Ewa Klajman-Gomolińska – Niebo mieszka nad oceanem

0
168

Ewa Klajman-Gomolińska

 

Niebo mieszka nad oceanem

 

      

Robert Dudek         Ocean widziany nocą z okna samolotu jest odpowiedzią na odwieczne pytanie dziecka, jak wygląda piekło. Piekło to mroczna i zimna otchłań oceanicznej mazi. Dno, które nie ma dna i zdoła pomieścić wszystkie dusze świata, jeśli tylko na to zasłużą. Metaforyczne określenia ogni piekielnych to jęzory morskich potworów, które kąsają i dźgają pośmiertne przerażenia, czyniąc temperaturę bólu wysadzającą wszelkie minusowe amplitudy głębin. Głęboką nocą Bóg na niebie zapala miliony stuwatowych żarów, aby mógł dokładnie obserwować ciemności, do których mkną istnienia nienajlepsze w klasie. Takie, do których życie nie dotarło albo nie miało podejścia. Jednym słowem niesubordynowani, opóźnieni w rozwoju, nienadążający za programem edukacyjno-egzystencjalnym.

         Przelot nad nieszczęsnym oceanem prowadził inicjujący pilot. Jakby mało było mojego strachu. Na lotnisku żegnali nas znajomi opowiadający o katastrofie lotniczej, z której jako nieliczni ocaleli. Ich samolot miał awarię właśnie nad oceanem, prawdopodobnie najgorsze miejsce do wszelkich awarii. Im udało się w kapokach doczekać pomocy. Od tamtej pory mają fobię i musieli przeprowadzić się pod sam koktajl, dlatego że leczenie tej fobii polega na bezustannym przebywaniu po każdym posiłku głównym w koktajlu. W związku z powyższym rozmowa przeszła na tematy lodów twarogowych i paschy.

           – To musi być nudne, dzień w dzień koktajl – orzekła moja córka.

           – Tak – potwierdził znajomy w ceglastym berecie, z pomponem pamiętającym twarz Edwarda Gierka i Todora Żiwkowa – czasami, ale rzadko zdarzy się jakiś wyczesany kawałek z dużą ilością bakalii i pokrojonej galaretki oblany likierem kawowym.

               – A ja tam lubię koktajl – wtrąciła żona tego w berecie, z włosami tlenionymi, jak za Wiesława Gomółki, wodą utlenioną w szklanych butelkach – ja to tak lubię sobie pojeść – uzasadniała i jednocześnie upychała zwoje swojego brzucha jak pergamin w Bibliotece Aleksandryjskiej w grube rajtuzy kupione za 3 zł na targu u Ruskich…

 

         Na pokładzie samolotu była atmosfera pałacowa, takie wersalskie klimaty, dużo przepychu i kosztowności. Kibelek w tiulach, zastawy szczerosrebrne z twarzą Walta Disneya, sztućce z wetkniętym ludzikiem na czubie. Cały golusieńki tylko czupryna purpurowa i pokaźna. Taki królewski wypas. Podoba mi się najbardziej to, że siedzenia pasażerów ustawione są jak siedzenia pilotów, że stewardesy nie mają prawa bytu, że każdy może wstać i pójść do kuchni, że posiłki są na sali balowej, do których się specjalnie przebieramy. Miły człowiek, który uczy na pokładzie samolotu etykiety już od ośmiu lat z hakiem, pokazał mi oddaloną od wzroku ludzkiego komnatę, która zamykana była na sześć zamków – dwa gerdowskie, dwa tradycyjne i dwa z gumy do żucia. W owej komnacie załoga hodowała tajemniczy kwiat gigantycznych wielkości o urodzie nie do opisania. Kwiat umieszczony był w porcelanowej donicy w dwa słonie – jeden słoń był seledynowy z koralami na szyi i biegł wesoło przed siebie, drugi słoń to barwa mocny fiolet, zamyślony, oparty na łokciu, patrzy w bliżej nieokreśloną przyszłość. Łodyga kwiatu jest prawie pod sufit, przy czym na jego wysokości jakby się załamuje i do podłogi opada wielki kielich jak suknia sylwestrowa dla żony tego w berecie. Kolorystyka róż, liliowy i wrzosowy mienią się ze sobą w perłowej poświacie i jestem pewna, że to jest właśnie któryś z cudów świata pierwszej dziesiątki.

         W miarę upływu lotu stwierdzam, że specyficzny układ siedzeń ma swoje plusy i opasłego minusa. Plusy są takie, że rajcują chmury rozpryskujące się na szybie przed moim nosem i że nie wiem, czemu, ale im dłużej tak siedzę, tym bardziej upewniam się, że jestem Dalajlamą i że ciuszki mi się nawet zmieniają na takie jak Dalajlama nosi… A minus jest taki, że łapię fatamorganę i przed chwilą widziałam, jak rozbijamy pamięć World Trade Center, jak tłamsimy jednym skrzydłem biust Statuy, nazwisko Wolności, w zasadzie już wierzę, że latamy po miastach i zniżamy się do rozwalania warzywniaków, i strącania kobietom moherowych czapek z głowy. Postanawiam więc wyjść z mojego ciała i przenieść się samiutką duszyczką do kościoła na nabożeństwo, żeby poczuć się lepiej. Natrafiam akurat na kazanie, podczas którego ksiądz dokonuje ekskomuniki biednej myszy kościelnej.

            – Zakazuje się obywatelce myszy kościelnej przekraczać progu kościoła – głosi ksiądz – niech się mysz nie waży pod pozorem i bez pozoru głowę kościelnym kątom zawracać!!!

            – Ale tak nie można – przeciskam się przez nieruchomy tłum – co ona takiego zrobiła?

             – I niech się nie waży nikt w obronie uciskanej myszy stawać – ksiądz gniewnym wzrokiem pokazuje, że to odnosi się do mnie.

         Wypadam przed kościół i nawołuję z woreczkiem po drażach o wsparcie dla myszy kościelnej, którą dopiero co spotkała tragedia. Ludzie drwią ze mnie i wyzywają od grzeszników. Pierwszy grosz do woreczka po drażach wpada od żebraka, który klęczy najbliżej mnie. Później cała chmara żebraków galopuje jak przed pożarem, tylko po to, by rzucić garścią miedziaków w worek po drażach. Mysz zostaje ocalona od śmierci głodowej i poniewierki.

            – Masz tu na żarcie, taki start, później jakoś sobie poradzisz – wciskam myszy pełen wór szmalu.

            – Chodź z nami, w naszych kartonach znajdzie się dla ciebie miejsce – mysz bierze pod rękę żebraków i wszyscy znikają w zaułkach litości.

         Powracam do swojego ciała, ale za parę minut znów miraż mnie dopada, więc przenoszę się do wielkiego domu handlowego Klif w Gdyni Orłowie i tam postanawiam szerzyć misję ochrony ludzkości przed złymi mocami. Nabywam w sklepie H&M paletę małych kolczyków na sztyft przedstawiających pajączki z czerwonym korpusikiem i zaczajam się pod sklepem z modą Orsaya. Po około dwudziestu minutach (dopiero!) wyłania się pierwsza klientka…

              Dla pani w srebrnych bucikach na szczęście – z okrzykiem Wikinga rzucam się na kobitkę, powalam ją i wbijam kolczyk w ucho – przez dwa tygodnie zalewać wodą utlenioną, a wszystko będzie dobrze!

        Jestem szczęśliwa, niosę ludziom pomoc, a oni tak się cieszą. Przy mnie ustawia się kolejka pań z różowymi reklamówkami od Orsaya, a ja dokonuję odczyniania zła, aż do momentu wyczerpania zapasów, czyli koniec pajączków na plastikowej palecie oznacza mój powrót na pokład samolotu. Akurat w samą porę, bo jest kolacja. W sukni kształtu i koloru banana sunę na wielką salę. W drzwiach kelner daje mi pokaźny pakiet sztućców i prosi o pokwitowanie.

             – Układaj noże od największego do najmniejszego – instruuję córkę.

             – Dlaczego tak? – pyta kierownik sali zmiany kolacyjnej.

             – To proste – wyjaśniam – największy nóż jest do nogi wołu, każdy mniejszy do mniejszej zwierzyny i tak ostatni malutki nożyk jest do żabiej łydki.

             – Pani nie zna podstawowych zasad etykiety zastawy stołowej

             – Ty chamie, ćwoku, prostaku – nie pozostaję dłużna i grożę mu ogonem banana

             – Pani w bananie miała rację – wtrąca mężczyzna z drugiej strony stołu, postury gruźlika – ja dostałem wielką nogę nieogolonego, nawet starego wołu i taki tasak jest jak najbardziej odpowiedni – mówiąc to wsuwa sobie owłosiony kawał do ust, z którego spływa krew jak zbyt długo stojąca herbata.

         Myślę o tym człowieku, że to równy koleś i postanawiam po wyplątaniu nogi z ogona banana zawrzeć z nim bliższą znajomość, ale niestety gdy unoszę ponownie wzrok, mężczyzny już nie ma, a noga wołu jest taka samotna. Wychodzę z sali, by poszukać go, bo odczuwam dziwny niepokój, jak w każdy tłusty czwartek, że nie dostanę już pączków. Ale zanim zdołałam się za nim gruntowniej rozejrzeć sensacyjna wiadomość obiegała już korytarze samolotu. Młody niedoświadczony pilot stchórzył, lecąc wiele godzin nad czarną plamą oceanu i postanowił zawrócić. Tak więc lecimy teraz nie do przodu, ale do tyłu, wracamy, nie chcąc wracać, cofamy się, mimo że nasze serca wołają „go on”. Prawie, że tam byliśmy i czuliśmy już smak. Gorąca czekolada na znikającej w dali tacy.

            – Niech się pani tak nie przejmuje – miła staruszka bierze mnie za rękę – pilot zostanie za to ukarany, kwiat to załatwi…

            – Jak to? – to jest moment, kiedy ja naprawdę już nic nie rozumiem.

            – Ten piękny różowo-liliowy kwiatek hołubiony przez całą załogę, to ludojad. Żywi się niegrzecznymi członkami załogi. To ponoć najlepszy sposób, żeby źli pracownicy nie wrócili do recyklingu. Odnóżkę tej rośliny wzięli już z Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz trener polskiej piłki nożnej.

            – Zaraz, zaraz, zaczynam rozumieć – myśli szybują mi z lewej półkuli do prawej i z powrotem torem rakiety międzyastralnej – ja szukam takiego mężczyzny, z którym jadłam kolację. Taki suchotnik ze szkorbutem i łupieżem… Dali go na pożarcie!!!

            – Spokojnie dziecko, spokojnie. To dotyczy tylko załogi i ich zawodowych przewinień. Nie bój się, zaraz zapytamy kogoś z obsługi…

       Obsługa linii lotniczych „Spokojny Lot” potwierdziła, że kwiat-ludojad jest przeznaczony tylko dla załogi. Niesubordynowanych pasażerów zaś wyrzuca się jako balast w czeluść otchłani i mroków. W ten sposób dodatkowo zyskuje się lżejszy przelot oraz dokonuje sądu za życia z natychmiastową karą przeprowadzoną przez samolotowego katechetę – emerytowanego pilota, który skończył zaoczną teologię i rozprawia się ze złem stosując tzw. fast tryb orzekania. Po wyjaśnieniu całej sprawy idę do łazienki. Nalewam wody do różowego flakonu, z wyściełanej atłasem półki biorę złoty klucz. Wchodzę powoli po schodach okrytych czerwonym dywanem, by pięknemu kwiatkowi dać pić. Trzeba dbać o kwiaty.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko