Malwina Mańczyńska – opowieść

0
128
Maria Wollenberg-Kluza

            Gadali, że rozszarpały go wilki. Zagryzły jak psa przy łańcuchu. Podobno. Ja tam nie wiem, jak było. Nie było mnie tu wtedy. Moja siostra, świętej pamięci – będzie już ze sześć lat, jak nie ma jej wśród żywych; spodziewała się wtedy pierwszego dziecka. Mieszkała w Moszczańcu, to daleko stąd, z dala od rodziny. 

No i akurat wtedy, a była to zima, przyszedł jej czas. To pojechałam, bo tak mnie prosiła: „Halinka, przyjedź, jak będzie się rodzić mój pierworodny.”

To było jakoś tuż po Trzech Króli, jak ruskie Boże Narodzenie świętowali. Zima straszna, ale nie bardzo śnieżna, nie jak to tutaj bywa. Śnieg był ledwo za kolana, ale mróz to aż w oczy szczypał! No i wtedy taka podróż to jak teraz zagranice, tyle trwała. Jak pojechałam do tego Moszczańca, to z tydzień mnie nie było. Dobrze, że akurat ten leśniczy, wtedy to on gajowy był, Srebrzał, podwiózł mnie aż do Szczawnego. Akurat jechał po pół świniaka, co mu teść obiecał.    

CZYTAJ CAŁOŚĆ>>

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko