Krystyna Habrat – ZA ŚCIANĄ

3
227

– opowiadanie –

  Piłka, rzucona mocno, wyślizgnęła się Jurkowi z rąk i z całym impetem walnęła w drzwi  obok szatni. Dziwne, nigdy ich  nie zauważył. Chyba zawsze  były zamknięte.

  Tym razem otwarły się tak na wpół i wyjrzał zza nich stary człowiek w okularach.  Twarz miał, jakby ją przejechał traktor.

  – Bardzo przepraszam – bąkał zaskoczony. – Piłka sama poleciała…

  – To może pan wejdzie – zaskrzypiał drewnianym głosem człowiek w drzwiach.

  Jurek zawahał się. Lubił penetrować dziwne miejsca, włazić tam, gdzie go nie proszono, ale tu coś mu nie pasowało. W szkole funkcjonował jakiś  tajemniczy człowiek, którego dotąd na oczy nie widział? I kryje się w miejscu niezbyt ciekawym. Koło szatni. Na woźnego nie wygląda. Nikt o nim nie wspominał? Co się za tym kryje?

 Ale ośmieliło go to “pan”. Jeszcze nikt mu tak nie mówił. Przekroczył więc próg i dopiero teraz zorientował się, że nadal trzyma w rękach piłkę, więc  cofnął się i odrzucił ją w stronę kolegów, myśląc: “Ale heca”.

  W długim, wąskim  pokoju wszędzie były książki, książki, książki… Gdzieś pomiędzy nimi  jeszcze stół i łóżko. Też jedno i drugie zawalone książkami.

  – Mam tu list do wysłania – zaczął stary człowiek. – Załatwi mi to pan?

  Jurek kiwnął tylko głową. On, zwykle wygadany, stracił w tej chwili  rezon.

  – Po lekcjach, albo na dużej przerwie. Zawsze woźny mi to załatwia, ale dziś dyrektor gdzieś go wysłał.

  Jurek dalej milczał, trzymając już w ręce list w taniej, niebieskiej kopercie z naklejonym znaczkiem. Nagle starszy pan się zreflektował:

  – Pan pewnie  nie wiem, kim jestem. Uczyłem tu łaciny i matematyki.

  – Proszę mi mówić po imieniu. Jestem Jurek. Tomala. Ja dopiero  zacząłem liceum.

  – No dobrze – odparł z zakłopotaniem profesor. – To niech będzie: Jerzy. Ja jestem “do tyłu” z tą nowoczesnością. Ale tego zwrotu, zamiast “zacofany” , zdążyłem się już nauczyć. Zbyt często go słyszę.

  Rozległ się dzwonek na lekcję. Jurek poruszył się niecierpliwie, ale bał się  tak od razu odejść.

  Starszy człowiek  wyciągnął rękę na pożegnanie, ale  cofnął się jeszcze do stołu, szybko napisał coś na kartce i wręczył ją Jurkowi.

  – Naucz się tego na pamięć i  zajrzyj tu jeszcze.

“Homo sum, humani nihil a me alienum puto”, co znaczy… Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce. – przeczytał już za drzwiami.

  I tak się to zaczęło. Od tego dnia nieraz jeszcze pukał do drzwi starego profesora.

  Pomagał mu w zakupach, opowiadał pobieżnie o szkole i łapczywie wysłuchiwał, co profesor ma do powiedzenia. To było ciekawsze niż cała szkoła. A do tego łykał łacińskie aforyzmy.

   Dotąd pamięta: “Barba crescit, caput nescit”, co znaczy: Broda rośnie a głowa nie. Powiedział mu tak profesor, gdy zobaczył u niego zarost, jaki on co rano badał, czy już nie trzeba zacząć się golić. Wtedy już nawiedzał profesora systematycznie, jednak nie za często. Ot, kilka razy w miesiącu. Nie przesiadywał też za długo, bo dzwonek wywoływał go na lekcję. Musiał przebiec jeszcze schody i korytarz, by zdążyć do klasy. 

  Nie przebywał u profesora też za  długo, bo nie wypadało przeszkadzać. W dodatku źle znosił klaustrofobiczny wymiar pokoju.

  Najpierw wchodziło się wąskim korytarzykiem, niczym szyją, przez drzwi do nieco szerszego pokoju,  który był tu jakby głową. Tu panował półmrok, bo okno było małe i dość wysoko. Do tego okratowane, jak wszystkie okienka od szatni.

   Jurek czuł się tu nieswojo, lecz profesor tych ponurych okoliczności nie dostrzegał. On miał te swoje krzyżówki i stosy książek do ich rozwiązywania, więc chyba był w swym żywiole i nic mu nie było w stanie zawadzać. Spokój. Sielanka.  Mógł nawet nie słyszeć hałasów za drzwiami na przerwach.

    Natomiast Jurek, zamykając za sobą drzwi, nabierał potężny haust powietrza i oddychał głęboko, nawet, gdy  był już spóźniony na  lekcję.

   Chętnie uczył się łacińskich zdań, chętnie słuchał starego profesora, ale   czuł   lekki lęk w tym długim, wąskim pokoju, gdzie panował półmrok i rozmowy były krótkie, bo dzwonek je ucinał. Zza drzwi dolatywał hałas uczniów przebierających się w szatni. Gdy cichł, było źle, bo lekcja się zaczęła. Należało pędzić szybciej do klasy.

    Profesor opowiadał mu o kulturze starożytnej, mitologii i rzymskim prawie. Czasem  naprowadzał na rozwiązanie zadania z matematyki. Jurek  słuchał go uważnie. I zapamiętywał wszystko. Szczególnie, jak ważna jest znajomość wątków mitologii dla lepszego zrozumienia  literatury i malarstwa. Jaką rolę odegrało prawo rzymskie. Na czym polegała tamtejsza demokracja? Później odważył się pytać. Pytał coraz więcej.

  Wreszcie raz, gdy już po lekcjach miał więcej czasu, zapytał profesora, dlaczego mieszka tak niewygodnie. Profesor zaśmiał się i odpowiedział z przesadną wesołością:

  – Ależ mnie tu dobrze!

  Potem długo opowiadał, jak mieszkali starożytni Rzymianie, o atrium pośrodku domostwa, gdzie odpoczywali, o ucztach, jakie spożywali leżąc po trzech na łożu prostopadłym do stołu i podparci jedną ręką sięgali po wino i potrawy… Wreszcie na odchodnym powiedział mu nieswoim, drewnianym głosem:

  – Widzisz, ja nie umiem żyć. Ja właściwie nigdy naprawdę nie żyłem, tylko gromadziłem wiedzę. Nie rozumiem więc tego, co za ścianą.  Boję nieznanych mi praw życia. Ja za ścianą błądzę.

  Mówiąc “za ścianą” wskazywał ręką to, co za oknem i zataczał krąg szeroko, jakby bał się wszystkiego, całego świata.

  – A teraz idź już. Jutro przyjdź.

  Nazajutrz był onieśmielony, ale zaczął od razu, jakby recytował dobrze przemyślana lekcję.

  – Pewnie cię, Jerzy, wczoraj zaskoczyłem. Pomyślałeś: “Co za  ofiara losu z tego profesora”. No, nie jest tak źle. Ja tylko pozostałem w tyle za nowoczesnością. Nie zauważyłem, iż świat poleciał tak daleko do przodu. Zapomniałem że:

  – “Tempora mutantur et nos mutamur in illis.” – wyskandował rytmicznie z dumnie wzniesioną głową i dodał:

  – Taka recytacja to łaciński heksametr.  Tak się  nazywa, a to zdanie oznacza: Czasy się zmieniają i my się w nich zmieniamy.  –  Niestety ja zapomniałem się zmieniać.

  Jurek nie wiedział co powiedzieć. Chwilę siedzieli bez słów naprzeciw siebie przy stole, na jedynych, dwóch krzesłach, jakie tu były. Wreszcie profesor westchnął i cicho wyznał:

  – Co gorsza, zapominam już nie tylko tego. Powoli uciekają mi łacińskie cytaty, słowa, mądrości… Nawet nie jestem pewny, czy te cytaty łacińskie piszę poprawnie.

  Janusz już miał powiedzieć, że sprawdzi to w słowniku, ale w porę ugryzł się w język. Jeszcze tego brakowało, żeby poprawiał starego erudytę. A ten znów z westchnieniem podjął:

– A wiesz, dlaczego wszyscy tu w szkole pracują aż do śmierci? Czasem do emerytury? W innych szkołach podobnie.

Jurek pokręcił głową i czekał na wyjaśnienie.

 – Po prostu nauczyciel nie potrafi żyć poza szkołą. Tylko tu jest kimś ważnym pośród maluczkich. Tu jest najmądrzejszy. On ustala tu zasady. Jego się wszyscy, no, uczniowie, boją. A tylko wyjdzie poza mury szkoły gubi się w zasadach, które są  mu  obce. Tam zaraz sprzedawczyni w sklepie go zruga, że za wolno szuka drobnych, jakiś menel naciągnie go na ostatnią złotówkę. Dobrze, iż portfela nie wydrze.  Zamyślił się.

  – Pytasz, czemu tu mieszkam tak mało wygodnie? Nieraz mnie o to pytali. Tłumaczyli, jak to sobie załatwić. Zresztą, nie tylko to. Zawsze padało wtedy niczym zaklęcie otwierające  Sezam: “Trzeba dać komuś w łapę”.

  Tak, dopiero gdy chodziło o wyjaśnienie szczegółów tej strategii, nikt nie potrafił mu wyjaśnić: ile trzeba dać w tą łapę? Komu? Ani jak i gdzie? Tego nikt nie wiedział. A najczęściej mówił o tym biolog, i to z takim upodobaniem, że zaczęli go nazywać: “Dać w łapę”. Aż raz na radzie pedagogicznej, gdy skarżył się na złośliwość ucznia, ktoś rzucił: “Trzeba mu było dać w łapę” i na zdziwione spojrzenia dodał: “linijką”.

  Odtąd w pokoju nauczycielskim często się mówiło: “dać w łapę”, aby zamącić żartem, komu dać tak, a komu na odwrót, bo i ten i ten diabła wart. Dygnitarz na stołku i krnąbrny uczeń.

  Tylko biolog, ten “Dać w łapę”, skruszony przyznał, że on też tym sposobem nie potrafi nic załatwić. Brak mu odwagi i choćby odrobiny bezczelności. Tylko w szkole można się bez tego obyć.

  I ten biolog potem na emeryturze długo jeszcze przychodził do szkoły, bo – jak wyznał – nigdzie już mu tak dobrze nie było. Nawet nie chodziło o ciche spotkania w pracowni, gdzie chemik wyrabiał najróżniejsze napoje i spotkania stawały się coraz głośniejsze. A tak wesołe, że czasem nie słyszeli dzwonka i spóźniali się na lekcje. To też decydowało, ale biolog, “Dać w łapę”, sam mówił, że nigdzie indziej nie czuł się tak pewnie, jak wśród uczniów, których lubił trochę prześladować, aby się bali i więcej uczyli. Gdzie inni mogli go tak słuchać? Tak się go  bać? Tylko ci maluczcy w szkole.

  Profesor urwał, jakby ocknął się, że powiedział  za wiele. A mówił jakby o koledze od biologii, a właściwie o sobie. Mieli podobny los.

  Jurek słuchał tego zadziwiony. Coś podobnego nie przyszło mu jeszcze do głowy. Na razie nauczycieli się wszyscy bali i kombinowali, jak ich przechytrzyć. Jeden miał zwyczaj pytać z dziennika po kolei, drugi na przemian, parzystych i nieparzystych. Niezagrożeni, że ich wyrwie, mogli się na ten dzień nie uczyć. Inny – znów chaotycznie, zależnie od humoru i taki był najgorszy, a póki nie przepytał wszystkich, można było się obijać. To były jakieś reguły. Można je było wychwycić i jakoś sobie  lawirować. Tylko, kto by przypuszczał, że nauczyciele tak boją się świata za murami szkoły.

  Odezwał się kolejny dzwonek. Było już po lekcjach. Nie spieszył się, ale należało profesora pożegnać.

  Nie patrzyli sobie w oczy na pożegnanie, trochę zażenowani szczerością starego człowieka.

  – To przyjdź tu jeszcze!- usłyszał za sobą, gdy z rozwiązaniem krzyżówki w kopercie mijał wąski przedpokoik.

  Przychodził. Pożyczał książki. Przynosił. Słuchał. Wysyłał listy z rozwiązaniami krzyżówek. Koledzy go nie wypytywali. Łacina ich nie  pociagała.

A profesor coraz bardziej się garbił i szurał nogami. Już mało wychodził ze szkoły. Jurek robił mu trochę zakupów, resztę przynosił woźny.

  Wąski, mroczny pokój i krótkie przerwy  z długim dzwonkiem na końcu – to najbardziej utkwiło  Jurkowi w głowie.

  Zdał maturę, pożegnał profesora, dalej go czasem odwiedzał, gdy przyjeżdżał po zdanych egzaminach, studiując na politechnice. Potem już rzadziej. Zapominał łacińskie zdania. Zaraz, jak to było: Tempora mutantur… dalej nie pamiętał. Wszystko się oddalało.

  Krystyna Habrat

Reklama

3 KOMENTARZE

  1. Sentymentalny człowiek, sentymentalne wspomnienia. Zastanawiam się, czy są teraz nauczyciele, tak bardzo związani z zawodem ? Inne czasy, inne obyczaje, inna młodzież. To i nauczyciel inny.
    Z przyjemnością przeczytałam to opowiadanie 🙂

  2. Dziękuję Aniu. To historia wzięta z życia. Z dawnych lat. Obecnie być może lęki przed światem zewnętrznym zniwelowane, ale przybyły te wewnętrzne, żeby uczeń nie zechciał się mścić za dwóję i nie wyśmiał w internecie.

  3. Dziękuję Aniu. To historia wzięta z życia. Z dawnych lat. Obecnie być może lęk przed światem zewnętrznym zniwelowany, ale przybyły te wewnętrzne, żeby uczeń nie zechciał się mścić za dwóję i nie wyśmiał w internecie. Żeby w ogóle chciał się uczyć… Żeby usłuchał…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko