Marek Jastrząb – DWUPAK

0
202

Marek Jastrząb – DWUPAK


Katamneza

Jan StępieńNikt nie ma pojęcia o moich zgryzotach. Nawet Magda, moja poczciwa Magda, kobieta z innej bajki, nie domyśla się, że prowadzę podwójne życie. Do głowy jej nie przyjdzie, że taki galaretowaty twardziel jak ja, zdolny jest do nielegalnego handlowania żywym towarem. Z tego powodu miewam przeróżne radochy, bo gdy sobie uświadamiam, kim jestem, dopada mnie coś w rodzaju śmiechu; choć nieraz bywa mi ciężko na duszy i gdzieś w kąciku łykam łzy, to na zewnątrz udaje mi się pokazać radosną twarz.

Tak zwykle zaczynam, gdy mnie pytają o początki. Zaczynam od tego, że wcześniej pożarłem trochę lektur na interesujący mnie temat, lecz im więcej ich przyswajałem, tym gorzej mi się kapowało. A trzeba wam wiedzieć, że jak czegoś nie rozumiem, to jestem szybciej skłonny dawać temu wiarę. To jak z atomami. Nie widać, ale dla świętego spokoju trzeba wierzyć, że są.

Zresztą co mnie obchodzą atomy! Wracam do handlu, gdyż obchodzi mnie tylko to, co żywe i seksowne, a także to, że od chwili gdy jąłem zaczytywać się tekstami o złożoności ludzkiej natury i wielokrotnych osobowościach, pojawiły się senne zwidy i zwidy te mam do dziś. Trochę mnie to niepokoi, bo odkąd zająłem się zjawiskami paranormalnymi, życiem po życiu czy pośmiertnymi światełkami w tunelu, zdurniałem ze szczętem i pękł mi w glacy jakiś dynks; logika z głupotą pognała w krzaki, a mój pomyślunek obluzował się jak nigdy. Za dnia byłem ojcem rodziny, dobrodusznym, zaradnym, do pracy regularnie uczęszczającym, o dziatwę dbającym, o Magdzie z czułością myślącym i nieba jej przychylającym. A w nocy – potworem, ojcem chrzestnym zaplątanym w jakieś mętne biznesy i burdelowe konszachty, oślizgłe i ciemne transakcje za czerwonymi kotarami i szwindlowanie na potęgę. Lecz kiedy się budziłem, spocony jak szczur po rozwodzie i gdy pytałem, czy aby nie wierzgam przez sen, do teraz słyszę, jak Magda wzdycha i mówi, że bynajmniej.

Tedy pilnie łażę po prośbie, czyli po lekarzach, zawzięcie i cierpliwie odwiedzam ich gabinety, posłusznie leżakuję na ich kanapach, wszelako nic nie pomaga, bo w dalszym ciągu nie wiem, czy i niewierzgający sen nie jest wykwitem mojej wyobraźni. Podejrzewam, że Magda uspokaja mnie z litości, a tak naprawdę, to podczas spędzonej z nią nocy istotnie wydobywają się ze mnie wrzaski, skowyty, jazgoty. Dlatego tu przyszedłem.

 

Mur

– Doświadczyłem w życiu niejednego, z różnych pieców jadłem zakalec, jestem więc stary wyga, lecz mimo wszystko znajduję się tutaj, w ścisłym kółku paranoików; pełnię funkcję wykwalifikowanego idioty. Oczywiście naukowo wygląda to inaczej: wmawiają we mnie różne prześmieszne rzeczy, jak dysfazję i dystonię, również nie obeszło się bez wertykalnego oczopląsu, okropne, a na dodatek sprawa światła. To zakrawa na świństwo: w nocy nie można, w dzień nie wypada, pilnują cały czas, te przeklęte żarówy oświetlają wszystkie łóżka i człowiek zmuszony jest zwlekać się z wyra, tam zaś w toalecie… co wam będę opowiadał, przychodzą do głowy historyjki, że tylko patrzeć, jak rano wyskoczy nowy objaw. No i ten zapach; lizol, czy inne licho.

W tym miejscu aż prosi się, by przytoczyć wam dykteryjkę. Mówił mi tutejszy znajomy, że jeden taki z osłupieniem, osobiście nie wierzę, bo niby jak w osłupieniu można tak działać, precyzyjnie dajmy na to, ale fakt pozostaje faktem, bo ja teraz nie jestem blagierem i ostatnio czuję się lepiej. Jak rano jest obchód, to docent Kiwadło nie może się mnie nachwalić, a w zaufaniu wam powiem, że jegomość spiskuje z blondyną od EEG, jednak wracając do sprawy, to umówmy się, że nazywają mnie Jotem, zresztą nie nazwisko się liczy, tylko wnętrze, a wnętrze posiadam, choć mam dopiero dzieśiąt lat z hakiem i nie raz wiem, że nic już nie zwojuję, co najwyżej poszwendam się po cudzych życiorysach i padnę na zawał sumienia. Choć niegdyś – kiedy to było – chciałem zrobić coś wielkiego, coś, co wstrząsnęłoby ludźmi. Teraz mogę najwyżej schować się za rogiem korytarza i stamtąd postraszyć pierwszego lepszego hipochondryka, któremu wydaje się, że żyje, a jest plugawym donosicielem. Odczuwam wtedy satysfakcję, zwłaszcza gdy uda mi się gruntownie zdemolować jego poczucie przyzwoitości, a czym wobec tego jest niesubordynacja pracownika cmentarnego i jeżeli już mamy wziąć pod młotek sprawę grabarzy, to od razu wiadomo, że ich zrzeszenie funkcjonuje równie kulawo jak ta manufaktura, z czego wynika, że prędzej można wśród wariatów znaleźć prawdziwego człowieka, niż z tamtej strony klamki, gdyż niewątpliwie, jest w tym ociupinka półprawdy, a cząsteczka mieszaniny, czy też odwrotnie, bo słowa nie odpowiadają symbolice znaczeń, ale rzecz nie w tym, by mówić, co się myśli, tylko żeby myśleć, co się mówi, amen.

Odwrócił się, znużony.

Stali, bardziej zdumieni, aniżeli wówczas, gdy przyszli. Umysł Jota, napompowany oburzeniem, bulgoczący nadmiarem rozpaczy, bełkotem, który wyciekał spoza zębów, przypominał niezrozumiały jazgot obranego ze skóry wieloryba.

– Żałosna karykatura dawnego Jota – powiedział trzeci i wyszli na papierosa, podczas gdy Jot wpatrywał się w zamknięte drzwi, w zacuchnięty medykamentami korytarz. Zamyślił się, otrząsnął, powrócił do pobliskiej rzeczywistości.

Przy oknie, wychodzącym na skrawek rzeczki, obserwował, jak wszystko mija. Zamyślił się nad przemijaniem pamięci; ludzie, którzy poczłapali zafajczyć, całkowicie mu zobojętnieli. Zmuszać się wobec nich do gramatycznej ekwilibrystyki byłoby nonsensem.

Wrócili godni, odprężeni, Jot zaś pomyślał, że przyszli, by ostatecznie przekonać się o rozmiarach jego rozkojarzenia. Korytarzem, po cichu i prawie niezauważalnie przemknął kitel Kiwadły. Docent mimo to trzymał się za głowę, może w celu przygłaskania łysiny.

 – Jesteśmy– oznajmił pierwszy. Majestatycznie wypiął pierś i wyjrzał przez okno. Z rozpiętej marynarki wyglądało mu zdeformowane ciało.  – Jak tam samopoczucie – oschle zapytał drugi, abstynent intelektualny. Wzruszył ramionami, czym speszył Jota, który oznajmił: – okay (Jot wyobrażał sobie, że mógłby, jak we śnie, wykładać i nie jest, gdzie jest, na korytarzu, lecz w sali, przy tablicy, a ci ludzie, to uczniowie i że zaraz odezwie się dzwonek na przerwę, który będzie wyzwoleniem. Z czego – nie wiedział).

 – Przyszliście zobaczyć, jak się rozkładam – stwierdził, jakby nie ulegało to wątpliwości. Zgodnie z waszymi oczekiwaniami jestem na skraju przepaści. Przez wrodzoną uprzejmość będę znosił wasze odwiedziny, jak też dobrodziejstwo inwentarza w postaci piekła tutejszych zabiegów.

 Zapanowało pobłażliwe milczenie. Jot, słysząc ciszę – czy był to dzwonek obwieszczający pauzę? – postanowił wytrwać w narzuconym sobie tonie, jak zardzewiały żołnierz na granicy wojen.

 – Tak więc nie żałuję, że tu leżę. Z różnych powodów. Choćby dlatego, że zdobyłem doświadczenia, które potwierdziły i wzbogaciły mnie, a czego się tu nauczyłem, z pewnością nie zapomnę. Nie zapomnę między innymi pierwszego wrażenia. Oto stoję przed wami w znanej postaci, te same ręce i nogi, jednak tylko zewnętrznie jestem, jak dawniej.  Moje wnętrze zostało brutalnie spacyfikowane i nikt nie zapytał mnie, czy chciałbym być czemukolwiek poddawany. Jedynym wtedy pragnieniem był spokój, absolutna bezszmerowość istnienia.

 Jestem tu za człowieka niższej kategorii. Nikogo tutaj nie interesuje, że zgromadziłem książki, że piszę, bo co czytać i pisać może psychiczny? Najwyżej bzdury, które zdolne są wciągnąć klozetową babcię, ponieważ sądzą, że taki jak ja, nie potrafi wyciągnąć piernika spod wiatraka. Ale jeśli uda mu się przeleźć przez ich nieufność, zostanie poklepany po łopatce jako nieszkodliwy matoł i niedzielny fantasta.

Rozpalał się i gmatwał, jednocześnie miał wrażenie, iż mówi do ściany. Było mu przykro, jak wówczas, gdy przygnębiło go spostrzeżenie, że świat trzyma się w kupie tylko przy pomocy ustawicznych zmian ciśnienia. Bo jakże inaczej zrozumieć, że podczas niżu zamiera w człowieku chęć do walki. Roześmiał się na myśl, że znajomi i niż są identyczni w działaniu (pomyślał, że w jednej ze swoich książek natknie się na sytuację, w której się znalazł i że dowie się, jakim jest kołkiem).

Byli mu teraz idealnie obcy. Otaczał ich mur, byli właśnie tym murem: nieprzystępni, ufortyfikowani, jednocześnie skoro cały świat jest szpitalem, zasługiwali na litość. Stwierdził, iż wszystko jest zarazem: więzienną pajdą tortury i miastem, niezależnie od ponownie przechodzącego korytarzem Kiwadły, od faktu, że ktoś, jak ci tutaj, udają istnienie.

Spoceni, otoczyli się nieprzystępnością, która pokrywała naskórkową troskę. Patrząc na nich, zamiast trzech twarzy, widział jedną, za to idealnie wypucowaną z wątpliwości, miast sześciu nóg – dwie, olbrzymie narośle, a generalna twarz była konsekwentnie pusta.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko