Irena Nyczaj – CHAOSMOS

0
401
Bruno Schulz
Bruno Schulz

I

Wbiega lekko po schodach na swoje trzecie piętro. Odczuwa satysfakcję widząc, jak sąsiadki przystają na półpiętrze, sapią i patrzą przez okno, za którym rozciąga się widok na kilka nędznych drzewek i osiedlowy śmietnik. „Wolą mnie nie widzieć. A niech tam”.

56 lat jej nie obciąża. Wręcz przeciwnie. Czuje moc i energię do działania. Gdyby była facetem… Ludzie by ją szanowali. Ludzie by się jej bali. A tak – patrzą z politowaniem, pogardliwie kreślą kółko na czole. Śmieją się ironicznie. Widzi to na każdym kroku. Wariatka. Wyszła z psychiatryka.

Już tam nie wróci. Nigdy. Nie da się zniewolić. To jej delikatność i nadwrażliwość tam ją zaprowadziły. Zawsze odkąd pamięta rozdzielała włos na czworo, analizowała. Po co?

Być twardym facetem. Tak. Przywalić komuś, skopać kanalię, rozwalić mordę. Niech leży i jęczy błagając o litość. Za tyle zła, za niepotrzebne istnienie. Za krzywdę.

Jak wtedy w autobusie miejskim. Dała niezły pokaz i nauczkę. Ona jedna była mężczyzną. Odważnym, niezłomnym. Prawdziwym.

Gówniarze siedzą rozwaleni, uzbrojeni w smartfony. Rechoczą. Padają słowa nieprzyjemne dla ucha. Ludzie odwracają wzrok, udają głuchych. A oni – zauważyła – chcą kogoś sprowokować. I oczywiście żaden nie ma na gębie maseczki. Poczuła gniew.

Przymknęła oczy… Ujrzała siebie w zwolnionym filmie. Podchodzi do młokosów, każąc ustąpić miejsca starszemu z laską. I pyta, gdzie mają maseczki. Młodzi patrzą bezczelnie, rzucają jej w twarz obelżywe epitety.

– W dupie! – dodaje któryś i szczerzy zęby.

Kobieta czuje oblewające całe ciało gorąco. Łapie jednego za szyję. Zaciska. W oczach chłopaka widzi strach. Okrągłe, wypukłe oczy owada, a w nich, jak w kalejdoskopie-zabawce dla dzieci, odbija się jej wykrzywiona, pocięta na kawałeczki w lusterkach twarz.

Chłopak osuwa się na podłogę. Sprawiedliwość się dopełniła.

Nikt nie krzyczy. Autobus hamuje. Przystanek.

Widzi, stojąc na chodniku, jak smarkacze stukają się znacząco palcami w czoło i robią do niej zza szyby pojazdu małpie miny.

Wbiegając po schodach, zauważyła na oknie muchę. Teraz, jesienią? Świat się kończy. Trzepnęła gazetą, poprawiła na posadzce butem. Nie było trudno z nieco ospałym owadem. Szyba odbiła grymas na twarzy kobiety. Uśmiech?

Jest sama na bożym świecie. Jak palec – mówią ludzie. To przecież głupie. Palców każdy ma wiele. Zaczęła zauważać liczne absurdy, powtarzane przez ludzi bezmyślnie na każdym kroku. Zrobiła z tego swoistą zabawę, ot, niewinna rozrywka, a daje niezłą satysfakcję.

„Muchy by nie skrzywdził”. Zabić muchę to wręcz obowiązek człowieka. Mucha – stworzenie obrzydliwe – siada na… wiadomo i roznosi… To obowiązek. Zacisnęła pięści.

– Muchy by nie skrzywdził – usłyszała pewnego dnia rozmowę kobiet o starszym panu mieszkającym na parterze. – Taki dobry człowiek, a tak krzywdzi go los.

To ją zaciekawiło. Chciała dowiedzieć się więcej. Gdy zapukała do jego mieszkania, otworzył i uprzejmy uśmiech opromienił jego szarą twarz. Zaprosił znajomą z widzenia, mijaną czasem na schodach miłą sąsiadkę. Zaproponował herbatę. Z ochotą przystała, usiadła przy stole, rozejrzała się po schludnym wnętrzu. „Jakie przeładowane. Po co mu tyle drobiazgów. Wszędzie fotografie, stare – zauważyła – czarno-białe. Obrazy, koronkowe serwetki, figurki z porcelany, wazoniki. Brr, okropieństwo, ani kawałka wolnego miejsca, nie ma czym oddychać”. Rozluźniła pod szyją kołnierzyk bluzki. Na jej poczerwieniałej twarzy zagościł grymas uśmiechu.

Zapragnęła poznać, jak skrzywdził go zły los. Starszy człowiek obdarzony tym nieoczekiwanym zainteresowaniem, otworzył na oścież swój azyl. W trudny czas pandemii samotność obezwładniała, odbierała i tak słaby napęd do życia. I oto tama została rozerwana. Słowa poczęły wylewać się z siłą ujarzmianą dotąd, a teraz gdy znalazły ujście – popłynęły niczym niepowstrzymywane.

Przed oczami obojga jęły pojawiać się i przesuwać kadry wojennych działań: wybuchy bomb, śmierć kolegów, rany, polowy szpital, operacja. Noga trafiona szrapnelem nadawała się tylko do amputacji. Nie zgodził się. „Nie chcę stawić się przed Panem Bogiem bez nogi” – powiedział twardo. Cóż było robić. Lekarze opatrzyli, wyczyścili ranę jak mogli, popatrzyli na umierającego ze współczuciem.

Przeżył, choć noga, mocno pokiereszowana, dawała się przez całe życie we znaki szczególnie na zmianę pogody. Ale była.

Żona i córka… Trafiły do Oświęcimia, gdy on ostrzeżony schronił się w lesie u partyzantów. Kobiety miały być bezpieczne… Ale los uderzył jakże silnie. Nie mógł się podnieść przez długie lata.

Kiedy poznał Zenobię, nie uwierzył w odmianę swojej doli. Lecz Zenobia nie ustąpiła. Pobrali się. Życie toczyło się tak jak innych dojrzałych ludzi. O dzieciach, rzecz jasna, nie było mowy. Za późno.

Gdy odeszła, wszyscy mu współczuli. „Taki człowiek – dobry i nieskazitelny. Muchy by nie skrzywdził. I takie cięgi dostaje od losu”.

Opowiadał dalej swoje niełatwe, a przecież banalne – jak oceniła w duchu jego nowa znajoma – życie.

Jej życiowa droga to co innego. Ale kogo to interesuje. Jemu przecież nie opowie. Zamyśliła się.

Została sierotą w dzieciństwie. Była jedynaczką. Gehenny domu dziecka i kilku pobytów w rodzinach zastępczych nie chce nawet wspominać. Ludzie to potwory, samolubni i źli. Zepsuci, okrutni, pozbawieni jakichkolwiek uczuć i wartości.

Poznała miłość. Miłość? Szybki seks w toalecie czy jakichś brudnych zakamarkach domu dziecka. Chcieli z nią być, więc się nie sprzeciwiała. Nie czuła nic, prócz gniotącego ciężaru beznadziei i dziwnego upokorzenia. Nic z tego nie rozumiała.

Pierwsze dziecko, chłopczyka, oddano do adopcji. Miała wtedy 13 lat i nie obeszło jej, co się z nim stało. Był maleńki jak komar czy mucha…

Potem była dziewczynka i znowu chłopiec. Też poszły do adopcji. Obojętna, nie interesowała się ich losem. Instynkt macierzyński? A cóż to takiego?

Mucha i komar. „Zalać robaka”. Co to znaczy? Poznała sens głupiego powiedzenia. Zalewała obrazy-kadry, w których małe skrzydlate insekty-dzieci nadlatywały ze wszystkich stron i wwiercały się z brzęczeniem w jej udręczony mózg. Gdy trzeźwiała, było jeszcze gorzej. Nie, nie miała wyrzutów sumienia. Kolejny schemat i mit. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Ale pragnęła innego życia, niebanalnego, oryginalnego. Czuła w sobie potencjał. Tylko zrealizować. Pandemiczny, trudny dla większości czas, jej nie sparaliżował. Wręcz przeciwnie, poczuła moc i posłannictwo. Tak, musi działać. Wreszcie pokaże, jak się powinno żyć.

A ten tu? Co w tym dziwnego, że stracił żonę i córkę w trudny czas wojny. A że potem umarła mu druga żona. Czy to coś zaskakującego? Dobrze chociaż, że on sam, pomimo dawnych ran, jest zdrowy. Powinien się cieszyć.

– W dodatku mnie też dopadło choróbsko – odezwał się starszy pan. – Mam nerkę do wymiany.

– Do wymiany? – zdziwiła się. – Ma pan dwie. Można żyć z jedną.

– Już jednej nie mam. Usunięta z powodu nowotworu. A teraz ta druga…

– No tak… to skomplikowane.

– Wie pani, takimi starymi, sądzę, nikt się nie przejmuje, szczególnie teraz, gdy cały świat doświadcza okrutnej zarazy. Widzi pani w telewizji, jak wirus zabiera starych… Chyba nie doczekam tej nerki. A poza tym, czy w moim wieku przeżyłbym przeszczep? Każda dializa wydaje mi się być tą ostatnią. Ale nie skarżę się. Życie jest zbyt piękne, aby narzekać. – Jego twarz rozjaśnił blask, który objął i ją swoją mocą. Poczuła wielkie wzruszenie i współczucie dla tego nieoczekiwanego nowego znajomego.

Nigdy nie miała bliskiej osoby. Psem czy kotem, nawet papużką nie chciała się opiekować. Są jak dzieci. Trzeba je uczyć czystości, wyprowadzać, znosić fochy, bawić się. Słowem, być uwiązanym. A ona ceni wolność, wie, czego chce, a raczej – czego na pewno nie chce.

Starszy pan był miły i kulturalny. Noga okaleczona na wojnie, z ubytkiem kości w podudziu, sprawiała mu widoczny czasem ból. Utykając, zaciskał szczęki, widziała to. Nie skarżył się, a ona nie komentowała. Co tu mówić. Jest jak jest i tego się nie zmieni.

Do zmiany było jednak coś, co zaczęło uporczywie zaprzątać jej myśli. Ociągała się aliści, by sąsiadowi o tym powiedzieć, zresztą nie bardzo wiedziała, jakich słów użyć, żeby osiągnąć cel, a broń Boże nie popsuć. Była samotnicą z niewielkim doświadczeniem towarzyskim, jeśli w ogóle można tak powiedzieć. Jej kontakty ze światem zewnętrznym były w istocie żadne. To jednak nie ograniczyło woli działania kobiety, jaka pojawiła się nagle i samą ją nawet zadziwiła. Odczuła ważność swojej roli, wręcz misji. Musi sprawę doprowadzić do pomyślnego końca. Przypadek był doniosły, a jednocześnie zbyt wyjątkowy, aby potraktować go sztampowo, na skróty. Nie, nie, trzeba było dobrze przygotować się do akcji.

Wyszła z założenia, że stary człowiek mający swoje przyzwyczajenia, żyjący w pewnym utartym rytmie i schemacie, nie od razu będzie skłonny zmienić, przebudować i ułożyć na nowo pewne sprawy. A przestawić się powinien, tak, nawet musi. Trzeba było jednak poczekać, nie działać pochopnie, nie spłoszyć.

Za każdym razem, gdy odwiedzała mężczyznę, z narastającą niechęcią obrzucała krótkimi spojrzeniami zalegające wszędzie bibeloty. „To pewnie jego żona tyle tego naznosiła, kolekcjonerka!”.

– Powinien pan powyrzucać większość tych niepotrzebnych rzeczy (pomyślała „śmieci”) – odezwała się pewnego razu, gdy uznała, że przyszedł czas. – W czasie pandemii czystość jest najważniejsza. A tyle bibelotów tylko gromadzi kurz…

Ale on nie był gotowy.

– To pamiątki po mojej Zeni. Nie mogę…

– Zobaczy pan, będzie lżej, będzie więcej powietrza, odżyje pan, ja pomogę… – nalegała już mocno zniecierpliwiona.

– Nie.

No to nie. Przyrzekła sobie, że nie pójdzie do opornego człowieka więcej. Co on ją w końcu obchodzi. Chciała dobrze dla niego, radziła. A on – nie.

Któregoś dnia spotkali się na schodach. Szedł z widocznym trudem, posapywał taszcząc siatkę z zakupami. Pomięta, brudnawa maska zwisała smętnie pod brodą.

Ucieszył się, zagadał, zaprosił na herbatkę. Jakby nigdy nic.

Usiadła przy stole, rozejrzała się po schludnym, ale przeładowanym rupieciami wnętrzu.

Nie ma czym oddychać… Rozerwała guziki bluzki. Jeden upadł na podłogę, potoczył się pod kanapę.

Krew napłynęła nagłą falą. Przez łzy ściskające gardło ujrzała siebie ogromniejącą, potężniejącą, obdarzoną nadludzką mocą, jaka uruchomiona po latach letargu – dała jej prawo…

Tak, jest facetem. Młodym i silnym.

Gdy zobaczyła strach w oczach starego, w wypukłych, okrągłych oczach muchy, która tylko roznosi… – nie zawahała się.

Potem wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.

II

Ten dzień, kiedy zabiła staruszka sąsiada, odcisnął na niej jednak swe piętno. I chociaż mijała na schodach mieszkańców bloku, pozdrawiała ich jak zwykle, czuła, że rozpoczął się jakiś nowy etap jej życia.

Przede wszystkim nikt jej niczego nie udowodni. Tego była prawie pewna. Nikt nie widział, jak weszła do jego mieszkania. W końcu inni sąsiedzi też odwiedzali starszego pana, pomagając mu nieraz a to w zakupach, a to przy kłopotliwych dla „dziadka” sprawach. Raz była świadkiem, jak ten młody z parteru głośno, jak to do starszego, powiedział:

– Zrobi się, panie sąsiedzie, już się nie będą zacinać.

I poprawił drzwi. Dziadek uśmiechnięty, uszczęśliwiony wiarą w dobrych ludzi, otarł łzę w kąciku oka.

To było dawno, bardzo dawno. Obraz zacierał się, a jego miejsce zaczęło zajmować dotkliwe poczucie czegoś nowego, co wdzierało się z siłą tsunami w jej egzystencję.

Czyn, jakiego się dopuściła, nieodkryty przez nikogo, uwierał jak maleńki kamyk, który wpadnie do pantofla i nie pozwala normalnie iść.

Gdy szła do apteki znajomą od lat ulicą, spokojną, miłą i cichą, uderzył ją i zaskoczył nagły i nieoczekiwany szum przejeżdżających aut. Skąd ich tyle? Jeden za drugim sunęły powarkując i małe samochody, i autobusy, nawet skądś pojawiła się ogromna śmieciara, czyniąc straszliwy hałas. Obejrzała się. Dwaj stojący z tyłu po obu stronach pojazdu mężczyźni, trzymający się jakichś uchwytów, w pomarańczowych kombinezonach, wybuchnęli nagłym śmiechem.

To niesłychane. O co im chodzi?

Wielka i brudna śmieciara przejechała, a jej pociemniało w oczach. Zacisnęła dłoń na uchwycie torebki aż zbielały palce.

Skąd taki hałas w aptece. Przecież powinno być cicho. Tu sprzedaje się leki, pomyłka może kosztować czyjeś życie. Właśnie życie…

Przy okienkach harmider jak w ulu, ludzie coraz głośniej wykrzykują nazwy leków. Farmaceutki także nie przestrzegają reżimu tego miejsca. Głośno proponują atrakcyjne w cenie zamienniki. Ktoś się godzi, inny nie chce.

– Żadnych podmian! – denerwuje się starsza kobieta.

– Czemu pani tak krzyczy?! – nie wytrzymała.

Tamta jak wyrwana z transu popatrzyła okrągłymi oczami owada.

– Ja krzyczę? Odczep się, kobieto. Chyba masz jakiś problem. Lecz się!

– Ja mam problem, ja? Czy my jesteśmy na ty?!

– Proszę o spokój. Tu się pracuje! – To farmaceutka.

No wreszcie! Zauważyła ten bazar.

Wyszła poirytowana. Nie może wracać tą samą ulicą. Nie wytrzyma hałasu pędzących pojazdów. Głowa pęka. Sięgnęła po proszek, ledwo połknęła bez popicia. Musi się uspokoić.

Postanowiła iść drogą na skróty, wiodącą przez niewielki ni to park, ni zagajnik. Blok, gdzie mieszkała, był usytuowany zupełnie nieźle jak na środek miasta. Wokół sporo drzew, które przez lata wyrosły tak, że nawet zasłaniały w niektórych mieszkaniach okna.

„Ktoś nie pomyślał, jak je sadził. Trzeba było przewidzieć i posadzić dalej. A teraz macie, mądrzy ludzie. Są drzewa, ale nie widzicie słońca!”. Roześmiała się. Ludzie są głupi, godni pogardy co najwyżej.

W krzewach rozbrzmiewała wiosna. Poznała głosy kosów nawołujących samiczki. Jeden wwiercał się w mózg kobiety z gwałtownością kaskady. Skąd taka siła w malutkim ptaszku? Przysięgłaby, że zna ten głos. Tak, słyszała go każdego roku spacerując alejkami przyblokowego małego parku. Dawniej nie zwróciłaby uwagi – głos to głos, ptaków jeszcze dużo, nie wyginęły przecież, chociaż tyle się naczytała w gazetach i nasłuchała w telewizji lamentów na te tematy. To śmieszne, jak ludzie drżą o każdą żywinę. Szczególnie owady. A pszczoły! Te urastają wręcz do bóstw po prostu. Nawet postawiono im w mieście pomnik! „Gdy wyginą pszczoły – mawiają uczeni i mniej uczeni – ludzie przeżyją jeszcze cztery lata”. Co za bzdury. Ale wyliczyli! Była wstrząśnięta oczywistą herezją takiego rozumowania.

Nienawidziła owadów. Te brzęczące osy, pszczoły, trzmiele i inne latające potwory wzbudzały w niej nawet już nie wstręt, lecz prawdziwą agresję. Powiększone w wyobraźni, przybierały postacie przerażającego monstrum, zabijającego wszystkich wokół bez litości.

Gdy wlewała naftę do kilkunastu uli, jakie od jakiegoś czasu – zauważyła – pojawiły się w pobliżu kościoła, w środku miasta, czuła, że Bóg rozumie i więcej… pochwala jej decyzję. To poczucie dało jej spokój i nie obeszły jej wcale pisane w gazecie pełne wykrzykników newsy o bestialstwie jakiegoś zwyrodnialca, przez którego straszny, haniebny czyn zginęło kilkadziesiąt pszczół.

Teraz szła spiesznie, prawie biegnąc, do swojego bloku, którego ogromna bryła jakby chwiała się, grożąc przechodzącym w pobliżu ludziom.

Znowu usłyszała śpiewy ptaków. W krzewach odzianych w przeróżne kolory od żółtego aż do ciemnobordowego roiło się od towarzystwa. Nawet w tej społeczności nie ma ciszy. Nigdzie już na tym świecie nie ma spokoju.

Ptasi rozgwar też był jakiś inny. A powinny to być trele, szczególnie miłe i melodyjne, gdy samczyk wabi towarzyszkę życia. Dlaczego więc ptaki krzyczą chropawo, prawie po ludzku? Zdziwiona przyspieszyła kroku, gdy wtem poczuła mocny chwyt za szyję i cios w głowę, który ją zamroczył.

Gdy wkraczała w ostatnią alejkę swojego zagajnika, na końcu tunelu ujrzała w gasnącym świetle dziwnie ubraną postać w kapturze na głowie.

Postać miała twarz staruszka sąsiada, który uśmiechał się do niej szyderczo.

III

Chaos. Na początku był chaos. Biały sufit teraz wiruje, więc zacisnęła powieki. Głowę rozsadza ból. Lęk. Wszystko nadal kołuje pomimo zamkniętych oczu. Otworzyła. Gdzie jestem… Ciało – dotąd posłuszny sługa – teraz żyło samoswoim bytem, stawiając nieoczekiwany opór. To było coś nowego i niepokojącego. Ból, opuchłe, piekące powieki, ciężkie ręce i nogi.

Z chaosu wyłoniła się postać. Kosmita odziany w seledynowy skafander, zamiast twarzy miał maskę i wielkie gogle. Przerażał, kiedy pochylił się nad nią. Obserwował ją, a ona zamarła w bezruchu, w odwiecznym atawizmie obronnym.

– Jest pani w szpitalu – odezwała się postać. Mówiła ciepłym, spokojnym męskim głosem. – Została pani napadnięta i uderzona w głowę. Miała pani silne wstrząśnienie mózgu. To prawdziwe szczęście, że znalazł panią sąsiad i natychmiast wezwał pomoc. Dostała pani drugie życie.

Zadziwiająco szybko dochodziła do siebie. Ciało stawało się znów spolegliwym niewolnikiem, wykonującym bez sprzeciwu polecenia jej umysłu. A umysł przekonywał, że sytuacja jest zupełnie niezła, chociaż szpitalne ograniczenia i reżim złościły tak bardzo, że nieraz czuła wzrastającą furię, którą musiała jednak w sobie opanować. I jak w snach, zaczęła marzyć, snuć nawet plany co do swojego życia i więcej – nowego ładu świata.

Ten otaczający nie zadowalał jej. Trzeba go tak zmodyfikować, aby nie szkodził, nie zagrażał, ba, aby jak pokonany wróg podniósł ręce do góry, a w jego oczach pojawił się strach.

Odczuła ulgę. Miała czas i rozmyślania o zbudowanym idealnym systemie i współżyciu ludzi nawet ją samą zadziwił. Skonstatowała, że jest osobą mądrą, przenikliwą, a misja, jaka przed nią roztacza swe możliwości – wręcz fizycznie podnieca.

Noc rozjaśniła się, wizja końca oddaliła i czas – na chwilę przyczajony – teraz rozwinął przed nią prawdziwie nieskończoną, jak się wydawało, wstęgę.

Gdy przygotowując wypis ze szpitala, inna kosmitka porozmawiawszy z nią szczerze, zasugerowała, by przynajmniej przez jakiś czas nie pozostawała sama, zgodziła się skorzystać z możliwości okresowego pobytu w jednym z nowo utworzonych, a cieszących się doskonałą opinią domów opieki dla ludzi starszych i chorych.

Nie przewidziała tylko jednego. Umieszczono ją w pokoju ze staruszką leżącą, zupełnie zidiociałą, bez kontaktu, ale spokojną.

Nie było innej możliwości, wycofać się też za późno. Cóż było robić…

– Pani jeszcze młoda i w pełni sił – pochwaliła ją opiekunka. – Nawet może pani trochę pomóc przy babci Leokadii w miarę sił, choćby pokarmić.

Zdarzało się, że obserwowała babulę. Nigdy dotąd nie miała styczności – tak bliskiej – z kimś zupełnie zależnym od drugiego człowieka, całkowicie bezradnym. Babka przebierała palcami po kołdrze, jakby przesuwając koraliki różańca, a jej bezzębne usta coś mamrotały. Nie była uciążliwa, ustawicznie patrzyła do góry. Jej oczy nie podążały za nikim, nawet gdy ktoś się nad nią pochylił, poprawiając poduszkę czy karmiąc.

Toaleta babki – basen, mycie, podmywanie – były prawdziwą torturą i wówczas wychodziła na korytarz. Tam świat miał inne oblicze, bardziej świetliste, może dzięki słońcu wpadającemu przez duże czyste okna. Ale jego ład był przecież taki sam jak dawniej. To nie słońce go rozświetlało, a myśli, jakie zagościwszy w jej głowie, nie chciały już opuścić umysłu i ustawiały się w logiczny ciąg zadaniowy – tylko realizować.

Dziwiły ją niezmiennie wybuchy wesołości młodych opiekunek. Taka robota – podcieranie tyłków i śmierdzących starych, odrażających ciał – jak gdyby jednak nie wpływała na ich pogodny sposób bycia. Kobiety były ciągle roześmiane, z rzadka utyskiwały, opowiadały sobie dowcipy i zaśmiewały się do łez. Gdy słuchała tych żarcików, doprawdy dziwiła się, co też może być w nich tak śmiesznego. Ludzie ogólnie są dziwni. Tak mało potrzebują, by rżeć, trzymając się za boki i brzuchy.

Tak, babka musi umrzeć. Stara kobieta nikomu niepotrzebna, śmieć, grat, a inni przy niej pracują, tracą czas, przewijają, karmią, myją. Do czego to podobne! Jeszcze gdyby najbliższa rodzina opiekowała się tym… czymś, można by zrozumieć. Ale rodzina, wiadomo…

Świat jest niesprawiedliwie pomyślany i urządzony.

Kiedyś, gdy ze snu przechodziła w jawę, z trudem poruszając zdrętwiałymi nogami, gdy przed oczy pchały się przerażające, okrutne obrazy jej dzieciństwa w domu dziecka, jak teraz w domu opieki, poczuła dławiącą klamrę zaciskającą się na szyi, aż w oczach zaczęło ciemnieć. Jedna strona ciała zdrętwiała, serce waliło jak oszalałe.

Babka wstała ze swojego posłania, podeszła do jej łóżka i kościstym paluchem jęła postukiwać w jej głowę. A może to nie babka Leokadia, tylko tamta siostra zakonna z domu dziecka, której złe, wąskie, zacięte usta jeszcze przez długie lata po opuszczeniu potwornej placówki prześladowały ją jadowitymi, syczącymi słowami: „Jesteś nikim, jesteś grzesznicą, nawet Jezus Chrystus cię nie obroni. I Pan Bóg też cię potępia”.

Babka Leokadia chrapliwym oddechem sygnalizowała światu, że oto żyje, jest, a jak się komuś nie podoba, to jest jego problem. Jej kościste, pokryte żyłami, siniakami i kwiatami śmierci ręce wykonywały na kołdrze dziwne manewry. Uparcie eksplorowały meandry pościeli w poszukiwaniu ziarenek różańca.

Obserwowała te starania. Co za bezsens. W czeluści zapadniętych ust starej kobiety czaił się kosmos. Czarna dziura pochłaniająca wszystkich i wszystko. Poczuła silne pulsowanie odwiecznej materii wszechświata.

Podeszła do łóżka staruszki. Mroczny świat znów zawirował. Drętwiejące ciało, ręce, nogi. Co się ze mną dzieje? Oparła się całym ciężarem o krawędź łóżka.

Kiedy pochyliła się nad starowinką, ta nagle otworzyła oczy, zamrugała i popatrzyła zupełnie przytomnie. Ba, na jej ustach pojawił się uśmiech.

Uśmiech zgasł, gdy przywalona ciężkim, bezwładnym ciałem swojej współmieszkanki, już nie zdołała wciągnąć w płuca ani grama powietrza.

Wziąwszy się za ręce – zgodnym rytmem udały się obie na rozświetloną gwiazdami i wybuchami supernowych swoją kosmiczną ostatnią drogę. Mgławica przyjęła obie podróżniczki. W kolejnym kosmicznym wybuchu wyrzuciła je w przestrzeń międzygwiezdną, wzbogacając materię do formowania nowych gwiazd.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko