Beata Golacik – Omam

0
62

Beata Golacik


Omam

 

Józef ChełmońskiNie można. Nie można ciągle wikłać się w refleksje pogłębione, żeby nie popaść w uzależnienie i nie stracić kontaktu z rzeczywistością. Trzeba niekiedy wypłynąć na powierzchnię i potaplać się w płyciźnie żywota. Dziś trochę ple, ple, ple w temacie: połowów rozlicznych, zdziwień kosmicznych i osiągnięć medycznych.

 

Sieć ma to do siebie, że jest powiązana. Jako narzędzie rybackie – nie znam się wprawdzie, ale tak na chłopski rozum (na jaki stać nawet kobietę nie umiejącą doić krów) – dobrze, gdy sieć nie jest splątana, przepuszcza wodę i nie przepuszcza połowu (daj Boże ryb). Jako nowoczesne narzędzie komunikacji – na czym też się nie wyznaję do końca, ale tak na chłopski rozum (który w założeniu pojmuje wszystko, choć po swojemu) – dobrze, gdy sieć się nie zawiesza i pozwala „poławiaczowi” na błyskawicznie korzystanie z powiązań w celach rozmaitych. Zachęcają do tego wyszukiwarki internetowe – kusicielki i wspomożycielki strapionych w jednym. `A propos strapionych. Przypominam sobie, jak przed laty, tłumacząc jakiś obcojęzyczny tekst, szukałam w opasłym słowniku nieznanego terminu, zwykle drogą krętą i żmudną, gdyż w tzw. międzyczasie natrafiałam na dziesiątki innych frapujących pojęć z rozlicznymi przykładami ich związków frazeologicznych lub idiomów, co niejednokrotnie czyniło ów „międzyczas” o wiele dłuższym niż termin przewidziany na tłumaczenie właściwe. Krótko mówiąc, popadałam regularnie w dygresje słowne, co mi życia nie ułatwiało. I zdaje się przeszło w nawyk. Ogromną nadzieją były więc dla mnie słowniki internetowe.
I rzeczywiście nie zawodzą mnie. Słówka pojawiają się w nich ochoczo, bez zwłoki i nadmiernej obudowy leksykalnej, za to niekiedy w dość zabawnych wariantach translatorskich. Ale niech tam! Dobrze jest, nie trza psuć! (Jako rzecze chłopski rozum).


Wracając do wyszukiwarek-wspomożycielek. Chociaż nie taki diabeł straszny, to również nie taki anioł cudny, jak go malują. Owszem, bez nich w Necie ani rusz! Potrzebuję jakiegoś konkretnego tekstu, nie pamiętam zeń wiele, wpisuję znaną frazę i… Voil`a! Przeważnie, w co najmniej kilku miejscach! Boskie?! No, jak nie, jak tak! – Podpowiada rozum chłopski. Babski, zazwyczaj od razu szuka dziury w całym, czyli skutków ubocznych. Jednym z nich jest oczywiście czas, jako żywo marnotrawiony na liczne oboczności poszukiwawcze, niezmiernie ciekawe lub zupełnie nieistotne, a jednak narzucające się oczom bez pardonu, już po jednym, niewinnym kliknięciu. Innym skutkiem jest to, że z równą swobodą jak cudze, ukażą się na ekranie również moje własne zapiski. Jeżeli do poczytania, to jak najbardziej. – Voil`a z ukłonem! Jeśli do przedsięwzięć typu „kopiuj-wklej” z adnotacją o autorze – czemu nie? Jeśli zaś bez adnotacji, wtedy: Halo, Huston, mamy problem! No, niestety. Trzeba młodzieży, wysysającej Internet z mlekiem matki, przypominać tę „kosmiczną” prawdę, że skutkiem ubocznym obosiecznym sieciowych połączeń jest ryzyko wpadki. Niektórzy z autorów zdają się być pozbawieni, jeśli już nie elementarnej uczciwości, to przynajmniej instynktu samozachowawczego lub osławionego, chłopskiego rozumu, który by im podpowiedział, że Internet, owszem, zmyślny jest, ale czytelnik zmyślniejszy – zdolny do analizy porównawczej i oceny tego, co widzi i czyta. Obecnie, chyba na porządku dziennym jest „przepuszczanie” publikacji naukowych przez tzw. wykrywacze plagiatów i autoplagiatów. Pewna moja znajoma – wykładowca uniwersytecki – przyznała mi się kiedyś w rozmowie, że ma w zwyczaju poświęcać jeden z pierwszych swoich wykładów na pogadankę ze studentami na ten właśnie temat. Jest to jej prywatna inicjatywa wychowawcza, niejako praca u podstaw. Szczególnie, jeśli chodzi o tzw. cytaty własne. Studenci, w sporej większości jak się okazuje, są święcie przekonani, że własnym dziełem mogą dysponować dowolnie, wstawiając całe partie napisanego kiedyś tekstu w niezmienionym brzmieniu do innych swoich prac. Nie widzą w tym niczego nieetycznego. Znajoma tłumaczy z uporem maniaka, powołując się nawet na opracowania popularnonaukowe, że oni mają w przyszłości legitymować się wyższym wykształceniem, będą aspirowali do elity intelektualnej kraju. Nie mogą być zwykłymi „szmondakami”. Tłumaczy jak chłop krowie na miedzy, że – choć istnieją określone (surowe zresztą) standardy ilości dopuszczalnych powtórzeń w pracach zaliczeniowych – to jednak szanujący się autor nie powinien przepisywać w dokładnym brzmieniu nawet jednego akapitu. Takie „pompowanie dorobku” po prostu nie przystoi. Autoplagiat w każdej dziedzinie twórczej jest i będzie powodem do wstydu, a czasami może być uznany za przestępstwo, zwłaszcza w środowisku naukowym. Na koniec odsyła ich po prostu do hasła Plagiat w Wikipedii. Taka oto nastała „prawda czasu, prawda ekranu”. Ale żeby aż trzeba było encyklopedią po oczach, to nie sądziłam. Chociaż kto wie, może miast jojczyć na takie Rzeczypospolite, jakie jej młodzieży chowania, należałoby objąć pracą u podstaw również nieco starsze – deklarujące niezłomny etos twórczy – pokolenie pisarzy, żebyśmy niedługo nie byli zmuszeni do praktykowania prewencji autoplagiatowej również wobec tekstów literackich i publicystycznych.


No, dobrze. Dosyć już tych jeremiad! Internet jest siecią powiązań różnorakich, nie tylko żałosnych w skutkach, ale też rozbrajająco czułych. Niedawno ten nasz Netuś słodki, połączył mnie, oczywiście znów niechcący i obocznie, z wyszukiwarką na YouTube, a tam z archiwalnymi nagraniami skeczy z cyklu „Z pamiętnika młodej lekarki”, zmarłej w ubiegłym roku Ewy Szumańskiej. Kto pamięta, zapewne się rozrzewni, jako i ja. Kto nie pamięta, niech w te pędy nadrobi zaległości z „klasyki humoru” okresu PRL-u. Oby bezpowrotnie minionego, oby nie we wszystkim! Po obejrzeniu całej serii współczesnych kabaretonów, jakimi raczyła nas do znudzenia polska telewizja podczas sielskiej kanikuły, zwyczajnie, choć wybiórczo, zatęskniłam za tym czasem – nie tak bardzo przecież zaprzeszłym. Wtedy, na odcinku szeroko pojętej kultury, siermiężnie nie było, o nie! Żeby przypomnieć choćby tylko niektóre poczynania satyryczne: telewizyjny „Kabaret Starszych Panów”, „60 minut na godzinę” w radiowej Trójce, czy wspomniane wyznania młodej lekarki na rubieży – programy pełne wysublimowanego, inteligentnego i przecudnego językowo humoru. Uczta dla intelektu! Pyszna rozrywka, która nastraja pogodnie, bawi, a nie tylko wywołuje rechot. Jakie to szczęście, że dziś można wyłowić z Internetu takie skarby. Dla przykładu zapis nagrania z 1980r. Skecz Ewy Szumańskiej w roli młodej lekarki i Jana Kaczmarka w roli pacjenta. Tu niestety bez efektów dźwiękowych i charakterystycznej, jednostajnie melodyjnej dykcji młodej lekarki, co znacznie umniejsza siłę rażenia dowcipu. Zachęconych lub roztęsknionych odsyłam do sieci. Do przejścia na tę jasną stronę jej mocy.


Skecz pod tytułem „Omam”:

Będąc młodą lekarką, kontynuuję szeroki wachlarz nowych przeżyć zawodowych na rubieży. [Łup, łup do drzwi] Otóż i jedno z nich.


Dzień dobry pani doktór.

– Dzię dobry, na co się pan uskarża?

Cierpię, pani doktór, na imam.

– Co, proszę?

Na imam.

– Czyżby pan pomylił nomenklaturę? Imam jest to kontrowersyjny przywódca mmu.. mu.. mumuzłański.

Wobec tego cierpię na Oman.

– Oman, jak udowodniła nam trafnie telewizja, jest to małe państewko w basenie morza, o ustroju wstecznym.

– To może na otoman?

– Otoman jest to samiec otomany, czyli leżanki, na której się pan zaraz rozciągnie. Przedtem jednak proszę samookreślić schorzenie.

– A pies tańcował z jego nazwą! Chodzi o to, że jak na coś patrzę, to widzę cóś innego.

– Teraz rozumię. Jest to omam, od czasownika omamiać, omamienie, omamidło. Proszę zapodać, na co pan paczy.  

Otóż patrzę na przykład na okólnik przyniesiony mnie przez gońca i na dane statystyczne, albo na przewodniczącego, jak zagaja zebranie.

– Bardzo dobrze. I co pan widzi?

– Widzę, pani doktór, niezmiennie niejaką Zenobię Nowak, i to od pasa w dół.

– Rozumiem. Prawdopodobnie posiada pan w mózgu gruczolak, który uciska. Proszę się położyć, a ja przejrzę panu czaszkę.

Już się kła [tup, bum] dę.

Pacjent był na szczęście łysy. Nie miałam więc problemów z zaznaczeniem punktów wlotowych. Naniosłam je za pomocą flamastra. I przystąpiłam do rozwiercania.

Gdy czaszka przypominała już naczynie durszlak, za pomocą wziernika o małej średnicy przeglądnęłam wnętrze. Zin.. zindentyfikowawszy czy guzki typu gruczolak, usunęłam je zręcznym cięciem skalpela [chlast, chlast, chlast]. Następnie zacementowałam zaistniałe otwory i wprawnie obudziłam pacjenta [klap, klap, Uaaaa!]. Już po wszystkiem. Jak się pan czuje?

– Ogólnie nie najgorzej.

– Proszę więc spojrzeć na wiszący nad mym biurkiem obraz pod tytułem “Młoda kadra w prosektorium”, nabyty na aukcji związku plastyków w ramach upowszechniania kultury.

Już patrzę.

– I co pan widzi?

Zenobię Nowak, tym razem jednak od pasa w górę.

– To już postęp. Omam będzie się z wolna przesuwał ku górze i w końcu zaniknie. Proszę przyjść za tydzień na kątrol.

Nie omieszkam i zrewanżuję się globalnie.

Pacjent opuścił mą przychodnię, pozostawiając mnie sam na sam z fascynującym znakiem zapytania, który rozstrzygnie się w następnym odcinku.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko