czynisz praktyki, aby pachniały ambrą i lawendą.

W 1921 roku Jan Pawlikowski wyjechał do Wiednia, gdzie zaczął tańczyć w kabarecie. Okazało się, że miał w tym kierunku zdolności, co ukrywał wspólnie z Lilką przed jej rodzicami. Bo jakże to, potomek herbowego rodu wywijający nogami w jakiejś kabaretowej tancbudzie? Wstyd. Przebywając we Wiedniu nawiązał romans z austriacką tancerką Walerią (Wally) Konczyńską. Żona dowiedziała się o niej. Po pewnym czasie wyszło na jaw, że Pawlikowski miał z nią córkę. Małżeństwo powoli rozsypywało się. Nigdy nie mieli wspólnego domu, ich zainteresowania były odmienne; Jana pociągało środowisko narodowe, Lilka zaś była kosmopolitką. Nie mieli dzieci, więc brakowało ważnego spoiwa małżeńskiego i rodzinnego. Zresztą Maria nigdy nie chciała mieć dziecka. Kiedyś, przypatrując się Magdzie w ciąży (która wyszła za mąż w 1921 roku za dyplomatę Jana Starzewskiego) napisała „to takie brzydkie”. Kryzys w małżeństwie trwał.
Jesienią 1924 roku Lilka, Magda i Jadwiga (Nina) Unrug, ich kuzynka i żona Witkacego, wyruszyły na francuską Riwierę. Pawlikowska zabrała z sobą oswojoną wiewiórkę wabiącą się Sorek. Panie nudziły się potwornie. Lilka wymieniała się listami z Janem, który w końcu przyjechał do Nicei, ale… ze swoją Wally. Oczywiście zamieszkał z nią w innym pensjonacie. Poetka z tego powodu nie była zła, przeciwnie – zachowywała się nad wyraz spokojnie. Mało tego, postanowiła się z nią zaprzyjaźnić. Nina Unrug w grudniu wróciła do Polski. Siostry pojechały do Paryża zobaczyć trwającą od kwietnia do października 1925 roku Międzynarodową Wystawę Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa, której wystrój przygotowała m.in. Zofia Stryjeńska (za namalowanie wielkiego panneau składającego się z sześciu blejtramów otrzymała siedem tysięcy złotych). Polscy plastycy zdobyli na wystawie ponad sto siedemdziesiąt nagród, najwięcej spośród przedstawicieli występujących państw. Wystawa była okazją do spotkań wielu polskich artystów, wśród których byli m.in. Julian Tuwim, Roman Kramsztyk, Gustaw Zamoyski, Jarosław Iwaszkiewicz, Magda Samozwaniec i Maria Pawlikowska z Janem. Podczas jednego z przyjęć w atelier rzeźbiarza Gustawa Zamoyskiego Jarosław Iwaszkiewicz próbował, przy alkoholu, zaprzyjaźnić się z Pawlikowskim. Niespodziewanie Gustaw odciągnął na bok Jarosława.  
– Nie zadawaj się z nim – ostrzegł go.
– Co ty mówisz? – zdziwił się Iwaszkiewicz.
– To człowiek lekkomyślny i fałszywy – Zamoyski rzekł z głębokim przekonaniem.
– Guciu, nie przesadzasz? Tak szczerze opowiada mi o swoim trudnym życiu…
– Uwiódł młodziutką tancerkę, Wally Konczyńską i zrobił jej dziecko. Bezczelny typ. Zdradził żonę, z którą teraz śmie się tu pokazywać. A ona, biedna, udaje, że tout est bien.
– Skąd to wiesz?
– Przecież Wally jest uczennicą Rity.
Tu należy wyjaśnić, iż Rita Sachetto, znana tancerka i właścicielka szkoły tańca, była żoną Zamoyskiego.
Na początku maja 1925 roku Maria i Magdalena wróciły do Polski, Pawlikowski zaś do Wiednia. Iwaszkiewicz odwiedził je dwa dni przed wyjazdem. W liście do żony napisał, że Madzia i Lilka były przygnębiająco smutne. W grudniu 1929 roku Pawlikowscy rozwiedli się.

Lilka od zawsze miała słabość do przestworzy i lotników. Pilot za sterami samolotu był dla niej wyśnionym ideałem, zdobywcą przestrzeni, a więc silnym mężczyzną, w domyśle przeciwieństwem delikatnej kobiety. Gdy w marcu 1927 roku portugalski pilot José Manuel Sarmento de Beires pokonał Atlantyk z Lizbony do wybrzeży Brazylii (dwa miesiące przed lotem Charlesa Lindbergha z USA do Francji), Lilka – po przeczytaniu o tym we francuskim piśmie – wysłała do niego list na adres redakcji. Jej zachwyt wzbudziły, poza wyczynem Portugalczyka, również dwie dodatkowe informacje, że był poetą i przystojnym mężczyzną. José de Beires odpisał jej. Prowadząc (po francusku) korespondencję, zakochali się. Oboje pisali o zjednoczeniu pasujących do siebie dusz i charakterów, ona opisywała mu m.in. swój pieprzyk, on w wyobraźni namiętnie go całował. Gorączkowo pożądali siebie, oczekując „astralnego spotkania”. Po trwającej pół roku korespondencji zobaczyli się w Paryżu, gdzie nastąpiło długo oczekiwane spotkanie dusz i ciał. Jednak mieli pewną trudność w umawianiu się na randki, ponieważ Portugalczyk przyjechał z żoną. Oczywiście ona dowiedziała się o polskiej poetce. Obie kochały szalonego lotnika i żadna nie chciała zrezygnować. Pewnego dnia do pokoju Lilki, mieszkającej w tanim hoteliku w czternastej dzielnicy, przyszła czarno ubrana, ładna żona senhora Maria-Luisa de Beires.
– Jestem żoną José – powiedziała zdecydowanym głosem. – Czy to prawda że jest pani jego kochanką? – zapytała podenerwowana.
– Proszę pani… – Lilka zaskoczona zastanawiała się nad odpowiedzią – nie zwykłam rozmawiać o tych sprawach z osobą, którą pierwszy raz widzę na oczy. Po drugie – rzekła teraz stanowczo – nie życzę sobie, aby ktoś zwracał się do mnie tym tonem.
– A więc te sprawy były między wami – Maria-Luisa uczepiła się tego określenia.
– Wyciąga pani zbyt daleko idące wnioski. Mówienie bądź nie mówienie o pewnych sprawach nie oznacza, że się w nich uczestniczyło – starała się wybrnąć ze ślepej uliczki.
– On jest moim mężem – zapłakała.
– To już słyszałam – odpowiedziała ironicznie z dozą nie skrywanej wyższości.
– Nie może mi go pani odebrać – szlochała.
„Czy zamierzam go jej odebrać? – Maria zamyśliła się. – Nawet nad tym się nie zastanawiałam. Sam powinien zadecydować, gdzie jego miejsce – myśl ta wydała jej się rozsądna. – O tym też nie myślałam”.
– Wie pani dlaczego ubrałam się na czarno?
Lilka milczała, w ogóle ją to nie interesowało. Poza tym nie chciała dać się wciągnąć w narzucony tok rozumowania.
– Bo to jest czarny dzień dla niego i dla mnie. Poniekąd także dla pani – kontynuowała roztrzęsionym głosem.
– O czym pani mówi? Proszę mnie nie wikłać w swoje czarnowidztwo – Lilka zdenerwowała się, z jej twarzy w okamgnieniu ustąpiła obojętność.
– Idę utopić się w Sekwanie! – zaszlochała spazmatycznie.
Pawlikowska odetchnęła z ulgą, w duchu zaśmiała się z niej. Będąc kobietą po wielu przejściach dobrze znała naturę żon kochanków. „Czy ona myśli, że dam się nabrać na jej tani sentymentalizm? – obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. – Owszem jest przystojna, nawet przywdziała gustowny kostium żałobny, ale do cholery, niech nie robi z siebie idiotki. Przecież ta scena jako żywo przypomina mi marne tragifarsy z prowincjonalnych teatrów, a nie dziejący się tu i teraz dramat. – Poetka dokładniej przyjrzała się jej skrytej za woalką twarzy, na której nie dostrzegła nawet jednej łzy.  – Co za kiepska aktorka”.
– Proszę robić, co pani dyktuje serce – odrzekła chłodno mając pewność, że nie popełni samobójstwa. – Tymczasem muszę panią natychmiast pożegnać. Jestem umówiona – spojrzała ostentacyjnie na zegarek.
Senhora Maria-Luisa jak niepyszna opuściła pokój.

Nazajutrz mocno podenerwowany José poprosił Lilkę o spotkanie. Wiedziała o czym chciał z nią rozmawiać.
– Oszczędź sobie tłumaczeń z powodu wizyty u mnie twojej szanownej małżonki – Lilka przywitała go nieprzyjemnym tonem.
– Wczoraj w Portugalii przeprowadzono wojskowy zamach stanu – rzekł dramatycznym głosem, pokazując jej gazetę z wielkim tytułem na pierwszej stronie Coup d’Etat militaire au Portugal. – Generałowie rozwiązali parlament, wprowadzili cenzurę i ograniczyli prawa obywatelskie. Muszę natychmiast wracać.
– A ja myślałam, że… – nie dokończyła zdania, ponieważ sprawa spotkania z jego żoną wydała się jej błaha wobec tego, co usłyszała.
– Nie pozwolę, żeby dyktatura niszczyła mój kraj.
– Więc sytuacja sama się rozwiązała – odetchnęła z ulgą.
– Zawsze stałem po stronie republiki. Należę do oficerów przeciwnych juncie – José myślami był w swojej ojczyźnie.
– Już się nie zobaczymy… – Lilka spojrzała zamglonymi oczami.
– Jak tylko przywrócimy republikę napiszę do ciebie. I wrócę. Na pewno do ciebie  wrócę – mówił przekonywająco.
Nazajutrz małżeństwo de Beires wyjechało pociągiem do Lizbony. Maria Pawlikowska jeszcze trochę pozostała w Paryżu. Zgodnie z jej przewidywaniem więcej już go nie zobaczyła. Portugalski lotnik odezwał się do niej listownie po półtora roku.

Plonem romansu z egzotycznym lotnikiem i pobytu w stolicy ówczesnego świata były: tomik wierszy Paryż (1928), poemat Czarownicy Paryża oraz wiersz Kochanka lotnika opublikowany w  kwietniowym tygodniku ilustrowanym Świat w 1928 roku, którego ostatnia zwrotka sporo mówiła o tęsknocie za mistrzem przestworzy:
Jak farys, sam z orłami w niebieskiej pustyni,
Możesz mi stamtąd wrócić groźny i zmieniony –
Nadlecieć niespodzianie, z niewiadomej strony,
I nakryć mnie skrzydłami, nie wiedząc co czynisz.

Drugim lotnikiem, który próbował zdobyć serce Lilki był młodszy o sześć lat kapitan i zarazem poeta Mieczysław Lisiewicz. Odwiedzał ją często w Kossakówce, podobał się jej ojcu, podobnie jak Jan Pawlikowski, co już było nie najlepszą wróżbą. Kapitan miał wobec Lilki poważne zamiary, jednak ona, po ostatnich doświadczeniach, nie zamierzała się z nim wiązać. Owszem była wobec niego miła, lecz nic ponad to. Poprawiała mu nawet wiersze (nota bene słabe), które wydał w tomiku U33. Pewnego razu, gdy kapitan obłożnie zachorował, Lilka przyjechała odwiedzić go w wojskowej kwaterze. Przy tej okazji poznała jego przyjaciela, również lotnika, Stefana Jasnorzewskiego, młodszego od niej o dziesięć lat. Pochodził z ziemiańskiej rodziny ze wsi Bużanka koło Włodzimierza. Po dokonanej prezentacji Lilka i Stefan popatrzyli sobie głęboko w oczy i… pstryk, błysnęła iskra, zapaliło się światło uczucia. Jasnorzewski zaczął bywać w Kossakówce.
W styczniu 1931 roku pobrali się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Poznaniu. Uroczystość była skromna, żadna ze stron nie zaprosiła swojej rodziny. Nie chcieli słuchać dobrych rad i morałów. Po ślubie Maria nosiła nazwisko Jasnorzewska lub Kossak-Jasnorzewska. „Maria Pawlikowska-Jasnorzewska jest powojennym pomysłem bibliografów i próbą sklejenia dorobku publikowanego pod nazwiskami dwóch mężów” – twierdzi Anna Nasiłowska, autorka biografii Maria Jasnorzewska-Pawlikowska, czyli Lilka Kossak (2010). Z Poznania pojechali do ośrodka dla lotników. Byli w sobie zadurzeni, jak dwudziestolatkowie. Ona nazywała go Lotkiem, on ją Bajbaczkiem. Poetka pozbyła się swojego krakowskiego mieszkania (zwanego norką) w alei Krasińskiego i zamieszkali wspólnie w pobliżu lotniska Rakowice. Nie chcieli mieszkać w rodzinnej Kossakówce, co na pewno zrodziłoby konflikty. Trzy lata po ślubie małżeństwo przeniosło się do Dęblina, gdzie Stefan został mianowany adiutantem generała Władysława Kalkusa w centrum szkoleniowym oficerów lotnictwa. Kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej zamieszkali w Warszawie, dokąd Pawlikowski został przeniesiony. Mieszkania na górnym Mokotowie nie zdążyli jednak do końca urządzić.
Przebywając wielokrotnie w stolicy Lilka zaprzyjaźniła się z Marią Morską. Z zachowanych listów tej drugiej wynika, że z jej strony było to coś więcej niż przyjaźń, najprawdopodobniej zakochała się w poetce. Natomiast stosunek Jasnorzewskiej do pani Marii nie wykraczał poza ramy przyjaźni. Po krakowskiej premierze sztuki Baba-dziwo w grudniu 1938 roku Maria Morska, jako Marjusz Dawn, opublikowała w styczniu następnego roku w Wiadomościach Literackich korzystną recenzję. W ich dobrych relacjach Lilce przeszkadzała tylko jedna sprawa: materialistyczne poglądy Marii Morskiej i jej niechęć do zjawisk nadprzyrodzonych. Pomimo to uważała ją za wspaniałą osobę, ceniła za recytowanie jej wierszy („czarująca interpretatorka”), a na dowód przyjaźni zadedykowała jej dwa wiersze Gruszki i Płyty Carusa oraz dwa tomiki poetyckie.

Podczas ostatnich przedwojennych wakacji Jasnorzewscy przyjechali citroënem na urlop do domku Wojciecha Kossaka w Jastarni na Helu. Była z nimi również Magda. Któregoś sierpniowego dnia siostry miały ochotę pójść na dancing do pobliskiej Juraty. Lilka poprosiła męża, aby je podwiózł. Ten stwierdził, że nie może, ponieważ zepsuł się wóz i musi go naprawić, po czym odszedł go reperować.  Lilka i Magda nie zrażone tym pojechały autobusem. Gdy dotarły pod restaurację, zobaczyły pod nią zaparkowanego citroëna, a obok niego stojącego Jasnorzewskiego prowadzącego czułą konwersację z jakąś młodą kobietą.
– Bydlę – zasyczała Lilka do siostry.
– Twój przystojny lotnik zrobił beczkę i wylądował u stóp czarnowłosej piękności – skomentowała ironicznie Madzia.
– Raczej zrobił mnie w trąbę. Nie pozwolę sobie na takie traktowanie – była wściekła.
– Obijesz mu mordę, a jej podrapiesz gładką buźkę? – Magda zażartowała w swoim stylu.
Lilka nie odezwała się. Nagle ruszyła przed siebie.
– Nie rób tego! – zawołała przestraszona Magda. – Żartowałam.
Poetka podeszła energicznie do pary. Lotek na jej widok poczerwieniał jak burak, nieznajoma zaś patrzyła na nią spłoszona.
– Pięknie pani wygląda – Lilka otaksowała ją wzrokiem.
– Dziękuję. Przepraszam, ale nie miałam okazji pani poznać – była uprzejma. Za jej słowami krył się niepokój.
– A ty… – spiorunowała męża wzrokiem – szybko nareperowałeś samochód.
– Udało się – skłamał.
– I jeszcze szybciej pojechałeś, zapominając nas zabrać – Lilka wskazała ręką na siostrę.
– Wrócimy razem – próbował wybrnąć z opresji.
– Zbytek łaski. Z Madzią idziemy do kawiarni. Spodziewam się, że za chwilę do nas dołączycie – przerzuciła wzrok na zszokowaną piękność. – Tak miło się składa… Będzie pani miała okazję mnie poznać – poetka uśmiechnęła się jadowicie.
Przyłapana niemal na gorącym uczynku para, nie mając wyjścia, skorzystała z zaproszenia. We czworo spędzili trochę czasu w kawiarence Bryza. Można sobie tylko wyobrazić, jak czuł się Lotek i jakie męki przeżywała jego kochanka. Lilka z nie skrywaną satysfakcją obserwowała ich zachowanie.
Jasnorzewska nie czekając na planowany koniec wczasów, postanowiła wrócić do Warszawy pociągiem.
– Jutro wyjeżdżam – zakomunikowała po kolacji Magdzie.
– Jeszcze mamy kilka dni – zdziwiła się siostra. – Jest taka piękna pogoda.
 – Postanowiłam – rzekła stanowczo. – Jadę pociągiem.
 – Przecież masz darmową podwodę Lotka.
 – Chyba zwariowałaś! – oburzyła się starsza siostra. – Już zapomniałaś, co mi zrobił.
 – Nie pomyślałam o tym, przepraszam.
– Już wcześniej docierały do mnie różne sygnały o jego upodobaniach do ładnych pań.
– Lilka, nie obraź się, ale w twoich poprzednich związkach różnie bywało. Ty też nie zawsze byłaś święta.
– Na ciebie nigdy się nie obrażam. Ale… – zastanawiała się – dziwna rzecz, niby to oczywiste i może zabrzmieć idiotycznie, lecz inaczej jest zdradzać, a inaczej być zdradzanym.
– Odkrycie! – ironizowała Madzia.
– Owszem banał, jak banalne jest to całe moje zasrane życie.
– Awers i rewers tej samej monety.
– Upraszczasz, ale chyba coś w tym jest. Ten rewers bardzo, bardzo boli.
Nazajutrz, gdy Lilka przed południem pakowała walizkę, Magda wyszła na plażę. Żadna z nich nie pomyślała o pożegnaniu się. Już się więcej nie zobaczyły. Jasnorzewska jadąc pociągiem, patrzyła zadumana przez okno na szybko zmieniające się krajobrazy. Myślała smutna: „Miałam trudną młodość, skrzywioną, erotyczną. Szalałam w miłościach, a teraz Lotek przygwoździł mnie ciężkim małżeństwem. I chyba zabił pierwiastek miłości, może nie we mnie, ale wokoło mnie. W poprzednich związkach czułam się wolnym ptakiem szybującym nad obłokami, a swoich miłostek nie traktowałam jako zdrad. Teraz, gdy znalazłam się po drugiej stronie chmur, a on ma jakieś romanse, czuję się zdradzona, poniżona. Madzia miała rację, awers i rewers. Nie chcę jednak tego rozumieć. Boże, miałam trzech mężów, a żaden nie był człowiekiem, z którym łatwo można by żyć. Choć trzeci wciąż nim jest. A może już nie jest… Żaden nie stanął na wysokości zadania, zadania bycia przyzwoitym partnerem. Bzowski – kretyn, nieuk i cham. Dałam mu się nabrać  na poetycko brzmiące nazwisko – zaśmiała się pod nosem. – Drugi – trochę wariat, zły charakter, egoista sentymentalny, obgryzający paznokcie nerwus i zarozumialec. Trzeci – urok dziecka i zwierzęcia, dużo głupiej nonszalancji i pychy, no i te jego wybryki. A ja? Czy byłam anielicą? Może bardziej diablicą, może poetycką niesforną czarownicą, dla której ważniejsze były własne zadowolenie i twórczość, niż dobro najbliższej mi osoby. Dokładnie widzę drzazgi w ich oczach, a co mam w swoich?” – Lilka zobaczyła w odbiciu szyby ściekającą po policzku łzę.

Warszawska premiera groteski Baba-dziwo autorstwa Marii Jasnorzewskiej, w reżyserii Stanisławy Wysockiej, zaplanowana została w Teatrze Nowym drugiego września 1939 roku (prapremiera odbyła się w 1938 roku w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego). Sztuka była inteligentnie krytyczna wobec dyktatorskich rządów Hitlera. Mimo drugiego dnia wojny spektakl odbył się, na sali było czternaście osób.
Po kilku dniach trwania działań wojennych Stefan Jasnorzewski otrzymał zgodę na wyjazd z rodziną do Lwowa. Dzięki posiadaniu własnego wozu szybko tam dotarli. W wyniku załamania się obrony kraju, oboje przekroczyli granicę polsko-rumuńską w Zaleszczykach. Po krótkim czasie przyjechali do Bukaresztu, gdzie zamieszkali w willi Duszy Czary, poetki i tłumaczki. Następnie przez Belgrad i Rzym dotarli do Paryża. Lilka została w nim na zimę, natomiast Lotek otrzymał rozkaz stawienia się w Lyonie. Po upadku Francji przedostali się do Gibraltaru, a w sierpniu 1940 roku byli już w Londynie. Jasnorzewski został w stolicy służąc w wojsku, natomiast Lilkę (z innymi rodzinami polskich żołnierzy) wywieziono do Blackpool, daleko na północ od bombardowanego Londynu.
Małżonkowie często korespondowali, a ich listy są dowodem, że uczucie po zawirowaniach może się odrodzić. Przez cztery lata pisali do siebie czule i poetycko. On był dla niej Lotkiem-Psotkiem, Bajdakiem, Bajbaczeńkiem, Robaczkiem, Królem i Króliczkiem. Ona dla niego zaś była Lilią Lilijkowatą, Loteczkowatą, Panną Nadobną, Panną Robaczkiewiczówną. Jak się okazało żołnierz, choć nie poeta, potrafił dotrzymać kroku poetce.
W końcu lipca 1942 roku dotarła do Lilki wiadomość o śmierci ojca, Wojciecha Kossaka. Niecałe osiem miesięcy po nim zmarła matka. W połowie 1944 roku pojawiły się u poetki pierwsze oznaki choroby nowotworowej, która trawiła ją już od pewnego czasu. Kiedyś zasłabła i upadła w hotelowej kuchni, jednak zlekceważyła to. Później przeszła kilka operacji i naświetlań, lecz choroba była już zaawansowana. Nie przyjmowała do wiadomości, że jest to rak. Jasnorzewski wysyłał jej z Londynu własnoręcznie przyrządzane lekkostrawne jedzenie. Przyjeżdżał też do Blackpool i troskliwie się nią opiekował.
– Przepraszam cię, najdroższa Lileczko, za wszystko… – mówił przejęty.
– Za wszystko nie przepraszaj – weszła mu w słowo słabym głosem. – Tyle cudownych rzeczy było między nami.
– Za te, które cię zraniły.
– Nic nie pamiętam – Lilka uśmiechnęła się dobrotliwie.
– Wybacz – pocałował ją w spieczone usta.
– Lotek, naprawdę nic nie pamiętam – udawała. – Może ciało trochę chore – mówiła z trudem – ale umysł mam zdrowy i pamięć wciąż dobrą – ścisnęła jego dłoń.
– Jesteś najukochańszą istotą pod słońcem – starał się powstrzymać płacz.
– Kocham cię Lotku-Psotku.
Maria Jasnorzewska zmarła 9 lipca 1945 roku. Stefan został w Anglii. Zmarł w Londynie w 1970 roku.

Franciszek Czekierda

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. 1. Zamoyski miał na imię August, nie Gustaw.
    2. W tym czasie określenie “Magda” odnosiło się do służącej względnie… księżej gospodyni. Zdrobnieniem było “Madzia” bądź “Lena”.
    3. Pan Wojciech Kossak miał willę w Juracie, nie Jastarni.
    4. Pani Lilka często podpisywała się “Jasnorzewska-Pawlikowska”, bo osobliwie i w dalszym ciągu przeżywała swoją szaloną miłość z Jasiem-Gwasiem Pawlikowskim.
    5. Jednym ze zdrobnień pana Lotka był “Bajbak”, nie “Bajdak”… Ale może się mylę 😉
    6. Do Warszawy wracała – tu cytat z Wojennego Dziennika “Wojnę szatan spłodził”. Warszawa 2012, s.19 z mężem. Samochodem. Zaś pod datą 28.VIII.1939 tak zapisała:
    “Jurata,28.VIII
    Dość kłótni i tych wszystkich rodzinnych uszczypliwości. Rodzice męczą. Madzia też nie pomaga i ciągle jęczy. Reks – niesforne dziewczę pełne pretensji. Wyjeżdżamy z Lotkiem czem prędzej do Warszawy”.

    Nie wiem, skąd te rewelacje? Czyżby z “Bagiennej niezapominajki” autorstwa tajemniczego, której wprawdzie nie czytałam, za to obczytałam się recenzji tego – najprawdopodobniej – tekścidła? Przecież jakże bogata jest literatura o Pani Marii, na której nielicznych wtedy, udostępnianych w oficjalnym obiegu, wierszach literacko się wychowywałam, więc po co teraz ta pseudoeseistyczno-gawędziarska dezynwoltura, która – moim skromnym zdaniem – niemal równa się z Onetowymi “Polkami po godzinach” :]

    Tu uzupełnię, iż inne, bohaterki pana Czekierdy jak Maria Dąbrowska czy Zofia Nałkowska niespecjalnie mnie swoim życiem uczuciowym obchodzą, dlatego się nie czepiam. Za to w tym konkretnym przypadku “moja” ukochana, choć nieznośna Pani Lilka akurat mnie zaciekawiła. I co? Ano, połączony po lekturze, podlany sosem dyzgustu rozgotowany, zatęchły, ze słoika Wecka, klops.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko