Zdzisław Antolski – Pulicer ucieka na Zachód

0
301

Zdzisław Antolski

Pulicer ucieka na Zachód


Jacek Maślankiewicz Pan Ostoja był chory na płuca. Wejście na szkolne wzgórze sprawiało mu trudność. Zanim wdrapał się na szczyt, przystawał albo przysiadał kilkakrotnie na stoku. Z wysiłkiem wciągał powietrze półotwartymi ustami. Mimo zakazów lekarzy był namiętnym palaczem papierosów sport. Żadne inne gatunki mu tak nie smakowały. Owszem, częstowany zapalił, nigdy nie odmawiał, ale uważał, że to już nie to, co jego ukochane papierosy.

Żona pana Ostoi pracowała jako woźna, a zarazem sprzątaczka w szkole. Do jej zadań należało pozamiatanie sześciu klas, wymycie oraz wypastowanie podłóg. A zimą, dodatkowo, napalenie w trzech piecach kaflowych. Jeden piec, wmurowany w ścianę, ogrzewał dwie klasy, tylko pokój nauczycielski miał odrębne źródło ciepła. Swoją pracę zaczynała o godzinie szóstej rano, żeby w szkole o ósmej, kiedy zaczynały się zajęcia lekcyjne, było już ciepło. Wieczorami, zmęczona chciała odpocząć, więc w pracy zastępował ją mąż.

Tradycją nie pisaną było, że zimą, około godziny dziewiętnastej, mąż pani woźnej, przed zamiataniem szkoły wpadał do mieszkania kierownika Świtalskiego na godzinkę, żeby pogadać. Do pomocy brał ze sobą szesnastoletniego syna, Gutka.  Wyrośniętego chłopaka, który znany był z tego, że lubił psocić i żartować. Miał też na swoim koncie kilka ucieczek z domu. Kiedy zbliżało się lato, Gutka niosło gdzieś w Polskę. Kilka razy jego ojciec, chociaż schorowany i słaby, musiał za nim jechać, po otrzymaniu alarmującego listu, żeby za syna spłacić długi karciane, albo kupić mu bilet powrotny na kolej.

Żona pana Ostoi, właśnie przez tę płucną chorobę swojego męża, oddała dwóch synów na wychowanie swojej siostrze w mieście. Również dlatego, żeby chłopcy zdobyli wykształcenie, jakiś fach i mieli przez to ułatwiony start w życiu, bo pan Ostoja pola miał bardzo mało, więc synowie gospodarzami raczej być nie mogli. Jeden, młodszy, Grzegorz, nadal mieszkał i chodził do szkoły w mieście, ale Gutek wrócił na wieś, bo ciotka nie mogła sobie z nim dać rady.

Na pana Ostoję w kuchni Świtalskich zawsze czekało krzesło i popielniczka oraz jego ulubiony kubek na herbatę. Pogaduszki kuchenne zwykle przeciągały się w czasie. Co chwilę pan Ostoja zwracając się do syna mówił – Chodźwa, Gutku! A potem wyciągał z paczki kolejnego papierosa, ugniatał go w palcach i rozpoczynał nową opowieść. Bywało, że siedzieli tak prawie do północy, aż panu Ostoi skończyły się papierosy.

Z powodu braku pola, pan Ostoja przez całe życie wynajmował się do prac u innych. Przed wojną furmanił u ówczesnego księdza proboszcza Chmielaka. Był to dziwny ksiądz, bardzo porywczy, kiedy wpadał w gniew to bił dzieci na lekcji religii bez opamiętania. Ale znany był też z tego, że lubił żartować i śmiać się, kiedy go naszła taka ochota. Podobno, tak plotkowano, kiedy był młodszy, potrafił w ustronnym miejscu przymusić do grzechu pannę, która mu wpadła w oko. Dziewczyna popłakał, popłakała i przestała, bo nie miała pojęcia, gdzie iść na skargę. W dodatku bała się wstydu i hańby. Opinia wiejska i tak stanęłaby za księdzem, a dziewczynę oskarżono by o kłamstwo i obmowę świętej osoby.

Ksiądz Chmielak przyjaźnił się z dziedzicem Lubienieckim. We dworze przesiadywał przez całe dnie. Nie przeszkadzała mu nawet niemal stała obecność w majątku dwóch żydowskich kupców, którzy robili z dziedzicem interesy. Obaj ci Żydzi zginęli potem w Oświęcimiu. W niedzielę, siedząc w ławce kolatorskiej, Lubieniecki słuchał kazania księdza wygłaszanego z pięknej, ustrojonej złotymi gwiazdami, zabytkowej ambony. Nieraz ksiądz powoływał się w swoim wystąpieniu na słowa dziedzica, podziwiając jego mądrość, pobożność i ofiarność. A w tym samym czasie w dworskiej kuchni już gotował się niedzielny obiad, na który ksiądz był oczywiście zaproszony. Do kościoła dziedzic wychodził z zakrystii, zaraz po księdzu i ministrantach. Następnie zasiadał w kolatorskiej ławie, za barierką oddzielającą ołtarz od pospólstwa. Przyjeżdżał pod kościół bryką i wchodził bocznymi drzwiami, witany przez duchownego z wielką rewerencją. Zaś do chłopów ksiądz mówił na ty. A częstym jego powiedzonkiem było rzucone z pogardą: – Ty wiejski kundlu!

W czasie wojny na murze kościelnym partyzanci nakleili odezwę, żeby ksiądz zmniejszył opłaty za usługi kościelne, bo na wsiach panuje bieda. W oczy bali się mu to powiedzieć. To była ta sam grupa, która potem zastrzeliła dziedzica w Złotej. W naszej wsi w 1944 r. przez czas jakiś stacjonował oddział „Żbika” z NSZ. Byli tu obcy. Nikt ich nie lubił. W dodatku rozstrzelali wielu ludzi, jako komunistycznych agentów. Ale jak to w czasie wojny, nie wszyscy zabici byli komunistami. Przy wyrokach opierano się na pogłoskach, na zwyczajnych donosach. Panie, gdyby nie było takich Polaków, donosicieli, to inaczej byśmy przeszli przez okupację. Ktoś doniósł na dowódcę BCh, Wojnara  – zabity na gestapo w Busku, ktoś doniósł na braci Skadłubowiczów – zginęła cała rodzina w obławie. Ktoś donosił na ukrywających się Żydów. Kto to był – o niektórych wiadomo, o innych nie. Władza ludowa wielu zdrajców zostawiła w spokoju. A dlaczego? Żeby teraz dla niej szpiegowali, bo jak nie, to proces i czapa. Wstyd na pokolenia dla całej rodziny. Taki szpicel to dla władzy bezcenna rzecz, ze strachu zrobi wszystko.

Kiedy „żbikowcy” odmaszerowali na Miechów, wieś została w odwecie przez Niemców zbombardowana. Do dziś są wielkie leje w sadzie pani Kowalskiej.

Ksiądz Chmielak był strasznie chytry na pieniądze. Wiódł długi i zaogniony spór o drogę (do kogo należy) biegnącą pomiędzy kościelnym polem a gruntem miejscowego bogacza, po wojnie zwanego kułakiem. Ten bogacz nazywał się tak dziwnie – Pulicer. Jego przodkowie, to chyba nie byli Polakami – zamyślił się pan Ostoja. Podobno on z jakiejś bogatej rodziny na Węgrzech się wywodził. A może to i Żyd był, panie. Ale Niemcy go nie ruszali. Może im się opłacił pieniędzmi albo i złotem?

Wiadomo, że w czasie okupacji broń mieli nie tylko partyzanci. Wszystko jedno, czy londyńscy, czy czerwoni, czy ludowcy. Wszyscy oni nie byli tak groźni dla zwykłego człowieka jak pospolici bandyci, podszywający się pod partyzantów.

Do Pulicera chodzili po kontrybucję wszyscy: ci prawdziwi partyzanci i ci malowani, pospolici rabusie. Z początku dawał, bo był bogaty, nawet podczas okupacji potrafił robić interesy na międzynarodową skalę. Ale powoli wyczerpywała się kasa i cierpliwość milionera Pulicera. Co kilka dni miał wizytę zamaskowanych „partyzantów”, którzy po nocy wywracali jego dom do góry nogami szukając pieniędzy, złota i biżuterii.

Pulicer swoimi kanałami dopytywał się u Akowców, czy to nie oni? Okazało się, że nie. Nikt do Pulicera nie zachodził. Potem zapytał ludowców dyskretnie, czy to oni go nachodzą? Też nie. Wtedy Pulicer kupił broń i czekał. Nie trwało to długo, a znów w środku nocy usłyszał walenie w okna i drzwi. Na podwórzu majaczyły sylwetki z zamaskowanymi twarzami. Pulicer krzyknął: – Kto wy jesteście? Odpowiedzi nie było, tylko chamskie: – Otwieraj, ty skurwysynu!

Wtedy Pulicer, doprowadzony do ostateczności, strzelił przez okno, prosto w mordę owiniętą czarną chustą. Bandyta upadł na ziemię. Reszta uciekła.

Rano rozpoznano zwłoki. Okazało się, że zabity to dobry znajomy księdza Chmielaka, który mieszkał na plebanii jako pomocnik w gospodarstwie. Pulicer zaczął podejrzewać, że za napadami na niego stoi ksiądz proboszcz, który nieraz obiecywał, że go wykończy. Dowodów jednak nie było.

Po tym zdarzeniu, Pulicer zamienił dom w twierdzę. W oknach zainstalował kraty a drzwi obił blachą. W nocy kilka razy ostrzelano jego dom. Jednak zaczął się ukrywać, bojąc się zemsty reszty członków bandy. Nie wrócił do swojego domu i gospodarstwa nawet po wojnie, kiedy dowiedział się, że jego prześladowcy pojawili się w nowych władzach komunistycznych, a dawna banda utworzyła oddział ORMO. Jego żona sprzedała majątek i znikła.

Pulicer podobno zrobił wielkie pieniądze w okupowanych Niemczech, w strefie zarządzanej przez Amerykanów. Potem wyjechał z żoną i synem, których sprowadził do siebie, do Ameryki.

Ksiądz też zmienił parafię. Miał tutaj za dużo wrogów.

– No, późno się zrobiło, aleśmy się zasiedzieli – powiedział pan Ostoja, poprawiając czapkę na głowie. – Chodźwa, Gutku.

I zaczął szukać papierosa. Ale paczka była już pusta. Więc zgniótł ją w dłoni, potem podniósł pogrzebaczem fajerkę i wrzucił do pieca na żarzące się węgle. Papier zajął się ogniem, który buchnął dużym płomieniem, ale zaraz rozpełzł się na boki i zgasł.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko