Marek Jastrząb – Zbyteczna obecność pawilonów

0
187

Marek Jastrząb


 

Zbyteczna obecność pawilonów



prof. Marian MakarskiByły trzy. Ukryte wśród drzew, przeważnie sosen, przeszkadzały mi w marszrucie, niepokoiły natłokiem przykrych wrażeń. Przechodziłem tamtędy co dnia, skracałem sobie drogę do pracy, niewdzięcznej, niosącej zero satysfakcji. Szedłem wzdłuż krwistego muru, ceglaną wyrwą między ermitażami, a właściwie schowkami na zagmatwane cierpienia. Myliłem krok, zdezorientowane nogi niosły mnie po ścieżkach, tłukły  się, nerwowo obijały jedna o drugą, dygotały, miałem w nich mrowienie, osobliwe napięcia, ale co tam! starałem się być ponad te odczucia, usiłowałem nie frasować dołującymi widokami, zachowywać, jak gdyby nigdy nic się nie stało, obojętnie, ignorując fakt, że pada, zacina, siecze ukośnymi igłami, a ja wytrwale brnę pod oszalały, wiejący zewsząd wiatr.


Choć tak Bogiem a prawdą stało się; wydarzyło więcej, niż mogłem znieść. Bo kiedy mijałem owe pawilony i przelotnie, z dyskretną ciekawością spoglądałem na snujących się, tamtejszych ludzi, wydawało mi się, a przynamniej odnosiłem  wrażenie, że umieszczono ich tu wbrew woli, przymusowo; uzależnieni od tak wielu zmysłowych czynników, bali się istnieć poza ogrodzeniem, żyć po swojemu, postępować nietuzinkowo dla pozostałych, dla siebie zaś w sposób najzupełniej normalny. Bali się mieć własne zdania, wyrażać nieuzgodnione poglądy, utrzymywać cokolwiek odrębnego od egzystencjalnych prawideł dopuszczalnych na zewnątrz. Toteż gdy odwzajemniali mój wzrok, patrzyli na mnie spode łba, kosym, nieufnym okiem, zadając mi nieme pytania: ktoś ty, skąd i z czym do nas przychodzisz?


Trzymali się razem, gdyż tylko we własnym sosie potrafili zachowywać się naturalnie:  opieczętowani urzędowym współczuciem skazującym ich na ciągłą pogoń za „niedostępnym”, zmuszeni byli przejawiać inteligencję dostosowaną do  sytuacji, w której przyszło im tkwić; by się “jakoś urządzić” w swojej odmienności, by przestawać w zgodzie ze swoimi pielęgniarzami, nauczyli się udawać, wyolbrzymiać, przesadzać własne martyrologie, manifestować, że są chorzy bardziej niż inni; wyjątkowi w każdym calu, jedyni w swoim rodzaju.


Lecz ich niepowtarzalność była złudzeniem, ekranem, ochroną przed atakiem promieni zewnętrznego życia; na próżno męczyli się własną wzniosłością. Mimo to potrzebowali natychmiastowej wiary, że nie cierpią bez celu: nie chcieli wejść w kolejne uzależnienia, doznawać fatalnych wkroczeń z deszczu pod rynnę, popadać w ucieczki przed kuratelową przestrzenią ludzi, którzy wiedzieli lepiej od nich, co im jest potrzebne do szczęścia.


Otaczało ich moralizatorstwo, byli pod presją zmasowanego humanitaryzmu, brali udział w wyścigu zbawiennych rad, rad często wykluczających się, nierzadko słusznych na niby,  a klęska takiej zdroworozsądkowej pomocy, (szczególnie ostro występująca u ludzi ambitnych), wpędzała ich w depresję; niemożliwość pokonania owych fizjologicznych barier stawała się wówczas silnym bodźcem do wykorzystania nie podejrzewanych kiedyś, a teraz ożywionych przez strach – szans i możliwości, które, w nowych warunkach, miały decydować o ich dalszym sposobie spędzania życia. 


Jednak nowoprzyjęte ekscentryczne kryteria i stosowane nienormalne normy, nie miały związku z poprzednią rzeczywistością: wiedzieli przecież, że indywidualizm, to zastrzeżona dla reszty maniera bycia sobą. Dla reszty, a więc dla pozbawionych szaleństwa, dla tych, którym ani przez myśl nie przebiegnie, że wobec różnorodności istnienia należy zachować pokorę, umiar i dystans; dla reszty byli cudakami, więc by nie być odrzuconymi lub społecznie pominiętymi odmieńcami, musieli objawiać wstrzemięźliwą, niekonfliktową, proporcjonalnie ustępliwą rezerwę, ponieważ wiadomo: neurotyczne przejawy i wielorakość form bytowania, tak jak ich wewnętrzne tajemnice, nigdy nie będą do końca rozpoznane.


*


Pierwszy, największy, bo liczący dwieście załóżkowanych piżam, mieścił nieuleczalnych, którym ani konwencjonalnie pomóc, ani energoterapeutycznie zaszkodzić już się nie mogło, otrzymali więc skierowanie-do-życia-tu, dostawali glejt umożliwiający im dołączenie do ludzi obłożnie chorych, dokument uprawniający do profilaktycznego przebywania na oddziale dla upierdliwych.


Jeśli gdzie indziej przydarzały się nieoczekiwane ulgi, odprężenia, poluzowania cierpień i starano się zachować pozory opieki, to tu, w miejscu wzbronionej nadziei, nie krępowano się, nie leczono, nie pielęgnowano ich. Wychodzono z założenia, że po co umarłym bulion i pozostawiano ich samopas. Traktowani więc z demonstracyjnym dystansem, nie mieli innych praw poza prawem do rozkładu. Kończyli w nim swój bieg i doczekiwali biologicznego przeznaczenia: żałobnych wieńców i pogrzebowych sloganów.


Trafić tam oznaczało, że nadciąga finał. Znalezienia się w nim bano się więcej, niż kostnicy, bo dogorywało się w nim szybko, a jego pomieszczenia były zachwaszczone figurami bezskutecznie domagającymi się troskliwości, starcami o nieostrej płci, ludźmi, którzy tkwili w egzotycznym świecie przeszłych lat. Lecz nazwanie tego oddziału – umieralnią, było nadużyciem,  uproszczeniem kogoś, kto podobne miejsca znał wyłącznie ze słyszenia: komando, zakład w zakładzie, pomieszczenie do prowadzenia reedukacyjnych warsztatów, obojętnie, jakim epitetem zostałby obdarzony, faktem jest, że nie stosowano w nim żadnych znanych i sprawdzonych metod naprawy urządzeń zwanych ludźmi. Były to zazwyczaj metody piorunujące, radykalne, techniki oparte na pedagogicznych fantazjach, procedury destrukcyjne, przynoszące ten skutek, że ludzie nim poddawani, zapadali w jeszcze większe odrętwienie, w stupor gwarantujący personelowi szampański brak alarmów,  sygnalizacyjnych lampek i dzwonków zanieczyszczających spokój panujący w pielęgniarskiej stróżówce.


 Z drugiego, tuż pod lasem, wypływały nieokreślone pomruki skrzeczących z uciechy, pełnoletnich wariatów o twarzach dzieci; niesymetryczne i roztrzęsione kadłuby krasnali z gigantycznymi głowami lalek.


Przechodząc obok, zastanawiałem się, czym jest  ciągłe tworzenie  psychiatrycznych klasztorów i jaką wartość dla świata przedstawiają. Dla świata normalnej części społeczeństwa zajętego niepowstrzymanym rozwojem, mnożeniem i udoskonalaniem technik zbrodni, a nie sposobami skracania  ludzkich udręk. Dotarło wtedy do mnie, że to, co zwykło się powszechnie uważać za jawne szaleństwo, niestereotypowość, odmienność psychiki, jest tylko odwróceniem perspektyw, bo to nie ludzie zwariowali, ale życie stworzyło ich takimi; przedłużył ludzką egzystencję nie zmieniając jej jakości. Więc poruszani odrębnymi emocjami, byli głusi na perswazję  jakichkolwiek argumentów.  Bo nie wszyscy tu zgromadzeni znajdowali się po właściwej stronie barykady: jeszcze nie wymyślono specjalnej przegródki dla szlachetnych.

 

Mylny jest pogląd, że każdy zdrowy, to drań, a choroba namaszcza subtelnością. Schorzały instrument poznania buduje rzekomo prawidłowy, lecz w istocie paranoidalny zestaw tłumaczeń, które niczego nie tłumaczą. Natomiast egoistyczny brak wyobraźni, przewidywania i niezakłamanej chęci na zastanowienie, pomaga ludziom zdrowym w spontanicznym chodzeniu po ziemi: nie widzą czyhających na nich przeszkód. Omijają je automatycznie: nie zdając sobie sprawy z ich istnienia i jeśli nawet bujają w niebieskich obłokach, to w każdej dowolnej chwili mogą się od nich oderwać, wejść na chodnik i być tam, gdzie chcą.

 

A o chorych można powiedzieć, że takie “bujanie w obłokach” jest ich naturalnym środowiskiem, gdyż nie mają innego. Z konieczności zatem pozostają w zawieszeniu między wyobraźnią, a realizmem, faktem, a konfabulacją. Dla nich nie istnieje  zwyczajny chodnik. Istnieje za to koszmarny zbiór czyhających pułapek, zagrożeń i ewentualnych upadków; zamiast kroczenia po chodniku i omijania przeszkód, mają swój  arkadyjski świat nieograniczonej fantazji.

 

Podczas gdy fizyczne cele są dla nich nieosiągalne, to czynności duchowe zastępują im funkcję ruchu; w niektórych ludziach ograniczenia fizyczne uaktywniają psychiczne możliwości. Jednakże nie każde chrome ciało gwarantuje duchowy rozkwit. Przeciwnie: pod napastliwym naporem zachodzących wydarzeń, broniący się przed ich opresyjnymi skutkami, walczący z nimi człowiek, nie może ich przemóc i ulega im stając się pełnym zawiści i goryczy manekinem.

 

A choć cechy te są widoczne od razu (chaotyczne gesty, skandowana mowa, niezborne drżenia rąk lub skokowe ruchy zwyrodniałego ciała), stara się zaprzeczyć, że w nim są. W głębi ducha jednak wie, że za wszelką cenę pragnąc uchodzić za zdrowego, jest śmieszny, bo wszystkie jego usiłowania są to tylko maski, chwyty, nieudolne próby utrzymania się na powierzchni, gdyż szlachetne lub gorzkie obrazy życia, jakimi dysponował dotychczas, już nie istnieją naprawdę.

 

W trzecim, stojącym na uboczu, w oddaleniu od głównych traktów, kameralnym i niemal przytulnym prosektorium, panował wszechobecny, zawiesisty mrok. W posępnej asyście posługaczy milcząco popychających rozklekotany wózek, wehikułem zakłócającym fioletową ciszę nocy, wjeżdżało się prosto w lodówkowe objęcia, w zachęcająco otwarte ramiona gromnicowych pomieszczeń i lądowało u celu, w Izbie Radosnej Niepamięci, we wnętrzu tak chętnie, skwapliwie i często przyjmującym gości, że gdy któregoś roku zdarzyła się posucha na umarlaków i zapanował niespotykany zastój w interesie, grabarze zwłok zaczęli rozglądać się za intratniejszym zajęciem.

 

Lecz na ogół obywało się bez zakłóceń; metodycznie, wiosną lub jesienią, w czas intensywnych amplitud ciśnienia, zwiększano zaplanowane obroty. Mogłem wtedy zaobserwować, jak do wnętrz pensjonariuszy wchodzi majestatyczna cisza, przenika je i zostawia na ich twarzach nieustannie nabożny, niewyraźny grymas zakłopotania, jak powoli, niby welon z poświaty ciemniejącej  jasności, wycieka, niknie,  zamiera i przekształca w gigantyczną falę lęku, w pobladłą strugę cienia. Śmierć, o której nie mówiło się tu na głos, która jednak była ich wiernym cieniem, należała do krainy przemilczeń, do strefy tabu. Łudzili się, że jest związana z innymi, spotka innych, że są nieśmiertelni, że mają licencję na wieczność, trwałość i niezmienność, a to, co nazywa się przechodzeniem do niebytu, ich nie dotyczy.


Ból, strach, lęk, świdrująca świadomość odchodzenia, oddalania się od innych a także od swojej niepoczytalności, poczynały zataczać coraz ciaśniejsze, coraz bliższe kręgi, zbliżać się i krążyć nad nimi jak sępy. Zobaczyłem wtedy jak ich problemy, dotykane przeczuciem, zmieniają się w obsesję: „i nas to czeka!”

 

Koniec

 

M. J.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko