Malwina Mańczyńska – IDĄC WŁASNYM ŚLADEM. (Fragment) Cz. 2.

0
231

….Wciąż ją widzę, jak stoi po drugiej stronie mostu, lekko przygarbiona. Niedźwiedź stoi naprzeciwko niej i patrzy, patrzą na siebie nawzajem, rozdzieleni rzeką.
– Trzeba iść – mówi Jurij. Przed nami góry Słowacji.
A za nami Polska i ona: jasna dziewczyna na tle czarnych drzew.

***
Monika Bielska:

Okolice Puszczy Augustowskiej.
Wiosna, drugi rok wojny

Woda jest głęboka i przeźroczysta. Na dnie jeziora widać pojedyncze muszle. Jezioro ukryte jest w głębi puszczy, a na samym środku jest nieregularna, pokryta lasem wyspa. Więc jezioro otacza las i las otoczony jest przez jezioro. Jak fatamorgana.
Dziewczyna stoi na starym pomoście, drewnianym, wysuniętym w głąb jeziora. Na brzegu w rytm fal kołyszą się wysłużone łódki. Gdyby chciała, mogłaby wziąć jedną z nich i popłynąć na wyspę. Gdyby chciała, mogłaby tu wrosnąć.

Woda drży, marszczona przez wiatr. Zanurza w niej stopy, zanurza dłonie. Gałęzie się kołyszą.

“Czas wracać”. Tak, czas wracać i iść. Od dawna to wie. Tylko tak ciężko opuścić to miejsce.

Odgrzebuje samochód, zasłonięty plandeką i zeschłymi liśćmi. Silnik zapala za trzecim razem. Powoli rusza leśną drogą. Pod osłoną drzew, bez świateł przejedzie, ile się da. Nie ogląda się za siebie. Ścigają ją tylko wspomnienia. Goni za nimi, a one gonią za nią.

…….Staliśmy nad brzegiem wody. Potok przelewał się przez kamienie, dzieląc ziemie na dwa kraje. Nic sobie nie powiedzieliśmy, bo i nic mówić nie trzeba. Ja wiem, czym są pożegnania.

Wszystkie lasy, wszystkie polne drogi. Wiele imion, nieskończoność losów. Wszystko nieważne. Wszystko przeszłość. Przyszłości nie ma. Jestem jak Sarah Connor. Tylko ja nie mam syna, który ocali ludzkość.


Zostawia samochód w Biebrzy, dalej idzie piechotą.

“Wracam do domu” .

Wraca w Bieszczady wraz z latem drugiego roku wojny.

Augustów, Bielsk Podlaski, Siemiatycze, Kock, Krasnystaw, Tomaszów Lubelski. Odbicie na Jarosław, odbicie od drogi na Przemyśl – w ostatniej chwili, potem Rzeszów, Dukla, Wisłok Wielki, Komańcza, Osławica. Przejście przez wzgórza i widok na Łupków.

Na dom.

Maszt wciąż stoi. Szkoła w wyremontowanym baraku pusta. Tory dawnej wąskotorówki przecinają asfalt przy zakręcie. Kościół stoi jak stał. Bloki puste, czarne. Cofa się. Idzie do domu przez góry, przez Łysą i wzgórza. Okrąża Łupków i dociera na Stary.

Wszystko niby jak dawniej, ale wszystko inne. Schronisko wymarłe. Jakby od lat nikogo tu nie było. Nigdzie żywej duszy.  I ta cisza: coś w niej było dziwnego. Potem się zorientowała, że chodzi o psy: brakowało ich szczekania. Gdzie nie szczekają psy, tam nie ma ludzi.

Dotarła na swoją ziemię przed wieczorem. Jasno jeszcze było. Łąki nieskoszone, głębokie. Żal  domu, którego już nie ma. Cieszy się z tego, który jest w zamian. Cała rzeczywistość jest w zamian.


***

……Kiedy wróciła do spalonego domu, kiedy okazało się, że przez Łupków przeszedł front, została z niczym. Stała na ruinach domu i gapiła się pustym wzrokiem na dom, którego nie było. Został tylko ogród, komórka i wygódka. I strumień, uparcie przecinający jej ziemię. Działała jak automat. Wyłamała kłódkę od komórki. Rzuciła plecak na podłogę, szczęśliwa, że ma w nim ubrania na zmianę. I jeszcze szczęśliwsza, że w komórce jest stare futro jej matki, kalosze i vansy i milion różnych rzeczy, które składowali, bo szkoda ich było wyrzucić. Łóżko polowe z materacem, jakieś koce, stare książki i czasopisma. Płaszcz przeciwdeszczowy, obtłuczone filiżanki i talerzyki. Stary czajnik. Zardzewiała, solidna patelnia “cyganka” (potem kupowali teflonowe, ta była pewnie w wieku Moniki). Był nawet kilogram soli i jakieś słoiki z ogórkami i papryką w occie. Stołek zbity przez jej ojca, ułamane lusterko zamontowane na drzwiach. Pamiątkowe zdjęcie cerkwi, poprzyklejane taśmą do ścian. I szare z brudu firanki, zawieszone w oknach.

To był lipiec, przełom lipca i sierpnia. Rok po tym, jak przeprowadziła Wojtka przez granicę. Zaraz potem wyruszyła w drogę. Prawie rok zajęło jej przejście przez Polskę i powrót do domu.

Powinna była pójść wtedy w nim.

Ale ona dała słowo.

…  – Wrócę po ciebie! Pamiętaj! – Szeptał ostatniej nocy. Za każdym razem, gdy wyciągała to wspomnienie, wydawało się słodsze. Ale dziś, na ruinach domu, te słowa brzmiały złowieszczo. Nikt tu nie powinien wracać. To miejsce umarło.

Gdyby mogła, zawołałaby do niego: Uciekaj! Tu czeka cię tylko śmierć.

Tak długo marzyła, by tu wrócić, by znów być w domu.

I wreszcie jest. W innym domu, innych  Bieszczadach, innym świecie. Wszystko jak w krzywym zwierciadle, gdzie jedne rzeczy stały się bardzo małe, a inne – bezkresne. Zrzuciła plecak. Rozłożyła łóżko, otrzepała koce. Wyjęła z plecaka termos z resztką herbaty – wciąż jeszcze ciepłej. Miała ostatnią puszkę z konserwą. Zjadła, wypiła i stwierdziła, że nie będzie płakać. Nie ma co płakać: trzeba myśleć.

Posprzątała, ile mogła.

Zapadł zmrok – dni były krótsze, już o 21:00 było ciemno. Nie miała światła, więc po prostu położyła się na łóżku i leżała. Zaczęło padać w blaszany dach bębnił deszcz. Najpierw delikatnie, potem coraz głośniej. W komórce śmierdziało stęchlizną. Bolały ją nogi, dławiło w piersiach. Wreszcie zasnęła.

Następnego dnia posprzątała staranniej. Przejrzała zawartość komórki. Znalazła dwa spore garnki i baniak z benzyną (5 litrów, nie byle co!), zleżałe dętki do taczek, lampki choinkowe i lampki solarne. Dużo, z 5 sztuk. Wyniosła je na zewnątrz, z nadzieję, że się nabiją. Znalazła też nową kłódkę i kluczyki do niej. Będzie mogła zamknąć domek.

Więc go zamknęła. Zarzuciła plecak i ruszyła na mały rekonesans. Wszytkę drewniane domy, te na zboczu jej góry, spłonęły albo zostały rozwalone. Bloki zostały, ale wydawały się puste. Nie zaryzykowała pójścia na osiedle: jeśli ktoś tam został, to z miejscowych.

Domy na zboczu należały do przyjezdnych, głównie do ludzi , którzy kupili tu ziemie w latach 90tych XX wieku, po upadku PGRU. W blokach mieszkali byli pracownicy PGRU i strażnicy więzienni. Miała wśród nich trochę znajomych, ale nie wiedziała, jak to ułoży się teraz. Przyjezdni, tacy jak jej rodzina, zostali stad usunięci. Wywiezieni państwowym transportem do obozu relokacyjnego. Trochę osób uciekło do Komańczy i Radoszyc, gdzie koczowali, niepewni jutra.
Gdy stworzyli strefę Bieszczady, podzielili ludzi na grupy. “T” to byli turyści. Ci, którzy przyjechali tu tymczasowo. Oni też zostali wyłapani i umieszczeni w obozach.

Jej rodzina miała kategorię “N” – nowi. Ci, którzy zamieszkali w Bieszczadach w przeciągu ostatnich 20 lat.
Miejscowi mieli kategorię “B” jak Bieszczadnicy. O ironio, 95% z nich wcale nie wywodziła się z Bieszczad. Pochodzili z różnych stron i przyjeżdżali tu od lat 60 tych, do pracy w PGRach, w lesie, albo w służbie więziennej. Cześć stanowili byli więźniowie, którzy po odsiadce poślubiali miejscowe dziewczyny i osiadali w okolicy. Uchodzili jednak za miejscowych.

Z kategorią T  nie było problemu: normalne jest, że gdzieś przyjeżdżasz jako turysta. To było bezpieczne. Przetrzymano ich tu kilka tygodni, po czym zwieziono do obozu pod Duklą. Wszystkich przesłuchano, sprawdzono i (w większości) wypuszczono wolno.

Ale kategoria N była podejrzana. Nie lubiano ich. “Zagarnęli nasza ziemię!” – szeptano za plecami. Dostawali najmniejsze przydziały kartek. Ciągle byli wzywani do urzędów i przesłuchiwani.  Potem wywożeni do obozu. Do różnych obozów, rozrzuconych po Polsce. Większość została uznana za szpiegów, działających na szkodę kraju. Znikali.

Wszyscy sąsiedzi Moniki ze wzgórza tak zniknęli.

Rodzinę udało jej się uratować. Cena była jednak wysoka. Ale jej bliscy byli bezpieczni i jeśli miałaby znów zrobić to, co zrobiła, by ich uratować – nie zawahałaby się.

Więc Łupków pusty. Ponury.

Strach tu będzie zostać zimą.


Drugiego dnia po jej powrocie pojawił się Michał. Właściwie przysłał go Romek – do pomocy. Michał to nie był żaden zbłąkany turysta, tylko jakiś znajomy Jolki. Pochodził z okolicy, ale nie wydawał się podobny do miejscowych. Filozof: długie włosy, wysoki, szarooki. Miał ciemną, dłuższą brodę , kilka dredów we włosach, dołki w policzkach, tatuaż na przedramieniu i na plecach. I te jego oczy….. Boże, jak on na nią patrzył!

Romek przetrwał na Balnicy, dzięki Bogu dostał kategorię B, chyba dzięki żonie. Jolka pochodziła z okolicy. Nawet zaproponowali, żeby została u nich, w schronisku, ale to nie było bezpieczne. Zresztą, ona musiała być tu, na samym krańcu Polski, na swojej ziemi. Teraz była Strażniczką.

Michał był filozofem i stolarzem – amatorem. Podejrzewała, że lepszy z niego stolarz, niż filozof. Mocniej osadził okno, naprawił mostek i zaczął oglądać dom. – Musisz w nim wytrwać przez zimę. Trzeba będzie go uszczelnić.

Był pracowity.

Przyniósł ze sobą kilka paczek makaronu, pomidory w puszkach, makrelę w puszce i cały kilogram kaszy. – Na dobry początek! – powiedział, wypakowując to wszystko na biurko. Pachniał drewnem, wełną i kurzem. I czymś nieokreślonym, ale bardzo miłym, co sięgało do jej wspomnień. Gdy zamknęła oczy, ten zapach przypominał jej Wojtka.

Kochali się już pierwszej nocy.

Była martwa, martwa jak uschłe drzewo, a on był żywy, jak rzeka. Jasne, niespokojne oczy, głęboki głos, złociste włosy. Zwinny, gibki. Wesoły. Śmiała się z nim. Boże, jakie to było DOBRE! Lepsze, niż jedzenie, sen, cokolwiek i wszystko.

Gdy siedzieli na ławce przed domem, jedli makaron z pomidorami z talerzy, ułożonych wprost na kolanach czuła, że zaczyna się coś ważnego i dobrego. Życie.

Wiedziała, jaki jest: nieodpowiedzialny, niestały, niepewny. Ale był też żywy, gdy wszystko dookoła umierało.

Chciała przy nim tylko odpocząć.

…..Potem się okazało, że byliśmy wtedy najszczęśliwsi. Ja i Michał. To były nasze najlepsze dni.

W normalnym życiu nie mielibyśmy szans, tak bardzo byliśmy różni i tak bardzo mnie irytował. Gdyby świat nie runął, nigdy byśmy się nie spotkali. Ale świat runął, a my dodryfowaliśmy do siebie.

I żyliśmy – tyle, że nie w wielkiej wannie, a małym, rozwalającym się domku, z wygódką na zewnątrz i wielką miednicą. Domek był drewniany – to była zwykła szopa: trzy i pół na cztery i pół metra, sklecona przez mojego ojca. Okna miała śmieszne, wcześniej używane w innym domu. Jedno okno, wąskie na poł metra a wysokie na półtora, zamontowano na frontowej ścianie, jakieś dwa metry od drzwi wejściowych. Drugie okno, szersze, zamontowano na bocznej ścianie. To okno wychodziło na zachwaszczony ogród i małe jabłonki.

Do domku prowadził mostek, zbity dość niechlujnie, ale stabilnie. Przed domkiem było coś w rodzaju tarasiku, pozbijanego ze starych desek. Była też balustrada, zrobiona ze starej drabiny. W głębi ogrodu była drewniana sławojka,  niedaleko spalonego domu. Wodę brało się ze strumienia, płynącego tuż przy domku. Ogród był zdziczały, obfity, bujny. Warzywniak zarósł chwastami. Ale nadal rosły w nim ziemniaki, pomidory, ogórki, buraki, cebula. Dom mieszkalny – ten właściwy – też był z drewna. Spłonął jakoś rok wcześniej. To był prawdziwy dom, taki z łazienką, ubikacją i kuchnią. Dom, w którym mieszkała jej rodzina. Dwa pokoje na górze, duży pokój na dole. Ganek i balkon. Skrzypiąca podłoga i ogromne okno w kuchni. Komin. Ciepło zimą, gdy się napaliło. Można było godzinami patrzeć w ogień.

A teraz żyła tutaj. Widziała z okna ruiny dawnego domu i cieszyła się, że ma chociaż to. Starą szopę i wolę przetrwania. Komórka była ciasna: pod jednym oknem stało biurko, obok były regały, zbite własnoręcznie. Półki biegły od podłogi do sufitu, by maksymalnie wykorzystać przestrzeń. Stare szafki kuchenne nadawały się idealnie do chowania tych nielicznych rzeczy, które jeszcze mieli. Buty:  kalosze, skórzane traperki po jej mamie (za duże o numer, ale to nic – ważne, że całe). Michał dostał buty po jej ojcu. Nosił jego kurtki i sztruksy.

Piec stał naprzeciw drzwi wejściowych. Stara, dobra koza. Zrobili prowizoryczny wiatrołap z grubego, sztywnego materiału.

W domku było tylko jedno pomieszczenie, stanowiące w miarę potrzeby sypialnie, kuchnie, łazienkę, salon. Michał zbił prowizoryczny parawan, za którym chowała się, żeby się umyć. Od wiosny można było siedzieć przed domem, na małej ławeczce i patrzeć na góry. Czuć całą sobą, jak wydłuża się dzień. Od wiosny do października można było tak siedzieć, plecami opierając się o ścianę. Od listopada trzeba było znosić ciasnotę domku i ciemność. Jedynym światłem był blask ognia.

Od listopada drugi człowiek był jedyną radością i największą udręką. Skazani na siebie, odcięci od świata, byli jak pionierzy na Alasce, albo jedyni ludzie na planecie. W nikim nie było ucieczki.

Tylko oni. Potem długie kilometry – nikt.

Zamieszkał u niej i było dobrze. Łatał dom, wykopał piwnicę ziemną, taką na zapasy. Kręciła na to głową, ale on się uparł. Lubiła patrzeć, jak pracuje: wszystko robił starannie, dokładnie, nie przerywał, dopóki nie skończył danego etapu.
Wieczorami leżeli pod kocem, nadzy, i rozmawiali. “Dlaczego nic mi o sobie nie mówisz?” – pytał czasem. “Przecież mówię”. “Nie. Nic mi nie mówisz.”- kręcił głową. Czuł, że nie mówi mu o tym, co ważne. Nigdy nie mówiła o rodzinie, o przeszłości. Dopiero od Romka się dowiedział, że mieszkają na dawnej ziemi jej rodziców. Zdenerwował się bardzo wtedy. Żyli razem już kilka miesięcy, był październik. Wrócił z gór wściekły: “Jezu, ty mi zupełnie nie ufasz, co? Dlaczego nie powiedziałaś? Jak możesz tu mieszkać, patrzeć na ruiny tego domu?”. Wzruszyła tylko ramionami. Nawet jemu nie mogła powiedzieć, że jej rodzina uniknęła obozu, że udało się ją przemycić. Nie mogła zaufać nikomu. Ale Michał by tego nie zrozumiał: on był B.

Dni mijały, krótkie i pracowite. Robili zapasy, czasem wkurzali się na siebie. Ale zwykle było dobrze.

Mieli swoje rytuały, żyli spokojnie.

– Pomóż mi z włosami! – wołała w sobotnie wieczory. Najpierw na piecu grzała wodę. Czekała niecierpliwie, aż się podgotuje. Na stołku obok pieca ustawiała miskę, a niżej: wiadro z wodą o odpowiedniej temperaturze. Rozbierała się do połowy, dookoła bioder owijała ręcznik. Michał podbiegał, by pomóc jej myć włosy: spłukiwał je małym garnuszkiem, dopóki nie powiedziała, że wystarczy. Owijała włosy ręcznikiem, a potem rozkładała parawan i kąpała się w miednicy, w wodzie, w której myła włosy. Nic nie mogło się zmarnować.
Przeganiała Michała: kąpiel to intymna chwila, nie chciała, by patrzył.

Ale potem szła do niego ze szczotką w ręce. Michał  lubił rozczesywać jej włosy. Siadała na łóżku, czysta jak nowy człowiek, a on staranie ją czesał.

Mało ludzi zostało w okolicy. Nikt nikomu nie ufał, wszyscy żyli w ukryciu. Ale trochę osób zostało, czasem się widywali. Większość to była B: mieli pozwolenie na życie tutaj, chociaż jeszcze nie bardzo było wiadomo, co z nimi będzie. Wszystko było tymczasowe. Nikt nic nie wiedział. Podobno było też trochę uciekinierów. Ludzi takich, jak ona.

Michał częściej opuszczał dom: on miał dobre papiery.  Zdecydowano, że Bieszczady na razie mają być puste. Zostały tylko służby porządkowe. Michał dostał coś w rodzaju przydziału na strażnika: miał patrolować okolice.

Jeszcze we wrześniu obcięła włosy na krótko. Żal jej ich było, jak jeszcze niczego w życiu, ale zwyciężył rozsadek: było zimno. Mycie długich włosów i siedzenie z mokrą głową zimą groziło ciężką chorobą. A ona bała się chorób. Ostrzygła ją córka Romka, Iza. Włosy po obcięciu skręciły się jak pierścionki i fruwały dookoła głowy jak krótka aureola.

– Bardzo ładnie to wyszło. – powiedział Michał.

Monika długo nie mogła się przyzwyczaić do nowej siebie. Ale rzeczywiście: nie wyglądała źle. Tylko inaczej.

– Mój łobuz! – nazywał ją pieszczotliwie Michał.

….. Woda płynie z gór. Zalewa strumieniem drogi. Zimno jest, ale podnosi się mgła i wreszcie wychodzi słońce. Otwieram okna, wpuszczam powietrze. Tęsknie do wiosny, a dopiero listopad. Dom jest okropny: ciasny, ciemny. Czuje się jak w schronie. Duszę się w ciasnej przestrzeni, szczególnie, że dzielę ją z kimś. Drażni mnie ciągła obecność Michała. Dzień w dzień, noc w noc. Gdy zapada ciemność – a zapada wcześnie  – możemy tylko rozmawiać, albo się kochać. Albo spać. Kochamy się dla zabicia czasu. Nie pragnę go, on mnie pewnie też. To, co było na początku, minęło.
Rozmowy kończą się kłótnią, a sen nie nadchodzi.
Po raz pierwszy w życiu cierpię na bezsenność i to mnie przeraża. Męczy. Noce ciągną się, czarne i pełne złych myśli. Ranek zaczyna się późno, dzień coraz krótszy.

Michał też się zmienił. Nadal był wesoły, ale jakby zamknął się w sobie. Jemu też ciężko.


Nie zapłonie nocą znicz bo nie widzi nikt, że mój Naród umiera. Bez ofiary krwi mój Naród umiera.[1]

Czasem o brzasku, owinięta w koc, siadam przed domem na ławce i czekam, aż się przejaśni. Wtedy czuję coś w rodzaju nadziei. To się kiedyś skończy, to minie. Przyjdzie wiosna, zawsze przychodzi. Zasiejemy warzywa, zakwitną jabłonie. Ziemia się odrodzi.

Cieszą mnie dni, gdy Michał wyjeżdża, gdy mam dom dla siebie. Bardzo brak mi samotności, oderwania od drugiego człowieka.

***

Monika nie miała papierów. Nie mogła poruszać się swobodnie po okolicy – co jakiś czas pojawiały się patrole, szukające ukrywających się N.

Zazdrościła Michałowi swobody. Tego, że mógł jeździć do Komańczy, Smolnika, Cisnej… Ona musiała bardzo uważać. Nawet na wyprawy po drewno wyruszała zawsze razem z Michałem. Gdy on znikał, poruszała się tylko w obrębie działki, a na noc ryglowała mocno drzwi. Mieli swój umówiony sygnał, po którym miała go rozpoznać. Gdy Michała nie było, starała się być niewidzialna.  Bała się, że ktoś wypatrzy z daleka dym z komina. Gdy Michał wyjeżdżał na krótko, wygaszała palenisko. Ale było za zimno, by nie palić, gdy znikał na dłużej.

– W Woli, w starej chacie docenta, na szlaku na Chryszczatą, zagnieździła się jakaś banda. – powiedział Michał po któreś ze swoich wypraw. – Romek się boi, że to samo będzie z chatą na Balnicy.

Ale chata na Balnicy długo była pusta. Dopiero na wiosnę zajęła ją jakaś rodzina, ukrywająca się przed władzami.

Zima była ostra, śnieżna. Malowała kwiaty na oknach ich domu, gdy budzili się, mocno przytuleni. Noce były zimne i granatowe. Ale to dobrze. Nie lubiła, gdy niebo było różowe, zwiastujące śnieg. Różowe niebo kojarzyło jej się z łuną pożaru. Michał dobrze zamontował piec: był szczelny i grzał, jak trzeba. Palili w nim drewnem – Michał i Monika znosili je z lasu cały wrzesień. Potem mężczyzna porąbał je w równe drewiona, w sam raz do pieca. Obłożyli dom drewnianymi szczapkami od zewnątrz. Dodatkowo ocieplili w ten sposób ściany.

Mogli palić i dymić bez obaw: Łupków był wymarły. W blokach nikt nie został, a droga od Komańczy do Cisnej była zamknięta. Do Łupkowa można było się dostać tylko przez góry.

Byli sami w promieniu dziesięciu, może dwudziestu kilometrów. To tak, jakby byli sami na świecie.

W połowie grudnia się ociepliło, spadły deszcze i spłukały śnieg. Boże Narodzenie było szare. Przynieśli z lasu drzewko, choinkę. Monika zrobiła ozdoby: łańcuch ze słomek i sreberek, owinięte w sreberko orzechy, aniołki z papieru Ta choinka kojarzyła jej się z czasami komuny i wczesnym dzieciństwem…. Babcia uczyła ją robić ozdoby, tak spędzały adwent. Teraz też przez całe tygodnie zbierali sreberka i kolorowe papierki, by przyozdobić łańcuchami drzewko. 

Michał dostał kartki świąteczne: dodatkowy przydział na cukier, alkohol i kilogram mięsa. Parafia w Komańczy dawała paczki: kakao, budyń, rodzynki, czekoladę, tłuszcz, przyprawę do piernika, kawę i herbatę. Ale i tak ciężko było zrobić potrawy świąteczne, mając tylko kozę i palenisko. Monika ugotowała zupę grzybową, usmażyła pierogi z grzybami, nagotowała bigosu. Nie miała jak upiec świątecznych ciast  – zamiast nich nasmażyła słodkich, korzennych racuszków i podpłomyków. Nie ugotowała budyniu, nie mieli mleka już od dawna… Michał dał jej prezent: zieloną sukienkę, ze zwiewnego materiału, długą prawie do kostek. Sukienka była letnia i bardzo ładna. Micha musiał ją kupić podczas jednej ze swoich tajemniczych wypraw.

Monika podarowała mu sweter, który robiła na drutach potajemnie. Sweter był kolorowy, dziki. Michał wyglądał w nim bardzo awangardowo. Ubrali się w swoje prezenty i zasiedli do wieczerzy.
– Zmarzniesz! – kręcił głowa Michał, ale Monika uparcie trwała w swojej sukni.

W Wigilię myślała o rodzicach, o tym, że są daleko i że pewnie też o niej myślą… Miała nadzieję, że tęsknią mniej, niż ona, że są spokojni, syci, że mają ciepło, prąd, dużo jedzenia. I że są o nią spokojni.

Wiedziała, że gdziekolwiek są, pusty talerz przy ich stole jest dla niej.

CDN


[1] KSU „Kiedy naród umiera”

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko