Krystyna Habrat – LĘKI I MARZENIA NA TRUDNY CZAS

4
175

  Koronawirus tak wszystko pozmieniał, że niemal sama siebie nie poznaję.

  Na kwarantannie, tej dla wszystkich: ” zostań z domu”, tak ochoczo rzuciłam się  do książek, że szybko zapomniałam o grożącym za ścianami domu niebezpieczeństwie. Cieszyłam się, że mam niemal całe dnie na czytanie. Nie muszę chodzić do sklepów, na spacery do parku. Nic, tylko czytać. Przeczytam wreszcie ciągle odkładane książki, przeczytam i te już czytane, do których chcę wracać. Choćby fragmentami. Ileż to ja sobie naobiecywałam! 

  Ile ja planowałam teraz przeczytać! Ile jeszcze wszystkiego dokonać, gdy mam tyle wolnego czasu! Wrócić do gry w szachy. Ułożyć wszystkie czekające puzzle.  Pogłębić znajomość  języków.

  Książki przyniesione z dwóch bibliotek  szybko dokończyłam i nie zamierzałam do nich wracać. Jednej nawet nie warto było czytać do końca. Tymczasem biblioteki też zostały zamknięte z powodu epidemii i byłam już skazana na domowy księgozbiór, rozwleczony po  czterech pokojach. Jak to dobrze było tyle tego nakupować i jeszcze  otrzymywać z różnych okazji.

  Tylko nikt nie wiedział,  co to dalej będzie z epidemią, więc wkrótce i ja, jak wiele pań, zgromadziłam trochę drożdży, mąki i zaczęłam piec chleb. I ciasto na Wielkanoc, to na urodziny męża.

  Ale wkrótce ten zapał mijał i powoli wkraczała codzienna monotonia. Wtedy już nic się nie chce. Przestaje się chcieć coś piec czy pichcić, by dogadzać podniebieniu. Przecież przy braku ruchu można bardzo przytyć, więc po co? Książki też przestały nęcić.

  Wymyśliłam nawet teorię lenistwa:

  Po pierwsze: im więcej ma się wolnego czasu, tym bardziej nic się nie chce.

 Po drugie: najtrudniej zdobyć się, by coś zacząć, zabrać się do jakiejś roboty.

 Po trzecie: trzeba wytężyć inteligencję, żeby robić posiłki z tego, co się ma w domu, gdy wychodzić bez maseczki nie wolno.

   Wreszcie ze zdziwieniem odkryłam, że dotąd tylko poważne książki, jak arcydzieła literatury i naukowe, karmiły moją inteligencję, ale one są już stare. Nowe rzadko do mnie docierają.

  W dodatku, odkryłam, że do życia potrzebne też są książki poprawiające humor, a ja mam ich zaledwie trzy:

  1. Romain Rolland – Colas Breugnon;

  2. Felix Timermans – Pallieter;

  3. Anatol France – Zbrodnia Sylwestra Bonnard.

  Do dwóch pierwszych prawie nigdy nie zaglądam. Trzecią podczytuję częściej, fragmentami i w całości. Innych nie pamiętam.

  Teraz, gdy miałam tyle czasu na czytanie, przestało mnie ono nęcić. Dziwne?!

 W końcu zabrałam się za  puzzle. Dotąd dorywczo układam z pięciuset kawałków   Rio de Janeiro z królującą nad  nim statuą Chrystusa na górze. Mam szczególny sentyment do tego widoku. Nigdy tam nie byłam, ale od dziecka lubiłam oglądać obrazek z tego miasta w  przedwojennym jeszcze czasopiśmie. Cały rocznik był według ówczesnej mody zszyty u introligatora i oprawiony. Na obrazku z 1933 roku posąg Chrystusa był dopiero w budowie i cały w rusztowaniach, ale spoza nich widać było białą postać Chrystusa, a Jego rozłożone szeroko ręce były już ponad. Tyle razy to oglądałam. Mam ten rocznik teraz u siebie.

   Powoli puzzle mnie wciągnęły. A kiedy zmęczę oczy przy wpatrywaniu się w drobne szczegóły,  powracałam do książek.

 Nagle okazuje się, że słabo się orientuję, co się teraz czyta? Co warto czytać?  Słucham audycji literackich, oglądam programy o książkach. I co? Albo  w kółko mówią o takich, co żyli ze 100 lat temu, albo wciąż o tych samych kilku, których da się zliczyć na palcach jednej ręki.  A co, gdy się ich książki już przeczyta? Co czytać dalej?  Dyskusje o najnowszych książkach bywają  mało zachęcające. Często każdy rozmówca chce się popisać swą mądrością i oczytaniem, i że lekceważy  coś, co poniżej jego gustu. A im więcej lekceważy, im trudniejszego używa języka, tym wydaje się mu, że mądrzejszy od innych.

 Eee, chyba takich programów i osób nie ma teraz. Ale bywały.

Wracam więc do książek z moich półek.

  Niestety, te długo odkładane na później, bywają dlatego odkładane, że najczęściej są nudne. Może tylko mnie w tej monotonii kwarantanny wszystko zaczęło stawać się nużące?

  Przecież “Józef i jego bracia” Tomasza Manna przed laty mnie zachwyciły. Przeczytałam wtedy szybko trzy tomy, bo w bibliotece ktoś już na nie czekał. Potem kupiłam sobie własne i teraz wreszcie postanowiłam rozkoszować się nimi powolutku, powolutku. Gdy ugrzęzłam zaraz na początku, przypomniałam sobie, że pierwsze 40 czy 50 stron było niestrawne, zatem nic się nie stanie, gdy je teraz pominę. Dalej książka była jakby nie ta sama, co kiedyś.  Ciągle gubiła się w biblijnych epizodach, wprowadzając gęsto kolejne osoby i wątki. Odłożyłam ją zmartwiona na półkę. Jeszcze do niej zatęsknię i powrócę do stron, gdzie Jakub długo pracował u ojca ukochanej Estery, aby ten dał mu ją za żonę. Ale ten go przechytrzył. Podstępnie dał mu szczelnie zakrytą tę brzydszą, z kaprawymi oczami, co Jakub odkrył dopiero w noc poślubną. Za późno. Musiał więc na Esterę zapracować przez kolejne lata. Był bliski finału, gdy w obawie przed kolejnym podstępem jej ojca, wykradł Esterę, zabrał i tę poślubioną, a sercu niemiłą z kaprawymi oczami, zabrał synów, jakich mu urodziła i uciekli. To ukochana Estera urodziła mu Józefa – pięknego i mądrego. Jego więc kochał najbardziej. Umarła, rodzą Beniamina.

  Już w I tomie, zaraz po nudnym wstępie, pokazuje się młody i nieco chełpliwy Józef, a bracia go odrzucają. Nie lubią go.  Jakub to widzi. 

  Wyciągnę jutro ten tom z powrotem i poczytam. Będę czytać na przemian z “Dramaturgią współczesną 1945 – 1980” Lesława Eustachiewicza, która też idzie mi opornie, z powodu nadmiaru szczegółów. Ale brnę dalej, bo wyczytuję w niej wiele rewelacji, o których mgliście wiedziałam, a teraz dostrzegam to ostrzej, bo  współgra to z atmosferę wydarzeń obecnych. Autorzy przewidują przyszłość? Po prostu są zdolni do odkrywania prawd  wszechczasowych. I ogólnoludzkich.

  Chodzi tu o problem “zła”.

  Mieszkając parę lat w Krakowie, chodziłam często do Teatru Starego  czy do Kameralnego, gdzie grywano najnowsze osiągnięcia ówczesnej dramaturgii.  Wtedy chodziło się na kolejne spektakle, potem się o nich dyskutowało. Na przykład w klubie Pod Jaszczurami. Ludzie, wśród których się obracałam, mieli ambicje uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach kulturalnych: w teatrach, muzeach, filharmonii, czytać najnowsze książki… Coś mi jednak umknęło. Może wtedy byłam zbyt radosna i beztroska, by na serio traktować poważne, pesymistyczne tematy?    Nie podam,  o jakich autorów i tytuły chodzi, żeby nie podpierać się cytatami z książki, czego ani ja, ani felieton nie lubi.

   Teraz, wiosną 2020 roku, podczas pandemii koronowirusa na całym świecie i ostrej u nas w kraju walki w kampanii przedwyborczej, co trwa niestety już 5 lat, zastanowił mnie opis pewnego dramatu francuskiego, który współbrzmi z moimi   refleksjami. Bohater owej sztuki po licznych  porażkach odkrywa, że powodzenie w życiu osiąga się tylko poprzez zło, drogą kłamstw, oszustw, intryg.

  Niestety obserwacje ostatnich miesięcy mogą owo spostrzeżenie sprzed coś siedemdziesięciu lat potwierdzać. Aż strach napisać to zdanie, ale czy zwyciężył dobrem ksiądz Popiełuszko? Wierzę jednak, że nawet jeśli on poniósł okrutną śmierć za głoszenie dobra, to jego idea może odnieść zwycięstwo. To przykład pełen patosu, a tak na co dzień u zwykłego obywatela? Zwycięża zawsze ten lepszy,   prawy i uczciwy? Niekoniecznie. Częściej – nicpoń, dwulicowy i zakłamany, co  po trupach prze do zwycięstwa?

  Obawiam się, że zło jest silniejsze. Jak już chyba niedawno pisałam, i w “Nędznikach” Wiktora Hugo, zwycięża nie ten jedyny sprawiedliwy główny bohater. On całe życie jest prześladowany, samotny,  i musi wciąż uciekać. Ale zwycięża jego prześladowca, policjant i spokojnie wyjeżdża sobie z rodziną do Ameryki. Podobnie jest w “Zwycięstwie” J.Conrada.

  Pewnie dlatego dobra literatura nie znosi happy endu, bo to nieprawdziwe. A jak się zdarza, to szybko, jak w sinusoidzie, nastaje przeciwna fala, ta zła.

  Druga natomiast sztuka innego dramaturga francuskiego, choć napisana i grana też ze 70 lat temu, wydaje się wzięta żywcem z tego, co obserwujemy każdego dnia w mediach. Nawet jej tytuł z czymś się kojarzy: “Wszyscy przeciwko wszystkim”!    W tym dramacie występują dwie grupy ludzi: prześladowcy i prześladowani. I ciągle ze sobą walczą. Potem następuje zmiana i prześladowcy stają się prześladowani, a drudzy na odwrót i znów ze sobą walczą zajadle. I tak wciąż na przemian. Można tu mieć różne skojarzenia.

  Lepiej jednak zapytać głosem Antoniego Czechowa z opowiadania “Skrzypce Rotszilda”: po co ludzie tak sobie dokuczają? Dlaczego jeden drugiemu nie daje żyć?

  No właśnie: po co?

Ja nieraz w TV, w internecie, na ulicy, obserwuję, jak radosną, pełną satysfakcji, minę ma ktoś, kto dokucza komuś, wyzywa go, ubliża.  Wyzwala tak swą nienawiść i to daje mu zadowolenie. Uspokaja go, wyrównuje kompleksy i zadawnione urazy, jakich doznał od kogoś innego. Może ociec lał go pasem za dwóje, a w szkole nigdy go nie pochwalono. Może taki w tramwaju widzi kogoś lepiej ubranego, więc podstawia mu nogę przy wyjściu, albo mu rzuca w twarz coś przykrego. I zaraz napięcie wywołane zazdrością, nawet zawiścią, luzuje, bo już się zemścił. Podobnie brzydka dziewczyna obgaduję za plecami tę ładniejszą, bo jej zazdrości.  W ludziach istnieje potrzeba nienawiści. No, nie u każdego. Ale dzięki nienawiści zachowuje jaką, taką równowagę psychiczną, bo teraz może sobie pofolgować wobec tego znienawidzonego, obrazić go, dokuczyć mu. To łatwo na każdym kroku zaobserwować.

 Ludzie obdarzeni szczęśliwiej w dobrą rodzinę, urodę, zdolności, dobrobyt, szczęście w miłości, nie czują potrzeby dokuczania innym, by im coś duchowo odebrać. Szczęśliwy łatwiej każdemu współczuje, pomaga, daje coś. Ten mniej przez los obdarzony przyjmuje pomoc i wszystko inne, ale nienawiść w nim narasta i przychodzi dzień kiedy wybuchnie. Może wobec tego szczęśliwca napisze obraźliwy, pełen sprośności,  komentarz na Facebooku, czasem z błędami ortograficznymi.  Może pójdzie demonstrować przeciw niemu. Ale sobie wtedy ulży!

  Czasem, czytając czyjś obrzydliwy komentarz na Facebooku, zaglądam na stronę tego komentatora i co widzę? O tym warto się samemu przekonać! Wnioski nasuwają się tu same.

  Tylko tak nie da się żyć.

  Trzeba wrócić do starych prawd, starych zasad. Do “Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.” i “Kochaj bliźniego, jak siebie samego!” I że “Łatwiej dojrzeć źdźbło w oku bliźniego, niż w swoim belkę.”

  I jeszcze, że Pan Bóg, stwarzając  pierwszego człowieka, przewiesił  mu przez głowę dwa związane worki: w tym z przodu były własne grzechy, a w tym na plecach – winy bliźnich.  Adam jednak przemienił worki. Wolał  mieć przed oczami przewinienia innych, a własnych nie widzieć.

  I na koniec znowu o książkach. Podczas pandemii miałam dużo czasu na czytanie, a w końcu się tym znudziłam, bo sięgałam do książek już znanych, czytanych, albo trafiałam na takie, których czytać nie warto. Zatęskniłam za książkami, których jeszcze nie znam. Szukałam w Internecie, w blogach książkowych, w ofertach księgarń i wydawnictw. Na Facebooku pilnie studiuję co poleca strona KSIĄŻKI WARTE PRZECZYTANIA, bo  ta trafia w mój gust. Książki naukowe, często z psychologii. Poważne. Mam takich polecających kilka.  

  Tylko, jak już coś mnie zaciekawi, to nie ma tego w bibliotece, jednej czy drugiej. Mogłabym kupić.  Nie lubię tak bez przejrzenia jej wcześniej, bez fachowej recenzji czy opinii można się łatwo naciąć. Ktoś zachwala,  a czy on się na tym  zna?  Książka kosztuje Np. 35 złotych. Zamawiając ją wysyłkowo, dopłaca się za przesyłkę ok. 15 złotych.  Można kupić na jedną wysyłkę kilka książek, co wyjdzie taniej, choć wcale niemało. A co jeśli ta książka okaże się chałą, kiczem, wytworem grafomana? Lepiej nie kupować? Nie mieć książek na okoliczność jakiejś kwarantanny?  Ależ, nie!

  Jak to było, że dawniej były księgarnie, były kiermasze książek, “Maj miesiącem książki”, a redakcje i wydawnictwa płaciły piękne honoraria?

   Na razie pan minister kultury uszczęśliwia nas kolejnymi muzeami. Tylko ja nie pojadę do Warszawy lub jej okolic, żeby je zwiedzać. Znam większość słynnych muzeów w Europie i odwiedzając każdą miejscowość, zaczynam od muzeum, ale teraz nie dam już rady jeździć daleko, aby się jeszcze nachodzić przy zwiedzaniu muzeum. Wiec nie dla mnie ta oferta. Nie – dla większości mieszkańców naszego kraju. Ktoś raz pojedzie, zwiedzi i tyle. A książki czyta się długo. I siedząc w wygodnym fotelu, z kawą na stoliku. Dzięki książkom człowiek rozwija swą inteligencję, staje się światłym obywatelem. Mądrzej głosuje w wyborach. Lepiej pracuje. Lepiej wychowuje dzieci.

  Chciałoby się więc  krzyknąć: My chcemy książek, księgarń, jak dawniej na każdym kroku, wydawnictw państwowych, które przyjmują tylko dobre propozycje i autorom płacą. Nie tylko to, co się im finansowo opłaca, bo muszą na siebie zarabiać. Prywatne niech sobie dalej będą. Czytelnik sam wybierze ofertę.

  Ośmielę się więc rzucić hasło: 100 państwowych wydawnictw na 100-lecie Niepodległości i 2020 księgarń! A nowych książek, polecanych przez fachowców, recenzowanych w czasopismach literackich, dotowanych przez ministerstwo – tysiące, tysiące!

 Ja tak sobie marzę. Tylko lękam się, że to już  się nie ziści.

Ej, lepiej myśleć pozytywnie, jak zaleca psychologia. Nawet w trudnym czasie, jak koronawierus na całym świecie, a u nas wybory, można spojrzeć na wszystko od drugiej strony. Pandemia powoli przechodzi. Już wychodzimy na dwór bez maseczek. No, do lokalu wyborczego trzeba ją będzie założyć. Albo owiązać fantazyjnie twarz szaliczkiem. Acha, wybory przed nami! Ich się jeszcze lękam.

    I ciągle nie wiem, co się teraz czyta? Co warto czytać?

    I, co to będzie??

Krystyna Habrat 

19.6.2020r

Reklama

4 KOMENTARZE

  1. Bliskie mi jest to co piszesz, że gdy masz zbyt wiele czasu na czytanie książek to ochota maleje 🙂 Aczkolwiek to na pewno miłe, że podczas największych obostrzeń podczas aktualnej pandemii, tego czasu na czytanie bylo więcej bo i ja nadrobiłam niektore zaległości książkowe 🙂 I dziękuję za miłe słowa o Książki Warte Przeczytania – staram się trzymać poziom 😉

  2. Szeroko rozwinięty temat, ale nie może być inaczej, wszak Pisarka jest twórczynią . Wielu z wymienionych książek nie znam, ale przyznam, że i ja miewam inne odbiory ponownie przeczytanych książek. Bo świat się zmienia ? Bo ja się zestarzałam i aż tak inaczej patrzę na świat ? Bo sto innych powodów ? Niemniej jednak z przyjemnością sięgam do “sczytanych” przed laty książek. Mam nadzieję,, że to się nie zmieni, kiedy w końcu będę mogła usiąść z książką.
    A kiermasze majowe i ja pamiętam. Zaczynały się 1-Maja, po południu szliśmy z Rodzicami na spacer oczywiście na kiermasz . Mama – miłośniczka książek, była szczęśliwa, bo zawsze dodatkowych parę przybyło jej do zbioru.
    Gratuluję, jak zawsze udanego felietonu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko