Joanna Kurowska – PŁYWANIE

0
229

Joanna Kurowska


PŁYWANIE

 

Ryszard Stryjec            Wąski zagajnik na szczycie wzgórza nie był tak wspaniały jak lasy, w których on wędrował czterdzieści lat temu. Ale sosny pachniały cudownie. Wdychaliśmy ich aromat przez otwarte okna samochodu. Zaparkował na małej łączce. Powoli i ostrożnie, pomagając sobie drewnianą laską, zstąpił na trawę. Promienie słoneczne tańczyły między drzewami. U jego stóp rozpościerała się piaskowa ścieżka. Wstąpił na nią.

            Idąc tuż za nim widziałam, że każdy krok sprawiał mu ból. Miał złe krążenie. Cierpiał na krótki oddech-pozostałość po młodzieńczej gruźlicy oraz wielu latach palenia. Jego uzależnienie od nikotyny zaczęło się w dzieciństwie, podczas wojny, gdy NKWD posłało go, jego rodzinę oraz tysiące innych Polaków do Kazachstanu.

            Musiał często przystawać, by złapać oddech. Tym niemniej wciąż posuwał się naprzód. Zawsze wypijał każdą chwilę życia do ostatniej kropli. W starzejącym się ciele wciąż krył się energiczny, pełen fantazji człowiek, który kochał wędrować, łowić ryby, zbierać grzyby, pływać i palić ogniska.

            U stop wzgórza, między drzewami, widniało jezioro. Nie było tak dzikie, jak jeziora jego młodości. Ludzie z miasta pozostawili na trawie śmieci. Ale woda migotała uwodzicielsko. W którymś momencie nasza ścieżka rozdzieliła się. Prawa biegła dalej szczytem wzgórza, ale lewa zbiegała w dół, między drzewami, w stronę jeziora. Zatrzymał się, jakby nie był pewnien, co zrobić. Nagle, ku memu zdumieniu, powoli zaczął zstępować w dół. Zbocze było strome. “W jaki sposób zdoła wspiąć się z powrotem w górę?” pomyślałam. Po kilku minutach doszliśmy do brzegu jeziora. Plaża była maleńka, zaledwie płat piachu między dwoma kępami trzcin. Woda niemal łaskotała nasze stopy.

            – Jak myślisz, można tu pływać? – zapytałam. 

            – Jasne – powiedział. Po chwili dodał – Spróbujemy?

            Spojrzałam na niego w zdumieniu. Nie miałam stroju kąpielowego i czułabym się niezręcznie paradując w bieliźnie. On jednak wydawał się tak ożywiony, że powiedziałam:

            – Dobra.

            Rozebraliśmy się. Ostrożnie położył laskę na piasku. Wolno, bardzo wolno zaczął się zanurzać. Kiedy minął kępy trzcin, woda sięgnęła mu po pachy. Zaczął płynąć. Pokonawszy kilka metrów zawrócił i popłynął w drugą stronę.

            Zawsze kochał wodę. Wiele lat temu pływaliśmy razem często. Jego ulubiony styl to był kraul. Jego był nietypowy z powodu niezwykłego kształtu prawego ramienia. Jako dziewięcioletni chłopiec był w Kazachstanie woźnicą. Któregoś dnia posadzono go na grzbiecie wołu. Spadł i złamał rękę. Brakowało właściwej opieki medycznej, więc kość nie zrosła się jak powinna. Nie przeszkodziło mu to jednak w cieszeniu się ulubionym sportem. Kiedy pływał, łuk jego prawej ręki wydawał się dziwnie skręcony.

            Zaczął się wynurzać. Poszłam w jego ślady. Dotarłszy do brzegu spojrzeliśmy na siebie. Nasze ciała i bielizna ociekały wodą. Parsknęliśmy śmiechem. Ubraliśmy się. Wręczyłam mu jego laskę. Zadyszany, często zatrzymywał się podczas wspinaczki na szczyt wzgórza. Wreszcie dotarliśmy do samochodu.

            Wydarzyło się to ponad dziesięć lat temu. Od tamtego dnia już nie pływałam. Brak czasu. Masa zajęć. Choć zawsze uwielbiałam pływać, czas mi uciekł.

            To był ostani raz w jego życiu, gdy pływał. 

            (tłumaczenie Autorki)

 

 

SWIMMING

 

The narrow grove on the top of the hill was not as magnificent as the woods he roamed forty years ago. But the pines smelled lovely. We sniffed their aroma through the open window of his car. He parked in a little meadow. Clasping his wooden cane, he slowly and carefully stepped onto the grass. The sun rays danced among the trees. A narrow sandy path spread before him. He stepped on it.

Walking right behind him, I could see that each stride caused him pain. His circulation was bad. He also suffered from a shortness of breath—the result of many years of smoking and of youthful tuberculosis. His dependence on tobacco started in his childhood, after the KGB sent him, his family, and thousands of other Poles, to Kazakhstan, during the war.

He had to stop frequently to catch his breath but he kept moving forward. He had always drunk each moment of life to its last drop. Inside his aging body there was still the buoyant, energetic man who loved to hike, fish, pick mushrooms in the woods, swim, make campfires.

Between the trees at the bottom of the hill we saw the lake. It was not as wild as the lakes from his youth. Visitors from the city left their litter on the grass. But the water glittered seductively. At one point, the path before us split. The right branch kept running on the top of the hill, while the left descended between the trees, towards the lake. He stopped, as if uncertain what to do—then, to my surprise, started slowly to walk down. The slope was steep. “However will he manage to climb back?” I thought. After a few minutes we came near the edge of water. The beach was tiny, merely a patch of sand between two reed clumps. The lake almost touched our feet.

“Do you think one could swim in here?” I asked.

“Sure,” he said, and then added, “Shall we try?” I looked at him, astonished. I did not have my bathing suit and would feel uncomfortable parading in my underwear. But he seemed so eager that I said, “Okay.” We both undressed. He carefully put his walking cane on the sand. Slowly, very slowly, he began to immerse himself. When he passed the edges of the reed clumps, the water reached his armpits. He started to swim. After a few yards he turned around and swam back.

He had always loved water. Years ago, we swam together quite often. His favorite style was the crawl. His was very characteristic, due to the unusual shape of his right arm. In Kazakhstan, he worked as a cart driver. He was a nine-year-old. One day someone put him on the back of an ox. He fell and broke his arm. There was no adequate medical care there, so the bones did not grow back together properly. This had not stopped him from enjoying his favorite sport. As he swam, the arch of his right arm appeared strangely twisted.

He began to emerge. I followed him. We reached the shore and looked at each other. Our bodies and underwear wet, we burst into laughter. We put our clothes on. I handed him his walking stick. As we climbed up the hill, there was a lot of gasping on his part. We had to stop many times. Finally, we made it to the car.

This happened more than ten years ago. Since that day, I haven’t swum once. Been too busy. Had no time. I’ve just let the time pass, even though I’ve always loved swimming.

That was the last swim of his life.

 

(Oryginał ukazał się w Atticus Review. Vol. 3:28, IX 2013 http://atticusreview.org/swimming-2/)

 

_________________________________________________________________________________________________

 

 

ŚLADY NA PIASKU

 

            Pewnego zimowego dnia świat kąpał się w złocie i błękitach, jak gdyby słońce podczas swych nieoczekiwanych odwiedzin starało się zrobić dobre wrażenie na mieście. Drzewa, domy, trawniki, nawet samochody zaparkowane wzdłuż ulic, ukazywały najgłębsze odcienie swych barw. Dzień był zbyt piękny by siedzieć w domu, więc wybrałam się na spacer. Szłam wzdłuż ulic zapchanych samochodami, ale rzadko odwiedzanych przez ludzi. Mieszkałam na typowym przedmieściu-pustyni, gdzie ludzką twarz widuje się rzadko, a jeśli widzi sie ją, jej właściciel na ogół nie patrzy w twoim kierunku. Wraz ze swymi idolami, zabawkami, zwierzakami i dziećmi, ludzie kryli się w mieszkaniach. Otoczenie wyglądało porządnie i zamożnie, ale jakoś nago, jakby brakowało mu duszy.

            Duszą miasta było jezioro. Ono zawsze wyglądało inaczej. Choć z jednej strony ujęto je w karby skał, falochronu i płotu, po stronie, której nie było widać, jezioro było wolne. Gdy patrzyłam w tamtym kierunku, odrobina wolności zdawała się zstępować w moją własną duszę. Jezioro i ja zostaliśmy przyjaciółmi. Podczas zimy imponowało mi swymi dziwnymi rzeźbami wykonanymi z zamarzniętej wody. W ciepłą pogodę zdejmowałam buty i pozwalałam falom łaskotać moje stopy. W chłodne dni spacerowałam tam i z powrotem, pozostawiając ślady stóp na piasku.

            Dostałam się na plażę przez lukę w płocie. Szłam wzdłuż falochronu zstepującego w stronę wody. Jeśli pominąć samotną mewę, brzeg był pusty. Ciagnął się pomiędzy falochronem na południowym krańcu i usypiskiem przemysłowych kamieni z drugiej strony. Dojście do północnej granicy wybrzeża zajęło mi około ośmiu minut. Idąc przypomniałam sobie pewien wietrzny dzień z ostatniego sierpnia, kiedy ogromne fale przewracały się nad moja głową, a ja skakałam wysoko, by uniknąć zalania przez masy wody. Nieco dalej para staruszkow bawiła się falami, śmiejąc się radośnie z ich pieszczot. Pomyślałam o projekcie, nad którym pracowałam przez ostatnich kilka lat i który pożarł wiele mojego czasu i energii. Podczas spacerów nad jeziorem lubiłam wyobrażać sobie siebie po skończeniu projektu, otoczoną zasłużoną – jak myślałam – chwałą. Potem przypomniałam sobie dotyk czyichś ust na mojej szyi i uczucie słodyczy, które mnie ogarnęło. Moje ciało zdawało się pamiętać o tym silniej niż mój umysł. Pomyślałam o innym jeziorze, w dalekim kraju, w mieście, w którym się urodziłam. Wróciły przelotne obrazy z dzieciństwa. Doszłam do północnego krańca wybrzeża. Wspinając się po kamieniach myślałam o tym, co ugotuję na obiad oraz o liście, który powinnam była napisać dawno temu. Zawróciłam. Zazwyczaj gdzieś pośrodku, między skałami i falochronem, obierałam drogę na skróty. Idąc przez plażę w stronę ogrodzenia, myślami byłam już w domu. Tym razem jednak nie poszłam na skróty. Dostrzegłam moje własne ślady na piasku. “Dopiero co szłam w przeciwnym kierunku,” pomyślałam. Pozostawiając świeży ślad przy każdym kroku doszłam do falochronu. Przypominałam sobie miniony kwadrans, który, zdawało się, minął niepostrzeżenie. “Jeśli pójdę własnym śladem,” stwierdziłam, “moje kroki będą pasowały idealnie do śladów odbitych na piasku, jak forma i odlew.” Więc zawróciłam i poszłam własnymi śladami. Ale moje kroki nie pasowały do śladów. Były zbyt długie lub zbyt krótkie. Jeśli układałam stopy dokładnie w zagłębieniach na piasku, mój chód stawał się nienaturalny. Czyż nie były to moje ślady? A może stałam się inną osobą? Nie było sposobu by cofnąć zegar, nawet o marne piętnaście minut. Co wydarzyło się w ciągu owego czasu? Przypomniałam sobie, że myślałam o mojej pracy, o minionym lecie, o pocałunku, o moim dzieciństwie… Zajęta tym wszystkim nie słuchałam, o czym szeptały fale, ani nie zauważyłam subtelnych rysunków wykonanych na tle nieba przez nagie gałęzie drzew. Przeszłam obok piękna, które było mi dane w ciągu owych piętnastu minut.

 

(tłumaczenie Autorki)

 

 

THE FOOTPRINTS

 

             One winter day, the world was bathing in gold and blue, as if during its unexpected visit the sun wanted to make a good impression on the town. The trees, the houses, the lawns, even the cars parked along the streets, showed their colors at their deepest hues. The day was too gorgeous to stay home, so I went for a walk. I strolled along several streets, packed with cars but scarcely frequented by people. I lived in a typical suburban desert where human face is rarely seen and if it is seen, it does not turn in your direction. Together with their idols, toys, pets, and children, the people were hiding in their apartments. Everything around looked tidy and opulent but somehow bare, as if lacking the soul.

            The soul of the town was the lake. It always looked different. Although one side of it was curbed by rocks, a jetty, and a fence, on the side that was out of sight the lake was free. When I looked in that direction, a bit of freedom seemed to be coming down into my own soul. The Lake and I had become friends. During the winter, it impressed me with its quaint sculptures made of frozen water. When the weather was warm, I used to take off my shoes and let the waves tickle my feet. On colder days I would walk back and forth, leaving my footprints in the sand.

            As I reached the beach, passed the opening in the fence, and walked down along the jetty descending towards the water. Except for one lonely seagull the shore was empty. It stretched between the jetty on the south side and a pile of industrial rocks at the opposite end. It took me about eight minutes to reach the northern limit of the shore. As I walked, I remembered a windy day from last August, when huge waves were rolling over my head and I jumped high, trying to avoid being swept by the masses of water. A little farther an elderly couple was playing in the waves, and laughed happily at their caresses. I thought of a project on which I had been working for the past few years, and which consumed much of my time and energy. During my strolls at the beach I liked to imagine myself having completed the project and receiving all the glory I thought I deserved. Then I recalled the touch of someone’s lips on my neck, and the pleasure that pervaded my body. That was a kind of thing my flesh seemed to have remembered stronger than my mind. I thought of another lake in a very distant country, in a town where I was born. Some fleeting images from my childhood returned to me.

I reached the northern end of the shore. Climbing the rocks I thought about what I would cook for dinner, and then about a letter I should have written a long time ago. I turned back. On reaching the point somewhere in the middle between the rocks and the jetty, I usually took a shortcut. I would walk across the beach, towards the fence, my mind already occupied with returning home. But this time I did not take the shortcut. I noticed my own footprints in the sand. “Just a moment ago, I was walking in the opposite direction,” I reflected. Leaving fresh traces with every step, I came close to the jetty. The footprints made me think about the past fifteen minutes that seemed to have fled away unnoticed. “If I follow my own footsteps,” I thought, “my steps will fit perfectly in the footprints, like a form and a cast.” So I turned back and followed my own footsteps. But my steps did not match the footprints. They were either too short or too long. If I placed my feet exactly in the footprints, my walk became unnatural. Were those not my footprints? Or had I become a different person? It was impossible to turn the clock back, even by the mere fifteen minutes. What happened during that time? I recalled thinking about my work, about the past summer, about a kiss, about my childhood…

Thinking of all those things I did not hear what the waves were whispering; nor did I grasp the fine drawings that the bare tree branches formed against the sky. I passed by the beauty that the fifteen minutes had offered me.

 

(Oryginał ukazał się wJournal of Ordinary Thought. Chicago, Wiosna 2004)

 

 

 

 

Nota biograficzna:

Joanna Kurowska, Ph.D. jest pisarką dwujęzyczną, od 1988 roku mieszkającą w USA. Jej utwory ukazały się w Polsce m. in. w czasopismach Fraza, Pisarze.pl oraz Przegląd Powszechny; a za granicą w paryskiej Kulturze. Utwory angielskie Kurowskiej oraz tłumaczenia polskich ukazały się m. in. w Apple Valley Review, Atticus Review, Christianity and Literature, Bateau, International Poetry Review, Journal of Ordinary Thought, Levure littéraire, Off the Coast, Penwood Review, Room, Tipton, Vineyards, i in. Kurowska jest autorką pięciu zbiorów wierszy: Ściana (Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997), Obok (Oficyna Literacka, 1999),The Wall & Beyond (eLectio Publishing, 2013), Inclusions (červená Barva Press, w przygotowaniu) oraz The Butterfly’s Choice (Broadstone Books, w przygotowaniu). Jako naukowiec Kurowska jest Conradystką, laureatką m.in. nagrody Bruce’a Harknessa, przyznawanej przez Amerykańskie Stowarzyszenie Conradologiczne. Jej prace krytycznoliterackie ukazały się w The Conradian, Southern Quarterly, Sarmatian Review, Slavic and East European Journal, Anglican Theological Review, Religion And The Arts i in. Kurowska wykłada język polski w letnim warsztacie SWSEEL na Uniwersytecie Indiana (od 1995).

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko