Mieczysław Machnicki – LEKSYKON SYMBOLI SENNYCH

0
201

Mieczysław Machnicki


LEKSYKON SYMBOLI SENNYCH

 

Ryszard Stryjec     Mam spore ambicje, więc nie bez powodu mi się śnią, huczące w głębokich szybach, wyciągi. Dźwigi, windy, drabiny, schody. Wjeżdżam, podnoszę się, sięgam wysoko, najchętniej ostatniego piętra. Znaczy się, zmieniam poziom świadomości na wyższy, ale zaraz równie pospiesznie szukam wolnej windy – o co dziś trudno, marzących o awansie jest wielu – która strąci mnie w dół, żegnaj przemiano duchowa. Przez szkiełko w drzwiach zazwyczaj widzę zbocza i przepaści, owieczki z połamanymi nóżkami i ćmy bez skrzydełek, i doznaję niemiłego uczucia lęku przed upadkiem.

     Tego dnia obudziłem się pod zsypem z resztką nieprzetrawionych śmieci pokonsumpcyjnych we włosach. Strzępy czarnego worka, cieńszego od błony kondoma, powiewały na szczytach paznokci, sczepione z brudem pod obgryzioną rogową osłonką. Usta nabrzmiałe jak wypasione bąki, zdawały się tryskać fioletową krwią spod oka, gdy postanowiłem nie całować nimi za dnia żadnej schludnej panienki, a po nocach tym bardziej.

     Wybacz, ekspresjo, nie potrafiłem dostrzec twej urody w promieniach wschodzącego słońca, ani na rosie, ani we wrzosie, ani w dmuchawcu, ani na latawcu. Mój wyciąg się zatrzymał, doznałem silnego zahamowania, teraz powinienem się ostro rozprawić  z samym sobą. Tak radzą leksykony symboli sennych osobom, podświadomie porażonym w łóżku kompleksem niższości, a ja je przepisuję, a co mi nie wolno? Nie po to jest kultura, aby jej nie gwałcić, sam w swym śnie zgwałcony, domagam się wyrównania rachunków.

Tak, specjalnie się starałem o pracę konserwatora wind osobowych i towarowych, samo otwierających się i rozchylanych ręcznie, bezdźwięcznych i zgrzytających, ach, ten rodzaj wyciągów ma niestworzone podrodzaje, byle tylko obciążyć pamięć kandydata.

    Czy mam atuty, by zasiąść  w głównej operatorowni na obrotowym siedzisku lewoskrętnym i stamtąd uważnie patrzeć na błyskający poświątecznymi lampkami schemat: w górę, w dół i na ukos, w dół, w górę i w bok, i ani razu się nie pomylić, jednym ruchem w miejscu przepalonej żaróweczki wkręcić nową?

   Tak, mam atuty, jestem głuchy i ślepy, jako nieodrodny syn zasłużonego konserwatora, który niedawno miał szczęście być przewiezionym windą pogłębioną,  przeznaczoną na uroczyste okazje, do wiecznej remontowni, miejsca ostatniego spoczynku urządzeń, atrybutów i współczynników dźwigowych.

    Będąc głuchym i ślepym lepiej, niż inni kandydaci, mogę rozpoznać instrumenty, grające w wielkiej orkiestrze dźwigów i dźwigarów w naszym mieście, nie aspirującym żadną miarą do dumnych wysokości, wszak wolno stojące jednopiętrowce pstrzą się jak muchy bez kopulowania na ograniczonej powierzchni. Nie przeszkadza to jednak umiejętnie konserwowanym urządzeniom wyciągowym wspinać się jak najwyżej i opadać jak najniżej.

Oliwione oliwą z wysoce pojemnych oliwiarek, nie są bezduszne, smarowane towotem z wyjątkowo obszernych kubłów, nie są niemiłosierne, z wyjątkową bowiem precyzją, jakby napędzane rytmem wszechświata, rozpoznają Dobro na wysokościach i Zło na głębokościach. Poruszane jednostajnie przyspieszonym ruchem wznoszą się na chwałę Dobra i, potępieńczo skrzypiąc, zjeżdżają wprost do piwnic na pohybel Złu.

    Czy jako przyszły konserwator tego całego tałatajstwa, dźwigów i wind, drabin i schodów, powinienem być bezstronny,  jednakowo traktować je wszystkie i każdą z osobna, niezależnie od tego, czy akurat sięga wysoko, lub czy właśnie w tej chwili samobójczo się strąca?

    Oczywiście, że tak, nic nie stoi na przeszkodzie, choć tylko pozornie wysokość jest odwrotnością niższości, a głębokość prostym wyższości przeciwieństwem. Gdyby tak było naprawdę, nie jechałbym w snach pospieszną windą w górę, by potem wlec się w dół, ale biegłbym po schodach, gubiąc po drodze bijące serce, aby potem rozkoszować się powolnym opadaniem dusznej klatki.

    Nie jestem bezstronny, Dobro stawiam wyżej, bo już samym prawem natury jest ono na wysokościach, zatem częściej jeżdżę w górę niż w dół, Dobro znam jak własną kieszeń, gdy Zło jest dla mnie niekoniecznym luksusem. Ukochany przez Dobro, choć głuchy i ślepy, tak, to ja, jeśli lubicie się wzruszać, jestem na wasze usługi, jeśli wolicie płakać, płaczcie, a ja zapłaczę wraz wami.

    Błagałem o wasze łzy, tam, pod zsypem, kiedy byłem pokrwawiony, brudny, sponiewierany, ale żaden z was nie obmył mnie żalem i nie owinął całunem współczucia. Sam się powlokłem do swojej izdebki i zapadłem w drugi sen.

    Jakie obrazy mogą przyjść do głowy temu, kto tylko siódmym cudem może opuszkami palców pogładzić swe białe, wyślizgane przez deszcz i wiatr gałki oczne, co może usłyszeć na drodze swego słuchu ten, kto się podpiera żebraczym kijem głuchoty?

    Oczy, gdyby mogły widzieć, byłyby zwierciadłem mojej duszy, teraz z uszami połączyły się w jednym obrazie twarzy bez wyrazu, kołysanej przez noc głuchą i ciemną. Śniłem, jak z ucha wyciągam, niby rzepkę w dawno zapomnianym dziecięcym wierszyku, coś na kształt czarnej przeżutej gumy, wzmocnionej glutami z nosa i płuc, ciągnę i ciągnę, a ona ani pęknie, nawija się na palec i rękę, a ja już wiem, że pragnę się pozbyć potworka, który zalągł się w głowie, a on się przede mną broni, już nie wiem czym, ile mu rozciągliwej, śmierdzącej gumy zostało w głębi ucha, czy to jest główka, czy tylko serce, które wkrótce wypełni mój mózg i rozsadzi.

    “Trzeba słuchać uważniej, zwracać uwagę na tony, dźwięki i brzmienie”, zobaczyłem, nagle przebudzony, w leksykonowym haśle UCHO. Dobre sobie, mój panie śnie, a dlaczego to wewnątrzusznego potworka nie było stać na empatię  na samym szczycie Domu, przy rozświetlonym promieniami wschodzącego słońca sercu samego Dobra? Dlaczego nie ulitował się nade mną, kandydatem do stanowiska konserwatora urządzeń dźwigowych, i nie usunął się z małżowiny usznej choćby na chwilę, bym dosłyszał i rozróżnił zbawienne tony i dźwięki?

     Mogłem słuchać uważniej, prawda, ale jak rozpoznać brzmienie tysiąca, ba milionów drzwi zamykanych i otwieranych, wind docierających w pobliże Dobra i wind zatrzaśniętych jak bydlęcy wagon, którego nie może się doczekać u wrót piekieł wiecznie głodne Zło?

     Czy ślepy nie mógł być bardziej oślepiony przez poświąteczne żaróweczki w głównej operatorowni, zwłaszcza że siedział na obrotowym siedzisku lewoskrętnym, albowiem jeszcze  przed oficjalnym konkursem na stanowisko konserwatora urządzeń wyciągowych pobierał lekcje praktyczne dzięki wstawiennictwu przyjaciół zasłużonego poprzednika, skądinąd swego ojca?

    Czy głuchy, tak dobrze rozpoznający instrumenty, grające w wielkiej orkiestrze dźwigów i dźwigarów w jego mieście, nie mógł jeszcze bardziej od ich brzmienia ogłuchnąć?

    Czy ktoś, ślepy i głuchy tylko dla przykładu, by wiedzieli cisi i niemi, że staną kiedyś u czystych wód i naprzeciw rześko bijących dzwonów, nie miał prawa pomylić drzwi do windy z pokrywą zsypu?

    Jutro znów stanę przed komisją konkursową. Przyjaciele mojego ojca zasygnalizowali dyskretnie, że nie będą pytać o dokumenty, poświadczające ślepotę i głuchotę. Uwierzą na słowo, tylko żebym mocniej ścisnął powieki i nakładł grubej waty do uszu. Ojciec na łożu śmierci ujawnił im, że przygotowując syna do przyszłego zawodu, wprowadzając w teologiczne problemy Dobra i Zła, zadbał także o jego normalne funkcjonowanie w życiu publicznym. I rzekli mi przyjaciele ojca mego na ucho, a ja posłyszałem w trąbce Eustachiusza pisk białej myszy, żebym w centralnym Domu nie nadużywał już więcej płynów konserwujących. 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko