Małgorzata Kośla – Szybowcy, fragment powieści

0
256
Maria Wollenberg-Kluza

Pacjent 1:

           Siedziała naprzeciwko niego, słuchając o tym, jak bardzo nienawidzi swojej żony w spranych dresach, starych jak ona sama, nie cierpi swoich dzieci, gówniarzy niewychowanych, wymiotuje na widok homoseksualistów trzymających się za ręce, rzyga na myśl o rosole swojej matki – na świeżej kurce Romuś ugotowany, na świeżutkiej prosto od pani Jadzi, pamiętasz, tej, co cię odbierała w piątki z przedszkola, wiesz której. Nie może już patrzeć na tę palmę przy Nowym Świecie, po co tam ta palma sztuczna, jak na cmentarzu kwiaty? I ci wszyscy eko, bio, emo, vegan – pozabijałby. Robi zeza, kiedy szefowa, ta stara prukwa, lesba jedna, truje mu nad głową. Ma dość tej całej technologii, co to za cyrki, żeby teraz ludzie rozwodzili się przez jednego smsa. I nie cierpi tych dziennikarzy zasranych, i tych samochodów ekskluzywnych i zbyt czystych, po co to się tak chwalić i popisywać? Nienawidzi nauczycieli, mądrali spod ogona i nienawidzi psychologów, bo ci wcale nie lepsi i ma w dupie te ich głupie porady z poradników celebrytów, które się w niego wciska, no i czego się tak patrzysz, dlaczego nic nie mówisz? Chciałaś, żebym się otworzył, to masz, co chciałaś! No. Może jeszcze spytasz, co wtedy czułem, jak wy wszyscy, przebierańcy?

            Ewa totalnie się z nim zgadza.


Pacjent 2:

           Minęło 45 minut. Tyle, co lekcja matematyki. Chemii i fizyki zresztą też, choć one trwały czasem nawet całe wieki. Ewa nie nienawidziła przedmiotów ścisłych, były zbyt konkretne, pełne reguł, zasad i formułek do wykucia na pamięć. Nie czuła w nich miejsca na wolność. W jej odczuciu inne lekcje trwały krócej. Niektóre nawet po 30 minut albo tylko chwilę (wf zwłaszcza). Zawsze, gdy nie może już wysiedzieć, wspomina czasy szkoły. Pół sesji terapeutycznej to 15 minut do dzwonka, a potem jeszcze 15 i spokój. Spokój…

           Jak miała te 15 na liczniku ciała, to wydawało jej się to tak dużo, tak wiele. Małe rzeczy były ogromne, a ogromne małe. Niewielki sklep pod blokiem – duży. Duży brzuch tatusia – mały. Odległość stąd do innego miasta – olbrzymia. Odległość piechotą do koleżanki na drugą stronę dzielnicy – to tylko chwila. Ilość własnych problemów życiowych – ogromna. Ilość problemów świata – nie znam.

           Mija kolejne 5 minut, a pacjentka ciągle płacze. Ewie rozsadza już czaszkę, ale przecież nie może jej powiedzieć – nie przejmuj się, nie płacz, będzie dobrze. A często się to słyszy. Masz depresję? Nie martw się, chodź pójdziemy się napić, wygadasz się, potańczysz i wszystko będzie dobrze! Masz zaburzenia maniakalno-kompulsywne? Daj spokój, po prostu o tym zapomnij. Schizofrenia? Przestań, nie chcesz wiedzieć, jakie ja mam jazdy w głowie, a po alko to już w ogóle (śmiech).

           Ewa daje jej się wypłakać. Dziś tylko tyle mogą razem zrobić. Później będą krzyczeć – to ćwiczenie sprawdzi się idealnie. Ewa widzi po niej, że z krzykiem nie ma problemu. I dobrze, szybko przepracuje ten gwałt.

           O głębszej rozmowie na razie nie ma mowy. Na dźwięk słowa „on” albo „mężczyzna” pacjentka zanosi się płaczem, który jest zarezerwowany tylko dla kobiet. W tym płaczu jest wszystko: lament do Boga, dlaczego, niedowierzanie, wyparcie, rozdarcie, koniec. Pacjentka od czasu do czasu, między połykaniem swoich łez, wyrzucaniem ich strumieniami i pauzami z braku tchu, w których otwiera jedynie buzie, zamyka oczy i zastyga, wydaje jedynie jednosylabowy okrzyk i odmienia swoje życie przez niemal wszystkie przypadki. Kto? Co? Kogo? Z kim? Z czym? O kim? O czym? Komu? Czemu?

           Ten „on” nie zgwałcił jej jednak tak, jak ludzie myślą, że się gwałci. Że idzie sobie drogą ładna dziewczyna i ma na sobie krótką spodniczkę. Albo nie, nie idzie drogą, idzie przez park. Najlepiej pusty i późnowieczorny. Latarnie są żółte jak oczy dzikich zwierząt. Nie wszystkie są włączone, a jedna migocze, wydając dźwięk zwarcia w kontakcie. Dzyt, dzyt, dzy-dzyt. W głębi parku głucha cisza. Głucha na pomoc. Tylko szum drzew, jakby chciały zawołać kogokolwiek w jej imieniu. W powietrzu mimo wiatru jest gęsto.

           Więc ta ładna dziewczyna idzie przez park. Obcasy tupią zaczepnie. Tup, tup, tup. Dzyt, dzyt, dzy-dzyt. Drzewa szumią, więc wieje wiatr. Skoro dziewczyna ma spódniczkę, to wiatr prowokacyjnie podwiewa ją na prawo, na lewo. I w dół. I w górę.

Ale ona się nie przejmuje. Jest tu sama i nie musi martwić się teraz tym pląsającym skrawkiem materiału. Tup, tup, tup chwiejnym krokiem. Trochę już wypiła, więc mniej rzeczy ją obchodzi. Już natrzymała się tej spódniczki pod klubem. Tam to dopiero wiało, jak na fajka wyszła.

           A teraz to już wszystko jedno. Za pięć ławek i siedem latarni będzie w domu. Jest u siebie, w swojej dzielnicy, mieszka tu od dawna, zna każdy zakamarek tego parku i każdy jego odcień. Dzyt, dzyt, dzy-dzyt. Pod klubem się trochę martwiła, to prawda. Martwiła się, jak wróci do domu sama. Dawno nie wychodziła bez faceta. A że aktualnie jej były zachował się jak palant, to go zostawiła. I dobrze, tak jest jej lepiej. Damski bokser.

           Ale okazało się być nawet przyjemnie. W mieście o tej porze ani żywej duszy.

           Tylko ten wzrok, który czuła na sobie w klubie. Nie do końca jej pasował. Zresztą co chwila ktoś się gapił. Jeździł po niej od dołu do góry. Źle jej było w roli zwierzyny, którą chce się upolować. Poza tym nie mogła się odnaleźć, obijając swoje ciało o barki i łokcie obcych ludzi. Nie przepada za takim dotykiem. I ta przeklęta spódniczka. Nie miała pojęcia, że będzie aż tak wirować. Baśka powiedziała jej, że nawet trochę prześwituje.

           Wyszła więc wcześniej. Podziękowała koleżankom za super wieczór i obiecała, że zdzwonią się przy najbliższej okazji.

           Dziewczyna nie słyszy tej pełnej napięcia ciszy. Jest w połowie drogi do mostka, a mieszka za mostkiem. Pierwszy blok od lewej. Włącza sobie muzykę na telefonie. Ma ochotę choć na chwilę zanurzyć się w ulubionej melodii. Akurat 4 minuty i 23 sekundy. Zdąży jeszcze zapalić przed blokiem zanim wejdzie do domu. Odetchnie sobie. Tak, zaczerpnie powietrza na papierosie. Nawet uśmiechnęła się do siebie. Boże, jak to brzmi. Chyba musi rzucić palenie i przestać się ośmieszać. Jak wróci do domu, to weźmie kąpiel w wannie, taką po samą szyję, wypije sobie wino z lodówki, zapali świecie i… na pewno nie zapali fajka! Obiecuje sobie to teraz. Tak, właśnie w tej chwili podjęła decyzję, rzuci palenie. Chwyta ją w pasie i zasłania dłonią usta. Dziewczyna zaczyna się szamotać i wierzgać nogami. Gryzie go w dłoń. Syknął. Wkurwił się. Wkłada jej kciuki do oczu. Mocno, za mocno. Krzyknęła z bólu. Rozpaczliwie. Ciągnie ją w kierunku drzew. W drzewach stoi opuszczony budynek. Kiedyś było tam przedszkole Pod Dębami. Dzieci się tam bawiły. Teraz zabawią się oni. Szedł za nią od klubu, ale go nie widziała. Głupia cipa. Całą drogę gapiła się w telefon. A on się gapił na spódniczkę. Ale dupa, ja pierdolę. Wtedy jeszcze stała pod klubem. Jak mocniej zawiało, zobaczył czerwone stringi. No kurwa, wiadomo, że lubi ostrzej się zabawić. Stanął mu już na samą myśl. Więc teraz, kiedy ciągnie ją do opuszczonego przedszkola, nawet nie pyta. Ściska ją za piersi, mocno. Tak, żeby bolało. Szczypie, ciągnie za włosy, wykręca palce. Głupie suki. Jeszcze się stawiają. To powinien być dla nich komplement, że się je bierze. Powinny dziękować, że są do czegoś potrzebne. Dziewczyna traci siły. Zsikała się ze strachu. Sadza ją na framudze okna. Pomocy! Drze się najgłośniej jak umie. Zamknij się suko. Dostaje z pięści w twarz i wpada do środka budynku przez wybitą w oknie szybę. Słychać trzask. To chyba kręgosłup. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Zaczął zrywać z niej ubrania. Lubisz na ostro, co! Nie miała już siły walczyć. Łzy zmoczyły jej włosy. Zeszczałaś się? Ja pierdolę, zeszczałaś. Ty kurwo obleśna. Trzask w policzek. Przynajmniej będzie mokro. Zesztywniała. Udawała nieżywą, jak zwierzę obwąchiwane przed drapieżnika. Zdradzały ją tylko łzy cieknące z obolałych oczu i krew na podłodze. Czego ryczysz, przecież nie chcę cię zabić, suko.

           Tę pacjentkę Ewa miała wczoraj. Dziś jest kobieta, która została zgwałcona przez swojego przełożonego. Zanim to zrobił, nie powiedział jej nic typowego. Nic w stylu: „Chcesz utrzymać tę pracę, to klękaj”, „Będzie awans, jak się wypniesz”, „Spróbuj komuś powiedzieć, to będziesz skończona”. Nie. On spytał już po wszystkim: „A ciebie to da się w ogóle zgwałcić?”.

           Pacjentka jest bardzo atrakcyjną kobietą. I choć stara się, by nie było tego widać, bo skrywa się w wyciągniętej bluzie sportowej, na głowie ma mysią kitkę, a na nosie duże okulary, to Ewa widzi, że jest piękna. Zdradziła jej, że wcześniej ubierała się bardzo kobieco i nie przejmowała się tym, co inni o niej mówią. A wiadomo, co mogli mówić. Że jest puszczalska, że jest blacharą, lafiryndą, obciągarą i inne epitety przypisane do pięknych kobiet, z nie daj boże, dużym dekoltem.

           Zostali dłużej w pracy. Sami. Z jego inicjatywy, a on jej się wcześniej nawet podobał, więc chętnie się zgodziła. Widziała, jak na nią patrzy. Schlebiało jej to.

           Robili wspólny projekt. Cały czas flirtowali. Uśmiechali się do siebie zaczepnie, patrzyli spod powiek, ona zbyt szybko mrugała rzęsami, często odgarniała włosy z karku, a on prawił jej komplementy.

           W którymś momencie tej niewinnej gry zaczął podchodzić zbyt blisko. Na początku zalotnie, według niego zalotnie, podwijał jej do góry spódniczkę, zaglądał w dekolt i wyrażał się coraz mocniej na temat jej ciała. Ona wyraźnie zaczęła mówić nie, zostaw, przestań, a on niewzruszony zachodził ją od tyłu i dyszał w kark, aż w końcu i ona zaczęła szybciej oddychać, ze strachu, nie z podniecenia.

           Zawsze ta siła fizyczna. Tylko fizyczna. Przytrzymał ją mocno, wykręcił ręce, a kiedy już w nią wszedł, powiedział, że fajnie jest w środku ciasna, że chwila i od tego dojdzie. No a później to pytanie:

           A ciebie to da się w ogóle zgwałcić?

           I po tym, gdy to opowiedziała, pacjentka już nawet nie płacze. Ona jest płakaniem.

           Mężczyźni tak nie potrafią. Im nie wolno. Prawdziwy mężczyzna tak nie robi, bo to za bardzo go obnaża, odziera z męskości, łamie przychylny stereotyp, zadziera z mitem. Emocje zostały rozdzielone na płcie za powszechną zgodą. U mężczyzny na płacz trzeba długo czekać, a potem długo, długo go gasić. A przecież oczy mamy te same.

           Mija następne 5 – chce jej się pić, ale nie wstanie teraz. Wychodziła napić się wody już w gorszych przypadkach. Mimo wszystko, tym razem nie wyjdzie. Poczuła nieprofesjonalną bliskość.

           Ewa siedzi na wprost tej kobiety i zastanawia się, czy jest jakiś limit bólu. Czy może boleć tak bardzo, że nikt nie dowierza, ale w końcu ból naprawdę rozsadza ci skronie, łamie serce i rozdziera duszę? Tak dosłownie.

            Jednak to się nie zdarzy u tej kobiety. Jest zbyt miękka, za bardzo elastyczna i gumowa. Kiedy coś ją dotyka lub ktoś sprawia jej ból, ona się ugina, odskakuje ze strachu albo stapia się z narzędziem zbrodni. Oczywiście myśli, że to jej słabe strony – że jest zbyt wrażliwa, zbyt uczuciowa, za mało twarda, za bardzo płaczliwa, za dużo widzi, zbyt wiele słyszy. Nie – ona jest pieprzonym wojownikiem. Na Ziemi zostaną tylko tacy, jak ona. Bo co się dzieje, jak jesteś zbyt twardy? Jedno celne uderzenie i pękasz.

           Założyła mu sprawę w sądzie i powiedziała o tym szefowi, oczywiście jej nie uwierzył. Zwolnił ją i wyzwał od manipulatorek, które idą po trupach do celu, żeby wyeliminować lepszych od siebie i dostać awans.


Pacjent 3:

– Więc – wprawiona Ewa unosi jedną brew – od kiedy to się dzieje?

– Hm… ciężko mi podać jakiś konkretny dzień. – dziewczyna ogląda swoje obgryzione do krwi paznokcie. – To głupie, że tak to rozpatrujemy. Po prostu mam z tym problem i tyle. Nie wiem od kiedy. Od zawsze.

           Ewa przypomina sobie swoje „zawsze”. Zawsze, od zawsze, na zawsze – na wieki wieków amen, kiedy mówił jej o miłości. Pachniało wtedy wieczorem w lecie. Trochę gorącymi, tytoniowymi schodkami nad Wisłą, a trochę skoszoną, wilgotną trawą na polach. Do tej pory nie wie, co w nim widziała. Niektóre pary dobierają się jak puzzle, a on był jej lustrzanym odbiciem. Miał szorstkie dłonie i nienawidziła, gdy dotykał jej skóry, ale teraz wie, że taka właśnie była ich miłość – nieprzyjemna w dotyku.

           Kiedy słyszy zniecierpliwione chrząknięcie, widzi, jak pacjentka patrzy na nią spojrzeniem żądnym uwagi. Ewa z wyuczoną nonszalancją zakłada nogę na nogę i opiera łokieć o brzeg fotela:

– Rozumiem – mówi kolejne wyświechtane stwierdzenie, które zawsze ratuje sytuację i recytuje z pamięci – ale chciałabym dojść do momentu, w którym zauważyłaś ten problem. Jeśli go uchwyciłaś, to już jesteśmy w drodze do zmiany. Widzisz – jesteś świadoma, jesteś świadoma – reagujesz. Naszą reakcją w terapii będzie odszukanie przyczyny i praca nad jej skutkiem. Natomiast, musisz wiedzieć, że to nie jest tak, że możemy pominąć pierwszy etap – ten o szukaniu przyczyny i od razu pracować nad skutkami, bo podczas tej wycieczki emocjonalnej możesz całkiem przypadkiem natknąć się na rozwiązanie całej zagadki dotyczącej twoich kompulsywnych działań. Dzięki temu odzyskasz władzę nad swoim zachowaniem i to nie ono będzie tobą sterować, ale ty będziesz sterować nim – świadomie. Czy to, co powiedziałam, jest dla ciebie zrozumiałe?

– Ehm… taa. Znaczy tak, rozumiem proszę pani, panią – poprawia się, żeby wyjść na inteligentniejszą niż jest. – Znaczy, że jak przypomnę sobie, kiedy ona to zrobiła, to będę wiedziała, tak? Dlaczego to zrobiła, i będziemy mogły, z pani pomocą oczywiście, obmyśleć strategię, żeby znowu go odzyskać, bo to przez niego teraz mam te łyse placki na głowie i on musi być po bieżąco, znaczy się na bieżąco, tak? No bo to nie moja wina jest, że muszę teraz nosić te doczepy i wszystko inne, tylko jego albo jej, to jest chyba właśnie meritum. Tak myślę bynajmniej. Ona albo on. No bo ja tego nie chciałam, to ja tu jestem ofiarą – odpowiedziała i zatrzepotała rzęsami.

            Ewa wyszła z gabinetu po kolejną szklankę wody.


Pacjent 4:

– Boję się. Po prostu się boję. Lęk towarzyszy mi może nie cały czas, ale gdy go nie ma, czuje że śpi płytko. Niespokojnym snem. Jest przygaszony przez chwilowe bezpieczeństwo. Pod tym bezpieczeństwem czuję lęk. Boję się. Właściwie to więcej się boję niż nie boję. Boję się chodzić, pewnie, z wyprostowaną klatką piersiową. Nie umiem mocno odpychać się stopami od dna. Boję się ludzi, ich spojrzeń, ich reakcji na mnie. Strach przepełnia mnie nimi. Boję się, że stracę wszystko, co mam, bo tak wiele można teraz stracić, skoro ma się tyle do stracenia. Czuję strach, kiedy gaśnie światło. Wyobrażam sobie wtedy demony. Widzę cienie. Boję się własnych myśli. Boję się bać. Kiedy pomyślę o tym, jak bardzo potrafię być przestraszony, zaczynam bać się jeszcze bardziej. Te strachy mijają i przychodzą znów. Wzrastają i opadają, tak je widzę. Nie, nie są stałe. Właśnie nie. One są falami. Przypływ i odpływ. I zawsze coś nowego za sobą zabiorą. Zawsze. Mogę się nie bać dwa dni w tygodniu i w te dni myślę, dlaczego się nie boję, gdzie jest ten strach, gdzie jestem  ja. Tak, może coś w tym być. Ale co? Jaki to ma kolor i kształt, hm. Ciężkie pytanie, ale pomyślę. Strach ma kolor szary i smutny. Mimo, że jest szary, to jest bardzo intensywny. Krzyczący tą szarością. Jakby przez to, że jest szary, chciał mną trząchać, uderzać mnie, bić się ze mną, zaczepiać, kopać od środka. Strach jest koloru szarego, tak. Jak on się z tym czuje? Nie wiem. Nie mam pojęcia, pewnie nie chce być szary, szarobury. Serce? Serce jest żółte, tak je widzę. Jest jasne i… przepraszam, to to trudny moment dla mnie. Jest światłem, jest lekkie, wątłe, serce unosi się w klatce, fruwa po niej, nie jest stałe, nie jest doczepione do klatki, nie ma swojego miejsca, jest jasną kulą wędrującą po żebrach, obija się. Szukającą swojego miejsca? Szukającą swojego miejsca. Więc strach jest szary. Ma kształt falisty. Nie jest ostry, z ostrymi końcami, nie jest wykrzyknikiem. Jest falą. Raz wysoką raz niską. Smutną, smętną, samotną falą snującą się po moim ciele. Mój strach płacze. Szuka swojego miejsca. Tak, jak serce. Ma pani rację. Chyba już wiem.


Pacjent 5:

            Powiedziała jej, że nie czuje miłości do tego dziecka. Nie potrafi go pokochać. Stara się, ale nie umie. Patrzy na nie i czuje pustkę. Nie chce jej się do niego wstawać, myć go, karmić, bawić, mówić. Jak na nie patrzy, to czuje wstręt i obrzydzenie, że to w ogóle z niej wyszło, że mogła mieć w sobie takie coś. Czasem też płacze, bo przypomina sobie wszystko, co najgorsze. Każde kopnięcie od środka rozrywało jej brzuch. Przez to dziecko mąż też patrzy na nią inaczej. W ogóle, jak zaszła w ciążę i nawet jak tego okropnego brzucha nie było widać, to już na nią inaczej patrzył. Teraz ona ma wory pod oczami, rozstępy, obwisłe piersi i jest gruba. Obrzydliwa. Nie może w ogóle nawet siebie dotknąć. Czuje się jak monstrum, które wypruło z siebie kolejne monstrum. Jest gównem, przeprasza. A to coś wyssało z niej życie, żeby żyć. Zabrało jej wszystko, co miała najlepsze. Kiedyś była piękna. Kiedyś była mądra. Teraz nie ma na nic czasu, bo to coś ciągle czegoś chce. Ona nie może porządnie zjeść, nie może zabrać się za siebie, nie może podróżować, nie może pracować, nie może odpocząć, ona nie śpi, a od braku snu ma już omamy. Widzi dziwne rzeczy. Naprawdę dziwne.

            – Co pani widzi? – spytała Ewa.

            – Widzę… nie chce na razie mówić. Nie mam dziś na to siły.

            – Dobrze, więc wróćmy do tego, co było.

           Nie może się na niczym skupić, jak widać. Nie może pójść do klubu, jak kiedyś. Zresztą, kto by na nią spojrzał, na taką maciorę, z obwisłym brzuchem. Kijem by jej nikt nie dotknął. Nawet do tańca by jej nikt nie wziął, a co dopiero… Wszystko przez to coś. To niesprawiedliwe, że to ona musi się nim zajmować. I to cały dzień. Męża nie ma, pracuje sobie, a ona siedzi tu, jak w więzieniu, jak w klatce. Nawet złota ta klatka nie jest, tylko śmierdząca od zaszczanych pieluch.

Pacjent 6:

           Kiedy wypiła już szóstą szklankę wody, bezsilnie opadła na fotel i spojrzała na zegarek – Kurwa – powiedziała zrezygnowana sama do siebie. – jeszcze Piot… – i w tym momencie usłyszała pukanie do drzwi.

– Proszę!

           Kolejny pacjent, który chciał jej pomocy, jej troski, jej współczucia. Chłopiec, który prawdopodobnie popełni samobójstwo, jeśli ona mu nie pomoże. Widziała to w jego oczach, kiedy mówił o matce. Kształt jego źrenic był ostateczny, zdeterminowany, a tęczówki matowe, odarte ze szklistości, przesuszone i zimne.

           Dlaczego dzieci odbierają sobie życie?

           Chłopiec siada na kanapie i drży. Zerka na nią nieśmiało w nadziei, że to ona jak zawsze przywita się pierwsza, a Ewa myśli tylko o tym, czy można się za bardzo nawodnić i umrzeć. Czy jak wypije na raz cały ten baniak z korytarza, to woda wysadzi ją w powietrze? Tak, żeby pęcherz pękł, a zimny płyn rozlał się po całym jej ciele, delikatnie łaskocząc czułe miejsca. Tak, żeby ciecz wypełniła płuca i serce, a żyły rozplątały się z warkoczy i zaczęły tańczyć w skórze, jak węże ogrodowe pod ciśnieniem wody puszczone luzem. I potem z nadmiaru – pękłaby. Tak, zastanawiała się, czy można umrzeć.

            I wyszła z gabinetu.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko