KRYSTYNA HABRAT – CZAROWNICA

0
235
Maria Wollenberg-Kluza
Maria Wollenberg-Kluza

Rozdział XVIII  powieści
UCIEC PRZED DRAPIEŻNYMI WSKAZÓWKAMI ZEGARA

  Nocą Zofię budzi wiatr.  Gdzieś nieopodal pies zanosi się wyciem raz jeden. Zofia sztywnieje. Nie ma nawet kogo zawołać. Sama jest w całym mieszkaniu. Naciąga na głowę kołdrę i wsłuchuje się w łomotanie przerażonego serca. W końcu wysuwa ostrożnie rękę do lampki, przecina mrok światłem. Wstaje po pastylkę na sen. Za oknem wichrzysko dyszy ciężkimi podmuchami. Omal nie wyłamuje uchylonego lufcika. Trzeba go szybko zamknąć. Za chwilę zasypia  ponownie.

  Niebawem podrywa ją terkot budzika. Zaspana wymacuje go niemrawo i dławi hałas. Powoli z sennego niebytu wyłania się świat, jeszcze zszarzały, odpychająco nieprzytulny. Ona się czymś takim od dawna nie przejmuje. Znowu otwiera lufcik. Wciąga ustami  chłód nasycający rześkością. Przez chwilę przeciąga się w leniwej gimnastyce, wymachuje rękami, nogami, przegina się w lewo, w prawo, robi kilka skłonów, przysiadów i za chwilę w łazience pryska na siebie chłodną wodę.

  Tak przywykła się budzić od czasu studiów, kiedy  rano nie mogła się podnieść z niewyspania. Wtedy wmawiała sobie, że ta wieczna harówa i zmęczenie, niezbędne, jeśli się chce coś w życiu osiągnąć. Dlatego dotąd zrywa się co dzień skoro świt, gimnastykuje, polewa zimną wodą i śpieszy się, ciągle śpieszy.

 Spojrzenie z lustra jej zielonych oczu jest władcze. Tak trzeba. Jako kierownik pracowni projektowej musi wzbudzać respekt. Malując rzęsy nasłuchuje przez otwarte drzwi łazienki dziennika radiowego. Odkąd dzieci poodchodziły na swoje, zakładając  przedwcześnie własne rodziny, ma więcej wolnego czasu i bardziej się pasjonuje tym, co na szerokim świecie. Zawsze mężczyźni imponowali jej orientacją w polityce, teraz stara się im dorównać.

  Która to godzina? Nie zdąży nic zjeść! Za długo stała w lustrze. Dziś czeka ją   rada techniczna. Oczywiście będzie musiała zabierać głos. Jest jedyna kobietą na siedmiu kierowników. Kiedyś cały babski świat w fabryce popierał ją w  awansie. Inne, zajęte zanadto domem i dziećmi, nie paliły się do tego. Teraz musi je wszystkie reprezentować. Ile razy przyjeżdża do fabryki jakiś dziennikarz, kierują go na wywiad do niej. Pomimo to współpracownicy traktują ją wciąż podejrzliwie, czyhają na byle potknięcie i stale dogadują coś z przekąsem. Cóż kierownicy, dyrektorzy, jak i głowni specjaliści, czy generalni projektanci, to sami panowie. Toteż na radach ją słychać najbardziej, bo musi się wygadać za te nieobecne, dorównać głosem przynajmniej ilościowo. Inaczej mówionoby, że nie nadaje się na tak poważne stanowisko. Święta to prawda, że kobieta musi się trzy razy tyle natrudzić, żeby została uznana równą mężczyźnie. W końcu i tak dyrektorem zostaje on, choćby był jedynym rodzynkiem pośród pań. No cóż,  jak sama nazwa wskazuje:  panowie  panują.

  Zofia stuka pospiesznie obcasami po ulicy. Denerwuje się, czego autobus nie nadjeżdża. Wyciąga w  tamtą  stronę głowę. Wreszcie zza zakrętu pojawia się jego tępa maska i przybliża ociężale niby olbrzymia gąsienica. Drzwi rozsuwają się, ukazując wewnątrz ścianę stłoczonych pleców. Jak się tam wepchnąć? W następnym autobusie nieco luźniej. Porwana przez tłum z przystanku, zostaje doń wciągnięta niemal bezwolnie. W tłoku ledwo oddycha. Nagle słyszy jedno słowo, wypowiedziane obojętnym na pozór tonem: „wypadek”. Wykręca głowę ku oknu. Na jezdni wokół samochodu zbiegowisko. Zewsząd nadciągają  ciekawscy. Nic więcej nie widać. Co się stało – nie wiadomo. Autobus przejeżdża obok obojętnie. „A może tam wydarzyło się coś najstraszniejszego?!” – myśli Zofia przerażona. Z dala przecina już przestrzeń świst karetki pogotowia.

  Wpada do biura zdyszana. Zawsze wydaje się jej, że powinna być przed wszystkimi. Pośpiesznie odbija w holu kartę zegarową. Nieco uspokojona rusza dostojnie ku schodom. Otwiera własnym kluczem drzwi pracowni. W wielkiej sali sterczą rzędem wyprostowane deski kreślarskie. Ciągle przypominają jej żaglówki na regatach. A tego lata żagle, jak białe motyle obsiadały w Bieszczadach srebro  jeziora.

  Potrząsa głową, żeby odpędzić wspomnienia, wyciąga puderniczkę, poprawia włosy. Siwiejących na szczęście nie widać. Przecież przekroczyła dopiero czterdziestkę. I nie tak dawno. Krzywi się, oglądając  w lusterku, twarz o przywiędłej cerze, nakropioną tu i ówdzie znamionami, zmęczone oczy w kreskach  widocznych już zmarszczek. Zaciska usta. Trudno jest wprawdzie kobietą po czterdziestce i to kobietą samotną, niekochaną, ale też jest kimś ważnym, osiągnęła liczącą się w  hucie pozycję. To powinno wystarczyć za wszystko inne. Tylko w chwilach słabości, przychodzi jej do głowy, że stara kobieta przypomina brudny talerz, z którego zjedzono najsmaczniejsze kąski.

  Nie pora teraz na podobne rozmyślania. Pochyla się nad papierami. Powoli schodzą się do pracowni inni. Pomieszczenie ożywa gwarem. Już zza desek kreślarskich unosi się zapach kawy. Na biurku Zofii  grzałka w szklance porasta bąblami gotującej się wody. Trzeba przed radą napić się choć herbaty. Kawy lekarz   zabrania. Straszy   wrzodami żołądka, nadciśnieniem. 

   Dyrektor na radzie uprzedzająco miły. Tylko, jak się Zofii wydaje, zanadto pachnie wodą kolońską, a może tylko ona już od tego odwykła. Częstuje wszystkich papierosami, podsuwa popielniczkę. Sekretarka wnosi tacę z kawą dla wszystkich. Zofia wbrew zaleceniom lekarza też się napije. I tak musi się obchodzić bez wielu przyjemności, dostępnych innym.  Na stołach czekają ciastka i paluszki do przegryzania. Rada przebiega sprawnie. Zabierający głos nie przeciągają  limitu czasu. Nagle przy omawianiu planu Gawlińska podrywa się jak rażona. Znowu jej pracowni próbują wepchnąć same  małe a czasochłonne projekty! Ślęczy się nad takimi  a korzyść znikoma.  Trzeba ich mnóstwo natrzaskać, żeby starczyło na wymagany przerób.  Domaga się więc innego podziału.

 – Ależ, te małe projekciki, to jak damskie robótki – śmieje się Wronkiewicz  – a u was tyle pań…

 – Są i panowie! – przerywa mu Zofia. – Panie nie są gorsze! Ty zresztą się na nich najlepiej znasz!

  Speszony Wronkiewicz osłania się dymem papierosa. Inni nie wiedzą, śmiać się, czy wesprzeć kolegę. Mocno mu docięła. Dwukrotnie rozwiedziony planuje właśnie ożenek z 18 lat młodszą kreślarką. Zupełnie oszalał za jej niby niewinnym spojrzeniem modrych ślepiąt.

 – Małe projekty też musi ktoś robić – stwierdza flegmatycznie Jachoda,   generalny projektant, któremu jak zwykle, krzywi się kołnierzyk źle uprasowanej koszuli a naderwany guzik zwisa na nitce.

  Jego przesadny spokój dobija Zofię. Nie cierpi go! Ten wdowiec z potarganymi frędzlami włosów, brzuchaty, zaniedbany, ubrany byle jak, nieustannie się wymądrza i stale drą ze sobą koty. A tym bardziej go nie znosi, że jej on trochę imponuje, bo jest mądry i oczytany. Kiedyś wypytywał wszystkich o brakujący mu numer Polityki czy Kultury, bo zbiera je wszystkie, by sobie czytać kiedyś na emeryturze. Bardzo ją  takie myślenie przyszłościowe  rozbawiło. Sama nie ma odwagi myśleć o swej starości w ośmieszających zmarszczkach, kiedy już do niczego nie będzie dążyć. Wątpi, czy Ten Jachoda zdąży to wszystko, nagromadzone latami, przeczytać. Gdzie on zresztą te szpargały przetrzyma?

 – Projekty należy rozdzielać sprawiedliwie – odpowiada zaperzona, podnosząc niebezpiecznie głos, niebaczna, że znów ją okrzykną jędzą.

 – To  ja to wezmę – wtrąca, milczący na ogół, Kopczyński.

  Zofia opada na krzesło zaskoczona. Wygląda- myśli – jakby Kopczyńskiemu wcale nie zależało na sukcesach. Jest pracowity i skrupulatny, z jego pracowni nie śmie wyjść żaden błąd, lecz na ryzyko pracy koncepcyjnej  zbyt ostrożny. Pracowników dobrał sobie podobnych i jakoś wychodzą na swoje. Spokojni przy tym i uderzająco uprzejmi, trzymają się z dala od biurowej giełdy a wejść do ich pracowni aż przyjemnie. 

  Po naradzie dyrektor zatrzymuję Zofię, dopytując, czy nadal chce się pozbyć z pracowni Stępnia.

 – Oczywiście! Zasłużył sobie! Był na delegacji a kiedy tam zadzwoniłam za piętnaście trzecia, zdążył już wyjść. Powinien być do trzeciej, zero, zero!

 – To, po co wydzwaniasz? – skrzywił się dyrektor.

 – Sama od siebie wymagam dużo, to drażnią mnie niedociągnięcia innych. Drażni mnie wszystko, co nie jest jak należy!

 – To u kobiet przychodzi w pewnym wieku, stają się zbyt wymagające i krytyczne. No i niestety złośliwe. Zosiu, nie bądź taka. Tyle miałaś w sobie słodyczy kiedy tu przyszłaś. Taka byłaś nieśmiała i wystraszona…

 – Stępień mi się naraził. Niepoważny pajac.

  Kategoryczny wcześniej ton jej wypowiedzi, załamuje się po mitygujących słowach dyrektora. Niepotrzebnie to wyjawiła – myśli w popłochu i przygryza wargę. Wszyscy wiedzą, że to Stępień narysował ja kiedyś, jako szybującą na miotle czarownicę.

  Dyrektor, zadbany higienicznie, zawsze w nieskazitelnych garniturkach, starający się mieć opinię uwodzicielskiego, ale pantoflarz wobec swej wybranej, patrzy na Zofię szeroko otwartymi oczami. „Kiedy to nieśmiałe trochę naiwne kobieciątko, ale fajna zawsze babka, przemieniła się w taką jędzę? Kiedyś wszyscy się w niej podkochiwali, tylko ona była uwikłana w jakąś niedobrą historię. Zniechęcona nie chciała  patrzeć na nikogo więcej. Szanse jeszcze by miała. Ładna owszem, tylko charakterek, nie daj Boże! ”

 – Przemyśl to jeszcze- mówi na pożegnanie.

  Wychodzący z rady zatrzymują się w sekretariacie, aby zabrać pocztę, segregowaną na gwałt przez sekretarkę. Gawlińska, jak się utarło,  zabiera swoją pierwsza. Od drzwi zawraca.

 – Pani Ewo, zapomniałam, mam do oddania delegację. Dopiero wczoraj znalazłam czas na jej rozliczenie.

  Mówi cicho, z trudem opanowując drżenie głosu. Chce pokazać, że nic się nie stało. Nie wzburzyły jej utarczki na radzie ani rozmowa z dyrektorem. Przykro,   że i on zaczyna ją przyłapywać na złośliwościach. Na każdym kroku jej to wytykają, znaczącym uśmieszkiem, chrząknięciem, wymianą spojrzeń. Nie jest już tak bojaźliwa jak kiedyś, tak słaba psychicznie, jak mawiała, ale boi się tego i gdy tylko ktoś zakaszle, zaraz dopatruje się w tym podtekstów. Rozżalona myśli nieraz, że są niesprawiedliwi, bo ona dba o swych pracowników, zabiega o dobro pracowni.  Nie jest zła, raczej bezkompromisowa. Życie ją tego nauczyło i te wszystkie powiedzonka z dzieciństwa o skarpetce, co spadała, bo czapeczka była mała i o musie, co od nie chcenia o trzy lata starszy. Ale mężczyznom uchodzi więcej złego… Kobietom – nie!

  Kiedy sekretarka, przebiegnąwszy wzrokiem rozliczenie delegacji, przybija  pieczątkę, siedzący pod ścianą Jachoda, dźwiga się ślamazarnie z fotela i jeszcze wypięty rusza do jej biurka. Niczym bazyliszek wpatruje się w pieczętowany blankiet   i, w zapadłej nagle ciszy, pyta:

 – A ileż to kosztuje przelot miotłą na Łysą Górę?

  Mówi to całkiem niewinnym głosiczkiem. Na moment wszystko zamiera. Gawlińska wyrywa delegację i ucieka. Ma wrażenie, iż za nią ktoś wybucha śmiechem i śmieje się od razu cały budynek, że rechocą już biurka i fotele!

   W pracowni z przesadnym entuzjazmem obwieszcza pracownikom, że wybroniła ich od małych a pracochłonnych projekcików.  Rozwodzi się nad tym szeroko,  mówi głosem, by zagłuszyć tak śmiech z sekretariatu.  Słuchający przyjmują te rewelacje bez entuzjazmu. „Niewdzięczni” – myśli z goryczą, obserwując tańczące w szklance  bąbelki gotującej się wody. Wyjmuje grzałkę, wsypuje łyżeczkę herbaty.  Dba o linię, więc nie słodzi. Tylko ukradkiem połyka pastylkę na uspokojenie i dopiero teraz kończy jeść, zaczętą rano kanapkę. Pochyla się nisko nad założeniami technicznymi projektu, liczy coś, kreśli.

  Zazwyczaj z pośpiechu robi dwie rzeczy na raz, lecz tym razem nie może ani na moment oderwać się od wielkich arkuszy z cyframi i rysunkami, żeby nikt nie widział jej twarzy. Oczy pieką ją podejrzanie. Gdyby  się rozkleiła, zalała łzami, zawistnym dopiero byłoby w to graj.

  Jak za mgłą migają pomiędzy deskami twarze skupione przy rysowaniu, zagłębione w obliczeniach, chwilami rozluźnione podczas pogawędki. Raz po raz dzwoni telefon. Co jakiś czas roznosi się zapach kawy. Inżynier Korbin znowu coś tam szepcze z asystentką. Stary podrywacz. Śmieją się oboje. A może wysilają się na kolejny dowcip o czarownicy?  Zofię przenika dreszcz lęku. Szybko się opanowuje. Przybiera na twarz wyraz władczy, jakiego nie imają się żadne docinki i parzy sobie, na przekór zaleceniom lekarza,  kawę. Musi tak dodać sobie sił.  Nie dba, że ludzie na jej stanowisku wykańczają się na zawał.

  Gdzieś od godziny drugiej nastaje w biurze senne wyczekiwanie na koniec pracy. Jeszcze uzupełnia się szczegóły projektów, wykańcza obliczenia, lecz za późno na zaczynanie czegoś ważniejszego. A tu, jak na złość, czas zwalnia biegu. Niektórzy powoli pakują przybory. Prostują się, jedna po drugiej,  deski kreślarskie. Znowu w oczach Zofii upodabniają się do żaglówek na regatach. Kiedyś przypominały jej motyle ze złożonymi skrzydłami, a odkąd posiedziała sobie nad Soliną i napatrzyła się na śmigające po jej wodzie  żaglówki, kojarzy je z deskami kreślarskimi w biurze. No, wreszcie godzina trzecia!

  Kobiety wypadają pierwsze. Narasta ku schodom nawałnica tupotu! Zbiegają wariacko w dół! Na złamanie karku! Byle prędzej po dzieci z przedszkola, do gotowania obiadu! Samotne podążają za nimi speszone. Niech nikt sobie nie pomyśli, że są gorsze i nie mają się do kogo się śpieszyć. Tylko one zdążyły poprawić włosy, umalować usta. Zofia wychodzi razem z nimi. Jej wcześniej nie wypada. Biegnąc do przystanku nie myśli o niczym. Jest zmęczona, wypłukana z wszelkich odczuć. Na wpół głucha i ślepa. Na szczęście autobus już sunie. Należy tylko wedrzeć się w ścianę stłoczonych tam ludzi. Czyjś łokieć wbija się jej w plecy. Powoli gubi z oczu cyfry, linie i biurowe gęby. Chwieje się na zakrętach jak wszyscy.

Krystyna HABRAT

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko