Stanisław Nyczaj – Literatura jako antidotum, panaceum i wymowne słowomilczenie

0
132

(polecam antologię poezji i prozy wspomagającą dziś każdego)

     W każdej, a zwłaszcza niebłahej sprawie, o jakiej się pisze, niezwykle ważne jest – również z miłości do ekspresyjno-kreacyjnego słowa – by dobrze zacząć. Można to porównać ze słowomiłosną grą w akcji podejmowanej sprawy. Ale Czytelnicy od razu chętnie przymówią się, że jeszcze ważniejsze jest, by dobrze zakończyć. I właśnie to drugie już teraz mogę obiecać. No, ale wpierw trzeba uczynić ten pierwszy krok. Bowiem – jak kiedyś pozwoliłem sobie rzec aforystycznie – każdy niezły początek wprost przepada za ciągiem dalszym.

     Chciałbym więc najsampierw przypomnieć, że i Historia, do której mamy wiele uzasadnionych pretensji i żalów, ma względem nas także niedoceniane miłosne uczucie. Lubi się powtarzać. Dzięki czemu nam współczesnym znajdującym się nieraz w wielkim kłopocie – gdy, zdawałoby się, że toniemy – podrzuca koło ratunkowe nadziei.

     Tym kołem z napisem „wytrzymajcie!” jest, jak mniemam, przebieg dramatycznych zdarzeń spowodowanych epidemią grypy hiszpanki w latach 1918-1920. Wówczas pochłonęła ona najsamprzód bezlitośnie sto milionów ofiar (więcej niż dopiero co zakończona pierwsza wojna światowa!), by w pewnym momencie definitywnie wyciszyć się we wszystkich krajach i dać ludziom odetchnąć. Wtedy też, jak teraz w pandemii Covid-19 – przerażeni straszliwym posiewem unicestwiania – nasi przodkowie chodzili z maskami na twarzy. Ale też, jak w naszych czasach, istnieli oponenci, nawet w kręgu lekarzy, podważający ich noszenia sens. Chociaż, jak dowcipnie i celnie zauważył Stefan Jurkowski w swoim cyklicznym felietonie w „Gazecie Kulturalnej”: „dla niektórych zakryta twarz to błogosławieństwo”.

     Wtedy po złapaniu oddechu przesądni i nadgorliwie wierzący mawiali, że była to kara za grzech wyniszczającej wojny. A hiszpanka niespodzianie sobie tylko znanym litościwym obrotem śmiertelnego tańca ku ocalonemu życiu zeszła z areny grozy.

     Czy za dwa-trzy lata podobnym pożegnalnym piruetem popisze się złowrogi dziś baletmistrz koronawirus – tak samo jak dawniej hiszpanka – piękniś niedostrzegalny gołym okiem? Mikroskop go ujawnia w całej okazałości, pozwala nawet wyolbrzymić postać rozkręcającego się gwiazdora, ale nie jest w stanie powstrzymać jego haniebnych popisów żadnym sposobem. Pozostaje tylko oczom nienawistny podziw dla krasy wabiącej urokiem naznaczonym złowieszczym piętnem, co pokazuję w moim wierszu Przepiękny potwór, nagłośnionym przez portal Pisarze.pl w rubryce WIERSZ DNIA:

Klękamy
przed panoszącym się pod mikroskopem
wszechmocnym, ukoronowanym.

Niczego, zda się, nie potrzebuje,
a stos ofiarny zmarłych na jego przebłaganie
rośnie niemiłosiernie.

Wkrótce
zapadłą niepostrzeżenie górą,
podziemnym wstrząsem
skoczy żywym do gardeł.

– Przepięknie wygląda ten król,
jak płonąca rozgwiazda –
mówią z gorzkim zachwytem telewidzowie.
– A taki zeń potwór nie z tej ziemi…

Jednak z tej ziemi!

     Bunt w sercu i rozumie rozkazuje, aby zdobyć się na heroizm zapalczywej niezgody. Medycy pracują usilnie nad wynalezieniem szczepionki bądź, póki co, leku łagodzącego przebieg i skutki choroby. Rywalizują między sobą instytuty zbrojne w laboratoria. Czas spodziewanego wynalazku wydłuża się niemiłosiernie. Ludzie nie chcą czekać bezczynnie, izolując się w domach, bez kontaktów, do jakich przyzwyczaił nas współczesny przyspieszony rytm życia. Uspołeczniliśmy się na dobre i złe, rozpolitykowali. Usiłujemy zawiadywać cywilizacyjnym postępem z hardym przekonaniem, że zapanowaliśmy nad krnąbrną Naturą. A tu nagle trzeba powściągnąć impet?! Rozterka rozgałęziających się zakażeń paraliżuje normalne, powszednie życie. Spędza sen z oczu ekipom zarządzającym, jak i tym sprawującym rząd dusz, żeby nie doszło do stanu zniecierpliwienia i paniki.

     Co w tej sytuacji mogą zdziałać ludzie pióra, byśmy jakoś wyrobili na tym ostrym koronawirażu? Uważny Czytelnik tej antologii przekona się, że mogą niemało w wymiarze duchowym, krzepiąc antidotum słowa, będącym odtrutką na zwątpienie, rozpacz, depresję poprzez obrazy uświadamiające, że można się otrząsnąć z traumy doznawszy swoistego katharsis, doznając Arystotelesowskiego daru wyzwolenia od strachu i litości.

     Mogą też poeci, którzy mierzą się wysoko ze słownym panaceum – niczym środkiem uniwersalnym przeciw wszystkim chorobom – dać odczucie waloru szczególnie głębokiego oraz intensywnego doznania poetyckiego przeżycia.

     I jest jeszcze jeden liryczny majstersztyk, wyrażający się paradoksem najwyższej próby: słowomilczenia – wywołującego u odbiorcy odkrywczy przymus czystej domyślności, bez skazy bezpośredniego nazwania rzeczy „po imieniu”. Osiągnęła ten efekt Krystyna Konecka – wybitna sonecistka z Białegostoku – w najnowszym swym tomiku Kruchość. Sonetti a corona, opublikowanym staraniem Polskiego Funduszu Wydawniczego (Toronto 2020). Oto sonet tytułowy otwierający cykl piętnastu:

Właśnie mieliśmy jechać… Prześcigać marzenia…
I tylko rytualnie usiąść przed podróżą,
i pomilczeć… Nikt wtedy nie przeczuł, że różom
przyjdzie schnąć bez powitań i w osamotnieniu.
Jeszcze wczoraj medialny chaos informacji
zdawał się egzotyczny – tu nikt nie nadążał
za ofertami reklam. Gdy świat się pogrążał
dla nas niedostrzegalnie w mroku hibernacji.
Pakowaliśmy książki, prezenty, bilety,
rodzinne fotografie z życzeniami szczęścia,
pod powiekami drzewa przed wiosny nadejściem.
Dawkę pewności siebie podstępną. Niestety…
Wiedzieliśmy: to innym burza burzy plany.
Gdy oto spadła na nas nieprzygotowanych.

     W żadnym sonecie z tego zbiorku nie padają słowa „pandemia” czy „koronawirus”. Na pytanie autorki: „Gdzie skryć się? I czy można? I w czyich ramionach?” komentujący zbiorek poeta i krytyk literacki Edward Zyman sugeruje jedyną sugestywną odpowiedź: „w pięknych i mądrych wierszach. A szerzej: w sztuce! Ta tylko bowiem nadaje sens naszej ulotnej egzystencji. I tylko ona będzie jedynym śladem, który po nas zostanie” („Gazeta Kulturalna” 2020, nr 9, s. 10).

     Nie ma też nazwania rzeczy wprost w opowiadaniu Ireny Nyczaj pt. Insekt, co niełatwo osiągnąć w prozie operującej narracją i dialogiem, czyli formami bezpośredniej wypowiedzi. Po przeczytaniu Insektu czytelnik musi się zastanowić i sam dojść do rozwiązania trudnej psychologicznej zagadki, która w tym przypadku ma domyślne, covidowe (chociaż nie tylko) podłoże.

     Doceniają tę formułę słowomilczenia współautorzy tej antologii, m.in. Krystyna Cel, Harry Duda, Stefan Jurkowski (wybitny poeta i krytyk literacki, który dla wydanego ostatnio portretu literackiego Elżbiety Cichli-Czarniawskiej wybrał bardzo wymowny tytuł Słowo pełne milczenia), Elżbieta Lisak-Duda, Anna Maria Musz. Doceniam i ja, mający nadzieję, że zaświadczony kołem historii scenariusz przeżywanej aktualnie pandemii spełni się – oby tylko w krótszym czasie i z mniejszą liczbą ofiar!

 Stanisław Nyczaj

Na koronawirażu. Antologia poezji i prozy. Kielce – Kołobrzeg 2020, Oficyna Wydawnicza „STON 2”, s. 146.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko