Z rekomendacji Marka Jastrzębia opowiadania Marcina Batora

0
195

Z rekomendacji Marka Jastrzębia opowiadania Marcina Batora

 

Dziś polecam pierwsze trzy opowiadania Marcina Batora, pisarza na wskroś oryginalnego poprzez poruszanie tematów niemodnych, bo „historycznych.

Zagubieni w naskórkowym  odbiorze obecnej doby, nie zwracamy należytej uwagi na wcześniejsze karty dziejów, podczas gdy wiemy, że nasze hic et nunc jest konsekwencją minionych zdarzeń. A choć o tym wiemy, to mało kiedy staramy się powracać w do tak zwanych źródeł; przeszłość jest (dla niektórych) żenującym kłopotem: nie bardzo wiadomo, co z nią począć. Najlepiej udać, że nie istnieje. Zignorować, umniejszyć, zredukować do błahostki.

 

Lecz znaczna większość ludzi twierdzi, że znajomość historycznych procesów, szczególnie zaś ich przyczyn, umożliwia wyciągnięcie nauki na przyszłość. Jest zatem koniecznym narzędziem  poznania własnych korzeni, a także nieodzownym instrumentem do zrozumienia ciągłości dziejów. To krzepiące zjawisko.


Janusz Hankowski


 

Marcin Bator

*

Opowieści o Dziadoszycach


Piękny, słoneczny poranek przywitał mieszkańców nadodrzańskiej osady rybackiej. Słońce miało kolor krwi, krwawy świt zwiastował nieszczęście i pożogę. Bogowie dawali znak – od północy nadciągało niebezpieczeństwo. Stary Sobierad widywał już takie znaki na niebie, przez jego siwą głowę przebiegła myśl, cóż może się zdarzyć, cóż bogi chciały powiedzieć, przed czym ostrzec, jak poplątać losy spokojnej osady, świeżo odbudowanej po ostatniej nawale wojów Mieszkowych. Sobierad oddał cześć starym i nowym bogom i wpatrywał się w sieci, gdy nagle fale oderskie zaczęły przybierać na sile. Z rzedniejącej porannej mgły zaczął wynurzać się obraz węża morskiego ozdobionego w biały płaszcz ze złotym lwem. Rybak przetarł oczy ze zdumienia, nie wiedział czy śni czy bogi wyłaniają się z odrzańskich topieli gdy jego umysłem wstrząsną przeraźliwy krzyk.


– Waregi na strasznych drakkarach!!! Uciekajcie. Waregi!!! Bogi, miejcie nas w opiece to Wikingi!!!


Sobierad widywał już takie łodzie i znał wojowników z północy, był świadkiem najazdów drużyny Jarla z Jombsborga, widział krew, płacz kobiet i dzieci, oglądał duchy wojowników lecące do Walhalli. Patrząc na wyłaniające się drakkary, dotkną lewego przedramienia i pod palcami wyczuł, jak stara rana zadana wikingskim mieczem odżywa w bólu, jak ciepła struga krwi wypełnia świeżą lnianą koszulę. Rybak odruchowo chwycił za miecz, dłoń przeszyła pustkę… Sobierad upadł na kolana, wyczuwając ciepły oderski piach, we mgle widział jarla Bjorna z wojami wychodzącymi z łodzi, widział okrągłe tarcze i złociste umba, czuł powiew lodowatego wiatru i białe żagle z czarnym niedźwiedziem. To Mieszkowa drużyna w pochodzie na Lednicę, Gniezno i gród Poznana. Dawne wspomnienia ożyły i krew szybciej popłynęła. Starzec wydał przeraźliwy okrzyk i usłyszał złowrogą ciszę. Długie łodzie Waregów wyłoniły się z mgły, zabrzmiał dziki głos rogu, panika opanowała osadę rybaków, nastała martwa cisza przed burzą, śmiercią, czymś czego starzec nie znał, cisza hipnotyzowała. Sobierad przetarł oczy ze zdumienia widząc lwa kroczącego po odrzańskich falach.

Starzec wyglądał jak posąg Światowida, wyniosły, nieodgadniony, spokojny i dumny, patrzył na zjawisko nadprzyrodzone zrodzone przez odrzańskich bogów. Stał, patrzył i czekał na najgorsze. Uciekać pomyślał, ale jakaś niewidoczna siła kazała mu stać i patrzeć na to co się miało wydarzyć!


Drakkary przybiły do piaszczystej łachy, za burt wychyliły się groźne twarze wojowników z północy, w rękach Sobierad dostrzegł miecze, które już niedługo miały spłynąć krwią ludzi z nadodrzańskiej osady, miały popłatać ciała mężczyzn i kobiet z nad odrzańskich osad i grodów. To ta straszna i śmiercionośna broń miała zabijać dzieci plemienia Dziadoszan!


Waregowie wyskoczyli na brzeg, i już się wydawało, że zacznie się rzeź, gdy odezwał się silny, ale spokojny głos i nagle dzicy wojownicy zniknęli….Nad brzegiem Odry stał wysoki Wiking w lekkiej zbroi, bez hełmu, z mieczem przy pasie i wydawał rozkazy, jego ciepły głos dochodził do uszów Sobierada, brzmiał znajomo – nie był to język północy, ale słowiańska mowa. Wikińska drużyna przyciągała łodzie, wynosiła na brzeg skrzynie z bronią, jedzeniem, rozbijała namioty – szykowała obozowisko. Młody Wiking stał i patrzył, wzrok zatapiał się w falach dumnej Odry, podziwiał prastary bór porastający okolice grodu Krosna. Patrzył i dumał, zamyślony dostrzegł Sobierada stojącego na brzegu, popatrzył i łagodnie zapytał a w głosie nie było znać wojownika z północy, nie było pogromcy bałtyckich wybrzeży, nie było nic z woja, który podbijał Essex i Nortumbrię.

 

– Daleko do grodu starcze?

– Którędy przejście przez mokradła?

– Posłańca nie widzieliście dobry człowieku?

Sobierad nic nie odpowiedział, głos nie miał odwagi wypłynąć z ust, stał i patrzył i się dziwował, kim był ów rycerz, czego chciał i co najważniejsze dlaczego mnie nie zabił?

Sytuację uratował głos rogu i tętent koni. Wojowie z proporcem Knezia Bolesława pojawili się na wzgórzu, oddział dziesięciu zbrojnych kierował się wprost w stronę drakkarów, ale nie był to galop bojowy, bo cóż mogło znaczyć dziesięciu zbrojnych, grodowych wojaków przeciwko setce uzbrojonych i dzikich Wikingów.

Oddziałowi przewodził młody Wojsław, syn kasztelana na grodzie krośnieńskim Radomira, który panował nad okolica z łaski ojca Bolesławowego sławnego Mesca lub jak inni wołali Mieszka, pana tych ziem, które niedawno zostały przyłączone do dziedziny polańskiej. Sobierad dobrze pamiętał wojnę z zakutymi w stal Czechami i margrabiami Niemców, pamiętał tez czasy kmieci i wojów z plemienia Dziadoszyców, którzy dawniej tu mieszkali.


Wojsław zeskoczył z konia, wydobył miecz i położył na dłoniach, skłonił się dwornie i podszedł do Wikinga. Długo stali i patrzyli na siebie, wyglądali jak dwa młode dęby w odrzańskiej puszczy, jeden w oczach miał poranek i blask polańskiego państwa a drugi zadumę i coś niezwykłego czego Sobierad nie rozumiał. Stał i patrzył i zastanawiał się jakiego wydarzenia jest świadkiem.


– Domard, pojedziesz do grodu, pokłonisz się kasztelanowi i udasz się do knezia Bolesława. My tu obozem staniemy, czekać będziemy jaka będzie wola i postanowienie pana na Gniezdnie, Posnaniu i Lednicy.


Słońce układało ostatnie promienie na odrzańskich falach, gdy życie wracało do osady rybackiej. Wikingi na brzegu to był niecodzienny widok, ale bardziej niezwykłe było to, że nie płonęły chaty i śmierć nie unosiła się nad głowami rybaków. Sobierad bacznie przyglądał się obozowisku i szukał wzrokiem owego Wikinga, który dowodził Waregami, chciał mu się przypatrzeć, nurtowała go myśl: po co przybyli, dokąd zmierzają i czy będzie wojna i czy może inne łodzie nie pojawia się na Odrze. Młody Jarl stał na brzegu w dłoniach trzymał garść, ciepłego odrzańskiego piasku i przesypywał z ręki do ręki. Piasek oddawał ostatki wiosennego słońca, mgła zwiastowała chłód wieczoru, takiego jak wtedy, gdy morze i bogi dały znak, jak wtedy gdy zdradziecka strzała wbiła się w ramie i udo młodego napastnika, jak wtedy gdy eskadra wojów z prastarej i sławnej Winiety podbijała Gotlandię, Truso, Jutlandię i siała strach na Bałtyku i morzu Brytów.

 

Jarl pochylił się nad wodami cicho płynącej rzeki, przemył zadumaną twarz i spojrzał w swe oblicze i przed oczami ukazała mu się twarz, która wtedy, gdy leżał na marach i rany nie chciały się goić – powiedziała mu dziwne słowa i dała naszyjnik z lwem a lew nie był złoty, ale biały z kamienia jak szkło.

 

Opowiadanie II

 

Racibor leżał na posłaniu ze skór, był słaby, bardzo słaby i obolały, ręka i noga bolała straszliwie, głowę rozsadzał straszliwy ból, ale bardzie bolała klęska jego drużyny. Znaki dane przez Tora i Odyna nie zwiastowały klęski, przepowiednia wieszcze dawała nadzieję na łupy, niewolników i bogactwo – czym obraził bogów? Młodego jarla rannego i prawie bez życia odnaleźli ludzie pana na Jomsborgu, którzy pamiętali jak miesiąc temu wypływał po sławę i bogactwo. Znaleźli go w starej chacie maszopów podle Gdańska, leżał nieprzytomny a w ręku ściskał naszyjnik z lwem koloru białego szkła. Rany miał zaopatrzone, ale nie znaleziono nikogo, kto zajmował się młodym Jarlem. Racibor niewiele pamiętał, jak przez mgłę widział śmierć kroczącą w towarzystwie lwa i płaszcz, który go otulał – słyszał dziwny głos, który dudnił mu w skroniach. Już na Wolinie chodził od wieszczów, medyków starców, ale żaden nie potrafił mu powiedzieć, co to wszystko może znaczyć.

 

W nocy budził się z krzykiem w gorączce rzucał się na posłanie i cały czas zadawał sobie pytanie – dlaczego poniósł klęskę, stracił sławę i bogactwo, kto go uratował i cóż znaczy biały lew i śmierć krocząca za nim. Był Wikingiem – piratem północy, potomkiem dzikich wojów, którzy siali strach na Morzu Bałtów i Brytów. Był człowiekiem łaski bogów, którzy dali mu siłę i odwagę. Odyn go prowadził, dał mu męstwo i drużynę najdzikszych wojowników z Skandynawii, Jutlandii, Gotlandii i Pomorza. Był potomkiem i następca Wenedów i Gotów a teraz co z nim będzie…


W noc przesilenia miał sen: ukazał mu się starzec, który przemówił w mowie słowiańskiej:

„Ojce twe nie twymi ojcami, matka inna niż wszystkie z warkoczem płowym, nie morze a puszcza prastara Ci domem, nie jarlem Ci a kneziem w odległej krainie, nie Odyn i Tor, Freja i Loki ale Flins, Dziad, Weles i Kryst”.


Racibor nie mógł przestać myśleć o śnie i jego znaczeniu, nie umiał odpowiedzieć na pytanie, co oznacza przepowiednia senna, kapłani i wieszcze nie chcieli mówić bojąc się lwa.


Drużyna i wojowie martwili się i kłopotali troskami młodego jarla, ale również bali się lwa, którego widzieli podczas bitwy w dniu klęski Racibora, wiedzieli jedno, cokolwiek oznacza słowo senne, oni na śmierć z Jarlem, na morza i rzece, na piaskach i lądach i prastarej puszczy. Przysięga krwi zawarta dawno nie pozwalała inaczej. Stary Ragnar Wareg z Kattegatu znał prawdę, on wiedział co oznacza przepowiednia, on wiedział kto zaklął młodego jarla on pamiętał knezia za morza i puszczy i żonę jego z płowym warkoczem. Znał historie klęski i zemstę Niedźwiedzia, ale czekał aż Racibor sam w sercu odkryję że nie Wiking a Dziadoszyc!

 

Opowiadanie III

 Racibor i jego drużyna „ludzi popiołu” jak nazywali ich Niemcy, założyli obóz warowny w pobliżu grodu Krosno, który stał dumnie na podmokłym terenie, między Odrą a Bobrem. Był to gród potężny, ważny bo bronił przeprawy przez rzekę i dostępu w głąb państwa polańskiego. Wszyscy w drużynie młodego jarla oczekiwali wieści i powrotu posłańców wysłanych do Knezia Bolesława. Młody Wiking już w Cedyni wysłał wiernego sługę Bronisza, który miał oznajmić w Gniezdnie o przybyciu „ludzi wody”, którzy będą oczekiwać na wieści i posłańca pod Krosnem, otoczonym wodami szeroko rozlanej Odry i otulonym prastarą puszczą, pamiętającą czasy Popielidów i Siemowitów.

 Bronisz nie dawał znaków życia. Co to mogło oznaczać? Pytał się w duszy młody Wiking, nie pytał już bogów, nie chciał z nimi rozmawiać pamiętny wielkiej klęski swe floty.

 Nikt z siedzących przy ogniu na oderskim brzegu nie mógł wiedzieć, że poselstwo nie dotarło przed oblicze groźnego Bolesława, syna Niedźwiedzia Północy zwanego Misaca…

„Bronisz i jego dwaj towarzysze: młody Wareg, którego imienia nawet nie znał i silny jak tur Olaf syn Olafa, jechali konno skrajem Lechickiej puszczy. Wiosna pachniała kwieciem, drzewa budziły się do życia po zimowym śnie, rozmawiali między sobą, o tym co usłyszeli z ust jarla. Nie do końca rozumieli sens wyprawy do krainy Dziadoszyców, ale przysięga ich lub ich ojców ciążyła nad nimi jak młot Tora podczas burzy. Bronisz układał sobie w głowie słowa pozdrowienia, przypominał polańskie słowa i zastanawiał czy młody kneź jest podobny do jarla Bjorna. Stary drużynnik był świadkiem klęski i wygnania knezia Dziadoszyców, pamiętał co się stało, widział ognie Krysta, które trawiły święte gaje, dęby i gontyny!

 Nagle poczuł zapach dymu, dymu który unosił się nad Kowalowa Górą podczas czasu świętowania, tak to pachniało jałowcem, wonnym zielem i… nikt się nigdy nie dowiedział czym jeszcze pachniał dym w świętym miejscu Dziadoszyców.

 Bronisza dopadły dwie szare strzały – zwiastunki śmierci, Olaf został rozpłatany ciężkim toporem a plecy przeszył mu słowiański miecz, najmłodszy z uczestników poselstwa bronił się dzielnie, odsyłając w zaświaty dwóch napastników, gdy padał na puszczański dukt miał jedna rękę i miazgę zamiast głowy, jego duch uniósł się wysoko i połączył z przodkami w Walhali; stare dęby, buki i siwa brzoza nie zdradzą do końca swych dni, gdzie spoczęły ciała Raciborowych posłańców.

Oddział Domarada okrzyknął straże grodu Poznana, a dźwięk rogu oznajmił przybycie. Kasztelan nie udzielił im gościny, ale nakazał jechać na Lednicę, bo tam przebywał książę. Przydzielił Wikingom oddział zbrojnych wojów, w sile 30 wprawionych w boju mieczy i włóczni. Obawiając się trochę, czy to wystarczająca siła, aby w razie zagrożenia pozbawić życia 20 dzikich wojowników z Północy.

 Ogień trzaskał i podskakiwał wesoło, ale oblicze Bolesława pozostawało zasępione i nie odgadłe jak twarz Światowida w gontynie. Kniaź milczał. Domarad skłonił się nisko i przekazał dary od jarla, pozdrowienia i wiadomość o przybyciu drakkarów na odrzańskie wody.

 W paladium panowała cisza, Bolesław w samotności zmagał się z treścią poselstwa.

 Kiedy z wielkim trzaskiem opadał most zwodzony Lednickiego grodu, a podkowy dźwięcznie stukały o bale długiego mostu, Domarad spojrzał w otchłań jeziora i wydawało mu się, że widzi cień lwa kroczącego po zielonych wzgórzach. Ścisnął mocniej w dłoniach kunsztowny sztylet wysadzany kamieniami w kolorze białego nieba, dar, odpowiedź, posłanie dla jarla Racibora, od syna tego, który to wszystko sprawił.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko