Paweł Jaszczuk – K U L A

0
385

mojemu synowi, Kubie

W pierwszą sobotę czerwca Łukasz Barski zatrzasnął drzwiczki skorodowanej Hondy CR-V, przekręcił kluczyk i wyjechał spod domu, jakby chciał odzyskać wolność albo odnaleźć utracone dzieciństwo.

   Lubił wstawać rano, w przeciwieństwie do żony i dwunastoletniego syna, bo był tak zaprogramowany od urodzenia, a może tylko próbował zapomnieć, że jego kariera urzędnicza ostro wyhamowała, gdy zadarł z dyrektorem wydziału w urzędzie miasta.

   Tak czy inaczej celem jego obecnej wyprawy były Klony, (dawne Kleinenfeld)[1], gdzie przed ponad dwustu laty rozegrała się jedna z bitew napoleońskich. Był już tam wiele razy ze swoim wykrywaczem, lecz nic ciekawego nie znalazł. Wykopał zaledwie kilka łusek mosiężnych od Mausera, klamrę od paska czerwonoarmisty oraz trzy zardzewiałe podkowy, ale tego nie można było nazwać osiągnięciem. Mimo niepowodzeń stale wracał w to samo miejsce, wierząc, że właśnie tam otrzyma od losu zasłużoną nagrodę.

   Barski był niepoprawnym optymistą i do tego fantastą. Wyobrażał sobie niekiedy, że bierze udział w bitwie pod Kleinenfeld, i że jest francuskim grenadierem taszczącym muszkiet, tasak oraz kilkadziesiąt kilogramów oporządzenia na plecach. Pasował na grenadiera. Był postawny i muskularny, a tylko takich przyjmowano wtedy do tej formacji wojskowej. Potrafił włóczyć się kilometrami z ciężkim plecakiem oraz śpiworem i spać na gołej ziemi, pod odkrytym niebem, jak żołnierz ze starej gwardii napoleońskiej. Znajdował zadziwiającą przyjemność w wielokilometrowych marszach, w słuchaniu szumu wiatru i śpiewu ptaków, gdy inni woleli kluby fitness i przebieżki na ruchomej bieżni ze słuchawkami na uszach.

   Niepostrzeżenie poszukiwania w terenie rozbudziły w nim kolejną pasję. Barski zaczął czytać książki historyczne, czego nie robił w szkole średniej ani na studiach. Jego biblioteka traktująca o epoce napoleońskiej rozrosła się i mogłaby zadziwić niejednego historyka. Z wypiekami na twarzy wertował historyczne źródła. Skupiał się na zapomnianych epizodach walk, rozkładał mapy i odtwarzał ruchy wojsk napoleońskich, jakby sam był dowódcą liniowym i od niego zależało życie setek żołnierzy. Niejeden raz miał żal do dowodzących, że popełniali kardynalne błędy i posłali swoich podkomendnych na pewną śmierć.

   Barski, szukając artefaktów z wykrywaczem, postępował zgodnie z prawem. Miał ze sobą zezwolenie z urzędu ochrony zabytków, które uzyskał, przedkładając stosowne  dokumenty. Zapisał się też do Polskiego Związku Eksploratorów i nawiązał współpracę z muzeum w swoim mieście, po to, by w razie odkrycia przekazać tam swoje znaleziska.

   Zawsze starał się uzyskać zgodę od właściciela terenu. W gminie nie robili mu problemów, bo sami założyli lokalne muzeum. Niekiedy zachodził do rolników i rozmawiał z nimi. Ci z reguły machali ręką, nie chcieli złamanych podków ani łusek, o minach nie wspominając, ale niekiedy zdarzał się gospodarz, który obserwował go z daleka, czy przypadkiem nie znalazł na jego ziemi ukrytego skarbu.

   Lukasz Barski zakończył rozmyślania, gdy po niecałej godzinie od wyjazdu z domu dostrzegł piętrową bryłę pałacu w Wojciechach. Przejechał przez otwartą bramę, minął stajnię i zaparkował auto na wprost stalowego jeźdźca na koniu, rzeźby ustawionej na klombie. Nazywał go Don Kichotem, choć zamiast kopii jeździec miał przystawioną do oka lunetę z zardzewiałej rury, a do boku przypiętą szpadę z żelaznego pręta. Sam był chyba takim błędnym rycerzem, poszukującym w życiu nie wiadomo czego. Słyszał to wiele razy od swojej żony.

   Tego dnia Barski spieszył się, jakby ktoś go gonił. Wszedł do zajazdu, zamówił obiad, a następnie ruszył w kierunku Pasłęki, taszcząc wykrywacz w pokrowcu oraz plecak z termosem i kanapkami. Po drodze, minął się z amazonką, galopującą na koniu. Blondynka poznała go i pomachała do niego ręką. Pozdrowił ją również.  Siostrzenica stajennego podobała mu się. Obserwował ją nieraz, jak nie szczędząc srokacza pędziła wzdłuż Pasłęki, popisując się woltyżerkę. Dziewczyna doglądała codziennie swoje posiadłości z siodła.

   Podbudowany przeszedł przez most kratownicowy na drugi brzeg rzeki, wyznaczającej dawniej granicę Warmii. Po niecałym kwadransie dotarł do drogi prowadzącej do Klonów. Za gruntówką i za lasem świerkowym leżało zarastające jeziorko, do którego zmierzał.

   Polubił ten pofalowany, nostalgicznymi krajobraz z kapliczkami stojącymi przy drogach i nie zamieniłby go na inny, bo tu się urodził i wychował. Mała ojczyzna, „Atlantyda północy”? Poeta Kazimierz Brakoniecki, który wymyślił to określenie, musiał czuć to samo, co on.

   Barski pokonał rów przydrożny, schylił głowę i przedarł się przez gęsty zagajnik, by stanąć na brzegu nieregularnego oczka przy pomoście wędkarzy. Resztki mgieł unosiły się jeszcze na przeciwległym brzegu, a słońce barwiło je w kolorze wyblakłej sepii, więc żałował, że wyjechał za późno i nie zdążył na początek jedynego w swoim rodzaju, ulotnego spektaklu.

   Starał się poruszać bezszelestnie, ale na niewiele się to zdało. Na jego widok biała czapla poderwała się do lotu i łabędź z młodymi skrył się w trzcinach. Jak nic był tu intruzem.

   Przesuwał się uważnie wzdłuż brzegu. Spoglądał pod nogi, by nie wpaść do jakiejś nory, wykopanej przez bobry. Widział ich tu sporo, więc łatwo było o wypadek. Obszedł bagniste jeziorko od wschodu i przystanął pod amboną myśliwską zbitą z drewnianych belek. Kątem oka dostrzegł, jak z gałęzi tarniny przyglądał mu się ruchliwy rudzik. Ptak odleciał, a Barski, zafascynowany, wyjął z plecaka kompas oraz kopię mapy z początków dziewiętnastego wieku, którą rozłożył na trawie.

   Mapa pruskiego oficera i ministra Friedrich Leopold von Schroettera pozwalała cofnąć się w czasie i była na tyle dokładna, że korzystali z niej jeszcze podobno rosyjscy i niemieccy sztabowcy w czasie pierwszej wojny. Naniesiono na nią lasy, jeziora, stare zabudowania, stawy i rowy melioracyjne, po których teraz nie było już śladu. Ostatnia wojna i i rządy peerelowskie starły z powierzchni ziemi dawny ludzki trud.

   Barski położył kompas na mapie i obrócił ją zgodnie z kierunkiem północy. To z tego miejsca, w którym się teraz znajdował, najprawdopodobniej wyruszył oddział generała Étienne Guyota w stronę pozycji kozaków, lecz nieszczęśliwie wpadł w zasadzkę. Czterystu huzarów nie sprostało dwóm tysiącom kozaków i dragonów. Włosi biorący udział w tej potyczce po stronie francuskiej, popełnili niewybaczalny błąd i bez rozpoznania starli się z Moskalami. Efekt był łatwy do przewidzenia: stracili swego pułkownika i kilkudziesięciu strzelców konnych, zabitych i potopionych w mokradłach.

   Schował mapę oraz kompas do plecaka i wyszedł na polną drogę prowadzącą do dawnego Kleinenfeld. Przeszedł kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się przy głogu, obsypanym białymi kwiatkami. Czytał kiedyś, że taki krzew potrafi rosnąć nawet trzysta lat, więc było całkiem możliwe, że właśnie ten pamiętał napoleońskie czasy.

   Barski rozejrzał się. Trzy kroki od niego widniało płytkie, lecz szerokie zagłębienie, które ciągnęło się od zachodu na północny wschód, jak bruzda porośnięta trawą. To mogła być prowizoryczna linia obrony, zza której on, gdyby urodził się wcześniej, rzucałby granaty na atakujących kozaków. To gdzieś tutaj podjazd Włochów wpadł w zasadzkę.

   Podekscytowany wyjął wykrywacz z pokrowca. Włączył urządzenie, skalibrował je i przystąpił do poszukiwań. Zrobił kilkanaście kroków, idąc wzdłuż brzegu jeziorka, gdy w słuchawkach odezwał się wyraźny sygnał.

   Przystanął. Kopnął saperką i natrafił na kapsel po piwie, pozostałość po spragnionym wędkarzu albo myśliwym. Wyrzucił go i ruszył przed siebie, by całkiem niedaleko znaleźć kulę ołowianą do muszkietu. To już było coś. Wsunął ją do kieszeni, przypominając sobie, mizerną celność i szybkostrzelność napoleońskich muszkietów skałkowych produkowanych w manufakturach w Charleville, St-Etienne albo w Genewie.

   Wolnym krokiem kierował się w stronę bagna. Opuścił wykrywacz i po chwili usłyszał sygnał. Wystarczyło kilka ruchów łopatką i trzymał w ręku złamaną, zardzewiałą podkowę. Wyrzucił ją za siebie, aż wpadła z pluskiem do wody. Ponad trzy godziny schylał się, by po każdym sygnale w słuchawkach wykopać zardzewiała puszkę, dziurawy garnek albo zgięty gwóźdź.

   Zniechęcony przysiadł na kamieniu. Otworzył plecak. Wypił herbatę z termosu i zjadł kanapkę. Szczęście tego dnia wyraźnie mu nie dopisywało, jak zwykle zresztą. Pomyślał o zamówionym schabowym oraz kiszonej kapuście i poczuł jak burczy mu w brzuchu.

   Wstał. Spojrzał na zegarek. Minęło południe. Powinien już wracać do domu, gdyż umówił się z żoną na zakupy w markecie. Na odczepnego podszedł bliżej trzcin i przesunął wykrywacz wzdłuż brzegu, gdzie były widoczne ślady kopyt jeleni. Ponownie nic. Wytarł błoto z buta o kępę trawy. Spróbował kolejny raz i wtedy usłyszał w słuchawkach ledwie słyszalny sygnał. Cofnął się i zatoczył koło wykrywaczem. Teraz sygnał zabrzmiał wyraźniej.

   Barski był pewien, że trafił na jakiś kapsel albo gwóźdź. Pochylił się. Wbił ostrze saperki w wilgotną, mulistą ziemię, w której wiły się grube dżdżownice. Odrzucił je na bok ze wstrętem. Pogłębił wykop i wtedy stało się coś, na co nie był przygotowany. Patrzył zdumiony i nie mógł uwierzyć, że właśnie tu, na skraju bagna znalazł to, o czym inni mogli tylko zamarzyć. Okrągły przedmiot, zachowany w idealnym stanie: złotą kulę.

   Kula była nieco mniejsza od tej ołowianej, muszkietowej, jaką trzymał w kieszeni. Raczej nie była ozdobą. Nie posiadała żadnej zawieszki ani uchwytu, ale ocenił, że pasowałaby w sam raz do kawaleryjskiego pistoletu skałkowego. Ile była warta i do czego mogła służyć? Chyba nie do strzelania do przeciwnika!

   Łukasz Barski poskrobał się po głowie i podniósł ją nabożnie. Rozejrzał się, jakby ktoś mógł go z ukrycia obserwować, lecz wokół nie było żywego ducha. Ostrożnie wytarł kulę rękawiczką. Po czym chuchnął i usunął z niej cieniutką warstwę iłu. Teraz na połyskującej powierzchni pokazał się herb i dwie litery A.T., zapewne czyjeś inicjały. Do kogo należała ta kula? Musiał to koniecznie ustalić.

   Na tym znalezisku zakończył poszukiwania. Oszołomiony, dotarł do zajazdu w Wojciechach. Na jego widok amazonka, którą po raz drugi spotkał, zaczęła się śmiać.

Barski wszedł do toalety. Spojrzał w lustro i sam szeroko uśmiechnął się do siebie. Wyglądał tak, jakby przerzucał w piwnicy węgiel. Pierwszy raz widział w swoich oczach szaleńczy błysk. Zamknął powieki i otworzył je szybko. Znowu był sobą, ale uczucie podniecenia, jakie sprawiła złota kula, nie opuszczało go.

   Wymył ręce oraz twarz i wytarł się papierowym ręcznikiem. Przygładził włosy, które prosiły się o fryzjera, i wrócił do salonu z kominkiem. Spałaszował obiad podany przez kelnerkę, czując obecność złotej kuli w kieszeni. Był nią tak zaaferowany, że nawet nie pamiętał powrotnej drogi do domu.

   Po przyjeździe, nie wspominając żonie o swoim odkryciu, wybrał się z nią i z synem na obiecane zakupy do marketu. Nie protestował, gdy wózek zapełnił się po brzegi. Zgodził się również na kupno nowej bluzy dla syna, byle tylko szybciej wrócić do domu.

   Po powrocie z zakupów zamknął się w pokoju, zapominając o bożym świecie. Włączył laptopa i próbował ustalić, kim był człowiek, do którego należała niezwykła kula. Dlaczego wygrawerował na niej inicjały oraz herb? Zakładał, że znalezisko pochodzi z okresu napoleońskiego, ale musiał to jeszcze udowodnić. Zmieniał hasła, wchodził na francuskie i rosyjskie strony takich samych jak on pasjonatów, nie chwaląc się, rzecz jasna nikomu swoim odkryciem. Poszukiwał odpowiedzi na swoje pytania, ale tego dnia już ich nie znalazł.

   Nazajutrz Łukasz Barski wstał wcześniej niż zwykle, by kontynuować swoje historyczne śledztwo. Zaczął od zaparzenia mocnej kawy. Zaabsorbowany siadł w fotelu i popijając aromatyczną czarną, studiował pracę opisującą przebieg wiosennej kampanii napoleońskiej w tysiąc osiemset siódmym roku[2]. Skupił się na działaniach wojennych wokół Kleinenfeld między ósmym i dziewiątym czerwca. Jego uwagę zwróciły nazwiska Włochów poległych w potyczce z kozakami. Zapisał je w swoich notatkach. Potrzebował jeszcze czegoś, co naprowadziłoby go na właściwy ślad. Ślad związany ze złotą kulą. I wtedy przypomniał sobie o blogu Pawła Nowackiego, z którym kilkakrotnie korespondował, i o dzienniku żołnierza, uczestnika walk, jaki wtedy pominął. Był to dziennik osobisty strzelca konnego z 1. pułku huzarów, Edoarda Skorziego. Autor bloga umieścił tłumaczenie dziennika Skorziego na język polski, pod włoskim oryginałem. 

   Barski zaznaczył na ekranie interesujący go fragment z pamiętnika Edoarda Skorziego. Włączył drukarkę i kliknął myszką „drukuj”. Odczekał chwilę, wyjął dwie zadrukowane kartki, po czym siadł w fotelu, łyknął kawę i zatopił się w lekturze.

*

8 czerwca 1807 r.

   Ambrogio Treczewski jest obcy, a obcych się nie lubi w naszym oddziale, w którym wszyscy znają się jak łyse konie.

   Treczewski, choć jest Polakiem, mówi biegle po włosku, gdyż uczył się w seminarium w Padwie na księdza. Jednak na klechę mi nie wygląda. Bardziej na słowiańskiego casanowę o niebieskich oczach i gładkiej buzi, który może się podobać kobietom, kiedy podkręci wąsa. Przed tygodniem ten paniczyk dostał ode mnie lekcję, gdy przegrał w karty swój majątek rodzinny, a teraz ledwie trzyma się na siodle, gdyż chla na potęgę; widać go męczy go sumienie.

   „Ambre” albo „Polacco”, bo tak go nazywamy, stale nam przypomina, że ma w życiu pecha, ale to jest pech na własne życzenie. Kiedy przegrał rodzinną wieś, stał się żebrakiem i teraz wie, że jeśli wróci w rodzinne strony, jego bliscy przeklną go na wieki. Jego „wybawieniem” jest złota kula pistoletowa z jego herbem i inicjałami, którą chowa w sakiewce. Ambre mówi, że wystarczy włożyć ją do pistoletu, przystawić go do skroni i pociągną za spust, a wtedy cały podły świat skończy się w ułamku sekundy. Ciekawe!

   Piszę te słowa, gdy światło świecy rzuca mój cień na ścianę namiotu. Jest ciepła noc czerwcowa i czuć dym z ognisk, a od Kleinenfeld dociera irytujące ujadanie psów.

   Bernard Monetti, syn młynarza, nie śpi. Nie ufam mu. Ostatnio zginął mój pugilares. Pewnie go gnój zakosił. Czuję jego nienawistne spojrzenie z końca namiotu. Czai się jak hiena, gotowa skoczyć mi do gardła. Wczoraj przyłapałem go na tym, że grzebał w moich rzeczach. Zapytałem go: „Czego tu szukasz, bydlaku?” Bredził coś o jaszczurce, którą rzekomo chciał złapać, więc dostał ode mnie w mordę i teraz mnie za to nienawidzi. To niebezpieczny typ, najlepiej z nas rzuca nożem, więc mam na niego oko.

   Wychodzę z namiotu, by oddać urynę i uważam pilnie, by nie wdepnąć w czyjeś gówno. Nad głową gwiazdy jak groch: Ursa Major, Ursa Minor, Altair, Deneb… Chciałoby się je zgarnąć do kapelusza, by rzucić na stolik karciany, ale to tylko dziecinne mrzonki.

   Wracam do moich notatek i zapisuję, że dolatują do mnie pokrzykiwania wart i śpiewy rosyjskich żołnierzy zza Pasłęki. Ruscy potrafią nieźle śpiewać, tak samo jak się bić! Nic sobie nie robią ze śmierci albo udają, jak my, obojętność, by rzucić się z krzykiem do naszych gardeł. Mamy walczyć z nimi za Francję? Jaką? Tutaj? Na obcej pruskiej ziemi? Moje dwa pistolety z cesarskiej manufaktury w Charleville oraz ostra szabla nie są w stanie zmienić losów wojny, gdybym nawet chciał.

   Odnotuję jedynie dla pamięci, że podczas ostatniej bitwy Ambre zgubił wycior od pistoletu i musiał oddać mocz do lufy, by oczyścić nagar. Monetti śmiał się z niego i wyzywał od tchórzy, ale wiem, on wcale nie jest tchórzem i potrafi się bić, lepiej od niejednego z nas.

   Polacco do nikogo nie może mieć pretensji. Zgłosił się sam do wojska, chcąc zdobyć sławę, a może i kilka ran chwalebnych za ojczyznę, którą mu odebrali. Dlaczego nie wytrzymuje trudu wojny? Przerosły go? Przyznaję, że nie ma ona w sobie żadnego piękna. Pukam się w głowę na myśl, że przed wyjazdem z domu w Turynie, wzgardziłem pizzą, którą podała mi moja matka. Zwyczajna pizza na cienkim spodzie, taka z mozzarellą di bufala campana, rukolą i polana oliwą. Zamiast niej żrę teraz suchary, chleb komiśny i suszone owoce. Dobre i to, kiedy żołądek skręca się z głodu.

   Ambre jest nadmiernie ciekawski i kilka razy niby przypadkiem zaglądał mi przez ramię, jakby chciał dojrzeć, co piszę w swoim dzienniku, czego nie znoszę. Monetti zaś odwrotnie. Nie ma takich upodobań. Jego interesuje tylko to, co da się dotknąć, ugryźć albo zważyć, a nie drapanie piórem po kartce papieru przy świecy, co traktuje jak niegodne prawdziwego mężczyzny zajęcie.

   Wracając do tematu, dodam tylko, że godzinę temu Ambre przyszedł do mnie i błagał po raz kolejny, by się odegrać. Wyśmiałem go. Nie mam zamiaru oddawać mu fortuny, która sama wpadła mi w ręce. Na wojnę wybrałem się, by pomnożyć majątek, a nie go utracić. Nigdy nie byłem aniołkiem i właśnie dlatego tu jestem. Nie może być aniołkiem ten, kto każdego dnia patroszy ludzi, niczym gęsi na święta. Obcina im się głowy, ręce i przebija serca i żołądki.

   Zresztą nie chcę więcej z nim grać, bo karta może się ode mnie odwrócić. Ambre ma jeszcze tylko swoją złotą kulę z herbem, więc nie widzę powodu, by siadać z nim do kart i kusić losu. Stanowczo mu odmówiłem, choć nalegał bliski płaczu, ale Bernard Monetti, syn młynarza z Gallo, był innego zdania. Dla niego kula Ambre to żywe złoto.

   „Hej, Polacco, może zagrasz ze mną?” – zawołał przymilnym głosem, po czym postawił pieniek, wyjął z plecaka potłuszczone karty i zaczął je tasować zręcznymi palcami, obiecując, że jeśli przegra, odda mu swój młyn w Gallo.

   Nie wierzyłem w jego brednie i tylko się gapiłem na nich, mając nadzieję, że ów złoty przedmiot nie przyniesie nam wszystkim pecha. Zagrali „va banque”. Ambre wyciągnął strita, a Bernard karetę i było po ptakach!

   Bernard wygrał, co było do przewidzenia, gdyż lepiej opanował szulerkę, ale Ambre nie dawał za wygraną, nie dostrzegając karcianych szwindli. Zdesperowany wyjął ostatnią cenną rzecz, jaką chował, srebrną papiernicę ze swoimi inicjałami, lecz wtedy Bernard go wyśmiał.

   „Żartujesz sobie ze mnie, Polacco?Dziś nie mam na to chęci, zgłoś się do mnie jutro albo lepiej pojutrze?” I dodał ostro: „Jak się nie ma pieniędzy, to się nie chodzi do burdelu!”

   Ambre obrażony tymi słowami wybiegł z namiotu, ale nie dobiegł za daleko, bo zatrzymał go goniec od szefa szwadronu z rozkazem, by wsiadać na konie. Nie było czasu na rozpamiętywanie przegranej w kartach. Pierwszy na siodło wskoczył Bernard. Ambre cofnął się, zabrał szablę i schwycił pistolety. Po czym wskoczył na konia i pogalopował za Monettim, a ja zresztą oddziału wkrótce za nimi.

9 czerwca 1807 r., rano.

   Notuję dla pamięci, że wczoraj Ambre dogonił Bernarda, gdy ten ze swoją zdobyczą pędził w stronę lasu. Jechałem za nimi w odległości dwóch strzałów z muszkietu i widziałem, jak zatrzymali się przy pojedynczym krzaku głogu. Sądziłem, że chcą się pogodzić, ale oni, opętańcy, sięgnęli do szabel.

   Najwyraźniej zamierzali się pojedynkować, choć to przecież jest surowo zakazane. Nacierali na siebie, krzyżowali i robili uniki. Ambre zdobył przewagę, ale zaciekły Bernard sięgnął wtedy po nóż i szykował się do rzutu. Zjechali w stronę bagna i na nowo ze sobą się zwarli. Ich konie myliły kroki na nierównym, grząskim podłożu. Zamarłem. Widziałem, jak nóż Bernarda śmignął w powietrzu. Polak uchylił się w porę i nóż nie zrobił mu krzywdy. Planowałem ich rozdzielić. Rzuciłem się nawet w ich stronę i krzyczałem, by natychmiast przestali, ale wtedy stała się rzecz koszmarna. Niespodziewanie wypadła z lasu chmara kozaków z pikami, odcinając nam drogę i obu straciłem z oczu. Ogłuszające „ura-a-a!”, wdarło się do moich uszu. Ziemia dudniła od setek końskich kopyt, jakby ktoś pomylony walił bez ładu w napięty werbel i nie zamierzał przestać. Piekielna wrzawa: krzyki umierających, chrapania koni, szczęk szabel, odgłosy palby. W ten śliczny czerwcowy dzień ktoś miał wyzionąć ducha, a inny ktoś cieszyć się życiem. Wahałem się przez moment, wystrzeliłem z pistoletów do szarżującego na mnie kozaka. Zwalił się z konia ze swoim „ura-a-a!” i potoczył wprost do bagna, ale z resztą nie miałem szans walczyć, więc zawróciłem.

(…)

   Klęska i to jaka. W tym olśniewającym, nasyconym kolorami wiosny krajobrazie dokonała się rzeź okrutna i ziemia przesiąkła krwią piemoncką. Kilkudziesięciu zabitych, w tym sam pułkownik Zannetti oraz szef naszego szwadronu Soffietti. To cud, że Bóg na wysokości nie pozwolił mi zginać. Nie jestem przesądny, ale może ta złota kula Ambre przyniosła nam wszystkim pecha? Przeklęte miejsce, przeklęte po stokroć!

   Teraz, gdy obaj przepadli, utopieni gdzieś w mokradłach, rozniesieni na pikach, a może wzięci do niewoli, zadaję sobie pytanie, dlaczego kula, którą Ambre przegrał w karty, wykonana była ze złota, a nie z ołowiu. Przecież śmierci powinno być obojętne, od czego zginie jej zakładnik. Kozacka pika, francuski muszkiet, szabla albo kartacz tak samo dobrze przenoszą na łono Abrahama, jak połyskujący w słońcu przedmiot z rodowym herbem (…)

*

   Łukasz Barski zamknął dziennik Skorziego i dopił zimną kawę. Niedokończona opowieść Włocha poruszyła go. Czuł się winny, trzymając u siebie kulę, prezent dla śmierci i chciał się pozbyć tego pechowego znaleziska. Chodziło mu po głowie, by odszukać spadkobiercę Ambrożego T. i przekazać mu wiadomość o znalezisku albo, gdyby nie przejawiał zainteresowania, oddać kulę Wojewódzkiemu Konserwatorowi Zabytków, bez wyjaśniania, jaką rol odegrała w życiu polskiego huzara, Ambrożego Treczewskiego.

   Znając herb, dwa skrzyżowane sztylety na tarczy, Łukasz postanowił dotrzeć do spadkobiercy. Szukał wytrwale w różnych archiwach, odwiedzał strony, na których mogły być przechowywane rodowe dokumenty następców Ambrożego Treczewskiego, ale sprawa okazała się bardziej skomplikowana, niż początkowo sądził. Ostatni potomek rodu zaginął po drugiej wojnie światowej. Kto ostatecznie powinien być dzisiaj właścicielem złotej kuli? Przedwojennym spadkobiercą był Filip Treczewski, ale czy miał on potomka? 

   Sytuacja wydawała się beznadziejna. Został jeszcze, wprawdzie, autor tłumaczenia, Paweł Nowacki, ekspert i autor bloga, który mógł wiedzieć więcej i naprowadzić go na ślad. Barski kontaktował się już z nim w paru sprawach, okazjonalnie, dopytując o historyczne szczegóły związane z działaniami wojsk napoleońskich w rejonie Dobrego Miasta (Guttstadt) i Lidzbarka (Heilsberga). Zastanawiające było, dlaczego umieścił na swoim blogu pamiętnik żołnierza napoleońskiego. Akurat tego, a nie innego. Przypadek czy celowe działanie? Sporo było w tym niejasności.

   Wieczorem tego samego dnia Łukasz Barski zalogował się na blogu Pawła Nowackiego i zapytał go uprzejmie, czy mógłby z nim porozmawiać o pewnej delikatnej sprawie. Nowacki z jakiegoś powodu zwlekał. Dopiero po tygodniu, bez żadnego komentarza zgodził się na rozmowę komunikatorem internetowym, WatsAppem. Barski, ledwie odebrał tę wiadomość, zamknął drzwi do swojego pokoju i wdusił zielony przycisk komunikatora.

   Po kilku sekundach na ekranie smartfona pokazała się twarz mężczyzny ze starannie przystrzyżoną siwą brodą i o pytających, zapadniętych głęboko oczach. Mężczyzna o orlim nosie i siedział w fotelu. Na ekranie widać było bibliotekę, pianino pod oknem i dwie wiszące na ścianie szable.

   – Dzień dobry. Czego pan sobie życzy? – zapytał mężczyzna uprzejmie.

   Łukasz przedstawił się i podziękował za przekazanie mu numeru kontaktowego. Starał się mówić zajmująco, by facet po drugiej stronie nie odłożył swego telefonu, ale rozmówca od razu zasypał go pytaniami, jakby chciał tę rozmowę kontrolować.

   – Czytuję pana wpisy na moim blogu, panie Łukaszu. Kim pan jest zawodowo, historykiem?

   – Nie, pracuję w urzędzie miasta, w ochronie środowiska. Jestem historykiem amatorem.

   – Amatorem? Czego? – w głosie rozmówcy słychać było wyraźny zawód, a może delikatną kpinę.

   – Interesuje mnie okres napoleoński – odparł Barski, jakby się tłumaczył.

   – To chwalebne. Ja od trzydziestu lat pracuję jako nauczyciel historii w stołecznym liceum. Czego pan ode mnie oczekuje?

   – Mam dla pana wiadomość, związaną z grenadierem Ambrożym Treczewskim.

   – Chyba mnie pan z kimś pomylił. Nazywam się Nowacki a nie Treczewski! – odpowiedział sucho rozmówca.

   Łukasz opowiedział mu o swoim znalezisku. Opisał też miejsce, gdzie natknął się na kulę, a potem pochwalił się, że zna historię rodu Treczewskich, która urywa się na Filipie, który przepadł po drugiej wojnie.

   – Na pańskim blogu znalazłem pamiętnik Włocha, strzelca konnego Edoarda Skorziego, który opisał ostatnie minuty życia Ambrożego Treczewskiego. Przeczytałem go i…

   Nowicki nie dał mu dokończyć.

   – Do czego pan zmierza?
   – Chciałem zapytać, co pan o tym sądzi?
   – O zapisach z ósmego i dziewiątego czerwca tysiąc osiemset siódmego?

   – Tak.

   – Trzeba pamiętać, że autorem pamiętnika był artysta malarz z Turynu, Piemontczyk, romantyk operujący emocjami. Tyle samo miejsca poświęcał pizzy, gwiazdom, co ludziom. Nie przeczę, że ma dobre pióro, ale jego dziennik to bardziej zapis wyobraźni, niż sumienna relacja wojenna. Z pewnością pan zauważył, że Skorzi przedstawił Ambrożego Treczewskiego z wyraźną niechęcią, bo był Polakiem.

   – Zginął jak bohater! – odezwał się Barski, mając nadzieję, że rozmówca będzie chciał kontynuować rozmowę.

   – Nie jest bohaterem ten, kto przegrywa w pokera rodzinny dwór, ziemię, las oraz stawy. Nie jest nim i nigdy nie będzie!

   Rozmówca wstał gwałtownie z fotela i przeszedł się po salonie. Zastanawiał się nad czym, spacerując, a po chwili podjął przerwany wątek. Jego głos się zmienił. Był wyraźnie podenerwowany. Mówił gardłowym głosem, z pretensją, jakby się przejął.

   – Rodzina Treczewskich nigdy się już po jego wyczynie nie podniosła. Do tego doszły powstania i zsyłki na Sybir. Panie Łukaszu, jeśli mogę się tak do pana zwracać…

   – Tak, bardzo proszę.

   – Teraz powiem o czymś, co chciałbym, żeby pan zatrzymał wyłącznie dla siebie. Czy może mi pan to obiecać?

   – Daję słowo honoru.

   – Skoro tak, to przejdę już do rzeczy. Mój ojciec zmienił po wojnie swoje nazwisko. Musiał tak postąpić, nie miał wyjścia, inaczej byłby aresztowany i pewnie rozstrzelany, strzałem w tył głowy, jak jego koledzy z organizacji, którzy wpadli w łapy UB i leżą zakopani na „Łączce”. Upadek rodziny zapoczątkował właśnie nasz daleki przodek, Ambroży. Zaskakujące, że noszę po nim swoje drugie imię. Powinienem się nazywać Treczewski, a nie Nowacki. Czasem zastanawiam się, dlaczego rodzice ze mnie zadrwili. Mam nadzieję, że pan nie nagrywa naszej rozmowy – dorzucił.

   – Skądże znowu.

   – To dobrze, chcę pozostać nadal anonimowym Pawłem Nowackim. Po tym, co pan dokonał, panie Łukaszu, mam do pana wielką prośbę.

   – Jaką? – Barski nastawił uszu.

   – Proszę zakopać tę kulę tam, gdzie pan ją znalazł.

   Barski był zaskoczony. Spodziewała się podziękowania, a nie wykonywania niedorzecznych poleceń. Spróbował więc przekonać rozmówcę inaczej.

   – Proszę, niech pan chwileczkę zaczeka.

   Poruszony podszedł do półki. Pod kopią „Olszynki Grochowskiej”, Kossaka, którą kupił okazyjnie na targowisku miejskim za trzysta złotych, stała niewielka drewniana skrzynka. W środku niej, w pudełeczku po czekoladkach Mon Cheri spoczywała złota kula pistoletowa. Wyjął ją z pudełka i przystawił do kamery w smartfonie. Nie miał wątpliwości, że kula jest  bezcennym artefaktem i że mogłaby być wystawiona w każdym muzeum na poczesnym miejscu. 

   – Proszę tylko spojrzeć. Tak ona wygląda – rzucił podekscytowany. – Czy nadal pan uważa, że powinienem ją zakopać?

   – Tak i nie mam chęci jej więcej oglądać!

   – Żartuje pan? Jest warta… – zaciął się w pół słowa.

   – Nie żartuję! To dla mnie bardzo ważne. Nie mam zamiaru na nią patrzeć ani tym bardziej trzymać w domu. Jej miejsce jest na polu bitwy pod Kleinenfeld, tam gdzie może leżeć mój przodek, Ambroży. Jego losy i tej kuli się złączyły. Pole bitwy wokół dzisiejszych Klonów, to jeden wielki cmentarz.

   – Czy możemy się spotkać? Przywiozę ją panu. Kiedy pan ją zobaczy, na pewno zmieni pan zdanie?

   – Naprawdę nie ma takiej potrzeby. Chronię swoją prywatność, panie Łukaszu, poza tym ja nazywam się Nowacki, a nie Treczewski. Do widzenia! – zakończył poirytowany i się rozłączył.

   Barski był zdumiony. Myślał, że usłyszy słowa podziękowania, ale Paweł Ambroży Nowacki vel Treczewski potraktował go jak sztubaka.

   Wzburzony schował kulę do pudełka i sięgnął po pamiętnik strzelca Skorziego. Za każdym razem, kiedy go czytał, przenosił się na pofalowaną przestrzeń, otoczoną lasami oraz bagnami i przeciętą meandrującą Pasłęką.

   Próbował odtworzyć ostatnie minuty życia polskiego huzara i chciał dociec, jak naprawdę zginął Ambre Treczewski i jego rywal z oddziału, syn młynarza z Gallo, Bernard Monetti.

*

   Dwa tygodnie później, w ostatnia sobotę czerwca, około ósmej rano Łukasz Barski stanął na brzegu zarastającego jeziorka niedaleko dawnego Kleinenfeld. Obejrzał teren starannie, porównując go z mapą Friedricha Leopolda von Schroettera. Robił to już dziesiątki razy, jakby sam był uczestnikiem bitwy napoleońskiej i teraz tylko ożywiał wspomnienia, które wciąż do niego wracały. Przypomniał sobie pamiętnik włoskiego strzelca Edoarda Skorziego i pewien szczegół z opisu. Głóg. Jak mógł o nim zapomnieć. Krzew rósł samotnie na miedzy, schodzącej do bagnistego jeziorka. Od ostatniej wyprawy krzak zdążył już zrzucić kwiaty, które przykrywały trawę niczym delikatne płatki śniegu.

   Barski wyjął wykrywacz z futerału. Włączył go, wyskalował i nałożył słuchawki. „Jeżeli kilkadziesiąt kroków stąd znalazłem kulę wygraną przez Monettiego, to całkiem możliwe, że niedaleko od niej może się znajdować… Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślałem?”, zastanawiał się.

   Spojrzał wokoło. To tutaj Edoardo Skorzi słyszał krzyki umierających, chrapania koni, szczęk szabel. To tutaj ziemia dudniła od setek końskich kopyt i ogłuszające „uraaa!” kozaków, wdarło się do jego uszu.

   Łukasz Barski obszedł krzew, zataczając coraz większe kręgi, aż w końcu usłyszał ciągły sygnał na skraju bagna przy trzcinach. Spróbował ponownie. „Pewnie znowu kapsel albo puszka po piwie”, pomyślał.

   Odłożył wykrywacz, wyjął saperkę z plecaka i zaczął kopać tam, gdzie dźwięk w słuchawkach był najsilniejszy. Korzenie wikliny rosnącej obok przeszkadzały mu. Podciął je i wyrwał, jakby z kimś walczył. Przystawił urządzenie do otworu. Jeszcze dwa kopnięcia saperką i dostrzegł w ziemi mosiężny guzik od munduru. Kolejny sztych i trafił na oblepiony ziemią ludzki piszczel. „Co ja tu robię? To robota dla grabarza albo archeologa”, zastanawiał się, lecz jakieś przeczucie kazało mu zostać i kopać dalej.

   Odłożył guzik i przystawił wykrywacz obok ludzkich kości. Teraz sygnał był jeszcze wyraźniejszy. To go zaskoczyło. Zniecierpliwiony naciągnął zsuniętą rękawiczkę i odsunął ziemię, starając się nie dotykać szkieletu. Wyczuł pod palcami opór. Ziemia była skawalona. Cofnął dłoń i dojrzał fragment pokrytego patyną przedmiotu. Zamarł na chwilę, nigdy czegoś podobnego nie znalazł. Odgarnął ziemię wokół znaleziska. Jeszcze kilka ostrożnych ruchów i ujrzał prostokątny przedmiot: srebrną papierośnicę pokrytą patyną.

   Podniósł ją. Domyślał się, co trzyma w dłoni, ale nie potrafił w to uwierzyć. Zawahał się, nie chciał być hieną, ale ciekawość zwyciężyła. Splunął i wytarł brzeg pudełka rękawiczką, a potem delikatnie nadusił palcami na wieczko. Bez efektu, więc spróbował z drugiej strony, naciskając mocniej. Tym razem się udało. Przykrywka odskoczyła, Barski zajrzał do środka i spostrzegł poczerniałe wiórki i listki papieru. Ledwie ich dotknął, a te rozsypały się w proch. Zły na siebie, obrócił papierośnicę w stronę światła. Dmuchnął na wiórki. Na dole wieczka po lewej stronie pokazały się wygrawerowane litery: A.T. Z wrażenia omal nie krzyknął.

   Paweł Ambroży Nowacki miał rację. Barski był na cmentarzu. Wiedział, że to, co przykrywa ziemia, jest święte. Zamknął papierośnicę i odłożył ją na miejsce. Nie zamierzał odsłaniać reszty szkieletu. Najchętniej uciekłby stamtąd, gdyby nie obietnica, jaką złożył nauczycielowi ze stołecznego liceum.

   Zdjął rękawiczki i wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki czerwone pudełeczko po pralinkach Mon Cheri. Otworzył je i rozwinął papierek, w którym zawinięta była złota kula. Schwycił ją delikatnie palcami i położył obok papierośnicy. Następnie sięgnął po saperkę. Starannie zasypał znalezisko ziemią. Na wierzch ułożył darninę i udeptał ją butem.

   Nie odchodził jeszcze. Zastanawiał się nad czymś. Po chwili skierował się w stronę karłowatego krzaka głogu rosnącego na miedzy. Wykopał go i posadził w miejscu swoich poszukiwań, by nikt nigdy nie wpadł na pomysł tam kopać. Kiedy zakończył robotę, przeżegnał się, a potem spakował wykrywacz do futerału i włożył saperkę do plecaka.

   Zaabsorbowany, obszedł mokradła i zagłębił się w lesie. Szedł na skróty. Słońce ledwie przeświecało przez gęste gałęzie świerków i ostatki mgieł unosiły się nad ziemią, jak lepkie kurtyny. W tej upiornej scenerii dotarł do krzyżówki gruntowych dróg. Skręcił w lewo, przy kapliczce, i wkrótce pojawił się na polanie, na której jesienią zeszłego roku zbierał rydze.

   Dochodził do mostu, gdy usłyszał nad sobą szum ptasich skrzydeł. Przystanął i zadarł głowę. Młody żuraw pod opieką rodziców niepewnie wzbił się w niebo, by zacząć pierwszy w swym życiu lot.

   Barski pokrzepiony tym widokiem, jakby sam dostał skrzydeł, ruszył żwawo do pałacu. Na podjeździe minął się z amazonką, galopującą w stronę mostu. Pomachał jej na przywitanie i wsiadł do samochodu. Włożył kluczyk do stacyjki, lecz zamiast ruszyć, gapił się przed siebie nieobecny. Jego myśli wciąż krążyły wokół zdarzeń w Kleinenfeld przed ponad dwustu laty. Odkrycie, jakiego dziś dokonał, przybliżyło go do tragedii, która miała tam miejsce.

   Czy o losach Treczewskiego i Monettigo zadecydował przypadek? Kto ponosił winę za ich śmierć? A może sami sprowokowali swój los, gdy siedli do kart? Wiedział, że na tak postawione pytania, nigdy już nie znajdzie odpowiedzi.

   Barski wyjął telefon z kieszeni i odszukał numer Pawła Ambrożego Nowackiego. Napisał esemesa i wysłał go. Niemal natychmiast przyszła odpowiedź: „Wierzyłem w Pana, Panie Łukaszu. Dziękuję serdecznie!”

   Rozliczył się z historią, mógł wracać do domu. Przekręcił kluczyk, włączył silnik i objechał rondo. Rzucił jeszcze okiem na Don Kichota, który śledził go przez zardzewiałą lunetę, i uśmiechnął się do siebie.

Olsztyn 11.11.2020

KONIEC

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń i osób jest zupełnie przypadkowe.


[1] Klony, wieś położona w województwie warmińsko-mazurskim, w gminie Świątki.

[2]   Sławomir Skowronek, Guttstadt i Heilsberg, Działania wojenne w rejonie Dobrego Miasta i Lidzbarka Warmińskiego 4-12 czerwca 1807. Inforteditions

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko