Mirosław Prandota – ŚCIANA*

0
359
Maria Wollenberg-Kluza

Po upalnym dniu nastała duszna noc. Major Horton znowu miał trudności z zaśnięciem, myślał przez chwilę o zamknięciu okien, co oddaliłoby upojny zapach kwiatów jabłoni, ale z kolei zrobiłoby się jeszcze bardziej duszno. Długo przekręcał się z boku na bok, a kiedy wreszcie zapadł w drzemkę, pojawiły się koszmary.

Oto szosa wybrukowana kwadratową kostką kamienną. Major siedzi za kierownicą błyszczącego czarnego samochodu z otwartym dachem. Miejsce na tylnym siedzeniu zajmuje żona majora, do której przytula się syn majora, Gerd. Syn jest jeszcze dzieckiem, ma dopiero siedem lat, major bardzo go kocha. Najchętniej zamieniłby się miejscami z żoną, ale ona nie potrafi prowadzić samochodu, więc prowadzi major.

Samochód zbliża się do zakrętu. Po obydwu stronach drogi widać zagajnik świerkowy.

– Jakież to piękne! – próbował zawołać major biorąc głęboki wdech, tyle że głos nie wychodził mu z gardła.

Spróbował odwrócić głowę do tyłu, bo chciał uśmiechnąć się do syna i do żony. Napiął mięśnie karku. Nie udało się. Kark był sztywny, majorowi udało się poruszyć głową zaledwie na tyle, żeby spojrzeć w bok. Siedział tam szatan i trzymał majora za kark. Szatan był ciemny, miał wielkie zęby i złośliwie wytrzeszczone oczy.

– Zatrzymaj się! – krzyknęła żona.

Mogło to oznaczać tylko jedno: ona widzi, że szatan przygniata ramieniem kark małżonka. Major zamrugał kilkakrotnie oczami. Szatan zniknął.

Poczuł się zaskoczony, gdy o prawy bok samochodu uderzyła seria z automatu. Major zjechał na lewą stronę, nacisnął mocno pedał gazu, a w kilka sekund później strzały umilkły.

Dopiero teraz major spojrzał w lusterko wsteczne i poczuł, jak całe jego ciało sztywnieje, a oddech zanika zupełnie. Twarz jego syna, Gerda, była zalana krwią, chłopiec nie ruszał się. Major zahamował gwałtownie, szarpnął za klamkę u drzwi, próbował je otworzyć i wysiąść, aby sprawdzić, co się stało. Ale drzwi zacięły się, a on sam nie mógł już ruszyć ani ręką, ani nogą.

Obudził się zlany potem.

Usiadł na tapczanie oddychając głęboko. Do jego uszu doszedł szmer od strony kuchni. Major szybko oprzytomniał. To nie sen. Tam ktoś jest!

Sięgnął do kieszeni bluzy wiszącej na poręczy krzesła, wyciągnął pistolet, odbezpieczył go. Zsunął się z tapczanu tak cicho jak tylko było można. Odruchowo wsunął stopy w kapcie, jednak w chwilę później zdjął je i stanął boso. Ostrożnie ruszył do kuchni z pistoletem trzymanym przed sobą w obydwu dłoniach.

Chrobot powtórzył się. Major wyciągnął jedną rękę w kierunku kontaktu przy drzwiach. Zabłysło światło.

– Ręce do… – głos majora Hortona załamał się nagle.

Jego oczy ze zdumieniem wpatrywały się w sylwetkę małego chłopca ubranego w piżamę. Miał sześć, może siedem lat, a w dłoni przyciśniętej do piersi trzymał bułkę. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Utkwił oczy bardziej w pistolet niż w człowieka, który do niego celował. Stał bez ruchu, zesztywniały, zupełnie bezradny.

Major opuścił rękę, w której trzymał broń. Był zaskoczony prawie tak samo jak ten nieproszony gość, tyle że nie odczuwał strachu, raczej zdumienie, bo w ciągu szybko mijających sekund zdążył uświadomić sobie, że choćby nie wiadomo jak długo myślał, to sam nie rozwiąże przytłaczającej go zagadki.. Skąd wziął się ten dzieciak na drugim piętrze mocno strzeżonego budynku? Bo przecież nie ze snu, zresztą we śnie był kto inny, bliski, kochany, podczas gdy ten tutaj…

– Co ty tu robisz? – zapytał trochę bezradnie, bo przecież widział, że chłopiec niesie jego bułkę. Zjawił się nie wiadomo skąd, na pewno był głodny, poszukiwał czegoś do jedzenia i znalazł bułkę.

– Mówisz po niemiecku? – zapytał raz jeszcze, bo chłopiec tylko poruszał ustami, jakby nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie.

– Taaaak… – wymamrotał wreszcie z wyraźnym wysiłkiem.

– Skąd się tu wziąłeś?

Chłopiec podniósł wolną rękę i skierował ją w kierunku ściany pokoju.

– Stamtąd? – major zmarszczył brwi, nie rozumiejąc gestu dziecka. – Chodź! – chwycił go za rękę i pociągnął za sobą. – Pokaż, gdzie byłeś ukryty!

Chłopiec szedł obok niego z wyciągniętą drugą ręką, w której niósł bułkę. Doszli tak do kąta pokoju między oknem a ścianą boczną.

– Tu siedziałeś? – Horton nie potrafił sobie tego wyobrazić. – Kto cię tutaj przyprowadził? – puścił dłoń chłopca. – Pokaż dokładnie, gdzie się ukrywałeś?

Malec skinął głową, wsadził dłoń pod parapet okienny i nagle stało się coś, co sprawiło, że major nagle oniemiał. Ściana zaczęła przesuwać się bezszelestnie w bok, w chwilę później stanęła w miejscu, pozostawiając szeroką szczelinę, przez którą mógł przedostać się dość swobodnie nawet dorosły człowiek.

Major znowu wyciągnął broń do przodu, tym razem obawiając się jakiejś zasadzki. Minęło jeszcze kilka sekund i nagle jego oczom ukazał się wysoki mężczyzna trzymający ręce w górze.

– Do diabła! – major Horton dopiero teraz odetchnął głęboko. – Co pan tu robi? Kim pan jest?

Narada trwała do świtu. Major Kokos, kapitan Markiewicz i kapitan Radke rozważali różne warianty uwolnienia profesora Wildera z pułapki, w której przypadkowo się znalazł. Czas naglił, bo profesorowi, a także jego synowi groziła śmierć głodowa. Zachodziła również taka ewentualność, że Wilder nie wytrzyma i sam wyjdzie z kryjówki z podniesionymi rękami.

– Jest im potrzebny, więc krzywdy mu nie zrobią, przynajmniej na razie. Przez jakiś czas będzie zakładnikiem, o ile oczywiście my na to pozwolimy.

Wśród różnych koncepcji mających na celu uwolnienie zakładnika pozostały w końcu dwa warianty. W pierwszym z nich miało dojść do zajęcia budynku siłą, w drugim natomiast sposobem graniczącym z wirtuozerią cyrkową. Wejście siłowe wiązało się z możliwością mniejszych lub większych strat w ludziach i dlatego niezbędny był element zaskoczenia, o ile spiskowcom uda się załatwić mundury niemieckie. W drugim wariancie istniało ryzyko innego rodzaju. Ktoś miałby wykorzystać grube pędy winogrona wiszącego wzdłuż bocznej ściany do wspięcia się nocą na dach, a następnie, po linie zamocowanej wokół komina wejść przez otwarte okno do kwatery majora Hortona, związać go we śnie tak szybko, aby nie zdążył zaalarmować straży i przetransportować zakładników – ojca i syna – tą samą drogą na dół. Na dachu musiałoby czekać dwóch pomocników, którzy by wciągnęli uciekinierów na górę, a samo zejście po winogronie to już tylko zabawa w porównaniu z poprzednimi etapami.

Kłopot zasadniczy polegał jednak na tym, że w bramie, a więc po przeciwnej stronie domu, została postawiona budka strażnicza, którą obsługiwało – jak sam kapitan Radke zdążył już zorientować się osobiście – kilkunastu strażników, którzy na pewno nie śpią w nocy. Nie ulega też wątpliwości, że kiedy ściemnia się na dworze, strażnicy urządzają sobie przechadzki na zewnątrz od strony ulicy, a robią to chociażby z nudów, bo w ogóle coś muszą robić, aby nie zasnąć.

– Gdyby coś lub ktoś zwrócił uwagę strażników na tyle, aby nie obserwowali terenu przed domem, to plan uznałbym za wykonalny – stwierdził Kokos. – Obawiam się jednak, że nie ma takiej możliwości. A co dzieje się z sąsiednim budynkiem?

Radke rozłożył ramiona w geście bezradności.

– Nie mam pojęcia. Już dość dawno został zajęty przez jakichś urzędników niemieckich, ale nikogo tam nie widziałem. To jakaś dziwna sprawa. W każdej chwili mogą pojawić się tam niemieckie służby.

– A czy w ogrodzie po tamtej stronie też nikt się nie kręci?

– Nikt. Co ciekawe, nie ma tam również żadnej straży.

– Spróbujemy rozpracować ten temat – powiedział Kokos. – A na razie trzeba będzie poczekać na Pytona, który lada dzień powinien załatwić mundury. I jeszcze jedno: Panowie, nikt inny oprócz nas trzech nie powinien wiedzieć, że w budynku zajętym przez Niemców znajdują się jacyś nadliczbowi lokatorzy. Ja wiem, że nasz oddział składa się wyłącznie z patriotów – dodał sarkastycznie – ale zwykle stawiam na pewniaków i lepiej na tym wychodzę.

– A kiedy lecisz do Londynu? – zapytał jeszcze Radke.

– W następnym tygodniu. Najpierw muszę mieć pewność co do dalszych losów profesora, bo zapytają mnie przede wszystkim o niego.

– Nazywam się Daniel Wilder, a to mój syn, Karol. Jesteśmy do pańskiej dyspozycji.

Tyle usłyszał na początek major Horton z ust nieznajomego, który jednak w jakimś sensie był znajomym. Przecież każdego poranka rzucał się w oczy nachalny komunikat zapoczątkowany słowami „poszukuje się obywatela polskiego…” i tak dalej. A tu nagle poszukiwany obywatel polski sam się poszukał, zameldował, że jest do dyspozycji i teraz czeka… na co czeka?

– Niech pan opuści ręce – zarządził major już bez emocji. Chęć do spania odeszła całkowicie, pośpiechu też nie było, do rana pozostało jeszcze kilka godzin.

– No dobrze – powiedział, kiedy tamten opuścił ramiona i patrzył na majora z głową wtuloną w ramiona. – Niech obejrzę to tajemnicze miejsce, którego istnienia prawdopodobnie nigdy bym się nie domyślił, gdyby nie łakomstwo pańskiego syna!

– To nie łakomstwo, proszę pana – zaprzeczył delikatnie lokator zza ściany. – To głód. Przepraszam najmocniej – dodał szybko po chwili – ale nie wiem, jak powinienem zwracać się do pana. Domyślam się, że jest pan oficerem…

– Jestem major Horton, herr Wilder. A pan? Kim pan jest?

– Jak mi się wydaje, jestem pańskim więźniem, panie majorze.

– To akurat nie ulega wątpliwości. W takim razie zapytam inaczej: Kim pan był?

– Byłem profesorem uniwersyteckim, kierownikiem katedry chemii organicznej.

– No tak – major pokiwał głową. – To wyjaśnia wszystko. A zresztą… – machnął ręką – mamy czas. Niestety, profesorze, rankiem będę musiał przekazać pana komu innemu.

– Przyjmuję z pokorą każdy los – oświadczył profesor Daniel Wilder. – Czy pozwoli pan dotrwać do rana w tym schowku, czy raczej woli pan trzymać mnie pod ręką.

– Profesorze! – major uśmiechnął się po raz pierwszy. – Ja wprawdzie biorę udział w tej wojnie, ale na szczęście nie jestem od tego, żeby pilnować więźniów. A teraz niech mi pan pokaże, jak tu się panu mieszkało!

Wszedł do środka, a za nim profesor i jego syn. Pomieszczenie miało zaledwie półtora metra szerokości, może nawet jeszcze mniej, ale było dość długie, akurat na tyle długie, ile mierzył sobie pokój majora rozciągający się od okien wychodzących na ogród do tych, które wychodzą na ulicę. Dwa wąskie łóżka z pościelą, wąski stolik, dwa krzesła, półka z książkami, nawet niewielka żarówka u sufitu, a za przepierzeniem nawet toaleta, która wprawiła majora w największy podziw, bo nigdy nie słyszał stąd szumu spuszczanej wody.

Dopiero teraz zwrócił uwagę na podłogę pokrytą grubym dywanem i na ścianę oddzielającą jego pokój od tej prowizorki.

– Co tu jest? Czym pokryta jest ta ściana? – zapytał przesuwając palcem po dziwnej wykładzinie.

– To korek – objaśnił profesor. – Podwójna warstwa rozdzielona matą z tkaniny wygłuszającej.

– Rozumiem. To dlatego nic nie słyszałem z tej strony. A jak przesuwa się ta ściana?

Chłopiec pokazał mu niewielki mechanizm przy przejściu do dużego pokoju. Nacisnął czarny guzik. Ściana ruszyła bezszelestnie i zamknęła pokój.

Major pokręcił głową z podziwem.

– Kto panu to zmajstrował? – zawołał z podziwem i natychmiast przypomniał sobie człowieka, którego zdążył trochę poznać. – Inżynier Radke?

Profesor opuścił głowę z zakłopotaniem jakby nie wiedząc, co powinien mówić.

– Śmiało, profesorze! Zdążyłem już poznać inżyniera. Gdybym przypuszczał, że to taki majster… Ha! Naprawdę mistrzowska robota! Ale pod względem zaopatrzenia nie spisał się najlepiej. Umarlibyście tu z głodu.

– Panie majorze, to naprawdę dobry człowiek…

– Domyślam się – mruknął major bez entuzjazmu. – Byłoby szkoda postawić kogoś takiego przed plutonem egzekucyjnym za ukrywanie Żyda. Pan jest Żydem, profesorze?

– Oficjalnie tak.

– A nieoficjalnie?

– Nawet nie potrafię powiedzieć jednego zdania w języku jidysz. Matka była Żydówką, ale zmarła kiedy miałem sześć lat, więc wychowywał mnie ojciec, Polak.

Major ziewnął nagle i poczuł zmęczenie wywołane najprawdopodobniej nieoczekiwanym odkryciem.

– No cóż, profesorze? Teraz prześpijmy się, a rano, niestety, będziemy musieli powiedzieć sobie „auf wiedersehen”! Żałuję oczywiście, ale to nie ja podejmuję decyzję w tej sprawie.

Wyszedł z przytłaczającej go klitki, szybko zgasił światło i położył się na tapczanie. Wziął głęboki oddech, a jednocześnie uśmiechnął się, gdy pomyślał, jaką niespodziankę sprawi Emilowi, kiedy opowie, co tu się wydarzyło. Profesor Wilder i jego syn, Karol…

Zamknął oczy, aby przypomnieć sobie twarz małego złodziejaszka, którego przecież widział jeszcze kilka minut temu. Nagle dojrzał inną twarz! Twarz własnego syna i rozpacz malującą się na tej twarzy. Otworzył szybko oczy i złapał się za głowę. To była niespodzianka! O swoim dziecku śnił czasem w nocy, ale Gerd nigdy nie ukazywał mu się na jawie. Dlaczego akurat teraz?

Tym razem zacisnął mocno powieki z nadzieją, że szybciej zaśnie.

– Synku! – wyszeptał sennie. – Poczekaj trochę. Przyjdź do mnie kiedy już zasnę i pozostań aż do rana!

Ten poranek nie różnił się niczym od wczorajszego, ale major Horton czuł w sobie moc, a przecież wczoraj o tej samej porze był zmęczony i zgorzkniały. Po prostu tamta noc nie najlepiej przygotowała go do spędzenia całego dnia, za to teraz wszystko było jak trzeba, nawet drzewa za oknem pachniały mocniej niż dotychczas, przynajmniej Horton tak odczuwał ich zapach.

Umył się, nastawił wodę na herbatę, pokroił chleb, posmarował kromki masłem i pokrył je plasterkami żółtego sera. Dopiero wtedy podszedł do okna i nacisnął guzik wystający pod parapetem. Ściana rozsunęła się ukazując mężczyznę i małego chłopca na tle wąskiej przestrzeni.

– Panowie! – zawołał rubasznie. – Witam i zapraszam na śniadanie!

Ojciec i syn ruszyli z miejsca, mężczyzna najpierw podniósł odruchowo ręce do góry, ale zaraz je opuścił dostrzegając nieprzyjemny błysk w oczach Niemca.

– Panie majorze, my już jesteśmy gotowi na wszystko – powiedział mężczyzna pochylając głowę z szacunkiem. – Porozmawiałem z Karolem o naszej sytuacji, no i jesteśmy zupełnie spokojni.

– To bardzo dobrze, profesorze, bo taka jest kolej rzeczy – bez emocji poinformował major – ale tymczasem zapraszam na przekąskę, bo nie mam pewności jak to będzie później z jedzeniem. Proszę do stołu!

Profesor Wilder przełykał kęsy powoli, sprawiał wrażenie człowieka, który nie ma pewności, czy w ogóle wypada mu korzystać z łaski tego Niemca, który niebawem przekaże go w ręce kogoś mniej uprzejmego. Natomiast mały Karol jadł łapczywie, mrużąc przy tym oczy jakby nie obchodziło go nic więcej.

Horton przyglądał się swoim gościom w milczeniu, a jednocześnie myślami przebywał daleko stąd, tam, gdzie mógłby teraz przebywać jego ukochany syn, gdyby dało się cofnąć czas. Przyglądając się Karolowi doznawał szybko przemijającego wrażenia, że patrzy w oczy swojemu Gerdowi, a syn uśmiecha się łagodnie, ufny w siłę swojego ojca, gotowego obronić go przed wszelkim złem, jakie mogłoby mu zagrozić.

Było to uczucie zaskakujące siłą niewyartykułowanych emocji, a jednocześnie budujące nieokreślony niepokój, z  którym należałoby coś zrobić, aby nie zagubić się w przeżywaniu tego nastroju wobec dwóch obcych ludzi.

– Profesorze – zagaił szybko – pan wie, że moim obowiązkiem jest przekazać pana pewnym ludziom… – zawahał się przed dokończeniem zdania.

– Domyślam się, że pańska uprzejmość ma swoje granice – odparł smętnie mężczyzna.

– Takie czasy! – mruknął sentencjonalnie major. – Mogę tylko żałować, że nie spotkaliśmy się kilka lat wcześniej. Zajmowałem się wtedy czym innym, a pan?

– Ja również. Jestem chemikiem, przebywałem przez jakiś czas w Londynie pracując przy próbie syntezy pewnego leku.

– Słyszałem – kiwnął głową major. – Podobno Aleksander Fleming wymyślił jakiś cudowny lek na wszystkie choroby. To prawda czy tylko angielska propaganda?

Mężczyzna westchnął i pokręcił niepewnie głową.

– Nie jestem do końca pewny, co z tego wyjdzie, ale jeżeli uda się zsyntetyzować próbkę, wyjdzie sukces na miarę epoki. Niestety, na razie mamy prowizorkę skuteczną w pojedynczych interwencjach.

– A jeśli się uda?

– Wtedy będzie można wdrożyć produkcję na masową skalę.

– W takim razie dlaczego jest pan tutaj, a nie w Anglii?

– Wyjechałem stamtąd na krótko do kraju, ot, kłopoty rodzinne, które trzeba było jakoś uporządkować. Miałem niebawem powrócić i kontynuować próby, ale akurat wybuchła wojna i już zostałem.

– Ciekawe… – Horton wstał od stołu i podszedł do okna. – Niech pan powie, profesorze, czy dałby pan radę zrobić w pojedynkę to samo, co zrobił dotychczas Fleming?

– Przypuszczam, że tak, ale to by zajęło mnóstwo czasu.

– Ile? – Horton patrzył drugiemu mężczyźnie prosto w oczy, co miało zasugerować konkretną odpowiedź.

– Długo – odpowiedział profesor dość stanowczo. – Fleming pracuje nad lekiem piętnaście lat. Ma gotowe preparaty, które musiały być poddawane różnym testom laboratoryjnym. W takiej sytuacji wystarczy jedno szczęśliwe trafienie, aby dokonać syntezy albo…                          

– Albo co?

– Albo błądzić nadal bez powodzenia.

– Błądzić nadal bez powodzenia… – powtórzył major cedząc powoli słowa, a jednocześnie spoglądając na zegarek. – To nie jest optymistyczna wiadomość. Ale również nie jest to moja sprawa, profesorze. Proszę teraz zabrać syna i na jakiś czas poczekać tam, u siebie. Ja mam co innego do roboty.

W kilkanaście minut później zapukał porucznik Werner. Major otworzył mu drzwi z ogniem w oczach.

– Emilu! – zawołał stłumionym głosem. – Nawet nie wiesz, jaką niespodziankę przygotowałem na dzień dzisiejszy!

– Płonę z ciekawości! – patetycznie oświadczył porucznik. – Czy mam odwrócić się i liczyć do stu, a ty przez ten czas wyczarujesz coś niezwykłego?

– Nie musisz się odwracać, najlepiej od razu usiądź, żebyś się nie przewrócił. Otóż…

Uśmiechnął się i zamknął na oczy, aby w myślach nasycić się przewidywanym wyrazem zdumienia na twarzy przyjaciela. Ależ go zaskoczę!

W tej samej chwili przed zamkniętymi oczami pojawiła się smutna twarz Gerda, a w sekundę później równie smutna twarz Karola, który tam, za ścianą oczekiwał wszystkiego najgorszego. Twarze obydwu chłopców zmieniały się, raz był to jego syn, drugi raz syn profesora Wildera. Niedobrze! Horton zmarszczył mocno brwi z nadzieją, że taki gwałtowny gest pozwoli mu opanować wyobraźnię, ale nadal trwała w niej wymiana dwóch twarzy nakładających się na siebie.

Otworzył oczy i mocno potarł dłonią czoło. Przepadł gdzieś obraz, jaki przesuwał się przed chwilą w jego wyobraźni. Pomyślał, że ten intensywny zapach kwiatów jabłoni dokonuje czegoś dziwnego z jego tokiem myślenia.

– Co ci jest, Johann? – troska w głosie przyjaciela przywróciła majora do rzeczywistości. – Boli cię głowa?

Horton zrobił głęboki wdech, potem jeszcze raz i dopiero wtedy spojrzał przytomnym wzrokiem na porucznika.

– Coś niedobrego dzieje się ze mną – powiedział tonem, w którym było czuć próbę usprawiedliwienia dziwnego zachowania. – Bierzmy się do roboty!

– A co z tą niespodzianką? – upomniał się porucznik.

– Po pracy będzie więcej czasu na niespodzianki – uciął łagodnie major. – Wtedy wszystko ci opowiem.

27.

– Trochę to się opóźnia, profesorze – powiedział major Horton wieczorem po naciśnięciu guzika uruchamiającego mechanizm przesuwania ściany. – Ale, jak mi się wydaje, dla pana nie ma to specjalnego znaczenia, a ja byłem dziś mocno zajęty.

– To już nie jest moja sprawa, panie majorze – odparł mężczyzna przytulając do siebie syna. – My tylko czekamy, bo nic innego nie możemy zrobić.

– Jeżeli mam być szczery, to wolałbym, żeby pan jednak coś robił. Oczywiście nie tutaj! Zawiozą pana do Berlina, a tam będzie pan miał laboratorium do dyspozycji. Poczuje się pan o wiele lepiej niż tutaj.

– No tak… – przyznał profesor Wilder, jednak bez entuzjazmu. – Gdyby nie wojna, być może ludzie mieliby już do dyspozycji cenny lek.

– Można czymś takim wyleczyć rany, jakie odnoszą żołnierze? – major okazał uprzejme zainteresowanie refleksjom naukowca.

– Z pojedynczych eksperymentów wynika, że tak, bo w krótkim czasie zanikają objawy zakażenia.

– To jakiś cud? – tym razem pytanie było przesycone sceptycyzmem.

– Nie. Zwykły strzał w dziesiątkę.

– Jeżeli już, to raczej niezwykły – sprostował major.

– W zasadzie ma pan rację, bo wszystko zaczęło się od przypadku.

– No cóż? Jak w życiu! – major spojrzał na zegarek. – Wie pan co? Ja już zgłodniałem, pan chyba też, proponuję więc konserwy na kolację.

– Przykro mi, że tak pana objadamy…

– A czy ma pan jakieś inne wyjście? – major uśmiechnął się półgębkiem.

– Prawdę mówiąc, nie mam.

– No to do dzieła! Syn na pewno nie odmówi. Prawda, Karol?

Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało, kiwnął głową z przejęciem i powiedział:

– Zjedliśmy z tatą wszystko, co mieliśmy i dlatego ja kradłem jedzenie u pana. Przepraszam.

Horton roześmiał się na cały głos i chwycił chłopaka w ramiona. Na kilka sekund wyobraził sobie, że trzyma w rękach własne dziecko, zmrużył nawet oczy z wrażenia, ale zaraz otrząsnął się i postawił chłopca na podłodze.

– Jesteś fajny chłopak – pokręcił życzliwie głową. – A skąd znasz język niemiecki?

– Miałem kolegę, ale wyjechał – markotnie odrzekł Karol. – On był Niemcem i mieszkał w tym samym domu co ja.

– Od najmłodszych lat bawili się ze sobą w piaskownicy – podpowiedział profesor. – A kiedy już nauczyli się cokolwiek gaworzyć, wtedy jeden mówił po polsku, drugi po niemiecku i świetnie się dogadywali.

– Naprawdę ciekawa historia! – major był wyraźnie zachwycony. – Panowie, zabieramy się do jedzenia!

Przez długi czas jedli w milczeniu, delektując się smakiem mięsa z wojskowej puszki, które  tego wieczoru smakowało nawet majorowi Hortonowi. Dopiero po przełknięciu ostatniego kęsa major przyjrzał się badawczo synowi profesora i powiedział z wyczuwalną niewiarą w głosie:

– A może my wszyscy, zamiast strzelać do siebie, powinniśmy bawić się razem, niekoniecznie w piaskownicy?

– Tak powinno być dla dobra naszych dzieci… – przyznał Wilder ostrożnie.

Major Horton uśmiechnął się kwaśno.

– Ale tak nie jest – przypomniał spoglądając daleko w głąb ogrodu . – I chyba nie będzie. A przynajmniej jeszcze nie teraz. Teraz strzela się nawet do dzieci! – dokończył nieprzyjemnym głosem i wstał od stołu.

– Johann, nawet nie wiesz, jaki to jest spryciarz z naszego Sobbola! Na co dzień wydaje się być ociężałym i mało ruchliwym mężczyzną, a na moich oczach zabłysnął jako sprinter!

Twarz porucznika Emila błyszczała entuzjazmem w momencie, gdy tylko przekroczył on próg kwatery majora Hortona, nie czekając nawet na zwyczajowe „proszę wejść”.

– Co się stało? – zdążył tylko odkrzyknąć major, który właśnie gotował w kuchni wodę na herbatę i nie słyszał odgłosu otwieranych drzwi.

– Jak ci powiem, to naprawdę uśmiejesz się! – kontynuował porucznik swoją opowieść wchodząc do kuchni. – Wyobraź sobie, że kiedy wysiadaliśmy z samochodu, po drugiej stronie ulicy pojawił się mężczyzna, Żyd, z jakimś chłopcem. Hauptsturmfuehrer krzyknął głośno „chodź tu, Żydzie”, a tamten zaczął uciekać. Wyobrażasz to sobie?

– Staram się – uprzejmie odrzekł major. – Mów dalej, bo zaczyna być ciekawie.

– No więc nasz mało ruchliwy na co dzień Sobbol skoczył do przodu jak zawodowy sprinter, dogonił tego człowieka i trzepnął go w głowę tak mocno, że Żyd upadł na ziemię jak po nokaucie.

– Proszę, proszę!… Tego bym się nigdy nie spodziewał po naszym aniele stróżu. – Horton pokiwał głową z podziwem. – Taki z niego chart?

– No… nie dosłownie, bo jednak trochę się zasapał, ale jeszcze miał w sobie tyle energii, że jak przywalił kopniaka temu chłopcu, to aż go w górę wyrzuciło!

– Hmm!… – Horton skrzywił się nieco. – Duży był ten chłopak?

– Bo ja wiem? Wyglądał na jakieś siedem… osiem lat, może trochę więcej…

– Hmm!… – major znowu zareagował tylko pomrukiem. – Jak to się skończyło?

Porucznik roześmiał się pobłażliwie.

– Sobbol pomachał tamtemu pistoletem pod nosem, coś mu nagadał bez żadnej gwarancji, że człowiek zrozumiał, o co chodzi i na tym koniec. Ale naprawdę było na co popatrzeć!

– Taaaaak… – Horton zalał wodą ciemne kostki koncentratu leżące na dnie szklanek. – Herbatkę mamy, weź swoją szklankę i przejdźmy do pokoju.

Usiedli przy stole, porucznik spojrzał majorowi uważnie w oczy.

– Myślałem, że cię rozbawię swoją opowieścią – powiedział z wyczuwalnym żalem w głosie – ale widzę, że ciebie to nie bawi.

– Dziwisz się? – major wzruszył ramionami. – Czasami mam wrażenie, że jestem starszy niż naprawdę jestem. A tak na marginesie… Czy nie uważasz, że wystarczyło przyłożyć Żydowi, a dzieciaka oszczędzić?

Emil zrobił wielkie oczy i roześmiał się na cały głos.

– Johann, przecież to był Żyd! Ten mały też Żyd! Żaden problem.

– W zasadzie… – Horton rozłożył ramiona w geście zdradzającym niepewność. – Chyba… chyba masz rację. No tak, ten mały też Żyd. A poza tym co słychać?

– To chyba ja powinienem  zadać takie pytanie tobie! Obiecałeś, że opowiesz mi coś ciekawego.

Major westchnął głęboko i popatrzył na jabłonie bielejące za oknem. Był przygotowany na pytanie przyjaciela, a także na to, że zaspokoi jego ciekawość, ale znowu, tak jak o poranku, w jednej krótkiej chwili obudziły się w nim wątpliwości. Poczuł nagle nieokreślony dyskomfort. Ten kopniak wymierzony małemu Żydowi przez Sobbola zadziałał teraz jak zapora tkwiąca głęboko w gardle. Nawet herbatę sączył powoli małymi łyczkami zamiast pozwolić sobie na swobodny haust.  Jednocześnie odczuwał złość na samego siebie, że tak to przeżywa, ale czy wyjawienie ukrytego schowka za ścianą pozwoli rozluźnić się na tyle, aby powrócił dobry nastrój?

– Tak sobie pomyślałem, drogi Emilu – zaczął dyplomatycznie – że sprawa, o której mam ci opowiedzieć, nie jest jeszcze zakończona…

– W razie potrzeby służę pomocą! – zadeklarował się natychmiast porucznik.

– Nigdy w to nie wątpiłem – uśmiechnął się Horton nie przestając patrzeć w okno. – Kłopot w tym, że po śmierci mojego synka stałem się przesądny. Wtedy czegoś nie dokończyłem i stąd wzięła się ta tragedia. Teraz również mam wrażenie, że mogę wszystko zapeszyć. Wiesz co? – odwrócił się twarzą w twarz do przyjaciela. – Nie obraź się, ale chciałbym jeszcze trochę odczekać.

– No, trudno – porucznik nie ukrywał zawodu malującego się na jego twarzy. – Jestem z natury cierpliwy, więc pozostaje mi życzyć ci sukcesu – dodał przełamując uczucie zawodu. – A co słychać na froncie?

– To akurat nie powinno stanowić powodu do narzekań! – Tym razem Horton dał swobodny upust emocjom i roześmiał się wesoło. – Nasza armia…

– Nie chodzi o naszą armię – przerwał porucznik – bo sytuacja jest satysfakcjonująca. Mam na myśli nasz front, tutejszy – dodał trochę niecierpliwie. – Lokalizacja band leśnych!

– U nich to się nazywa Armia Krajowa – spokojnie wyjaśnił major.

– Wszystko jedno, jak się nazywa, liczy się zagrożenie!

– Spokojnie, Emilu! Wszystko w swoim czasie. Przed chwilą oznajmiłeś, że jesteś cierpliwy, więc okaż jeszcze trochę tej cierpliwości.

– Rozkaz, panie majorze! – porucznik przyłożył dłoń do czoła w żartobliwym geście. – Może zagramy?

– A co powiedzą nasi koledzy słysząc dźwięki muzyki?

– Domyślą się, że dowódca jest w dobrym humorze, a to z kolei przenosi się na nastrój innych oficerów.

Major pokręcił głową z podziwem dla błyskotliwości młodszego przyjaciela.

– Twoja siła przekonywania jest nadal bez zarzutu. Kiedy będę musiał negocjować w jakiejś sprawie z naszym aniołem stróżem, wyślę tam ciebie, bo mam pewność, że jesteś w stanie wszystko załatwić.

– Masz na myśli hauptsturmfuehrera Sobbola?

– A kogóż by innego? Niech przekona mnie, że potrafi coś więcej niż tylko kopać Żydów!

– Oj, czuję, że jesteś do niego uprzedzony! Może niepotrzebnie opowiedziałem ci tę historię?

– Niepotrzebnie? – major wydął wargi w geście powątpiewania. – Wprost przeciwnie. Człowieka poznaje się najlepiej w zaskakujących okolicznościach, bo wtedy wiadomo, na co można liczyć. A zresztą! – machnął lekceważąco ręką i wstał z krzesła. – Zostawmy tego Sobbola, niech on robi swoje, a my swoje. Od czego zaczynamy? Mozart czy Wagner?

– Wagner! – wykrzyknął Emil. – Mozart będzie na deser.

– No i dobrze – zgodził się major. – Należy nam się trochę rozrywki.

        Plan uderzenia na kwaterę zajmowaną przez niemieckich oficerów był tak prosty i przejrzysty, że nawet porucznik Pytoński odniósł się do niego z uznaniem.

– To się musi udać! – ogłosił natychmiast po zreferowaniu sprawy przez dowódcę.

Kapitan Radke stał na tle tablicy szkolnej, trzymał w dłoni białą kredę, objaśniał szczegóły i jednocześnie rysował punkty, które po kolei należy obsadzić, dzięki czemu sytuacja zostanie opanowana bez rozlewu krwi. I był to jedyny element planu działania, który nie do końca przekonywał Pytona.

– Nie uważa pan, kapitanie – zapytał jednak tonem dość ugodowym – że byłaby to najlepsza okazja wystrzelania tych drani bez poniesienia własnych strat?

Dyskusja odbywała się rankiem w opustoszałej klasie szkolnej, gdzie tym razem kapitan wcielił się w rolę nauczyciela, a Pytońskiemu przypadła rola ucznia. Kilkunastu podwładnych Pytońskiego, spośród których część była ubrana w kraciaste koszule, a druga część w kolorowe pulowerki, nie zabierało głosu ani razu od początku. Wszyscy byli skupieni na słowach kapitana, niektórzy nawet brwi marszczyli, co być może miało pomóc w dokładnym przyswojeniu instrukcji.

– Panie poruczniku – uśmiechnął się Radke – ma pan absolutną rację, ale istnieje ryzyko, że w ramach zemsty rozstrzelają niewinnych ludzi na mieście. Przecież zna pan ich praktyki w takich sytuacjach.

– Znam – zgodził się porucznik – i dlatego nie darowałbym przynajmniej SS-manom, bo to jest najgorsza swołocz wśród nich.

– Odbijemy to sobie szybko, kiedy tylko zakończymy akcję i dołączymy do zgrupowania, a teraz pozwolę sobie przypomnieć jeszcze raz najważniejsze kroki. Ale… – kapitan zawiesił głos – gdybyśmy musieli zastrzelić jednego czy kilku Niemców?…

– Wtedy musielibyśmy wziąć zakładników, aby uchronić ludność przed zemstą – dokończył Pytoński.

– Widzę, że znakomicie się rozumiemy – swobodny uśmiech zagościł na twarzy kapitana. – Panie poruczniku, jest pan znakomitym strategiem!

Pytoński odruchowo wyprostował się i dyskretnie rzucił okiem na swoich podwładnych. Taki komplement z ust kierownika akcji zbrojnej podniósł jego prestiż niebywale. A swoją drogą, należy mu się takie traktowanie!

Ogólnie rzecz biorąc każdy z obecnych czuł, że plan opracowany przez kapitana robił wrażenie naprawdę prostego do spełnienia, byleby trzymać się ustalonych etapów postępowania, ale wyobraźnia podpowiadała różne ewentualności i dlatego konieczna była koncentracja na każdym słowie człowieka, który, jak sam twierdził z dużą pewnością siebie, nie przewidywał porażki. Skoro tak mówił, to widocznie tak miało być.

W wyznaczonym dniu o godzinie czternastej pod bramę budynku, w którym znajduje się kwatera niemieckich oficerów, podjadą dwie ciężarówki pokryte wojskowymi plandekami maskującymi. W każdej z nich zmieści się dwudziestu dwóch uzbrojonych ludzi ubranych w hełmy i lekkie mundury polowe z ornamentyką SS. Dowódca, a więc kapitan Radke będzie miał na sobie mundur galowy SS z dystynkcjami brigadefuehrera. Jako pierwszy wyjdzie z szoferki, wyda głośny rozkaz żołnierzom, aby również opuścili pojazdy i ustawili się w dwuszeregu. Skieruje się do wartowni zlokalizowanej w bramie. Na jego widok wartownicy staną na baczność i będą salutować, być może złożą mu meldunek z pełnionej służby.

Brigadefuehrer przekaże dowódcy pismo z pieczęcią szefa dystryktu wzywające do natychmiastowego przekazania mu wszystkich urządzeń radiolokacyjnych, jakie mieszczą się w kwaterze majora Hortona. Jednocześnie żołnierze, którzy wysiedli z pierwszego wozu wkroczą do bramy gęsiego trzymając automaty lufami do dołu i ustawiając się równolegle do siebie na tle obydwu ścian bramy.

W chwilę później dziesięciu żołnierzy z drugiego samochodu zajmie podwórko w podobny sposób. Ośmiu innych ustawi się wzdłuż ciężarówek, a czterech pozostałych pomaszeruje do oczekującego kapitana Radke, z którym razem wejdą na drugie piętro, aby zarekwirować sprzęt.

Zamknięte drzwi do mieszkania zostaną wyważone łomem, o ile nie da się ich otworzyć w inny sposób. Gdyby okazało się, że zamek w drzwiach nie został wymieniony, kapitan posłuży się własnym kluczem, wszak ciągle miał go w dyspozycji.

Akcja nie powinna trwać dłużej niż dziesięć minut. Po osiągnięciu celu należy jednak odmaszerować i odjechać, ale bez wyraźnych objawów pośpiechu.

Kapitan Radke zadeklarował niechęć do rozwiązania siłowego, ale dodał, że gdyby zaszła taka konieczność, nie pozostanie nic innego, jak tylko unieszkodliwić strażników. Jest jednak nadzieja, że ze względu na większą przewagę liczebną wartownicy nie odważą się stawić oporu, zresztą kapitan nie przewiduje takiej okoliczności.

– Czy są jakieś pytania dotyczące szczegółów akcji? – zapytał kapitan już po dwukrotnym wyłożeniu planu działania.

Podniósł rękę Misiek siedzący obok Pytona i sprawiający wrażenie osoby mocno przejętej opowieścią kapitana:

– Mam tylko jedno pytanie – zaczął i chrząknął dwa razy, zapewne dla nabrania płynności wypowiedzi. – Mianowicie jakie mamy gwarancje, że akcja się powiedzie?

– Żadnych – z rozbrajającym uśmiechem poinformował Radke. – Ja po prostu uważam, że inaczej być nie może, a robotę ktoś musi wykonać i akurat wypadło na nas. Przepraszam, jak godność kolegi, bo już zapomniałem?

Misiek wstał z krzesła, trzasnął obcasami i zameldował:

– Nazywam się Kajus. Plutonowy Michał Kajus! – uzupełnił nieco głośniej.

– Doskonale! – pochwalił Radke. – Panie plutonowy, czy zapamiętał pan wszystko, co tutaj powiedziałem?

– Tak jest, panie kapitanie! – Misiek znowu trzasnął obcasami.

– To bardzo dobrze. Mam nadzieję, że wszyscy już wiedzą, o co chodzi i każdy zna swoją rolę w tym spektaklu, który rozegra się w najbliższym czasie. Dziś jest środa, planujemy akcję na piątek lub na sobotę, gdy wszystko zostanie zapięte na ostatni guzik, rozkaz będzie wydany dzień wcześniej, a tymczasem rozchodzimy się. Każdy z panów, kto dotychczas przychodził na obiady do kawiarni „Flora”, powinien pojawić się tam również dzisiaj, a także jutro i pojutrze, jeżeli wcześniej nie będzie sygnału. Nie może być tak, że nagle pewna grupa, która tam się stołowała, znikła z pola widzenia. Naszymi przeciwnikami nie są jacyś zwykli żołnierze liniowi, tylko ludzie wyspecjalizowani w myśleniu strategicznym. Ktoś z nich już dawno nas policzył i zapamiętał nasze twarze, a skoro tak, to na pewno zauważy, że coś mu zabrakło w obrazie, jaki zapamiętał i stanie się ostrożny, a my nie przepadamy za ostrożnymi. Żegnam panów!

– No i co powiecie? – zwrócił się porucznik Pytoński do swoich podwładnych zaraz po odejściu kapitana. – Jak wam się podoba to wszystko? Harry, powiedz coś!

–  Trudno mieć zastrzeżenia – wzruszył ramionami wywołany do tablicy były uczeń matematyka Pytona. – Facet ma jasną wizję, nie dostrzegam tam żadnej luki.

– Misiek?

– Powinno się udać. Chyba że pan profesor ma jakieś uwagi…

– Wyobraźcie sobie, że nie mam – Pytoński pokiwał głową kilka razy. – Kapitan Radke nie jest moim ideałem dowódcy, ale plan jest dobry. W takim razie do zobaczenia na obiedzie!

Był wieczór. Major Horton usiadł przy pianinie z zamiarem zrelaksowania się przy dźwiękach kilku walców Straussa we własnym wykonaniu. Otworzył klapę, odegrał automatycznie gamę bez wciskania pedału podnoszącego skalę dźwięku, znieruchomiał na chwilę i opuścił ręce wzdłuż tułowia. Pomyślał, że dobrze by było wychylić lampkę wina albo kieliszek koniaku, ale jednocześnie uświadomił sobie, że nie czuje nawet najmniejszego pociągu do alkoholu. Mało tego! Uświadomił sobie również, że już od kilku dni nie pije, a mimo to czuje się znacznie bardziej zrelaksowany niż tydzień wcześniej, kiedy kilka razy dziennie poprawiał sobie nastrój kieliszkami koniaku. Skąd wzięła się ta zmiana?

Rzucił okiem na ścianę, za którą ukrywała się dwójka nieproszonych gości. Profesor Wilder i ten miły dzieciak, którego twarz wywołuje dziwne wzruszenia u oficera Abwehry! Co się z nim stanie, gdy zostanie przekazany do Berlina zgodnie z rozkazem? I czy na pewno zostanie tam przekazany razem z ojcem? Przecież malec nie jest naukowcem, którego można by wykorzystać dla chwały Rzeszy jak ojca. Jest dzieckiem, ba, niepotrzebnym nikomu dzieckiem!

Odetchnął głęboko i wyjrzał przez okno. Kwiaty jabłoni wydały mu się nieco przywiędłe, a może zresztą już rozpoczął się proces ich więdnięcia, z czego później wyrosną jabłka, wszak wiosna w pewnym momencie ma swój koniec. Co gorsza, te więdnące kwiaty zasłaniały mu twarz jego syna i była to smutna twarz, mimo że nie znikał z niej uśmiech…

Potrząsnął gwałtownie głową i pochylił się nad długim czarno-białym rzędem klawiszy. Nie! Tego dziecka nie wolno oddać na zatracenie, a profesor Wilder nie jest przecież wrogiem Rzeszy, jest naukowcem, który wierzy, że swoim umysłem wybawi świat od chorób. Cały świat, a nie tylko Anglików, do których nie zdążył dojechać, ponieważ wybuchające bomby okazały się szybsze.

Nie jest dobrze! Horton bił się jeszcze z własnymi myślami, coraz trudniej było mu podjąć decyzję. Czy poprosić Emila o pomoc w wyborze drogi?  Nie, nie ma sensu, bo sprawa jest zbyt skomplikowana, a Emil to wprawdzie przyjaciel, ale prostolinijny, dostrzegający tylko czarne i białe bez zwrócenia uwagi na półcienie. Potrzebny byłby ktoś, kto ułatwi przeprowadzić pojedynek rozumu z sumieniem, a nikogo takiego nie ma w pobliżu.   Jest tylko człowiek, który zbudował ścianę. Skoro potrafił zrobić to tak doskonale, może okazać się też pomocny w rozważeniu różnych wariantów.

Prychnął gniewnie. Co też przyszło mu do głowy? Jakich wariantów? Ten inżynier będzie chciał odzyskać swoją zgubę, nic poza tym! Cha, cha, cha! Horton roześmiał się bezgłośnie do swoich myśli. Niech będzie jak ma być. Czy jakiekolwiek szczegółowe ustalenia albo określenia mają w tej chwili znaczenie?

Pukanie do drzwi przerwało mu bitwę myślową. Póki co, bitwa jest już z góry rozstrzygnięta, polecenie trzeba wykonać, najwyższy czas zebrać owoce sukcesu, co oczywiście nie będzie proste, bo te owoce wydają się być nad wyraz kolczaste.

Podszedł do drzwi, odciągnął zasuwkę blokującą, a do mieszkania wszedł jedyny przyjaciel, jakiego los podrzucił majorowi na czas wojny.

– Widzę, że pianino otwarte, a melodii nie słychać! – karcącym tonem powitał majora porucznik Emil. – Szukasz natchnienia czy potrzebujesz akompaniatora?

– Potrzebuję jednego i drugiego! – zawołał szczerze major, rozluźniony i ożywiony entuzjazmem przyjaciela. – Siadaj, zaczniemy od klasyki!

W cichą dotychczas przestrzeń wdarły się uwodzicielskie dźwięki walca „Nad pięknym modrym Dunajem”. Prawdziwy relaks dla duszy uwięzionej dotychczas w głębokim dołku, z którego przecież trzeba wykopać sobie jakieś schody, aby wyjść na swoje.

– Wiesz co, Johann? – zagaił porucznik, gdy tylko przestali grać – Sobbol zapytał mnie dzisiaj, czy dobrze znam pana majora.

– Do diabła! – nie wytrzymał Horton. – A co go to obchodzi?

– Powiedział, że musi dużo wiedzieć, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo.

– I co mu powiedziałeś?

– Że dobrze znam pana majora! – roześmiał się Emil. – Powtórzyłem tę samą formułkę i poszedłem dalej.

– Spryciarz z ciebie! – roześmiał się major. – Teraz, gdy spotka mnie, zapewne zapyta, czy dobrze znam pana porucznika. Zabawny człowiek! A czy my znamy dobrze hauptsturmfuehrera Sobbola?

– Nie… nie znamy… – bąknął zaskoczony Emil.

– No widzisz. Trzeba go przy okazji przesłuchać. Może to szpieg?

– Nie pomyślałem o tym.

– Oficer Abwehry musi myśleć o wszystkim – skarcił go łagodnie Horton. – Jaką ja mam pewność, że w razie niebezpieczeństwa mogę na nim polegać?

– Chcesz dowiedzieć się, czy jest odważny?

– To jest akurat najmniej istotne. Powinienem wiedzieć, czy jest mądry.

– Głupiego by nam nie podrzucili.

– Różnie to bywa. W naszej formacji liczą się tylko dwie cechy: wierność i podejrzliwość.

– Tylko tyle?

– Aż tyle. Bez tych dwóch cech nie sklecisz żadnego patriotycznego raportu. A propos’ – dostałeś dziś jakieś meldunki z terenu?

– Nie, nic nie przyszło. Widocznie nic się nie dzieje.

– To dobrze. Czekamy. Chcesz zagrać coś jeszcze?

– Oczywiście! Chłopcy będą wniebowzięci, gdy usłyszą „Die Fahne hoch”.

– W takim razie odjazd! Raz, dwa, trzy, cztery! Odjazd!

Tego wieczoru Johann Horton uświadomił sobie wreszcie z całą mocą, że późna pora staje się dla niego nieznośnym wyzwaniem. Na głowę zwalają mu się nieprzyjemne wspomnienia zarówno z lat odległych, jak też sprzed miesięcy, a nawet sprzed godziny. Godzinę wcześniej poczęstował poszukiwanego przez władze Daniela Wildera wojskową konserwą, co już zresztą robił wczoraj i przedwczoraj, było przyjemnie posiedzieć we trójkę, przedstawić jakieś swoje racje, usłyszeć cudze i nie starać się nawet przekonać rozmówcy do własnych poglądów. Ot, swobodne wyrażanie myśli na różne tematy i nic więcej!

Co gorsza, major łapał się na tym, że im dłużej traktuje lokatorów zza ściany jako gości zamiast jako więźniów, tym bardziej czuje się związany z nimi jakimś nieuchwytnym rodzajem psychologicznego uzależnienia, Najwyższy czas przerwać ten uzależniający incydent i przekazać więźniów Sobbolowi! A później wszystkie emocje związane z tym niepokojącym sąsiedztwem rozpuszczą się w nawale spraw, do których przecież major Johann Horton został wyznaczony.

W chwilach, jak mogło się wydawać, podjęcia ostatecznej decyzji, Johann Horton miał zwyczaj wstawać z wygodnego fotela, aby energicznym krokiem przemierzać pokój, najpierw jeden, potem drugi.

Taka spontaniczna demonstracja energii, mimo że bez świadków, dodawała majorowi poczucia męskości, wzmacniała przekonanie o własnej sile sprawczej oraz o poczuciu zwiększającej się samooceny. Wszak to on jest tutaj dowódcą niewielkiego ale ważnego garnizonu, panem życia i śmierci, a przede wszystkim panem sytuacji. To on, gdy przyjdzie odpowiedni czas, zadecyduje o wyborze rewanżu, jaki należy mu się za śmierć ukochanego synka. Dla niego nie ma dobrych czy złych partyzantów walczących o ten kraj. Dla niego istnieją tylko zabójcy!

W pewnym momencie potknął się w trakcie uporczywego marszu wokół pokojów. Na krótką chwilę trzeba było zamienić emocje na wysiłek zapobiegający upadkowi. Napięte mięśnie ułatwiły powrót do postawy pionowej, dzięki czemu zdołał wreszcie odsapnąć z ulgą, lecz jednocześnie dało się stwierdzić, że w trakcie największej koncentracji energii te mięśnie musiały pozostawać napięte przez cały czas. Chyba dlatego doszło do potknięcia, jak na złość, o własną stopę!

Najwyższy czas przekształcić napięcie w pełny luz. Coś takiego udawało się najlepiej przy oknie. Johann Horton nie zapominał, że podobne rozluźnienie napięcia przeżywał we własnym pałacu, daleko stąd, ale również otoczonym białymi pąkami kwiatów. Tu kwitną jabłonie, tam grusze. Trudno byłoby ustalić, z którego sadu dochodzi bardziej upajający zapach. W tej chwili najważniejsze było nagłe poczucie swobody, bo emocje opadły z niego zupełnie.

Uśmiechnął się i mimo że był to uśmiech bez adresu, major poczuł się przecież w tej krótkiej chwili jakby znaczny, przygniatający dotąd ciężar zwalił się z jego pleców i upadł bezgłośnie gdzieś z tyłu. Teraz wystarczyło tylko zamknąć oczy, aby naprzeciw siebie ujrzeć rozbawioną twarz Gerda i jego drobne ramiona wyciągnięte z zamiarem zawiśnięcia na szyi ojca.

W kilkanaście sekund później ta twarz i cała postać zaczęła zanikać, a na jej miejscu coraz wyraźniej jaśniała twarz Karola, syna profesora Wildera. Chłopiec też się uśmiechał, jednak jego uśmiech był smutny, a ramiona, początkowo ufnie wyciągnięte do przodu, szybko cofnęły się, oczy zabłysły strachem.

Major wstrzymał oddech, ale jeszcze nie otwierał oczu, pragnąc znowu wytworzyć nastrój, który pozwoliłby mu jeszcze więcej nacieszyć się uśmiechem syna i wtedy – usłyszał pukanie od bocznej strony ściany.

Odwrócił się od okna całym ciałem, oczekując pojawienia się dobrze znanej postaci w wąskich drzwiach. Minęło jednak trochę czasu zanim na wprost niego ukazała się wysoka sylwetka profesora Wildera.

– Co się stało, profesorze? – Horton jeszcze nie zdążył rozstać się mentalnie z pakietem wyobrażeń, dopiero gdy pochylił głowę i wypatrzył tam małego Karola, powrócił z westchnieniem do rzeczywistości.

– Panie majorze, my już mamy dość – usłyszał beznamiętny głos człowieka zza ściany. – Chcemy, a właściwie domagamy się, żeby pan przekazał nas jak najszybciej właściwym organom. Nie wytrzymujemy psychicznie.

– Jest noc, profesorze – odparł równie spokojnie major. – Proszę się wyspać, a jutro rozważymy ciąg dalszy.

– To zbyt długo trwa, nie możemy już spać – zapewnił Wilder. – Ani w dzień, ani w nocy. Jesteśmy zmęczeni czekaniem na to, co nieuchronnie powinno się zdarzyć.

Major wypuścił głośno powietrze z płuc, odsunął się w bok i znowu zaczął przemierzać krokami pokój. Coraz szybciej, podobnie jak przedtem.

Trwało to dość długo, aż w końcu zahamował nagle i kucnął przed Karolem.

– A ty, synku, co masz mi do powiedzenia w tej sprawie?

– Kocham mojego tatę i chcę być zawsze i wszędzie razem z nim – tyle tylko usłyszał od chłopca.

Major przełknął ślinę, wyprostował się i spojrzał smętnie profesorowi w oczy.

– Dobrze! – powiedział dobitnie. – Jutro załatwimy wszystko do końca. A teraz wyśpijcie się. Trzeba będzie przygotować się na spokojnie do jutrzejszego dnia.

Major Horton odkrył u siebie jakiś dziwny napęd do spacerów po pokoju, w którym pracował. Prawie każda myśl prowokowała go do analizowania jej w ruchu. Tak było nawet przed południem następnego dnia, kiedy znów przechadzał się od ściany do ściany, jakby ten krótki, ale niekończący się marsz miał poprawić mu nastrój. A przecież major czuł się fatalnie, jednocześnie przewidywał, że w najbliższym czasie nie będzie poprawy samopoczucia.

Niedawno był u niego porucznik Emil, spędzili trochę czasu na wspomnieniach, w pewnej chwili major był nawet gotów wtajemniczyć przyjaciela w istnienie tajnej skrytki za ścianą, ale podświadomie coś blokowało tę gotowość. A nuż sprawi przyjacielowi dodatkowy kłopot, prowokując go do pomocy w rozwikłaniu skomplikowanej sytuacji, w jakiej sam się znalazł?

Czy jednak warto narażać młodego człowieka na jakiekolwiek ryzyko? Wprawdzie zdążył już zauważyć, że Werner jest pozytywnie usposobiony wobec tego polskiego inżyniera, ale czy z równą chęcią da się wciągnąć w omówienie sytuacji żydowskiego profesora i jego syna? A przecież wsparcie ze strony młodszego przyjaciela nie tylko ułatwiłoby rozłożenie odpowiedzialności za to, co się stanie z jego obydwu lokatorami, ale również wniosłaby odprężenie psychiczne, a tego major potrzebował najbardziej.

– Wiesz co? – zagaił niby przypadkiem. Zastanawiałem się, w jakim celu nasze władze poszukują tego żydowskiego profesora i dlaczego jest to takie pilne. Czyżby nasz fuehrer postanowił wykorzystać żydowskich naukowców do pracy na rzecz Rzeszy?

– To niemożliwe! – porucznik prawie zerwał się z miejsca. – Dla Żydów nie ma już miejsca w naszej aryjskiej społeczności! Oni szkodzą naszemu krajowi i muszą zostać ukarani!

– Hmmm! Tak myślisz? Więc czemu mają służyć te codzienne komunikaty nawołujące do poszukiwań Wildera?

– Widocznie jest to jakiś zdrajca lub sabotażysta – wzruszył ramionami Werner. –  Kiedy już zostanie zidentyfikowany, na pewno wszystko się wyjaśni.

– Chyba masz rację, Emilu – zgodnie pokiwał głową Horton. – Zresztą nie jest to nasze zmartwienie.

Ta krótka wymiana zdań uzmysłowiła majorowi, że na przyjaciela nie może liczyć. Praktycznie rzecz biorąc, na nikogo nie może liczyć. Fatalnie czuje się człowiek, który musi podjąć decyzję mogącą w przyszłości odbijać się gorzkim smakiem w najmniej oczekiwanych okolicznościach.

Po nocnej wymianie kilku zdań z poszukiwanym profesorem Johann Horton poczuł, że coś się w nim zmieniło. Los postawił przed nim przeszkodę, której nie da się ominąć. Jakby i tego było mało, major nie myśli dziś o ominięciu przeszkody. Chce ją pokonać jak pokonuje się umieszczone wysoko poprzeczki na zawodach konnych. Górą! Budynek jest otoczony, w ogrodzie stoi budka strażnicza, w bramie druga, w pokojach rezydują jego podkomendni, którym podobny los nie podrzuca żadnych lub prawie żadnych łamigłówek utrudniających sen, a on, Johann Horton, zapragnął nagle stoczyć walkę z samym sobą, z żołnierzami gotowymi strzelać do wszystkiego, co się rusza i z rozumem, bo ten również zamienił się w przeszkodę.

Co z tego będzie miał? Podobno charakter człowieka sprawdza się najlepiej nie po odniesionym zwycięstwie, ale po porażce. Swoimi pragnieniami, albo raczej iluzjami major Horton zainspirował jakiś uboczny tok myślowy, który już zwiastował porażkę. Postanowił przeszkodzić Wilderowi i sobie w podjęciu ostatecznego rachunku sumienia. Teraz wszystko będzie zależało od przypadku, co i tak nie jest nowiną, bo przypadek dostarcza napędu życiowego każdemu losowi.

– Herr Ingenjeur!

Radke wchodził akurat na schodki prowadzące do drzwi kawiarni. Był spokojny, rozluźniony i przekonany, że program wyznaczony na dzień jutrzejszy pokryje się w stu procentach z rzeczywistością. Rozglądał się dyskretnie wokoło, szukając znajomych twarzy, w szczególności zaś twarzy Pytońskiego, którego postanowił jeszcze raz wesprzeć mocnymi argumentami, aby tylko nie tracił ducha, a przede wszystkim dobrze się wyspał. Podczas obiadu trzeba będzie jeszcze raz ustalić dokładną co do minuty godzinę ataku na budynek zajęty przez Abwehrę, bo może się okazać, że następnego dnia wypadnie coś nowego w harmonogramie Niemców. A nuż zrobią sobie wolne od restauracyjnego poczęstunku? W zasadzie chodziło już tylko o omówienie kilku szczegółów, bo pluton był przygotowany na wszystko, ludzie czekali na sygnał.

A tu do jego uszu dotarł ten znajomy i niemiły głos.

Zwolnił kroku, przystanął i obejrzał się. Akurat z samochodu wojskowego wysiadał major Horton, a za nim ten młody porucznik, który tydzień temu, podczas akcji zajmowania budynku przez Niemców, wzbudził jego sympatię.

– Guten Tag, herr Ingenjeur! – Horton zasalutował energicznie. – Zapraszam na krótką rozmowę. Emilu – zwrócił się do młodszego towarzysza – pozwól, że zostawię cię na kilka minut, bo mam interes do inżyniera.

Młody oficer uśmiechnął się uprzejmie, skłonił lekko głowę i przeszedł do części wydzielonej dla Niemców.

W pierwszej chwili Radke prawie stracił poczucie bezpieczeństwa. Do głowy przyszła mu myśl, że ktoś zdradził, a teraz major Horton weźmie na nim odwet. Nie ma gdzie uciekać, bo w samochodach towarzyszących majorowi siedzą uzbrojeni żołnierze.

– Do diabła! – westchnął Radke w głębi duszy, ale żadnym skurczem mięśni nie dał znać po sobie, że nie czuje się komfortowo. Szczęśliwie przyszło mu do głowy, że wystarczy tylko odetchnąć swobodnie, aby pozbyć się podejrzeń. Wziął zatem głębszy oddech, uśmiechnął się uprzejmie i powiedział:

– W takim razie pozwoli pan, że to ja zaproszę pana na herbatę.

Major zawahał się.

– Ma pan na myśli…

– Tak – Radke kiwnął głową. – Zapraszam do tej sali, w której nie ma żadnych ograniczeń narodowościowych. Chyba nie obawia się pan nikogo?

Major uśmiechnął się już swobodniej.

– Nie. Na szczęście nikt w tym mieście nie ucierpiał przeze mnie – powiedział z wyraźną satysfakcją w głosie. – A poza tym nie ja jestem autorem tych ograniczeń, o których pan wspomniał. Zgoda, pójdę z panem!

Radke za późno uświadomił sobie, że jego wizyta w towarzystwie niemieckiego oficera wywoła sensację. Wprawdzie sala była zapełniona dopiero w połowie, ale to wystarczyło, aby wszystkie oczy skierowały się tylko w jedną stronę.

Usiedli z boku, na tyle daleko od innych gości, na ile było można.

– Zdaje się, że narobiliśmy trochę zamieszania – zauważył Radke, kręcąc niecierpliwie głową. – Mam nadzieję, że mojej oferty nie uzna pan za złośliwość.

– Niestety, gdzieś musieliśmy się spotkać, inżynierze – powiedział Horton. – Sprawa jest bardzo poważna.

Radke czuł, jak mięśnie całego ciała napinają się mimowolnie. Starał się zachować spokój, bo na razie nic innego nie wypadało mu robić. To przecież Niemiec życzył sobie spotkania z nim. Aby jednak jakoś pokazać się w roli człowieka, który nie traci spokoju, bo nie ma nic na sumieniu, postanowił uprzedzić fakty.

– Słucham uprzejmie, panie majorze.

– No więc… do rzeczy! – major chrząknął i przełknął głośno ślinę. – Zostawił mi pan pewien prezent…

Radke postanowił odczekać w milczeniu na pełną informację.

– Chyba wie pan, co mam na myśli? – podchwytliwie zapytał major .

Nie było sensu dłużej zwlekać.

– Wiem – powiedział, posługując się dłońmi dla krótkiego zamanifestowania swojej bezradności w tej sprawie. – Próbowałem interweniować, o ile pan sobie przypomina.

– Pamiętam – skinął głową major. – Zachowałem się wtedy nie tak jak powinienem. To też pamiętam. Niestety, wtedy i tak było już za późno na jakąkolwiek interwencję.

– A teraz? – zapytał inżynier niepewnie.

– Teraz! – major prawie krzyknął. – Teraz musimy obydwaj coś zrobić, aby sprawa została odpowiednio załatwiona.

Radke zrozumiał, że plan ataku sypie się, ale zrozumiał też, że major chce mu przekazać jakąś sugestię.

– Pan chce mi oddać… to – ściszył głos – co tam zostawiłem?

– Właśnie.

– Czego oczekuje pan w zamian?

– Niczego, panie inżynierze.

– Zaskakuje mnie pan. Powinienem chyba zapytać, dlaczego pan to robi.

– Tego panu nie powiem. Proszę traktować moją inicjatywę jako szczególny kaprys niemieckiego oficera.

Radke coraz mocniej tracił swoją pewność siebie. Czy to pułapka, czy rzeczywiście kaprys?

– Pan już wie, kim jest ten człowiek…

– Wiem.

– Kto jeszcze wie?

– Nikt. I nikt nie może dowiedzieć się, o czym rozmawiamy.

– Coraz mniej pana rozumiem – szczerze wyznał inżynier. – Jest pan Niemcem, moim wrogiem…

– Powiedzmy – nieprzyjacielem.

– No dobrze. Jak pan wyobraża sobie uwolnienie profesora?

– O tym dopiero będziemy musieli porozmawiać. Na razie nie mam pojęcia. To pan jest specjalistą od budowania skrytek i kanałów. Być może… przez dach, przez komin, balonem albo jeszcze coś w tym rodzaju.

Radke ze zdumieniem przyjrzał się twarzy Niemca. Kpi? Wyglądał na człowieka poważnego i zapewne kimś takim był. Ale skąd ten pomysł? Przecież nie siedział na czatach, kiedy Radke, Markiewicz i Kokos omawiali różne warianty! Mimo to teraz chyba wypada okazać zdziwienie.

– Przez dach?

– Tak. Szczegóły omówimy drugim razem. Będziemy musieli spotkać się przynajmniej jeszcze raz. Jest pan sprawny fizycznie?

– Owszem. Do niedawna grałem w piłkę, ćwiczyłem zapasy, biegałem…

– No to w porządku. A teraz niech pan posłucha. Jeżeli ktokolwiek dowie się, o czym my tu mówimy, powtarzam – ktokolwiek!…

– W takiej sytuacji nie może być o tym mowy – zapewnił spokojnie Radke.

– To dobrze. Musi pan dać sobie radę sam.

– Będzie trudno… –  inżynier skrzywił twarz w sceptycznym grymasie.

– Szczegóły omówimy później – major podniósł dłoń w uspokajającym geście. – A tymczasem musi pan mieć świadomość, że ja też ryzykuję. Jeżeli SS dowie się, co planujemy, to obydwaj pójdziemy pod ścianę, a tamten człowiek pozostanie na łasce ludzi, którzy na pewno nie ułatwią mu życia. Rozumiemy się?

Radke odwrócił na chwilę głowę w kierunku wejścia do lokalu, a to akurat wystarczyło, aby jego spojrzenie zetknęło się ze wzrokiem trzech osób wchodzących do środka – Pytońskiego i jego dwóch młodszych kolegów. W tamtych oczach dostrzegł wyraźne zdumienie.

– Tak – powiedział zdecydowanie. – Rozumiemy się, ale… – poruszył nerwowo palcami u obu rąk.

– Słucham?

– Jak daje pan sobie radę z tym… no… w tej sytuacji?

Major uśmiechnął się półgębkiem.

– To nie jest dobre pytanie, panie inżynierze. Podjąłem pewną decyzję i na tym sprawa się kończy.

– Wiem – zgodził się Radke. – Miałem jeszcze zapytać, co pan będzie miał z tego, ale chyba i tak nie otrzymałbym odpowiedzi.

– Zgadza się.

– Wobec tego kiedy omówimy szczegóły?

– Pojutrze. W tym samym miejscu.

Wstał, zasalutował i odszedł.

Niemal natychmiast przysiadł się Pytoński, a za nim jego dwaj towarzysze.

– Panie kapitanie! – rubasznie odezwał się Pyton. – Jak należy to rozumieć? Pan zwerbował Niemca do Armii Krajowej, czy Niemiec zwerbował pana do Wehrmachtu?

Radke pokiwał dobrotliwie głową.

– Panowie – zaczął ściszonym głosem. – Odwołuję jutrzejszą akcję!…

M.P.

*Fragment przygotowywanej do druku powieści sensacyjnej z czasów wojny.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko