Jan Adam Borzęcki – Rozmowy o milczeniu

1
634

To stało się w tak banalny sposób, że aż wierzyć się nie chce, aby tak ważne wydarzenie mogło mieć tak prozaiczne tło. Znudzeni codziennością oczekujemy, że to nowe „coś” będzie mieć jakąś specjalną oprawę, dzięki której skutecznie zakotwiczy się w pamięci ukazując się na pierwsze wezwanie; że będzie to efektowny, kolorowy fajerwerk, a nie krzesanie mizernej iskry nie dającej nadziei na coś więcej. Ale tak zdarza się raczej rzadko bo zazwyczaj to co ważne wyłania się z tła szarej, prozaicznej codzienności.

To był dzień całkiem zwyczajny i nie zapowiadający niczego szczególnego. Zdarzyło się, że wsiadając do samochodu przytrzasnąłem sobie dłoń, a gwałtowny ból wymusił siarczyste przekleństwo. Oczywiście zakląłem w duchu, bo jako niemowa inaczej nie mogłem. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo po chwili skonstatowałem, że z moich ust jednak wydobył się jakiś dźwięk. Zakląłem więc raz jeszcze i znowu coś ze mnie wyszło. Oszołomiony zacząłem coś tam powtarzać i chociaż to co się ze mnie wydobywało przypominało raczej bulgotanie, przecież był to pierwszy dźwięk po dwóch latach całkowitej bezdźwięczności. Chyba trudno dziwić się  mojemu entuzjazmowi i temu, że na fali nagłego optymizmu ten niezrozumiały bełkot uznałem za mowę. Ponieważ zaczęło się od przekleństwa, siedząc w samochodzie powtarzałem je setki razy, aż za którymś podejściem wydawało mi się, że zabrzmiało dość czytelnie. Potem próbowałem powtarzać inne proste słowa: mama, tata, daj, mój, twój, weź, a kiedy uznawałem, że udało mi się powiedzieć coś w miarę wyraźnie, poddawałem się euforii i zaczynałem święcie wierzyć w powrót językowej sprawności. Może nie od razu, pewnie wymagać to będzie wielu ćwiczeń, a może nawet pomocy logopedy, ale pojawiła się nadzieja na odzyskanie możliwości językowej komunikacji. Zastanawiając się do kogo zaadresuję moje pierwsze słowa, doszedłem do wniosku, że najbardziej zasługuje na nie Anna. Wyobrażałem sobie jej zdziwienie, kiedy usiądę obok i niespodziewanie powiem, że jest najpiękniejszą i jedyną kobietą, którą bardzo kocham i bez której nie wyobrażam sobie życia. Wydawało mi się naturalne, że te ważne słowa skieruję do kogoś, dzięki komu świat nie odwrócił mi się do góry nogami. Oczami wyobraźni widziałem jej zaiskrzone radością oczy, a potem dobrą, pojemną ciszę. Znowu będzie tak, jak bywało wiele razy, kiedy nie musieliśmy szukać słów opisujących zasycenie zmysłów i wypełnienie dobrym spokojem. Pamiętam jej milczącą radość kiedy po desperackiej, samobójczej próbie przebudziła się z długiego snu i zobaczyła mnie siedzącego przy łóżku. W jej oczach było coś, co wytarło z mojej pamięci wszelkie przykrości i upewniło, że nasze wspólne życie nie jest przypadkiem. W tym momencie pozbyłem się wszelkich wątpliwości i dotarło do mnie, że w moim dorosłym życiu jedynie decyzja o spędzeniu go z Anną była bezdyskusyjnie pozytywna. Przestałem dziwić się mojej amnezji skazującej na niebyt wcześniejsze miłości, żałować niedoszłych romansów i wstydzić się nieopatrznie wypowiedzianych przykrości. Ta chwila przy łóżku  była momentem powrotu dobrej pamięci, okazją do zrobienia bodaj najbardziej obiektywnego, jednoznacznego uczuciowego bilansu, którego nigdy nie musiałem powtarzać.

Nadzieja na odzyskanie mowy sprawiła też, że zacząłem planować przyszłość. Rozważałem nawet powrót do pracy, chociaż natychmiast pojawiły się wątpliwości. Zbyt przywykłem do spokoju aby znowu pakować się do tej ogłupiającej karuzeli żalów, pretensji, mentorstwa i pouczeń. Diabli wezmą ten święty spokój, pierzchnie poczucie bezpieczeństwa bez bojaźni o jutro, a świat znowu pokaże na co go stać. Bo jeśli kiedyś nie wyobrażałem sobie życia bez pracy, a przejście emeryturę zamierzałem odwlekać ile tylko się da, po dłuższej przerwie tak zasmakowałem w fizycznej i psychicznej swobodzie, że uznałem ją za konieczny, ale dobry wybór. I chociaż na początku brakowało mi tego codziennego rejwachu i gubiłem się nie wiedząc co zrobić z nadmiarem wolnego czasu, rychło nauczyłem się go organizować. Najprzyjemniejsze było życie bez dopingu – niespieszne, pozwalające na oddawanie się przyjemnościom i zainteresowaniom, spacery po Starówce, a nawet krótkie drzemki na ławeczce nad brzegiem Wisły. Utwierdziły mnie w tym odwiedziny w kancelarii, w której wytrzymywałem zaledwie kwadrans, góra dwa bo wystarczył widok zdenerwowanych twarzy, gwałtownych gestów i tej konwulsyjnej mimiki, a już zaczynałem trząść się od środka i coś we mnie pochmurniało. Dziwne było, że po niemal czterdziestoletniej praktyce prawniczej poczułem narastający dystans do prawa i spraw z jego okolic. Co prawda wcześniej także zdarzyło mi się mieć wątpliwości  czy poświęcenie się prawu było najlepszym pomysłem na życie, ale po analizie dochodziłem do wniosku, że jednak wybrałem nie najgorzej. W młodości chciałem być podróżnikiem, archeologiem,  aktorem lub poetą, ale nie zrobiłem nic, aby marzenia zrealizować.  Wybór studiów prawniczych był resztą najzupełniej przypadkowy, a głównym argumentem fakt, że zdecydował się na nie najbliższy kolega. Ale nigdy tego nie żałowałem bo dzięki nim zdobyłem zawód dający spory margines swobody, cieszący się społecznym autorytetem i pozwalający dostatnio żyć.

Zdarzenie dające nadzieję na powrót mowy zapamiętałem jednak z zupełnie innego powodu. To może wydać się dziwne, ale właśnie wtedy pojawiły się wątpliwości czy w świetle nowych doświadczeń językowy renesans istotnie uczyni mnie szczęśliwszym i nie zburzy mojego już dobrze umeblowanego, intymnego spokoju? Czy ponowne napełnienie uszu dźwiękami nie wprowadzi chaosu, nie rozwodni myśli, nie przyda wątpliwości i czy znowu i nie przepadnę w natłoku spraw nie wartych zainteresowania. Wbrew pozorom odpowiedź nie była  oczywista, bo po okresie ciszy i uładzenia się ze sobą powrót do gwaru i językowego rozprężenia nie wydawał się zbyt  atrakcyjny. Tym bardziej, że nie były to rozterki nowe bo pytanie o rolę języka w międzyludzkiej komunikacji zadawałem sobie dużo wcześniej. Tyle tylko, że wtedy była to czysta teoria, a dziś wiedziałem już o czym (nie)mówię, znałem konsekwencje, mogłem wyprowadzać stanowcze wnioski i głębiej zrozumieć znane, zbanalizowane powiedzenie o złotym milczeniu i srebrnej mowie. Tak naprawdę dopiero wypadek i jego konsekwencje pozwoliły na zrozumienie prawd, które wcześniej wydawały się banalne. Kiedy więc uświadomiłem sobie, że za jeden, dwa dni, miesiąc, a może nawet rok znowu przyłączę się do chóru pustosłowia; że i ze mnie wylewać się będzie potok słów nad którymi nie zapanuję, poczułem dyskomfort i zacząłem wątpić.

Trudno o dokładne określenie momentu, w którym zrozumiałem szkodliwość nadmiaru słów, ale niewątpliwie przyszedł za późno. Własnym przykładem potwierdziłem gorzką prawdę autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego: „Wiele rzeczy zaczynamy rozumieć późno, jeszcze więcej – bardzo późno, najwięcej zbyt późno”. Zbytnia pewność siebie sprawiła, że w przeszłości wpadłem w retoryczny wilczy dół zbyt długo utwierdzając się w przekonaniu, że panuję nad słowami, mówię jedynie to, co chcę powiedzieć i w miarę ostro oddaję sens tego, co mam do przekazania. Ale kiedy wreszcie dotarło do mnie, że uległem manierze wielosłowia, było już za późno. Zbyt późno zrozumiałem, że rozliczenia między mową, a milczeniem są sprawą zbyt skomplikowaną aby zwekslować ją jedynie myślowym wtrętem. Tym bardziej, że skoro w stosunkach międzyludzkich porozumiewamy się niemal wyłącznie słowami, warto zastanowić się jak, o czym i z kim dzielimy się nimi, ile w nich prawdy o nas samych oraz szacunku do adresata. Problem tym ważniejszy, że oprócz słów pozytywnych język umożliwia przekazywanie słownego jadu, artykulację emocji poniżających, upodlających, gwałtownych, a nawet okrutnych i trudnych do zapomnienia; słów lejących się spontanicznie, ale też tych wypowiadanych z premedytacją, dobieranych starannie, a czasem wręcz pedantycznie w intencji najgłębszego zranienia, pozbawienia złudzeń i poczucia wartości; słów nieprawdziwych, rozścielanych jak miękkie materace i tych twardych, potwierdzonych zimnym, odpychającym wzrokiem, wymijających, bałamutnych, rzucanych jak ochłap lub wypowiadanych z wdziękiem znamionującym codzienną dyplomację; słów tanich, bo będących jedynie jałmużną rzuconą dla podniesienia mniemania o sobie. Ale także celnie rzuconym kamieniem. Coraz częściej dochodziłem do przekonania, że nieodpowiedzialna mowa jest pułapką w którą wpadamy nie zdając sobie z tego sprawy, ciężkim grzechem z którego rozgrzeszamy się zbyt łatwo i bez pokuty. Człowiek świadomy powinien wiedzieć, że dla innych jest tym, co przekazuje słowami, a nawet pozytywne czyny nie są w stanie zniwelować niefortunnych, nierozważnych, a czasem zwyczajnie głupich słów. Ma rację stary aforyzm mówiący, że gdyby ludzie myśleli o tym, co mówią, to nie mówiliby tego, co myślą. Najistotniejszym elementem tej maratońskiej edukacji jest zrozumienie, że rozmowa nie polega tylko na mówieniu, ale też na słuchaniu i milczeniu.  Zdając sobie sprawę z retorycznej ułomności  podejmowałem próby utemperowania  oratorskich zapędów, ale bez widocznych rezultatów. Przede wszystkim brakowało mi konsekwencji, bo jeśli nawet raz i drugi udało mi się zasznurować usta, przy kolejnej okazji odbijałem to sobie z naddatkiem. Decydujący był wniosek, że przyczyną większości moich życiowych niepowodzeń były słowa nierozważne, nieprzemyślane, wypowiadane w gniewie lub w miłosnym transie. Albo te rzucane mimochodem, pozornie niewinne i bez większej dawki jadu ale skutkujące czyjąś głęboką raną. Zbyt długo nie zdawałem sobie sprawy, że słowa odrywają się od mówiącego podlegając subiektywnej interpretacji słuchacza. Pół biedy jeśli to tylko banały. Ale jeśli na listę grzechów wpisze się przysięgi i obietnice, których dochowanie wykluczamy już w momencie ich składania, komplementy i bałamutne wyznania miłości, tanie rady i banalne współczucia, niekamuflowaną nienawiść, złośliwą kpinę i pogardę, obiektywnie sporządzony bilans naszego mówionego języka wykaże gigantyczne manko. Tym bardziej, jeśli po stronie „winien” dopisze się słowa, które się powinno było powiedzie, ale których nie powiedziało się przez świadome bądź lekkomyślne zaniechanie.

Potrzebę milczenia zacząłem odczuwać, kiedy zauważyłem, że przestaję panować nad słowami, a mówienie zdominowało mnie tak bardzo, że stało się innym, autonomicznym ja. Coraz częściej konstatowałem, że odzywałem się niejako wbrew sobie, że wystarczy widok potencjalnego słuchacza, abym zaczynał monolog delektując się własnymi słowami, cyzelując zdania i dbając nie tyle o merytoryczny przekaz, co o efektowność stylu. Nauczyłem się oratorskich sztuczek ze stopniowaniem napięcia, zawieszaniem głosu, meandrowaniem między wątkami, przerysowaniem  lub niedopowiedzeniem; wymyślałem fantazyjne metafory. I chociaż dostrzegałem własne kabotyństwo zazwyczaj nie umiałem się powstrzymać brnąc w jałowe wielosłowie. Refleksja przychodziła za późno skutkując moralnym kacem. Jeśli bowiem w przypadku człowieka młodego popełniane błędy uznać można za przejaw braku życiowego doświadczenia i fermentacji ambicji, u dojrzałego świadczy raczej o intelektualnej ignorancji. Tłumaczyłem się profesją, w której takie aktorstwo jawi się jako zaleta, ale niepokoiła nieumiejętność wyjścia z roli poza niezbędną potrzebę, skutkiem czego w wymiarze werbalnym chodziłem w todze nawet wtedy, kiedy ją zdejmowałem. W końcu doszedłem do wniosku, że jeśli nie potrafię skorygować błędów najlepiej byłoby całkowicie odciąć się milczeniem. Przede wszystkim dlatego, że od dawna mam wrażenie, iż nie mam już nic do powiedzenia, że przez sześćdziesiąt lat używania języka powiedziałem już wszystko, użyłem wszystkich znanych mi słów, cytatów, przekleństw i złośliwości; niezliczoną ilość razy opowiedziałem swój życiorys – zresztą za każdym razem na tyle inaczej, że sam się już pogubiłem i nie wiem, która wersja jest prawdziwa – zelżyłem i pochwaliłem wielu bliźnich, wymyśliłem tysiące kłamstw i setki razy udawałem kogoś innego. Więc mimo pochwał moich oratorskich talentów komplementy przestały cieszyć, a czasem wręcz przygnębiały. Zdawałem sobie sprawę, że u ludzi dających się oszukać ładnymi, okrągłymi słowami zyskam poklask, ale dla tych, na których opinii mi zależy, pozostanę śmieszny i banalny. Zapomniałem o przesłaniu z przestrogi: „Nie pozwól by usta były szybsze od rozumu” i starej mądrości, że ludzie uczą się mówić wcześnie, ale milczeć za późno.

* * *

Redukcja aktywności językowej sprawiła, że stałem się spokojniejszy, przybyło refleksji. Zupełnie innej od tej codziennej, konwulsyjnej fragmentaryczności, myślowej szarpaniny, która skłonna jest do wyciągania wniosków przed wysłuchaniem argumentów; tego skubania problemu, zamiast skupienia się nad jego sednem, próby ułożenia niepasujących do siebie puzzli i spojrzenia na problem z dystansu. Dopiero teraz uświadomiłem sobie poziom mojej językowej ignorancji, a przede wszystkim brak umiejętności przewidywania skutków wypowiadanych słów oraz trudność okiełznania języka będącego efektem nieuporządkowanego myślowego żywiołu. Procesu szczególnie intensywnego w okresie intelektualnego dojrzewania z jego żywiołową ciekawością świata i impulsywną gotowością uczestniczenia w niemal każdej rewolucji. Jednak z czasem żywioł przekształca się przechodząc w stan emocjonalnego stonowania oraz wyciągania wniosków. Wszak człowiek  życiowo doświadczony powinien mieć w sobie coś ze stoika, winien nie dawać się prowokować, reagować powściągliwie i z namysłem, być cierpliwym i wrażliwym, a stosunek do  bliźnich umieć wyrażać czytelnie i bez podtekstów. Powinien mieć w sobie mechanizm spowalniający wszelką gwałtowność, niwelujący pychę, ambicję i egoizm. Powinien wygłuszyć w sobie samcze instynkty z ambicją bycia pierwszym kochankiem, wrzucić banały o tym, że dla potwierdzenia swojej męskości trzeba wybudować dom, spłodzić syna, posadzić drzewo, a także sprawdzić się jako dawca orgazmów, wiecznie fascynujący partner, któremu jeśli nawet w godzinie szczerości żona powie, że zmarnował jej życie, zareaguje wyrozumiałym spojrzeniem i pogłaskaniem jej po głowie. A jeśli zostanie zdradzony, powinien umieć wybaczyć, rozumiejąc, że to i tak jeden z mniejszych grzechów jakie popełnia wobec siebie dwoje bliskich ludzi. Bo  sto razy cięższym grzechem jest głęboka obojętność przejawiająca się ignorancją wzajemnej obecności oraz wytłumieniem wrażliwości na słowa i gesty. Obraźliwy, podmiotowy daltonizm wyłączający kolor i sprowadzający osobę do szarej plamy, czujna głuchota wygłuszająca słowa, ale wiedząca kiedy wykonać potakujący ruch. Nie raz zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że nie mając pojęcia o czym Anna mówi potrafiłem udawać głęboko zasłuchanego i tak skutecznie zestrajać mimikę z gestem, że zazwyczaj nie zauważała, iż myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Musiałem sprawiać wrażenie mocno zaangażowanego, skoro kontynuowała długi monolog, a nawet zadawała pytania, zadawalając się moim machinalnym skinieniem głowy. Czasem usprawiedliwiałem się, że prawdopodobnie oszukujemy się wzajemnie – ona udając, że nie widzi mojego rozkojarzenia, a ja, że jej słucham. Bo przecież mnie także zdarzało się przyłapać ją na pozornym słuchaniu, a jednak kontynuować perorę. Może więc ta szczególna bliskość polega na akceptacji mówionych przez kogoś słów, nawet jeśli się ich nie słyszy? I na zaufaniu, że to nie może być złe słowo i gest? Nawet w przypadku okresowej rozbieżności w poglądach na życie.

Nie raz stawiałem sobie pytanie, jak przez trzydzieści wspólnych lat mogło mi się wydawać, że mimo wszystkich dobrych i złych doświadczeń jesteśmy jednością, a ewentualne różnice dotyczą jedynie spraw marginalnych. I trzeba było tak długiego czasu aby wreszcie dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy nie byliśmy jednością, a nasze poglądy wynikały z kompromisów, dobrej woli i domowej dyplomacji.  A może miłości, po które to pojęcie w pewnym wieku sięga się coraz rzadziej?

Bilansując  życie z przykrością muszę przyznać, że to głównie ja sypałem piasek w naszą małżeńską maszynerię. Głównie przez gwałtowność i nieumiejętność pohamowania złości, co sprawiało, że przy byle okazji w sposób niekontrolowany dawałem upust złym emocjom. Kiedy chwilę potem dochodziłem do siebie, trudno mi było uwierzyć, że mogłem wyhodować w sobie stado potworów, które wypuszczone na zewnątrz potrafiło w jednej chwili stratować to, na co pracowałem latami. Do dziś nie umiem rozszyfrować tej psychologicznej zagadki i nie mogę znaleźć wytłumaczenia, dlaczego w jednych sytuacjach umiałem w porę ugryźć się w język, a kiedy dochodziło do małżeńskiej scysji, ogarniała mnie jakaś gorączka i wygarniałem z siebie to, co najgorsze z intencją maksymalnego upokorzenia. I chociaż szybko tego żałowałem i przepraszając starałem się zatrzeć złe wrażenie, moja słowna brutalność zostawiała zbyt głębokie rany, aby mogły się szybko zabliźnić. Przez jakiś czas Anna zawstydzała mnie swą powściągliwością, ale rychło przyswoiła sobie moją manierę i nie pozostawała dłużna. A potem przez jakiś czas byliśmy wobec siebie nieufni, staraliśmy się schodzić sobie z drogi, a nawet na siebie nie patrzeć. I chociaż dość szybko wszystko wracało do normy, pozostawał w nas jakiś odruch niechęci, czujna podejrzliwość; zanikała spontaniczność i szczerość, sprowadzając nas do roli uczestników jakiejś gry z uważnym oczekiwaniem na kolejny ruch partnera. I chociaż oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że ten rów dałoby się łatwo zasypać, żadne z nas nie zrobiło nic, aby choćby go spłycić.  I stało się, że na pewnym etapie nasz związek zaczął przypominać matematyczny pusty zbiór i gdyby nie mój wypadek, wielce prawdopodobne, że dziś bylibyśmy już po rozwodzie. Nie wiem co byłoby potem, bo chociaż nasze małżeństwo zjeżdżało po równi pochyłej, przecież panicznie bałem się rozstania. Mimo wszystko łączyło nas zbyt wiele aby wyobrazić sobie życie osobno. Więc chociaż tyle razy poddawaliśmy się skrajnym emocjom i ogłaszaliśmy definitywny koniec, mimo wszystko wciąż jesteśmy razem.

Może to wydać się dziwne, ale mój wypadek i jego następstwa jakby reaktywowały nasze małżeństwo i stały się argumentem potwierdzającym sens naszej wspólnoty. Wróciła życzliwość, cierpliwość i dawno zapomniana serdeczność. Obudziła się w nas potrzeba wzajemnej obecności, pewność podwójnej racji, będącej jednak wspólną racją, a nasz kolejny dramat jakby odrdzewił skorodowaną konstrukcję naszego związku. Zupełnie jakby ten przypadek przekonał nas, że tak być powinno i inaczej być nie może, a my wreszcie doszliśmy do dojrzałej, rozsądnej mądrości. I wtedy przypomniały mi się słowa mojej babki cytującej stare powiedzenie, że małżeństwo jest jak żelazo – jedno i drugie haruje się w gorącu i w wodzie.

– W rodzinie musi być trochę dobrego i trochę złego, bo takie jest życie. Jak w lecie nie pamięta się o zimie to się w porę domu nie ogaci, nie zadba o opał i ciepłe ubranie, a potem się marznie. A znowu jak jest za długo ziąb, to człowiek przestaje wierzyć, że kiedyś będzie ciepło i zaczyna go szukać gdzie indziej. Dlatego małżeństwo powinno zaznać i głodu, i dostatku, radości i żałoby. Ale gorszy jest ciągły dostatek, bo wtedy już nie wiadomo czego jeszcze by się chciało. Bo jak kiedyś gadali: „jak komuś dostatek w głowie przewraca, to mu się rozum dupą odwraca…”.

Nabrało więc sensu to, co kiedyś wydawało się jedynie nudną, banalną moralistyką. Taką, jaką dziś nasze mądrości wydają się naszym dzieciom i wnukom mającym, tak jak my w ich wieku, skłonność do wyważania otwartych drzwi. Nieco to przygnębiające, ale tylko pozornie, bo właśnie to ciągłe odkrywanie starych prawd w nowych odsłonach jest warunkiem postępu. Może nasze utyskiwanie na racje dziadków, rodziców, a teraz na nasze własne nie jest jednak tak do końca jałowe? Może w życiu mniej trzeba widzieć, a więcej słyszeć? Podobno gdy człowiek umiera, pierwszym zmysłem, który traci jest wzrok, a ostatnim słuch.

Może więc ta ostatnia prawda trafia do nas tą właśnie drogą?

* * *

Pamiętam wiele życiowych niepowodzeń, których powodem była językowa nieodpowiedzialność, a manko pogłębia fakt, że wielu z nich nie dało się naprawić. Lista tych moich mało chwalebnych oratorskich dokonań byłaby długa i zapewne niedokładna, ale są takie, które stały się granicą życiowych rozdziałów.

Jedną z najbardziej bolesnych była pewna rozmowa z ojcem, która na długo podminowała nasze relacje i po której chyba nigdy nie było już tak jak przedtem. I która, mimo upływu czasu, coraz bardziej obciąża moje sumienie.

Miałem wtedy dwadzieścia lat, byłem świeżym studentem i wydawało mi się, że o życiu wiem niemal wszystko. Nie będę się z tego tłumaczył, bo w pewnym wieku wszyscy przechodzili mniej więcej to samo, więc mechanizm ten uznać należy za pokoleniowe perpetuum mobile. W moim przypadku zawrót głowy spowodowany był nagłym intelektualnym odbiciem od tradycyjnych wiejskich realiów, w których nowoczesność przebijała się powoli i opornie. I chociaż za sprawą edukacji, oświaty, mediów i ułatwień komunikacyjnych współczesność zmieniała zastane układy, przecież długo jeszcze najważniejszym drogowskazem pozostawała przysłowiowa chłopska mądrość wspomagana padającą z ambony nauką. Patrząc z czasowej perspektywy zastanawiam się dlaczego jej nie uległem i skąd wzięło się u mnie to intelektualne zaprzaństwo, zapalczywa polemika z ustalonymi regułami i ostentacyjny krytycyzm, który na pewnym etapie wręcz wykluczył mnie ze społeczności, pozbawił jej życzliwości i oddalił na tyle skutecznie, że później nie mogłem się w niej odnaleźć. Skąd religijny bunt, który choć długo nieujawniany, najpierw doprowadził do sceptycyzmu, a potem apostazji? Skąd ta nieufność wobec kulturowych recept na życie, które powinienem był przyswoić sobie prawem naturalnej osmozy? Problem tym trudniejszy, że raczej nie wyniosłem tego z domu, bo ten niewiele różnił się od innych. Prawdopodobnie wdałem się w matkę, z jej ciekawością świata, pasją czytania i rodzajem duchowości także niezbyt przystającej do wiejskich realiów. Pewnie dlatego nasze relacje były szczególnie bliskie, a jej przedwczesne odejście głęboko mnie osamotniło. Brakowało rozmów, w których z czasem zmieniały się proporcje dialogu, ale które pozostawały równie ważne. Najpierw to ona wprowadzała mnie w świat, z czasem jej monolog przekształcił się w dialog, a potem głos matki stawał się coraz rzadszy. Kiedy pytałem, dlaczego milczy, odpowiadała, że przyszedł czas kiedy lepiej od niej rozumiem świat i że teraz to ona będzie się go uczyć ode mnie.

– Bo widzisz, każde pokolenie ma swój własny świat, który ogląda i rozumie według swoich możliwości. Mój świat jest mniejszy, a ty dziś widzisz dalej i więcej. Wiedz też, że twoje dzieci będą wiedzieć jeszcze więcej i pamiętaj, aby nigdy nie lekceważyć tego co mówią. Tłumacz im to, czego zrozumieć nie potrafią, a potem słuchaj…

Tak mówiła moja mądra matka, która nie kończyła żadnych szkół i jako posługująca zakonnicom sierota nauczyła się czytać. A potem już nie umiała przestać, skutkiem czego moje dzieciństwo, młodość i dorosłość pełne są książek.

Stosunki z ojcem układały się na poziomie tradycyjnych rodzinnych relacji ze stonowanymi emocjami, oszczędnymi formami ojcowskiej pieszczoty, surową łagodnością oraz wzmożoną odpowiedzialnością za rodzinę. W sferze duchowej nie wystawał poza wiejską przeciętność. Nie miałem okazji sprawdzić sprawności jego pisania, ale po autografach składanych pod urzędowymi pismami poznać można daleko idącą nieporadność. Podobnie było z czytaniem, bo chociaż idąc do kościoła zabierał książeczkę do nabożeństwa, nigdy nie widziałem, aby z niej korzystał. Czasem wyciągał ją z kieszeni, otwierał, ale nigdy nie szukał jej oczami. Zupełnie jakby wystarczyła pewność, że ją ma. Może dlatego, że w pracy na roli pisanie i czytanie nie były mu potrzebne. Należał do ostatniego pokolenia chłopów, które z całym dobrodziejstwem i obciążeniem tego statusu wierzyło w świętość ziemi i czuło się kapłanami misterium natury, chociaż raczej bywało jej wyrobnikami. Był życzliwy ludziom, zwierzętom i roślinom, ale była to życzliwość w granicach rozsądku podbudowanego instynktem samozachowawczym i wiekowym doświadczeniem. Jego działania cechowała stateczność i głęboka racjonalność. Chociaż uznawał się za człowieka wierzącego, był wyznawcą empirii i jakoś nie wydawał się zbytnio wierzyć w boską omnipotencję. W każdym razie nie słyszałem, aby kiedykolwiek pokładał w niej nadzieję lub prosił o łaskawe potraktowanie. Wyznawał zasadę, że najlepiej liczyć na samego siebie i przekazał ją mnie. Ale to nie ojciec nauczył mnie nonkonformizmu, bo nie tylko podzielał wiejski system wartości, lecz był wręcz jego opoką. A już z pewnością nigdy nie przyszłoby mu do głowy wyłamywać się z wiejskiej mentalności, w której tkwił od urodzenia i uznawał za jedynie słuszną. Nie mogę przypomnieć sobie sytuacji, aby sprzeciwił się wiejskim prawom lub z nimi polemizował. Owszem, czasem wpadał we wściekłość widząc kogoś nad miarę pastwiącego się nad zwierzęciem, ale i ta reakcja mieściła się w niepisanym paragrafie zakazującym niepotrzebnego okrucieństwa.

Idąc drogą eliminacji zmuszony więc jestem wykreślić ojca z listy podmiotów skłaniających do umysłowego fermentu. Przede wszystkim dlatego, że przyszłość w niemal każdym aspekcie uznawał za zagrożenie, a wszelka zmiana wywoływała w nim odruch niechęci. Łatwo to zrozumieć, biorąc pod uwagę przedwojenną biedę, okupacyjną niepewność, a potem wiejską wersję peerelowskich realiów z presją kolektywizacji oraz innym zestawem absurdów, które ojciec przyjmował spokojnie przekonany, że tak widocznie być musi, a szary człowiek jest jedynie korkiem pływającym po wzburzonej wodzie historii. Może dlatego nigdy nie słyszałem, aby w jakikolwiek sposób odnosił się do spraw politycznych, polemizował z władzą lub ją chwalił, a pytany odpowiadał, że on wie co to znaczy płodozmian, kiedy zasiać i zebrać, jak podczas orki ułoży się skiba, kiedy i jak wyklepać kosę, a wszystkie inne sprawy zostawia tym, co się na tym znają. A chyba się znają, skoro się za to wzięli, bo przecież gdyby on nie znał się na pracy na roli zostałby szewcem lub parobkiem. Chociaż biorąc pod uwagę wyboistość ludzkiej drogi, wychodzi na to, że często za rządzenie biorą się tacy, co powinni chodzić za pługiem albo robić w ślusarskim warsztacie.

Mój emocjonalny stosunek do ojca mógłbym podzielić na trzy etapy. Był więc czas kiedy wydawał mi się herosem, kimś, dla kogo nie ma rzeczy niemożliwych, najmądrzejszym z mądrych, najsilniejszym z silnych i najtwardszym z twardych. Był opoką, zapobiegliwym opiekunem, a czasem surowym sędzią, od wyroków którego nie było apelacji bo ich egzekucja była natychmiastowa, ale bez szczególnego okrucieństwa. Bo chociaż przystępując do wymierzenia kary zapowiadał istne tortury, pasek zaledwie muskał pośladek. A kiedy czuł niesprawiedliwość werdyktu, stawał się  miękki, skory do pogłaskania, pochwały, a czasem nawet proponował, że zabierze na furmankę i pozwoli powozić, co było wyróżnieniem szczególnym, bo ojciec uznawał się za jedynego godnego dzierżyciela lejców i bata.

 Z czasem ojcowski autorytet zaczął słabnąć, a on sam okazywał się być zwyczajnym człowiekiem, u którego co prawda zalety wciąż jeszcze przeważały nad wadami, ale nie na tyle, aby stawiać go na piedestał. Kochałem go, starałem się oceniać sprawiedliwie, uczyłem się od niego uczciwości i życzliwości, ale raziła jego zaściankowość i brak zainteresowania wszystkim, co go bezpośrednio nie dotyczyło. Nagle zdałem sobie sprawę z ograniczoności jego świata, który właśnie mnie zafascynował, oszołomił i pomniejszył. Nagle odkryłem, że jestem maleńkim elementem wielkości, pionkiem przesuwanym po kosmosie przez kogoś, kogo wtedy nazywałem Bogiem. Chcąc nadrobić zaległości, rzuciłem się na książki i gazety, wertowałem atlasy i encyklopedię, a patrząc w nocne niebo szukałem odpowiedzi w gwiazdach. Dzięki telewizji świat zaczął mieć konkretną postać monochromatycznego obrazu, który co prawda trzeba było uzupełniać kolorem wyobraźni, ale miało to swoje dobre strony. To było na tyle mocne zawirowanie, że przez czas jakiś miałem wrażenie, iż nasza wieś, powiat, województwo i kraj są jedynie jakimś zakurzonym, pełnym pajęczyn kątem świata, który nie nadąża za ruchem globu, lada moment straci kontakt z resztą, oddzieli się i będzie egzystował wedle czasu idącego do tyłu. To było zachłyśnięcie się na tyle mocne, że musiało wywołać czkawkę.

 Więc trudno się dziwić, że w stanie intelektualnego fermentu w pewnym momencie mnie i ojcu zabrakło tematów do rozmowy. On ciągle tkwił pod uznawanym za centrum wsi kamiennym krzyżem, który dla niego był centralnym punktem wszechświata, a ja właśnie oglądałem świat z rakiety usiłując zrozumieć go globalnie i w szczegółach. On nie pojmował powodów mojej chciwości wiedzy, a ja nie rozumiałem jego intelektualnej statyki. On nie rozumiał dlaczego ludzi ciągnie na Księżyc, a ja, że można całe życie przemieszkać w jednej wsi, przegadać o polu, koniach i bydle. On nie mógł pojąć, dlaczego ludzie chcą wiedzieć więcej, niż im potrzeba, a ja  właśnie nurkowałem na dno Rowu Mariańskiego, wspinałem się na szczyty Himalajów i sposobiłem się do lotu na inne planety. Od całkowitego rozdźwięku uratowała nas miłość. O byciu ojcem i mężem nie zapominał chyba nigdy, dzięki czemu nie doświadczyłem głodu, zimna ani emocjonalnego oddalenia. Z czasem zaakceptowałem jego sposób myślenia, w którym jedyną abstrakcją pozostawał Bóg traktowany jako żyjąca w chmurach rzeczywista istota, której zdarza się popełniać błędy, a może nawet bywa złośliwy lub leniwy. Kiedyś zdarzyło się, że kiedy dowiedział się o pożarze w sąsiedniej wsi, podczas którego spaliły się dwie osoby i zwierzęta, popatrzył na obraz z Jezusem odsłaniającym gorejące serce i rzekł z nieukrywanym sceptycyzmem, że może i Bóg stworzył świat, ale albo coś mu się nie udało, albo traci nad nim kontrolę. A może nawet machnął nań ręką i zajął się czymś innym.

– A wiadomo, że jak się człowieka spuści z oczu, to jak psa z łańcucha. Skacze jeden drugiemu do gardła, krwi utoczy i ogień pod dom podłoży, a potem pójdzie do spowiedzi, odklepie pokutę i znowu czysty, jakby go sam Pan Bóg po głowie pogłaskał. A skoro w pacierzu mówi się, że jako w niebie, tak i na ziemi, to chyba nie ma się do czego spieszyć. Ale możliwe też, że Bóg się przeliczył i stworzył nas za dużo i nie mogąc sobie z nami poradzić, zostawił nas samym sobie. No bo przecież nie byłoby możliwe, aby za jego wiedzą człowiek był taki podły…

Chociaż nie zdarzało się to często, ale czasem zaskakiwał mnie jakąś niebanalną uwagą, którą po językowej transkrypcji można byłoby wręcz uznać za filozoficzną sentencję. Do dziś pamiętam moment, kiedy niebo nazwał oknem Pana Boga dodając, że czasem aniołom zdarza się źle je umyć, co przeszkadza Bogu w ostrym widzeniu świata. Może dlatego jego wyroki nie zawsze bywają sprawiedliwe? Akurat zbieraliśmy ziemniaki, a on na chwilę podniósł oczy w górę i bez namysłu powiedział coś czego nie powstydziłby się poeta. Patrząc z perspektywy czasu dochodziłem do wniosku, że mówił dużo mądrych rzeczy, a wtedy mnie wydawało się, że to, co mówi jest nieaktualne, staroświeckie i banalne.

A jednak to on miał rację. Przyznałem mu ją kilkanaście lat później, kiedy dotarło do mnie, że świat jest jednak zbyt skomplikowany, abym mógł pojąć choćby najważniejsze rządzące nim prawidła, nie mówiąc już o możliwości jakiegokolwiek wpływu na bieg wydarzeń. Dotarło do mnie, że naiwnością była wiara we własne siły oraz przekonanie, że w pojedynkę dam radę narzucić losowi własne warunki. I kiedy opatrzyły mi się miejskie srebrne świerki, zacząłem tęsknić do wierzb, brzóz i tej całej drzewnej menażerii towarzyszącej mojemu dzieciństwu. Właśnie wtedy zacząłem patrzeć na świat oczami mojego statecznego, zaściankowego ojca, który nawet o tym nie wiedząc, bywał filozofem.

Ale to wnioski przyszłości, do których doszedłem zbyt późno aby zasypać dołek, jaki wykopałem tamtego wieczora.

Było to w porze żniw, kiedy po całodziennym zwożeniu zboża, po obrządzeniu inwentarza usiedliśmy na ławce, aby zrelaksować się ciszą i wieczornym bezruchem. Tyle tylko, że wtedy jakoś nie umiałem poddać się tej wiejskiej idylliczności ani poczuć zadowolenia z pracowitego, efektywnego dnia. Nie mogłem pogodzić się z tym, że są wakacje, moi koledzy wojażują po innych krajach, brylują na plażach, wspinają się na góry i kochają z kobietami, a ja po staremu koszę zboże i zwożę je do stodoły, aby za tydzień – dwa stanąć przy młockarni i oddychając kurzem i walącymi z niej plewami, cieszyć się z dobrego plonu. A potem pójść za pługiem i wziąć udział w nobilitowanym literacko misterium siewu, które dla mnie, z racji codzienności, pozbawione było wszelkiego symbolu. Emocje te sprawiły, że poczułem niechęć do tego pseudo sielskiego wymiaru, a nawet do ojca. I stało się, że tego wieczoru potraktowałem go jak winnego moich rzekomych krzywd. Nie hamując się wykpiwałem jego stosunek do świata, umysłową ciasnotę oraz zaoranie w sobie intelektualnych ambicji. A kiedy ojciec rzekł coś o świecącym księżycu, wytknąłem mu, że księżyc nie świeci tylko odbija słoneczny blask, a kiedy narzekał na ilość ostu w jęczmieniu, stwierdziłem, że gdyby był mądry, powinien był zboże opryskać. Krytykowałem go za brak specjalizacji gospodarstwa i za arkę Noego w oborze. A najgorsze, że w rozgoryczeniu i złości wcieliłem się w pokoleniowego prokuratora dowodząc, że tak dalece odstał od rzeczywistości, iż nadaje się do skansenu. Nie okazywał złości. Słuchał, czasem potakiwał, czasem usiłował coś tłumaczyć, ale przygnieciony moim wielosłowiem zamilkł wsiąkając w wieczorną ciemność. Chyba mnie to ośmieliło, bo nie widząc jego twarzy i oczu poczułem się bezkarny, a moje zarzuty zabrzmiały jeszcze bardziej kategorycznie. Jednak moje słowa musiały go zaboleć, skoro zdecydował się na przerwanie mojego wywodu.

– Dotąd wydawało mi się, że z moich dzieci to ty najlepiej mnie rozumiesz. Miałem nawet nadzieję, że tobie oddam pług, kosę i całe to gospodarstwo, które poprowadzisz swoją drogą, a ja, dopóki będę mógł, będę ci pomagał. Nawet kiedy wybrałeś inną drogę, wciąż wydawało mi się, że myślimy podobnie i nic się między nami nie zmieniło. Przyjemność sprawiała mi twoja ochota do pracy, nasze wieczorne planowanie następnego dnia i wspólny posiłek pod kopą koniczyny. Nawet nie wiesz ile kosztowały mnie nasze pożegnania i jak bardzo czekałem na twój przyjazd. I na wspólne wyjście w pole… Ale albo się pomyliłem, albo tak bardzo zmieniło cię miasto. Może dopiero tam zobaczyłeś jakiego głupiego masz ojca? Przykro mi, że nie jestem takim, jakim chciałbyś abym był, ale chyba nigdy takim nie będę… A teraz chodźmy spać, bo jutro muszę do jęczmienia…

Jego słowa natychmiast mnie otrzeźwiły, a najbardziej to, iż mówiąc o jutrzejszym koszeniu jęczmienia, powiedział to w liczbie pojedynczej, jakby nie licząc na moją pomoc. Nagle poczułem, że go upokorzyłem i pozbawiłem wiary. I że słuchając mnie zdał sobie sprawę z przyszłej samotności. Kiedy to do mnie dotarło, zapragnąłem sobie zaprzeczyć, wytłumaczyć się chwilową psychiczną niedyspozycją i zapewnić, że kocham go, rozumiem, że jest dla mnie człowiekiem najmądrzejszym bo nauczył mnie wszystkiego co we mnie najlepsze. Że…

Ale on tylko machnął ręką i odszedł bez słowa.

Siedziałem długo w noc, zastanawiając się jak odwrócić tę naszą katastrofę; jak sprawić aby ojciec na powrót uwierzył w moje dobre intencje i uznał mnie za godnego zaufania. Jak przekonać go, że to, co powiedziałem, było jedynie chwilowym psychicznym kryzysem, który w żadnym wypadku nie zachwiał jego pozycją. Jak przekonać go, że on i matka są dla mnie najważniejszymi ludźmi i że nic tego nie zmieni. I że jego pracę na roli, jego stosunek do ludzi i zwierząt jest i pozostanie dla mnie wzorem jak metr z Sevre.

Wiele lat dokładałem starań, aby tamten wieczór odszedł w niepamięć, ale chociaż jego nieufność udało mi się spłycić, przecież czułem, że nasze wzajemne stosunki nie wróciły już do dawnego poziomu. Na krótko zbliżyło nas zagubienie po przedwczesnej śmierci matki, ale potem znowu pojawił się przeciąg. Chyba wiedział, że go kocham i rozumiem, ale jednak nie pozwalał sobie na dawną poufałość i nie rozmawiał ze mną tak otwarcie.

 Myślałem o tym siedząc samotnie na tamtej ławce, a potem idąc za jego trumną. I chociaż od tamtego wieczora upłynęło kilkadziesiąt lat, kamień w moim sercu wciąż się powiększa.

Jan Adam Borzęcki

Fragment większej całości

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko