Vikas Prakash Joshi – Najlepszy dzień w życiu

0
110

Publiczność patrzyła ze wstrzymanymi oddechami i bijącymi sercami, nerwowo zacierając ręce. Na ten moment wszyscy czekali.

Stadion Khadki, skąpany w łagodnym świetle wczesnego, wrześniowego poranka w mieście Pune, rozbrzmiewał wywrzaskiwanymi na całe gardło okrzykami „Naprzód DIS!” oraz „Royal nie daj się!”. To był finałowy mecz szkolnych mistrzostw piłkarskich Pune do lat trzynastu. Roshan Paranjape, bramkarz w drużynie Szkoły Międzynarodowej „Diament” (DIS), poprawił rękawice i zieloną koszulkę piłkarską i czekał w napięciu. Wiedział, ile zależy od obronienia tego karnego.

Na tablicy widniał wynik 2:1 dla DIS-u. Po raz pierwszy od dziesięciu lat DIS miał szansę pokonać broniącą tytułu mistrza drużynę Królewskiej Akademii Narodowej (RNA) i wygrać mistrzostwa. DIS było skrótem od Diamond International School – byli to pretendenci do tytułu mistrza – a Royal oznaczało Royal National Academy (RNA) – dotychczasowych czempionów. Zawodnicy RNA, ubrani w swoje charakterystyczne bordowe koszulki, skarpetki i spodenki, stali po lewej stronie boiska. Po drugiej stronie znajdowała się drużyna szóstoklasistów z DIS-u, w swoich stylowych ciemnozielonych strojach. Roshan spojrzał na prawo, w stronę kibiców swojej drużyny – gwarnej, zielonej grupki rodziców i przyjaciół. Mieli ich butelki z wodą, banany, napoje Gatorade i elektrolity – wszystko, czego potrzeba młodym sportowcom.

Roshan spostrzegł, że Baba (tata), ubrany w zieloną koszulkę polo i dżinsy, nagrywa mecz iPadem. Siedząca obok niego Maa (mama), odziana w biały kamiz (tunikę) i zielony salwar (luźne spodnie), wykrzykiwała entuzjastycznie: „Dalej, Roshan!”, „Nie daj się, Roshan!” i gwizdała, wkładając dwa palce w usta. Pallavi, jego najlepsza koleżanka, siedziała obok Baby i wymachiwała transparentem „DIS WYMIATA, BO JEST MISTRZEM ŚWIATA”.

Popatrzył przed siebie. Na boisku byli jego kumple: kapitan Harpreet, Chhota Sidhu, ich najlepszy obrońca, Onam Kutty, oraz reszta drużyny piłkarskiej DIS. Trener Shetty Sir czekał niespokojnie. Roshan widział napięcie malujące się na ich twarzach. Nabrał tchu i pomodlił się cicho w myślach.

Rishabh Keswani, najlepszy napastnik RNA, był gotów do oddania strzału karnego dla drużyny broniącej tytułu mistrza. Zdążył już w tym turnieju strzelić więcej goli niż ktokolwiek inny. „Dawaj, Rishabh!”, „Nie daj się, Rishabh!” – nawoływali do niego koledzy z zespołu. Rishabh zmierzwił sobie włosy, zwykle stylowo zaczesane do tyłu, ale teraz oklapnięte od potu, i podbiegł do piłki.

Roshanowi przebiegły przez głowę słowa trenera Shetty’ego: „Pamiętaj, Rishabh większość goli zdobywa, strzelając w górny albo dolny lewy róg. Dla ciebie to będzie prawa strona.

Roshan wziął głęboki oddech i przykucnął, wbijając palce w uda. Publiczność wstała z miejsc w oczekiwaniu.

Bach!

Rzucił się śmiało i pewnie na prawo i padł na murawę niedaleko od białych słupków bramki.

Gdy zbierał się ziemi, twarz Rishabha powiedziała mu wszystko.

Ręce i ciało piekły go od impetu piłki i od upadku na ziemię, ale to nic nie znaczyło, bo kapitan drużyny, Harpreet, biegł w jego stronę.

– Gratulacje, Lambu Das (Dryblasie)! – wykrzyknął Harpreet, rzucając się na niego i przytulając go.

– Szacun, Roshan!

– Bramkarz kaisa ho? Roshan jaisa ho! (Jaki ma być bramkarz? Jak Roshan!)

Te okrzyki były muzyką dla jego uszu. Po dziesięciu latach DIS wygrał mistrzostwa. Później trener Shetty wziął Roshana na ramiona i z całym zespołem zrobili rundę honorową.

Następnie wszyscy zabrali się razem i ustawili do zdjęcia. Medale zawieszone na szyjach zwisały im do pasa, a pośrodku znajdował się olbrzymi złoty puchar. Rishabha odznaczono w tym turnieju nagrodą dla najlepszego strzelca, Roshan zaś odebrał nagrodę dla najlepszego bramkarza. Potem przyszli rodzice i zrobili sobie z nimi obowiązkowe pomeczowe selfie.

Uczniowie wsiedli do autobusu, który zabrał ich do domu, a po drodze entuzjastycznie śpiewali piosenkę Ashayein z filmu Iqbal[1]. Roshan czuł, że to najlepszy dzień w jego życiu.

Kiedy autobus zawiózł Roshana do domu, chłopcu podskoczyło serce na widok czerwonej skody octavii ustawionej na osiedlowym parkingu. Maa dla odmiany wróciła do domu przed siódmą.

Baba i Maa siedzieli w domowym biurze Baby. Maa odłożyła opasły, czerwony tom przepisów prawnych, które studiowała, i przytuliła Roshana „na niedźwiedzia”, aż mu żebra zatrzeszczały.

Abhinandan! (Gratulacje!) – rzekł Baba, po czym przybił z Roshanem piątkę i poklepał go po plecach. Na obiad zjedli chlebki puri, amras (pulpę z mango) i batata chi bhaji (smażone ziemniaki po maharasztrańsku).

Chłopiec z błyszczącymi oczami opowiadał o meczu:

– Wiedzieliśmy, że trzeba pilnować Rishabha, więc nasza drużyna miała na niego oko. Harpreet strzelił dwa gole w pierwszej połowie. A potem bramkę strzelił Rishabh. Do samego końca serce mi podchodziło do gardła. Ten rzut karny był bardzo emocjonujący.

– Harpreet strzelił dwie bramki, ale ty o wiele więcej obroniłeś. Sardar i asardar (dowódca i wpływowa figura). Zwycięski tandem – odpalił Baba.

– W szkole byłam bardzo dobra ze sportu, Roshan. A ty w końcu jesteś moim synem – zwróciła uwagę Maa, głaszcząc go po głowie.

– Basundhara Ghoshal Paranjape – Baba zwrócił się do mamy jej pełnym imieniem – ze wszystkich przedmiotów miałaś najwyższe oceny. W sporcie też celowałaś. Przypomnij mi, do jakiej szkoły chodziłaś?

Maa zignorowała uwagi Baby, skupiając się na nabieraniu amrasu łuszczącym się, złotym chlebkiem puri. Ale z twarzy Baby widać było, że stopa mamy weszła w kontakt z jego nogą.

Roshan popatrzył po twarzach Baby i Maa. Nagle uderzyła go pewna myśl.

– Maa, czyją mam twarz? Twoją czy Baby?

Maa ostrożnie dotknęła swoich czarnych włosów przetykanych srebrem, przyciętych w grzywkę – jej najnowszą fryzurę. Miała śniadą, tłustą cerę i była niskiego wzrostu.

Baba zachichotał i wyciągnął chude, jasne nogi. W jego szarozielonych oczach pojawiły się iskierki.

– A dlaczego musisz wyglądać tak jak my? Wyglądasz dobrze taki, jaki jesteś.

Przed pójściem do łóżka Roshan wpatrywał się w lustro. Chłopiec w lustrze, niezmieszany, odwzajemnił jego ironiczny uśmieszek. Mimo że była to ta sama twarz, na którą patrzył co rano, w tych dniach przyglądał się jej coraz częściej.

Ostre kości policzkowe, ciemna karnacja, włosy w drobne loczki i czekoladowe oczy – taka twarz wpatrywała się w niego osobliwym, szelmowskim spojrzeniem. Tak jest, on, Roshan, oficjalnie znany jako Roshan Rishikesh Paranjape, rzeczywiście różnił się wyglądem od rodziców – zwłaszcza od ojca. Słyszał to wielokrotnie, z różnym zabarwieniem: ciekawości, podejrzliwości, złośliwości, a czasem jako stwierdzenie faktu.

– Wyglądasz inaczej.

Zwijając się na łóżku w kłębek, pomyślał: To prawda. Nie mam twarzy ojca – ani twarzy matki. Mam swoją własną twarz – skonkludował. Tylko to się liczyło.

Zasnął i śniło mu się, że jest indyjskim bramkarzem w meczu finałowym Pucharu Świata przeciwko Brazylii. Mecz był rozgrywany w Bombaju, w obecności premiera i innych dygnitarzy, Bollywoodzkich aktorów, Baby i Maa oraz, oczywiście, Pallavi zwanej Palli, która przez cały czas energicznie wymachiwała indyjską flagą. Tłum trąbił ile sił w wuwuzele, a Brazylijska drużyna przegrała, bo nikt nie zdołał wbić Roshanowi ani jednej bramki.

Wszyscy gracze zdobyli złote medale, puchary i pokaźne czeki. Ale jedna szczególna nagroda została zarezerwowana dla niego. Premier wręczył Roshanowi wspaniałe trofeum dla Zawodnika Meczu. Zważono Roshana na wielkiej wadze zwanej thulabhara[2], po czym dano mu olbrzymią tabliczkę  sycącej, jedwabistej czekolady z bakaliami, która ważyła i mierzyła tyle, co on. Trzeba było wynająć samochód, żeby zawieźć ją do domu. Superpysznościowy sen.

(tłum. Karol Chojnowski)


[1]    Film opowiada o młodym, głuchoniemym mężczyźnie imieniem Iqbal, który dąży do spełnienia marzenia, aby grać w indyjskiej drużynie narodowej krykieta. Tytuł piosenki oznacza „Nadzieje” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2]    Thulabhara albo thulabharam – waga służąca do odmierzania ofiar w rytuale tula-purusha. Na jedną szalę wchodzi osoba składająca ofiarę, a na drugą kładzie się ofiarowywany przedmiot o tej samej wadze (pierwotnie było to złoto, obecnie może to być cokolwiek innego). Taką ofiarę często składają politycy, np. z okazji swoich urodzin.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko