Jerzy Sosnowski – KAŻDĄ CZĄSTKĘ CIEBIE

0
261

Jerzy Sosnowski

 

KAŻDĄ CZĄSTKĘ CIEBIE

 

Laura La Wasilewska, 1.3.2012, akryl na plótnie, 50x70 cmDawno, dawno temu, ale nie tak znowu straszliwie dawno, mniej, niż przed dwoma stuleciami, żył sobie w środkowej Europie, w niewielkim majątku, pewien szlachcic imieniem Bogumił. Był młody, przystojny i pełen nadziei na przyszłość, które może stąd się brały, że wszystko, co najgorsze, już mu się przydarzyło: matkę zabili mu kozacy, tłumiąc kolejne powstanie, a ojciec umarł na jakąś tajemniczą chorobę akurat, kiedy Bogumił, po skończeniu szkół, zamierzał pojechać dokądś na studia. Co było robić: młodzieniec zrezygnował z dalszego kształcenia i zajął się rodzinną schedą. Nie było tego dużo; dokumenty sugerowały wprawdzie, że przed wiekami ród należał do najznamienitszych w okolicy, jednak wiatry historii, a także hulaszczy tryb życia tego i owego przodka zmniejszyły wydatnie odziedziczony przez Bogumiła majątek.

Nowy właściciel wkrótce zwrócił na siebie uwagę nadzwyczajną pracowitością i wielkim taktem w postępowaniu z ludźmi. W rezultacie w kilka lat zwiększył dochody z upraw i arendy, pobudował nowe czworaki dla chłopów, zaś na sam koniec wyremontował dwór, modrzewiowy, a jakże, z gankiem wychodzącym na kolisty podjazd. Przyszła pora, żeby się ożenić.

Bogumił po prawdzie miał wybór niewielki: okolica, w której mieszkał, oddalona była od najbliższego miasta o wiele wiorst, gościniec zaś wiódł w tamtą stronę przez rozległe lasy, w których z pewnością żyły wilki, a niektórzy utrzymywali, że również niedźwiedzie; wystarczające powody, żeby siedzieć w domu, jeśli nie było przeciwnej konieczności. Ponieważ jednak u sąsiadów córki zdały mu się albo bardzo jeszcze młode, albo bardzo brzydkie, Bogumił postanowił zaryzykować: po kolejnych żniwach powierzył klucze kucharce, księgi rachunkowe rządcy, po czym zaprzągł bryczkę i udał się w dal na poszukiwanie żony.

Nie było go do Nowego Roku, toteż domownicy zaczęli podejrzewać, że wcale nie wróci. Na świętą Barbarę spadł taki śnieg, jakiego najstarsi ludzie nie pamiętali, a zgłodniałe wilki podchodziły pod zabudowania i trzeba je było przeganiać, strzelając z samopałów. Na Boże Narodzenie nastała jednak odwilż. Wkrótce przed ganek zajechał Bogumił z wybranką, imieniem Justyna, porwał ją w ramiona, wniósł do dworu – i tak zaczęła się zupełnie nowa epoka w życiu wszystkich .

Cóż to była za niewiasta! I cóż to była za miłość! Pierwsza wymówiła miejsce kucharka, nigdy bowiem nie wiedziała, w którym pomieszczeniu i w jakich okolicznościach natknie się na rozgorączkowanych małżonków, lub na zrzucone przez nich w pośpiechu stroje. W dodatku zaczęła cierpieć na bezsenność, radosne piski Justyny lub ochocze porykiwania Bogumiła rozlegały się bowiem co chwila, bez względu na porę doby. Z podobnego powodu zrezygnowała z pracy pokojówka i wyjechała w popłochu nazajutrz po tym, jak od rytmicznego łomotu łóżka jaśniepaństwa spadł ze ściany w jej pokoiku święty obraz i omal jej nie zabił. Rządca utrzymał się nieco dłużej, mimo interwencji swojej żony, która zwracała mu uwagę, że mają córkę, dość już dużą, by nie dało jej się opowiadać bez przerwy bajek o ciężkiej niestrawności pana oraz takim-ot-po-prostu chichotliwym usposobieniu pani. Być może pomogły mu w decyzji pewne nieścisłości w księgach, które Bogumił o dziwo zdołał wykryć między jedną a drugą wizytą Justyny w swoim gabinecie; w każdym razie wiosną już go w majątku nie było. Do lata we dworze mieszkali już tylko małżonkowie: kwitnąca Justyna i coraz bardziej sczerniały tudzież wychudzony Bogumił, którego ciągły uśmiech na twarzy nadał mu tymczasem, jak utrzymywali okoliczni chłopi, wygląd męczennika lub wariata.

O całej tej historii mówiono, rzecz jasna, w powiecie; panowie z towarzystwa, spotykający się na preferansie, zdążyli ongiś polubić Bogumiła, toteż szczerze martwili się o jego zdrowie. Pocieszali się wprawdzie, że w tym stanie rzeczy niebawem pojawi się u sąsiada przychówek, co z całą pewnością ograniczy niezmożone potrzeby pani Justyny, a kto wie, czy również nie zmniejszy budzące zazdrość możliwości jej męża. Jednak czas mijał, a dzieci nie było. Objeżdżający niekiedy swoje ziemie Bogumił cerę miał zżółkłą i oczy podkrążone. Pewnego razu w kimś wezbrało współczucie i spojrzawszy w wykrzywioną w trwałym uśmiechu twarz sąsiada, w jego rozpłomienione chorobliwie oczy, wypalił w końcu: „Ależ mój drogi panie, niech mi będzie wolno napomknąć, że pan się rychło wykończy”. Wypadek ten wpłynął w zadziwiający sposób na życie naszego bohatera.

Bogumił wrócił tego dnia do domu i po raz pierwszy od dawna zerknął w lustro. Białka miał przekrwione, włosy przerzedzone. Przypomniał sobie nagle ojca, zmarłego na tajemniczą chorobę, i choć nie miała ona z pewnością nic wspólnego z amorami, zadrżał. Czy ciało, eksploatowane tak długo ponad miarę, nie upomni się wreszcie o swoje prawa?

Wkrótce do pokoju weszła Justyna, w bluzeczce odważnie rozpiętej aż po zagłębienie nad mostkiem, mignęła rozpustnie kostką nad pantofelkiem, wionęła w jego stronę swoim zapachem ciężkim, piżmowym – i znów zapomniał o całym świecie. Ale gdy o świcie zwlókł się z pościeli, postanowił zacząć prowadzić zdrowszy tryb życia.

Zbliżały się zresztą żniwa, Bogumił miał więc dobry powód, żeby wychodzić częściej z domu. Zorientował się, że oszołomiony powabem małżonki, zapomniał wydać paru decyzji, nie przypilnował upraw i w rezultacie plony zapowiadały się gorsze, niż przed rokiem. Objeżdżał pola, kręcąc głową: jak mógł do tego dopuścić? To prawda, miłość wybuchła między nim a Justyną jak gwałtowna burza, od pierwszego spojrzenia. Na balu w dalekim mieście kruczowłosa panna na jego widok pokryła się szkarłatem, on zaś uczuł moc iście zwierzęcego magnetyzmu, który pociągnął ich ku sobie (miał zresztą w związku z tym pojedynki, bo prąc ku lubej rozepchnął tańczących, z których – i tak szczęście, że tylko tylu – dwóch poczuło się urażonych). Jej usta purpurowe, a w nich języczek tak zmyślny – o czym wiedział jakimś cudem, zanim sprawdził – jej dłonie pełne obietnic, o których nie opowiedziałby księdzu proboszczowi, jej wzrok, którym Justyna zdawała się wsysać w siebie duszę mężczyzny, wszystko to było skarbami nieodzownymi Bogumiłowi do życia: zrozumiał to w sekundę. I nie potrafił pojąć, że mógł dotąd bez niej żyć.

Gdy wreszcie odważył się spytać, czy jest mu wzajemną, podniosła na niego roziskrzone oczy i szepnęła namiętnie:

– „Jestem ci wzajemną”? Ja kocham każdą cząstkę ciebie, jak nikt nigdy nikogo nie kochał.

A serca biły w tym momencie obojgu tak mocno i równo, że dzwoniły od tego kryształowe wisiorki przy żyrandolu.

Panna na domiar szczęścia malowała, i choć, póki w spotkaniach towarzyszyła im ciotka, na pokazywanych mu obrazkach widać było tylko romantyczne ruinki na wzgórkach, ale gdy już byli po słowie, niby przypadkiem wypuściła przy nim z rąk album, a ze środka wysypały się podobizny faunów o anatomii wystarczająco fantastycznej, by nie podejrzewać narzeczonej o zbyt wielkie doświadczenie, lecz też dość niezwykłej, by domyślić się w niej nadzwyczajnego talentu. I rzeczywiście wkrótce się przekonał: utalentowana była nieprawdopodobnie. Zresztą, od tamtego popołudnia nigdy więcej nie zajmowała się malarstwem.

W następnych tygodniach po owym opamiętaniu przed lustrem, zachowanie Bogumiła sprawiło, że miała okazję ćwiczyć także inne cechy charakteru, a mianowicie wyrozumiałość i cierpliwość. Szło jej to zadziwiająco dobrze. Mąż nawet przestał w ciągu dnia zamykać się na klucz w gabinecie, co małodusznie robił przez krótki czas. Gdy na widok wyzywająco obnażonego przedramienia całował ją tylko w dłoń, Justyna zdawała się przyjmować to z równym entuzjazmem, jak gdy wcześniej rzucał się na nią zgłodniale. Co najwyżej podczas posiłków przyglądała mu się z jakąś ironią w oczach, którą jednak przepłaszała jednym mrugnięciem powiek, jeśli tylko zapytał, czemu tak patrzy. Sam tłumaczył jej, że martwi się zaniedbaniem majątku, na co przecie nie mogą sobie pozwolić, dlatego poświęca jej nieco mniej uwagi – i przyrzekał to naprawić jesienią. Wysłuchiwała go ze słodką miną, gładząc po dłoni.

„Prawdziwy ideał!”, myślał Bogumił podczas długich godzin spędzonych w gabinecie – w żadnej bowiem mierze nie zajmował się tam zarządzaniem rodzinnymi dobrami, lecz analizą swojej sytuacji. Jak nie patrzeć, dumał, niemożliwe, żeby mógł uzyskać nagle od losu tyle szczęścia. Owszem, miał kiedyś wielkie nadzieje, jednak (uświadamiał sobie teraz) nie aż tak wielkie. Coś zatem musiało jeszcze nastąpić, coś musiało zmącić tę idyllę. Owszem, tegoroczne dochody rysowały się źle, ale nie katastrofalnie. Przez poprzednie lata zdołał gorliwą pracą zabezpieczyć się na wypadek gorszych plonów. Cios miał nadejść z pewnością, ale z innej strony. I tu uwaga Bogumiła skierowała się na jego własne ciało.

Czy nie miał przypadkiem początków suchot? Wszak powszechnie wiadomo, że jednym z charakterystycznych przejawów tej choroby jest nadzwyczajna potencja słabujących na płuca, a sposób, w jaki spędził minione miesiące, zadziwiał go przecież nie tylko szczodrością żony, ale i skwapliwością, z jaką jego organizm gotów był jej służyć. Toteż wsłuchiwał się teraz godzinami w swój oddech; zdawało mu się, że z jego piersi dobiegają jakieś niepokojące szmery czy świsty – ale gdy na wszelki wypadek odkaszliwał w chustkę (ufając, że nikt go nie słyszy), ta zawsze pozostawała śnieżnobiała, bez najmniejszego śladu krwi. Kiedy siusiał, przyglądał się z równym natężeniem strudze, lecącej parabolą ku ziemi, lecz i ona pozostawała, jak należy, słomkowa, więc i jego nerki działały prawidłowo. Przypominając sobie, jak ujrzał Justynę w perspektywie sali balowej i szedł ku niej, nie zdając sobie sprawy, że przepycha się między ludźmi, depce ich trzewiki, zaczął podejrzewać, że ma może jakiś kłopot z oczami i czeka go ślepota – ale gdzie tam! na wszelki wypadek poszedł polować na kuropatwy i ani razu nie chybił. Przejadłszy się raz wyjątkowo pysznym żurkiem, doszedł do przekonania, że czeka go niechybnie skręt kiszek – lecz i tym razem obudził się nazajutrz w pełni zdrowia. Każde drętwienie rąk uznawał za zwiastun choroby serca; każdy wyraz, który uleciał mu na chwilę z pamięci, zapowiadał, lub w każdym razie mógł zapowiadać sklerozę. A jak wykluczyć skryte zbliżanie się krwotoków, udarów, paraliżu? Znikły powszednie bóle zębów, zastąpione pierwszymi symptomami wścieklizny; ból gardła przez pierwsze godziny zdawał się odtąd zawsze wstępnym objawem krupu.

Bogumił stał się porywczy, to ponury, to desperacko wesołkowaty – co samo w sobie niechybnie rysowało perspektywę rozmiękczenia mózgu. Codziennie obmacywał się o poranku od stóp do głów, szukając jakichś nieoczekiwanych zgrubień, podskórnych fałd czy nierówności – nic. Któregoś razu odkrył na przedramieniu pieg, którego tam wcześniej nie było. Tak, to musiało być to: początek końca. Żałował, że skończył edukację tak wcześnie, medycynę znał słabo, jednak taki pieg z pewnością stanowił zawiązek śmiertelnej choroby: ospy, trądu, tężca, lub ogólnej gangreny. W oczekiwaniu na wyrok milkł coraz bardziej, przestał nawet pytać żony, czemu spogląda na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Jeśli nawet kryła się teraz w jej oczach ironia, miała przecież niebawem zgasnąć na wieść o nadchodzącym wdowieństwie. Lecz dni mijały, a pieg pozostawał piegiem, nie znikał wprawdzie, lecz i nie rósł, i w końcu Bogumił musiał uznać, że z tej strony też nic mu nie zagraża.

Tymczasem wprowadził w małżeńskim pożyciu pewną zmianę, doszedł bowiem do wniosku, że taki brak wszelkich zapowiedzi choroby zwiastuje gwałtowną apopleksję, a ponieważ bardzo kochał swoją żonę, chciał jej zaoszczędzić okropnych przeżyć przy konającym mężu – toteż dawną służbówkę przerobił na swoją sypialnię i odwiedzał Justynę nocami nie częściej, niż raz na dwa tygodnie, a i to jedynie, gdy czuł się więcej niż wyśmienicie. Rozwiązanie takie pozwalało mu po kryjomu spożywać rozmaite ziołowe napitki (wszystkie na spirytusie, co skądinąd dodawało mu odwagi, by zmierzyć się z najgorszym, gdy przyjdzie), miało wszelako tę wadę, że teraz noce całe nie spał, skupiając napiętą uwagę na poszczególnych swych członkach, starając się wyśledzić źródło śmiertelnego ataku. Coś mu przecież było, bez dwóch zdań – w czym jeszcze utwierdził go tamten sąsiad, który wywróżył mu niegdyś, że się wykończy; odwiedziwszy go mianowicie w jakiejś sprawie, rzucił na odchodnym: „panie sąsiedzie, a pan wciąż to samo, przecież wygląda pan jeszcze gorzej, niż wiosną”. Tymczasem nadeszła zima.

Tymczasem nadeszła zima i pewnej nocy, kładąc się do łóżka, Bogumił wreszcie coś znalazł. Tak, niewątpliwie jego udo – po zewnętrznej stronie, nieco powyżej kolana – zmieniło kształt. Pod dłonią, sunącą w dół, po nodze, wyczuł coś twardego i obłego, jakby na mięśniu utworzyła się purchawka, czy też huba. Cały spotniał od tego odkrycia, chciał w pierwszej chwili pobiec do Justyny i się poskarżyć na los, który najwidoczniej zamierzał go zabrać z tego świata równie wcześnie, jak ojca – ale po chwili doszedł do wniosku, że to byłoby niemęskie. Poza tym musiał przyznać, że ukonkretnienie narastającego od dawna lęku przyniosło mu pewną ulgę – i zasnął, kto wie, czy nie łatwiej niż dotąd. Rano nic się nie zmieniło: huba, a może purchawka, była nawet wyraźniejsza. Należało stawić czoło ponurej rzeczywistości: był chory. O ile nie stłukł sobie onegdaj mięśnia – uświadomił sobie i postanowił nie wtajemniczać tymczasem żony.

Nie minął wszakże tydzień, a osobliwa narośl nie dawała się już ukryć. Purchawka zmieniła się w purchawę, po czym ostatecznie przybrała kształt huby, czegoś tak obfitego, że nie pozwalało ono wsunąć na udo nogawki spodni. Zaalarmowana Justyna przeraziła się okropnie, ale był już grudzień, śniegi bodaj jeszcze głębsze niż przed rokiem, nie sposób było zatem ani samemu dostać się do miasteczka, ani wysłać kogoś po lekarza. Bogumił zresztą uspokajająco, ale szczerze wyznał, że miejsce to zupełnie go nie boli, zaś dotyk żony sprawia jedynie wyjątkową przyjemność.

O tej porze roku nie było wiele do roboty, Bogumił pozostał zatem w swojej sypialni i dni spędzał, czytając stare modlitewniki i książki o świętych z niewielkiej biblioteczki po ojcu, lub przeglądając rodzinne papiery. Perspektywa śmierci przestała go przerażać, teraz to on raczej uspokajał Justynę, że jej przyszłość jest zabezpieczona, a jeśli po odbyciu żałoby będzie chciała powtórnie wyjść za mąż, to on, z zaświatów, pobłogosławi temu przedsięwzięciu. Przyznać trzeba, że żona nie znosiła najlepiej tych jego przemów, głaskała go jedynie po wciąż potworniejącej nodze i skłaniała w ten sposób do milczenia – przy czym Bogumił miał nadzieję, że nie jest dla niej jasne, czemu tak naprawdę zapada cisza. Prawda zaś wyglądała tak, że najlżejszy dotyk jej palców w opuchłym miejscy sprawiał mu rozkosz, nieomal porównywalną z tym, co przeżywał z nią niegdyś przy zupełnie innych okazjach.

Minęło Boże Narodzenie i zbliżało się Trzech Króli, gdy pewnej nocy Bogumiła obudziło dziwne uczucie. Zdawało mu się, że coś wybuchło mu na nodze, a raczej, że to noga mu wybuchła. Usłyszał stuk i poczuł nagły ból, jakby się potężnie uderzył. W ciemnościach nie mógł się zorientować, co to było, ale kiedy sięgnął ręką, odkrył, że jego noga odzyskała normalny kształt. Co jednak osobliwe, czuł zarazem w jakiś sposób chłód podłogi, jakby na niej klęczał. Wahał się chwilę, ale zawołał Justynę. Za trzecim czy czwartym wołaniem przybiegła ze świecą. Kiedy stanęła w progu, a mrok ustąpił przed blaskiem płomienia, małżonkowie zobaczyli z osłupieniem, że koło łóżka leży okrągły kształt, prawie idealna kula: oderwana od nogi Bogumiła narośl, jednak ze wszystkich stron zasklepiona, przypominająca wielką bułkę, a może jeszcze bardziej: olbrzymie, skórzane jajo. Justyna schyliła się ostrożnie, by przyjrzeć się dokładniej, i wtedy mąż krzyknął: stopiony wosk kapnął na powierzchnię leżącego na podłodze dziwotworu, on zaś poczuł, że to parzy. Kula pozostawała częścią jego organizmu!

Na nodze, obejrzanej starannie przez obydwoje, nie było widać nawet najmniejszej blizny po oderwanym kawałku.

Małżonkowie rano, przy śniadaniu, na które Bogumił wstał po raz pierwszy od kilku tygodni, starali się rozeznać w sytuacji. Mężczyzna ozdrowiał, nie było co do tego wątpliwości. Jednak kuli, wyrosłej z jego ciała, nie można było spalić, czy zakopać, niepojętym sposobem pozostawała bowiem częścią jego istoty: czuł nią każde dotknięcie, strach więc było nawet pomyśleć, jakie cierpienia sprawiłyby mu próby zniszczenia jej. Justyna, śmiejąc się nerwowo, wzięła w końcu kulę do rąk i stwierdziła, że będzie jej strzegła jak oka w głowie, mąż zaś niech udaje się do swoich zajęć. I tak się stało.

To jednak nie jest koniec tej dziwnej historii. Gdyż od tej pory Bogumił nie mógł nawet pomyśleć o zbliżeniu się do żony. Pod lada pretekstem odsuwała się od niego i wymykała się z jego objęć. Lecz pewnego razu, doglądając chłopów przy siewie, mężczyzna poczuł dziwną rozkosz, nie wiedzieć skąd płynącą – i dopiero po długiej chwili uświadomił sobie z mieszaniną zakłopotania, rozczulenia i zazdrości, że czuje pieszczoty, jakim Justyna poddaje tamtą kulę, spoczywającą zazwyczaj w jej szafce nocnej. Budząc sensację wśród gawiedzi, Bogumił wskoczył na konia i popędził do dworu, gdzie zdążył jeszcze dostrzec żonę, jak, rozogniona, chowa kulę na miejsce. Nie chciała z nim rozmawiać: ni to ze wstydem, ni to z gniewem zatrzasnęła przed nim drzwi swojego pokoju. I już nigdy nie było tak jak dawniej: pracowitego niegdyś właściciela majątku można było odtąd najczęściej spotkać w mieście, w coraz podlejszych spelunkach; lecz chyba tylko nadmiarowi alkoholu należy przypisywać to, że nieraz drżał, jakby od wstrzymywanego jęku, ale raczej nie z bólu, ogarniał swe tyjące cielsko ramionami i powtarzał przez zaciśnięte zęby:

– Ona znowu to robi… Jak ja jej nienawidzę! Ale czy mogę być zazdrosny o cząstkę samego siebie?



Jerzy Sosnowski, ur 14 maja 1962 r.

    Pisarz, publicysta, dziennikarz radiowej Trójki, współpracownik miesięcznika “Więź”. W Trójce prowadzi: Trójkowy Wehikuł Czasu (soboty 15:05), Klub Trójki (zazwyczaj wtorki i czwartki 21:05). Opublikował: Śmierć czarownicy! (Wyd. Semper, Warszawa 1993; wydanie drugie poszerzone jako “Czekanie cudu”); Apokryf Agłai (WAB, 2001, wyd. II – WL, Kraków 2007), Wielościan (WAB, 2001), Linia nocna (WAB 2002), Prąd zatokowy (WAB 2003), Ach (WL 2005), Tak to ten (WL 2006), Czekanie cudu (Semper 2008), Instalacja Idziego (WL 2009). Udział w wydawnictwach zbiorowych: O mnie, o tobie, o nas (Nasza Księgarnia, 1979 🙂 ); PL+50.Historie przyszłości (WL, 2004); Drogi chrześcijaństwa (Jacek Santorski & co, 2008), 2008.Antologia współczesnych polskich opowiadań (Wydawnictwo Forma, 2008); Mówi Warszawa (Muz. Powstania Warszawskiego + Instytut Stefana Starzyńskiego + Wydawnictwo Trio, 2011).

www.jerzysosnowski.pl



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko