Marek Jastrząb – Harris

0
75

Marek Jastrząb



Harris



Mieczysław CzychowskiOd góry przypieka, dołem zamróz chwyta. Słońce rozgniata na wargach spadek po zimie; pomaga topić śnieg. Wczoraj spadł, a dzisiaj naród wyślizgał go ściskiem, zmienił w ciapę, w nerwowe balansowanie wśród stań i truchtów. 

 

Tłum brodzi w uniżonej nadziei. Starzy, młodzi, jak leci; wszędzie ciągną się czekania. Ludzie przesuwają się karnie, w szeleszczącej ciszy.


Babcie w prowincjonalnych usposobieniach z wielkiego miasta trzymają się wnucząt i tablic z godzinami, a zajęte sobą pociechy, tłoczą się w zabawach.

 

Gadanie, słuchanie, jedna pani do drugiej pani, ale ludzi nie ubywa. Wszystkich męczy ciekawość, co z tego będzie, jak dotknie, czym, ile razy, każdy chciałby mieć za sobą te spekulacje, dywagacje, kolejkowe zgorszenia.


*


Tłum sięga pod Barbakan. Solidny, komunikatywny, dyskursy odstawia, ploty rozsiewa.

 

Furkoczą pogłoski, że dziennie około dwudziestu tysięcy dotyka. Podobno jest Anglikiem. Krążą prowizoryczne wersje; pewne jest tylko, że się nie oszczędza i żyje na przylepkę do swojego celu. Dziwne, bo mistyk z niego darmowy, co jest nieprzyzwoite. Jakby za ciaćkami ganiał, ludzi w konia robił, to co innego, ale tak, w tym musi być jakieś cokolwiek i jakieś zanadto.

 

Kościoła jeszcze nie widać. Wnuczka wcina gołą gruszkę, którą babcia obrała z witamin. Dziecko w kucykach, o cebulastych oczach, zachłystuje się ukradkiem.

 

Jest coraz bliżej do Niego. Im bliżej dotknięcia, tym większy karambol spodziewania; sznur oczekiwań oddala chodnik z kolejką, dzieli ulicę na stojących i dowożonych cierpliwymi gablotami. Początkowo gwarny podnieceniem, nieprzerwany, z wymianami poganiań i popychań, by później, po pierwszym odsiewie właściwych od ciekawych mógł zapanować ład, odprężenie, kojąca bliskość otuchy.


Od czoła, metodą podaj dalej, ścieka informacja: przygotować kartki.


Horror


Ma koszmarny sen: znienacka dowiaduje się, że jest zdrowy. Czuje się obrabowany, zdradzony, zdezorientowany, albowiem zwędzono mu męczeństwo i nie ma na co narzekać.

 

Wie, że gwałtowny nawrót zdrowia, to dla niego przekleństwo. Jeszcze mu zostały w pamięci pokazowe strzykania, tiki, łamania w stawach. Jeszcze pamięta swoje pokazowe grymasy i wykrzywienia, nieśmiałe załamania rąk, wznoszenia i zamknięcia oczu, gnębią go więc wątpliwości, czy wydoli bez narzekania, czy choć z godzinę uda mu się wytrzymać bez zbolałej miny.

 

W domu, gdzie mógł cierpieć bez przeszkód i był otoczony markotną troskliwością, a byle łachudra nie utrudniała mu chlipania i wybaczano mu chamskie nastroje, gdzie, do woli i do przesady, mógł posługiwać się taranem swojej choroby, gdzie lubił patrzeć, jak ich skręca i międlą w sobie niewymowne wyrazy na jego temat, dokonał odkrycia, że traci poprzednie znaczenie. Widzi więc: nie są to już przelewki, nie ma tu dla niego przyszłości, najwyższa pora wynieść się z tego miejsca, zabrać swoje tułacze manele i pójść na zatracenie.

 

Zastanawia się tylko, czy po męsku zniesie cios wymierzony pałką losu, co pocznie, gdy dotrze do niego, że nic mu nie jest, a nawet, że jest gorzej niż przypuszczał, bo na szczegółowych badaniach wyjdzie szydło z wora i okaże się, że ma końskie zdrowie i na próżno cienko prządł.


Niedopowiedzenia


Kichnął tak siarczyście, że razem z wyrem przeniosło go w sam środek innej scenerii; znalazł się w obcym miejscu, lecz choć było ono nieprzyjazne, to przecież czuł się w nim tak, jakby kiedyś w nim był. Obok niego leżał tapczan z Ignacym; Ignacy, świntuch i łobuz za młodu, a teraz układny i zesztywniały worek na dokuczające korzonki, zaczynał chrapać, co J. sprowadzało na ziemię i zaczynał z innej beczki, zaczynał kuranty; zawsze pod ręką, na wszelki wypadek, miał swój wierny, pamiątkowy, sędziowski gwizdek, poręczny w wybuchowych sytuacjach, osadzający w zarodkach czyjeś krewkie skłonności, przywołujący głuchą pomoc.

 

Zwykle czuł się w tej roli jak gamoń w gorsecie. Dostał go od Anny, kobiety przybyłej tu kilka lat wstecz, mającej imię znane mu z dawien dawna. Jej podobieństwo do tamtej polegało tylko na imieniu, bo manierami, sposobem zaglądania w oczy i patrzenia w nie, łagodnością twarzy, szczerością i bezpretensjonalnością okazywanej sympatii, mogłaby oczarować najzagorzalszego cynika. Nawet na jego rozchrapanym sąsiedzie wywierała dobre wrażenie, a to dużo, bo niewiele co wprawiało go w milusi nastrój.

 

J. czuł się winny, że odeszła od niego, ale tylko trochę, bo Ignacego też puściła kantem. Od czasu do czasu, po burzy, gdy było ich stać na gwałtowną sympatię i mogli być ze sobą tak blisko, jak niegdyś, J. tolerował Ignacego, a on starał się nie wspominać o niej.

 

Do ich niepisanego rytuału należało mówienie o Annie – ona. Dla nich była przeszłością, była już tylko sfiksowaną osobą o ledwie zarysowanej płci. Ignacy był wesołym typkiem, ale jego wesołość nie zdawała się na ślepe, spontaniczne i głośne przypadki wyznaczane biegiem zdarzeń, przeciwnie, należała do powściągliwych, przemyślanych, dyplomatycznych. Zanim wypowiedział jakieś zdanie, którego sens mógł zostać odebrany nie tak, jak zamierzał go przedstawić, długo się nad nim zastanawiał, długo toczył z nim wewnętrzną walkę.


Nie należał do strachliwców, ludzi manifestacyjnie obnoszących się ze swoją desperacją z byle powodu. Na co dzień chadzał niedostępnymi, szarugowymi ścieżkami i zawsze po cichutku, bezszelestnie, ukradkowo, skradająco, papuciastym krokiem, jak gdyby chciał podkreślić, że jego hałaśliwe maniery należą już do było – minęło. Kiedy uważał to za konieczne, wychodził poza teren i spotykał się nie wiadomo z kim, na ogół z osobnikami o trefnym nastawieniu do tutejszego patrycjatu, do ludzi stąd, zwariowanych na punkcie normalności.

 

Wymieniał z nimi zdania krótkie, oznajmujące, przeważnie trafne i zazwyczaj logiczne, w zasadzie trzymające się kupy, dotyczące spraw, które go akurat pochłaniały. Więc jak zwykle, tak i teraz obudził Ignacego gwizdkiem, a on, nieprzytomny, siadł na prześcieradle i jak gdyby nie było między nimi żadnej przepaści, żadnych osobnych lat i nagromadzonych doświadczeń, powracał do przerwanego wątku, a kiedy gasił światło, wyciągał się po kociemu i przedzierając się przez egzaltowany, romantyczny obrazek wiosny, słuchał wiatru, deszczu, kropel, opadającego czasu.


*


…Ignacy bombowo nawijał o miłości. Godzinami potrafił o niej, dla niej, przez nią, a J., gdy wschodził księżycowy wieczór, z zapartym tchem, pogrążony w srebrze jego przygód, w jego niespożytych, kolorowych i plastycznych fantazjach, wyobrażał sobie, co widział i co stracił, jakby przy tym był i jakby obchodziło go, co dalej, jak doszedł do tego, że jest tu, z nią, stary i głupi, a nie tam, w jej ramionach, młody i szczęśliwy.

 

A dalej nie następowało nigdy; w jego opowiadaniach zawsze było to niedokończone, mgliste, poszarpane uczucie; nurzało się w niedopowiedzeniach, w ciemności, w niejasnych gestach i ruchach papierosowych ogników.


Dziadek Jakmubyło


…na oko ma pięćset lat, więc uchodzi za grzdyla. Jednak z niewytłumaczalnych powodów utrzymuje, że gdy nie może zasnąć i kiedy liczy, żadną miarą nie może dorachować się lat spędzonych tu.


Nie pamięta, kiedy ostatnio sobie coś przypomniał, jakąś znaną twarz, jakiś solidnie przepłakany pogrzeb. Nie wie, czy jest kawalerem, czy bezpowrotnie szczęśliwym małżonkiem, czy jakaś zleżała hurysa ma jeszcze do niego jakieś prawa.

 

Pocieszam go jak umiem. Ale że nie jestem obcykany w prostowaniu zapętlonych charakterów, moje trudy idą na marne. Usprawiedliwiam się pod nosem, że ciężko mi przytulić go do serca na dużą odległość.

 

Dodatkowym utrudnieniem jest to, że dziadzio nie słyszy na zewnątrz, tylko do środka, więc po pewnym czasie tracę cierpliwość. Mija mi wszelka rozsądna motywacja do kontynuowania współczucia, macham ręką na jego tarapaty i stwierdzam, że jest sobie winien sam, bo kto to widział by w tak bobaskowym wieku mieć sklerozę!

 

Ja w jego latach bywałem w mieście, ocierałem się o przecudne widoki opery, a raz miałem fart, bo niewiele brakowało, bym nadział się na przechodzącego biletera z filharmonii. Więc gdzie dziadkowi do moich doświadczeń, wspomnień i niewypowiedzianych westchnień, gdzie mu konkurować i skrabać się na afisz z tymi swoimi zwapniałymi boleściami?

 

*

 

…dziwne, lecz za młodu dziadkiem nie był. Wypreparowany z minionej zadziorności, promieniejący refleksyjnym zasmuceniem, depresją wynikającą z tułaczki po fartach i niefartach, żył mimochodem, żył kaszląco, cieniasowato i siłą rozpędu; wstrząsany przypomnieniami, których za dobrze nie pamiętał, dopominał się respektu, poważania, szacunku dla swojego wieku.

 

Błąkał się po doświadczeniach, sympatiach i antypatiach. Nie uznawał żadnych sprzeciwów i autorytetów. Bronił się przed własną starością. Śmieszny, nieporadny dziadek, w młodych sekwencjach swojego żywota nosił imię sławnego bohatera, który kogoś zarąbał. Teraz nosił imię przydzielonej renty.

 

Zmartwiony swoim zanikaniem, swoim wsiąkaniem w przeszłość przeputanych projektów, pragnący zawojować sobą tych, co się nim rozweselali, co nim się posługiwali jak prawidłem na buty, jak wieszakiem do suszenia kapeluszy, kapiącym parasolem wyjętym z deszczowej mgiełki, strapiony brakiem perspektyw, pozostawał w przekonaniu, że jest sam.

 

I był. Choć niekiedy posuwał się do międlenia w sobie przytłaczających wspomnień, choć zdawał sobie sprawę, że gdzie by nie splunął, tam wyrastały myśli obfitujące w sążniste zapowiedzi, oprawne w slogan i kołtun, w obietnice bez pokrycia; choć jeszcze wiedział, że zmuszony jest do zmartwień, z których nic nie wynika, do noszenia numeru renty, do spotykania się ze szlachetnością tylko w lustrze, to przecież sądził innych swoją miarą, to przecież lęk o własne brodawki przysposobił go do wiary w cuda, zmusił do otoczenia się metafizyką, do używania ciężkich dział nadrealizmu, do oszańcowania się dydaktyką dla marynat.


Poniedziałek


Impuls, by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go. Dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym: nie odwzajemniali mu się bodaj minimalną próbą wniknięcia w jego charakter.


*


Przemieszkiwał hen, pod samiuśkim lasem, za docierającym i tu, niekiedy cichym, a niekiedy natarczywym echem życia, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy. Minusów jednak było mniej, gdyż ze względu na odległość i trud, z jakim pokonywało się dystans uwalniający go od metropolii, w odosobnieniu tym czuł się lepiej niż ci, co do niego trafiali.


Dziękował więc za spadkową chatynkę, za istny pałac umożliwiający mu powrót z wiecznego rozdrażnienia. Przedtem nie troszczył się o dom, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, kiedy stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobił. Zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty: osobistości przegranej. Do wszystkiego się przyczepiał, chciał o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ, nie cierpiał krzyków, podniesionych głosów, nawet szeptów nie w porę. Teraz mało co go interesowało. Chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało. Zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy: element porzuconej rzeczywistości.


Wcześniej zaperzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to napięcie i zaczynał z innej beczki. Potulny, uwolniony od zalewającej go krwi, wnikał we własny świat, by, coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie, pokazywać się na zewnątrz.


A dzisiaj? Przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej była zaledwie fragmentem, częścią niewyznanej i obiektywnej, wyimkiem prawdy z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.


Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać im krzywdzącej go opinii; bo choć gdy po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi cholerami, a czasem, nie trzymającymi się kupy oskarżeniami – przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.


*


Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wycieczki do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od przyzwyczajenia do spoko.


W czwartki nie wychodził. Zasłaniał się reumatyzmem, kwękającą pamiątką po borowinie. W środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie, tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, do saszetki, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.


Zaś w poniedziałek – w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki, dzień prawie że stykający się z niedzielą, jakkolwiek niedziela, to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem bachory, z tyłu szyja rodziny, nadęta, upierścieniona, w kokardach, żabotach i pretensjach.


Tu miał przestrzeń pełną świeżego powietrza, chciał, to spał, nie chciał, to szedł pod pachę ze świtem, w stronę jeziora, nad pobielaną ciecz wchodzącą w horyzont, przenikającą czas i gdy już tak napatrzył się do syta, podążał wzdłuż nasypu, w kierunku bagien rozrzuconych tu szczodrze.


*


Nie lubił jesieni. Jesień była dla niego za oślizłą porą roku: przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie, były to przyczyny narodzin jego melancholii. Co innego wiosna. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i zroszone czystością barwy zieleni. Gdy czuł chandrę podobną do samotności, do braku nawiązania kontaktu z kimkolwiek, jedynym przed nią ratunkiem było podróżowanie po odległych epokach, wkraczanie w nieobecny czas przeżyć, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.


*


Gdy tak szedł przed siebie, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu. Rozczulający widok szkraba z przeszłości, niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast powiewającego ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę z ujadającej wściekłości; była tycim stworzonkiem wpisanym do encyklopedii pod hasłem pies.  Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia – wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny, też kiedyś był tłusty brytan, a teraz została z niego skóra i kość.


Z szopy przy pompie wyszedł gruby knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego. W słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty goguś, podobny do nieznajomego. „I ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie” – szydził piesek. Miał wrażenie, jakby całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie.


Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu, dotarł do tramwajowej pętli.


Wsiadł do pierwszego lepszego. Było czubato. W trakcie jazdy, barczysty jegomość z podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy, przed przystankiem, tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina z paczką dwa razy większą niż ona, co moment, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, lądowała mu na klapach jesionki.


Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że choć babina co i rusz trąca go paką w kark, cham w jesionce nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce za ucho i powiedział przyjaźnie: a ku ku!


Na krzaczastej wysokości brwi ukazał się jego obraz, odbite w szybie, zaparowane widmo i od tego momentu babina z paczką przestała być ważna. Był teraz dla siebie samoistnym źródłem rozpędzonych plotek, jej odszukaną skarbnicą i bezcenną kopalnią wiedzy, pudłem z utraconymi informacjami o minionych ludziach i fenomenach zdarzeń, on zaś czuł się nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem. W nagłym porywie entuzjazmu, jednocześnie, omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej, objawiających w drobiazgach, w gestach i poruszeniach głowy, w spojrzeniu z lustra, w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy. Owładnął nim ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.


Spoglądając poprzez okna, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym,  szokująco nowym rytmem, miał dziwaczne przekonanie: nie znalazł się tu na darmo.


Tramwaj,

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko