Zofia Maria Smalewska – CÓRKA DWÓCH MATEK (Fragment powieści)

0
80
Ryszard Tomczyk

Zawsze od niepamiętnych czasów liczba 13 była uznawana za pechową. Tak się złożyło, że i mną pewna trzynastka zakręciła wyjątkowo mocno. – Przyniosła mi pecha na całe moje pozostałe życie? Trudno powiedzieć, ale czasami tak myślę.

          To wydarzyło się 13 maja 1962 roku. Tego dnia omal nie zwariowałam z nadmiaru szczęścia i obfitości. A tą obfitością było nic innego, jak wiadomość, że weszłam w posiadanie dwóch ojców i dwóch matek.

          Zbliżały się moje imieniny Zofii – 15 maja. Korzystając z wolnych dni od nauki, jakie zafundowali nam nauczyciele z uwagi na trwające w klasach maturalnych przygotowania do matury, pojechałam pociągiem ze Słupska do Gdyni.

          W domu jak zwykle atmosfera rodzinna niczego złego nie zapowiadała. Pech przyczaił się na mnie nieco później, gdy przeglądałam stare widokówki i kartki urodzinowo-imieninowe, którymi zamierzałam zainspirować się do wykonania kilku okolicznościowych rysunków.

          Zawieruszył się wśród nich list zaadresowany znajomym mi pismem wujka Kazimierza, skierowany do moich rodziców w Słupsku.

          Ciekawość i wścibstwo piętnastolatki były silniejsze, niż pouczenia dorosłych, że nie otwiera się czyjejś korespondencji.

          Koperta była zresztą porozklejana, klej na jej obrzeżach powysychał i mocno pożółkł. Bez zbędnych ceregieli wyjęłam więc list, a raczej dokument spisany odręcznie przez… No właśnie. – Nie mogłam uwierzyć ani własnym oczom, ani czytanemu tekstowi, który początkowo wydawał mi się bardzo dziwny, a przez to i? Nieprawdziwy.

          Przeczytałam go raz, potem drugi… Czytałam kilkakrotnie, chcąc najpierw coś z niego zrozumieć, gdyż  nie tylko, że dotyczył mnie. On mnie stawiał w dziwnej, zupełnie nowej i całkiem niepojętej dla mnie sytuacji.

          To chyba jakiś żart? – Pierwsze myśli kierowały się właśnie w tę stronę. – Żart, nie żart? Więc co u licha?

          Pierwszy raz w życiu w ogóle spotkałam się z czymś takim. Pismo adopcyjne. Hmm. I to niby dotyczyło mnie..? Pismo adopcyjne spisane odręcznie pomiędzy dwoma małżeństwami i podpisane przez świadków i akuszerkę.

          Rozpięłam bezwiednie sweterek, bo zrobiło mi się gorąco, i z włosów zdjęłam gumkę – frotkę uwalniającą mój koński ogon. Serce mi zaczęło walić tak głośno, że słyszałam go w uszach. Słyszałam też swój własny oddech.

          Moja odporność psychiczna nastolatki rozsypała się w gruzy. Poczułam dziwne dławienie w krtani, a oczy samorzutnie zwilgotniały.

          Moje długie kręcone włosy chyba się wyprostowały i zwiększyły ciężar, bo opadając bezwiednie na ramiona, zaczęły zakrywać mi twarz, i oczy.

          Ja się chyba zabiję! To nie może być prawdą?!.

          Że co  niby? To ciocia Marysia nie jest ciocią, a mama Janka to nie moja mama? Byłam jedynaczką, a teraz mam… dwie starsze siostry i brata?!

          I to wszystko stało się w jednej chwili?!

          Los chyba ze mnie zakpił, a ten pechowy dzień – trzynastego – naprawdę musiał się zdarzyć?, odkrywając tak bardzo zaskakującą i tak dziwaczną dla mnie w tym momencie, nagą prawdę.

          Z pisma jasno wynikało, że moimi biologicznymi rodzicami są Maria i Kazimierz Ligoccy, a  siostra – starsza o dwadzieścia lat Janka – jest ze swoim mężem Józefem Piwowarskim, rodziną adopcyjną.

          Mama Janka to nie mama, a ciocia to nie ciocia? – Ja chyba zwariuję!

          Przypomniałam sobie, że niedawno koleżanki w szkole mówiły, że adoptuje się tylko sieroty i bękarty, czyli dzieci bez ojców… – Nie mogłam pozbierać myśli.

          A może ja jestem takim dzieckiem, którego nikt nie chciał i ten dokument to następne wielkie kłamstwo?

          Dziesiątki pytań i ani jednego sensownego wyjaśnienia. Pech, czy szczęście? – Mam dwie matki.

          Wbiegając do sąsiedniego pokoju za rozsuwającymi się szklanymi drzwiami, spojrzałam na stary zegar z kurantami. Wujek mówił o nim, że jest z Kurowa i pamięta prababkę Laurę, i pradziadka Laszlo.

          Zegar, przedmiot taki jak ja, można przewieźć i dać komu się chce bez zgody. W ręku trzymałam ten nieszczęsny dokument, który zadecydował o moim życiu.

          Rzuciłam się na łóżko, nad którym wisiał przedwojenny aksamitny lanszaft przedstawiający wędrowca. Wlepiałam w obraz zapłakane oczy. – To ja siedzę teraz na tym kamieniu, przede mną wije się droga kręta i wyboista, zamek, rzeka, las… Co wybrać?

          Odwracam się i walę kilkakrotnie głową o poduszkę. -Wszyscy okłamywali i oszukiwali mnie. Moje siostry, babcia i podwójni rodzice.

          Czułam się, jak przekazywany sobie przedmiot.

          W pewnej chwili odezwał się zegar, wybijając godzinę szesnastą. Spojrzałam w lustro na toaletce, zadając sobie nowe pytanie.

          – Urodę pewnie mam po tobie, mamo? Mówią, że jestem mądra i bardzo odważna, to też zapewne twoja zasługa. Bo cóż może wymagać większej odwagi niż oddanie własnego dziecka starszej o dwadzieścia lat siostrze przyrodniej i szwagrowi? W nadziei i z wiarą, że dziecko będzie miało wspaniały dom i opiekę.

          Eee. A może nie chodziło wcale o mnie, a tylko o spełnienie pragnienia o dziecku bezdzietnego małżeństwa?

          Nawet nie wiesz mamo, że przez całe moje życie będę o tobie myślała… – Wyobrażałam sobie, że jak tylko mnie urodziła, musiała zebrać wszystkie siły i całą odwagę, aby podpisać ten dokument, że się mnie zrzeka na rzecz swojej siostry Janki.

          – A może, mamo,  ktoś cię do tego zmusił? – Wytarłam oczy i zasmarkany nos, aby spokojniej starać się zrozumieć zaistniałą sytuację.

          – Co czuliście oboje, co Wami kierowało?Wojna skończyła się dwa lata wcześniej, był rok 1947. Mieliście dwie starsze ode mnie córki: Krysię i Jadzię, rodzina się odnalazła, nie było aż tak wielkiej biedy. Co więc kierowało wami? Miłość do siostry, czy miłość do dziecka?

          Jak wielką musiała być Twoja odwaga przed tak wielkim wyborem. Nie wiem, czy będzie cię ktoś z moich znajomych potępiał, skoro nikt z rodziny dotychczas tego nie czynił. Ja nie dam rady i uszanuję twoją decyzję. 

          Powoli udawało mi się myśleć chłodniej. Ochłonęłam i opanowałam wzruszenie. I chyba zaczęłam pojmować główne przesłanki tej tajemnicy utrzymywanej przede mną. Przecież znam uczucia do mnie i moich… Tak, prawdziwych rodziców i tych przybranych. Kochali mnie po równo. U jednych i drugich czułam się zawsze kochaną. Zatem główną przesłanką adopcji była miłość.

          Chyba niesłusznie w pierwszym momencie źle o tym wszystkim pomyślałam. Zaskoczenie było zbyt duże, nie pozwoliło mi na pełny rozsądek. Obiecuję mamo, że się postaram cię zrozumieć. Przecież mam dopiero w marcu skończone piętnaście lat.

          A może aż piętnaście. To jednak dużo, zbyt długo na takie przetrzymanie mnie w niewiedzy. Niesłusznie. Niesprawiedliwie…

          Skoro ona jednak przestała być dla mnie tajemnicą, jak teraz zmierzyć się z wyjawieniem, że ją odkryłam? Kiedy? Zaraz, czy jeszcze czekać, na stosowny moment, na jakieś rozsądniejsze rozwiązanie? Aż czas sam kiedyś da mi tą odpowiedź.

          – A jeśli zostałaś zmuszona do tej decyzji?Podziwiam cię za odwagę, za miłość do dziecka, które nosiłaś pod sercem dziewięć miesięcy z myślą o tym, że nosisz go dla kogoś innego, dla swojej siostry, nosisz po to, by ją uszczęśliwić.

          Przecież wiedziałam już, że moja rzekoma mama nie mogła wcześniej zajść w ciążę, pojawiłam się w jej życiu tak późno i… No właśnie, i tak długo z… wujkiem czekali na mnie.

          Jednak trudno było mi opanować płacz. Zmuszona zostałam  przecież was dwie matki oceniać, nie  mając w tym zakresie żadnego doświadczenia. Byłam przecież jeszcze dzieckiem.

          W kuchni myślą, że rysuję. A ja?.. Szukałam inspiracji, no to znalazłam, ale… przecież nie o taką inspirację mi chodziło.

          Nadal nie mogłam skupić myśli na czymkolwiek innym. Skupiłam na cioci. To znaczy na drugiej mojej mamie. Ona przyjęła też wielkie wezwanie na owe czasy,  wykazując się dużą odwagą, podejmując trud opiekowania się mną, karmieniem i wstawaniem po nocach. Byłam przecież od urodzenia bardzo chorowitym dzieckiem. Zawsze mi to mówiła, opatulając szalikiem, gdy wychodziłam na zewnątrz.

          Raz jeszcze wytarłam oczy i zajrzałam w lusterko, poprawiłam włosy. Zegar akurat wybił godzinę dwudziestą. Musiałam wrócić do kuchni.

          Odmówiłam kolacji wymówką, że boli mnie żołądek.

          Ciocia… Marysia przyjrzała mi się uważniej. – No, nie wyglądasz najlepiej. – Podeszła do kuchennych naczyń i zaparzyła mięty, strasząc przy tym, że jak mi nie minie, to znaczy nie przejdzie do rana, będzie musiała naparzyć piołunu.

          Brr… Tylko nie to świństwo. Przez noc muszę się pozbierać, z moimi rozczochranymi myślami.

Zresztą nie tylko myśli zachorowały. Wewnątrz wszystko mnie okrutnie bolało, a najbardziej dusza. – Mamo Janko co mam zrobić?Znałam cię od zawsze, od urodzenia, byłaś mi tak bliska sercu. Zrobiłaś wszystko, aby ukoić cierpienie młodszej siostry?

Kiedy poznałam prawdę, uzmysłowiłam sobie,  jak walczyłyście o moje kruche zdrowie. Robiłyście wszystko, abym miała szczęśliwe dzieciństwo, ładne sukienki, zabawki.

          Hmm… chyba jestem szczęśliwa – pomyślałam. Dobrze się rozwijam, jestem piątkową uczennicą i staję się coraz lepszą sobą. Obie matki są ze mnie zadowolone.

          Tak, czułam, że kocham je obie, ale mój żal był większy od doznawanej miłości. Wiedziałam to,  ale nie rozumiałam tej okrutnej prawdy, którą poznałam tego dnia. Tego feralnego dnia –  trzynastego maja.

          W salonie domu w Gdyni, jak tylko pamiętam stał stary, rzeźbiony motywami roślinnymi zegar. Był on dobrym duchem nie tylko tego domu, ale i moich pradziadków Laury i Laszla. Jego rodowód ciągnął się od Kurowa, od roku 1880.

          Zegar odliczał minuty i godziny życia kilku pokoleń mojej rodziny. Podobno zatrzymywał się zawsze w godzinie śmierci któregoś z jej członków lub zaczynał bić bez powodu, kiedy w rodzinie coś bardzo ważnego wydarzyło się.

          Zegar miał przeszklone drzwiczki ozdobione roślinnym akantem. Zamykane one były na malutki kluczyk.

          Wewnątrz zegara znajdowała się skrytka, jak sama nazwa wskazuje – na bardzo ważne dokumenty, zdjęcia i inne sekrety.

          Zegar ten wędrował z rodziną przez całą zawieruchę wojenną. Kiedy byłam już dorosła, zobaczyłam go w Szczecinie w mieszkaniu Macieja Możejewskiego. On pierwszy zmarł z całego rodzeństwa Możejewskich. Zmarł w Ameryce. W dniu jego śmierci zegar zatrzymał się i już nie dał się uruchomić. Pękła główna sprężyna. W takim stanie żona Macieja oddała go do Desy.

          Wracając do tamtejszego majowego popołudnia, schowałam otwarty list do skrytki w zegarze, powierzając mu odkrytą przez siebie tajemnicę. I wtedy… kuranty zaczęły bić, jak na zawołanie.

          Wystraszył mnie tym mocno, ale już po chwili wróciło jego miarowe tykanie: tik tak, tik tak… Wyglądało to tak, jakby zaczął odnowa odliczać dla mnie czas.

          Miarowe tykanie zegara po chwili złagodziło mój szok, jakiego wcześniej doznałam.

          Moje kuzynki w jednej chwili stały się siostrami, a kuzyn – młodszym bratem. Siostry były starsze i już pełnoletnie. Czy one wiedziały, kim jestem dla nich, czy też to było utrzymywane w tajemnicy?

          Nigdy nie odczułam, że jest coś na rzeczy, choć bardzo byłam podobna do najstarszej siostry Krysi. Mylił nas czasami ksiądz Szulta, kapelan i proboszcz Parafii Witomina, przychodząc na kolędę, lub gdy był proszony na inną uroczystość rodzinną. Moim znakiem rozpoznawczym był pieprzyk na lewym policzku, a u Krysi, na środku czoła.

          Myślę, że proboszcz wiedział o wszystkim. Był spowiednikiem rodziców i przyjacielem domu od czasów wojny.

          Tajemnica i zakaz w całej rodzinie mówienia prawdy był wtedy dla mnie niezrozumiały. Nie byłam sierotą, ani podrzutkiem. Czego więc się obawiano?

          Nie czekając do 15 maja, porannym pociągiem wyjechałam nazajutrz do domu w Słupsku. Nie byłam gotowa z kimkolwiek rozmawiać i poruszać  ten drażliwy temat.

          Co robić i jak postąpić? Sama sobie zadawałam pytania i szukałam odpowiedzi także przez cały czas tej podróży.

          Byłam uczennicą pierwszej klasy technikum, świadectwo zapowiadało się z wyróżnieniem, a nawet z nagrodą.

          Mimo to mój poukładany świat nastolatki nagle runął i rozsypał się w przysłowiowy drobny mak.

          Kiedy wróciłam do domu, oznajmiłam że chyba złapałam grypę, bo źle się czuję. Uciekając w chorobę, pragnęłam przede wszystkim izolacji od tego zakłamania, jakie na mnie spadło, jakie dotknęło mnie.

          Przeleżałam w swoim pokoju tydzień, nabijając ciepłą herbatą termometr do 38 C. Nie odpowiadałam na pytania rodziców, nie wychodziłam z domu. Nawet posiłek był dla mnie złem koniecznym.

          Bolało mnie wszystko, a najbardziej dusza. Zawiodłam się na najbliższych. Już lepiej, abym była podrzutkiem, lub sierotą. Czy naprawdę ktoś mnie kocha i jestem na tym świecie potrzebna?..  Musiałam tego wszystkiego się dowiedzieć.

          W końcu zdobyłam się na odwagę. Postanowiłam nie kluczyć. Zaczęłam od rozmowy z mamą Janką, zadając jedno proste pytanie?

          – Czy to prawda, że jestem adoptowana przez was, a moimi prawdziwymi rodzicami są ciocia i wujek?

          Mama najpierw, jakby zaskoczona pytaniem, spojrzała na mnie swoimi ciemnymi, wyraźnie powiększającymi się w tym momencie oczami, po czym gwałtownym ruchem rąk przytuliła mnie mocno do siebie i wybuchnęła płaczem.

          – Prawda córeńko. Prawda jest taka, że jesteś dla nas najwspanialszym darem niebios, a o to, co się stało, nie możesz winić ani mojej siostry Marysi, ani jej męża.

          Miałam ci to kiedyś powiedzieć, jak będziesz starsza. Za długo jednak czekałam i… to chyba był mój błąd.

          Moja przybrana matka z trudem opanowywała wzruszenie, robiąc dłuższe przerwy w wypowiedziach. Nie zwalniała jednak przytulenia, jakby w obawie, żeby mnie nie utracić.

          – Decyzja, jaką podjęliśmy, była najlepsza dla ciebie dziecko, bo oni nie mieli pieniędzy, aby cię leczyć i wychowywać.

          Wyrwałam się z jej objęć i rozpłakałam spazmatycznie. I zaczęłam krzyczeć:

          – Mamo! O tym wiedziała cała rodzina w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie! Widziałam podpisy świadków na dokumencie! Nawet położna! Ukrywaliście to przede mną tak długo, jakbym była jakimś przedmiotem. To było wstrętne!

          Pogubiłam się, nie wiedziałam, co jeszcze wykrzyczeć.

          – Wierzyłam wam w każde słowo… – znów pozwoliłam wtulić się w jej ramiona. Łkałam coraz głośniej.

          – Co miało być dla mnie lepsze? Odpowiedz!   Ale nie odpowiedziała. Ból, jaki sobie nawzajem zadałyśmy, nie pozwalał już ani jej, ani mnie, na jakąkolwiek dyskusję.

          Sama odtąd, z dnia na dzień oswajałam się z nową sytuacją. Nikt ze mną już nie rozmawiał. I nie wiem, czy znalazłby się w tych czasach ktoś, kto udźwignąłby ten temat.

          Skoro już dowiedziałam się, kto jest kim dla mnie, musiałam jednak wyjaśnić jeszcze to najważniejsze. Jak  mam się zwracać do cioci i wujka, kiedy są mamą i tatą?

          Kochałam też bardzo obojga przybranych rodziców i byłam tego pewna. Jak mam zamienić ich w tych rolach w bezpośrednim zwracaniu się do nich?

          Miesiąc później odebrałam świadectwo z nagrodą i rozpoczęły się wakacje.  Postanowiłam sama pojechać do Gdyni i sprawę wyjaśnić do końca.

          Rozmowa z biologicznymi rodzicami była dla mnie bardzo trudna, a atmosfera napięta, wręcz o mało nie tragiczna.

          Po oznajmieniu im, że znalazłam pismo adopcyjne i wiem już o wszystkim, mama Maria bardzo się rozpłakała i nie mogła odpowiedzieć na żadne moje pytanie. W pewnym momencie zrobiła się bardzo blada i złapała się za serce.

          Interweniowało pogotowie i na szczęście po podaniu leków, wszystko się unormowało.

          Wtedy podeszłam do niej i pierwszy raz powiedziałam: Kocham cię, mamo!

          Tego dnia już więcej nie rozmawialiśmy na ten temat. Na drugi dzień ojciec Kazimierz zawołał mnie do swojego pokoju i poprosił, bym usiadła na kanapie.

          – Gdzie Zosiu masz ten list? – zapytał.

          – Tam, gdzie chowacie ważne dokumenty, w skrytce zegara.

          Ojciec otworzył skrytkę, wyjął dokument z koperty i zaczął  głośno i wolno czytać, tak abym go  rozumiała. Tłumaczył każdy fragment, po czym wyjaśnił ze spokojem, że zrobili to z mamą po długim namyśle i rozmowach, dla dobra małżeństwa jej starszej siostry Janki i szwagra Józefa, którym bardzo ciążyła bezdzietność. Podpisując ten dokument, złożyli ślubowanie, że nigdy się nie rozstaną, a Józef od tej pory nie będzie pił alkoholu i zaopiekuje się rodziną. Po latach ojciec wie, że tej przysięgi dotrzymał.

          Dla nastolatki wszystko stało się jasne. Byłam lekarstwem na zło czające się w tej rodzinie.

          – Czy wujku mogę mówić do ciebie od dzisiaj tato?

          Tatuś uścisnął mnie mocno i pocałunkami pokrył moją głowę.

          Inaczej nie mogłam wtedy chyba postąpić. Historia, aczkolwiek z dramatycznym nieco przebiegiem, na szczęście dla wszystkich skończyła się happy endem.

          Mając odtąd podwójnych rodziców w jednej rodzinie, poczułam się wyróżniona przez los, który jednocześnie zdjął przysłowiowe fatum z liczby trzynaście.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko