Z. Marek Piechocki – Listy do En Suo

0
114

Z. Marek Piechocki 


Listy do En Suo


1.

Miła pani En Suo

 

Jakże tu zacząć to pisanie do Pani? Może od przeprosin, bo już tyle czasu minęło od moich obiecań, że nie tylko pocztą mejlową listy, że raz na tydzień w swojej skrzynce na drzwiach zastanie Pani kopertę ze swoim imieniem, adresem.

Jestem ciekaw, jak wygląda ta skrzynka, jaki do niej kluczyk… Tak więc proszę wybaczyć moją opieszałość. Ale to może i dobrze, że się nie „produkowałem”, bo czas ostatnio nie był zbyt miłymi zdarzeniami wypełniony i ja w nastrojach raczej „rilkowskich”. O takich rozmawialiśmy tamtego lata. Jakże wdzięczny jestem za Pani optymizm, wrażliwość, które wiele miesięcy trzymały mnie w jako takiej kondycji psychicznej. Później Pani listy, jakże miłe!

 

Urodził się 335 lat wstecz, a ja teraz w słuchawkach słucham jego muzyki – Tommaso Albinoni – Adagio g-moll na organy i smyczki przecudnej urody. Osiem minut nutek, które unoszą w jakieś przestrzenie bardzo odległe. Niezwykle płodnym kompozytorem był ten Albinoni. Gdzieś czytałem, że skomponował 50 oper – zachowało się kilka partytur. Tak myślę, że jeśli to Adagio tak piękne, to ile jeszcze innych, które spłonęły w dziejach? Teraz uwertury Beethovena…

Wzniosłe, potężne… i duch ulata. Duch. Seneka tak o nim napisał: „Zważcie, że nic oprócz ducha nie jest godne podziwu, i że wobec jego wielkości nic nie jest wielkie”. Co nie znaczy, że nie mamy słuchać chorałów Bacha czy scherz Chopina – z ducha i dla ducha stworzonych. Tak myślę.

 

Pytała Pani, co czytam ostatnio. Otóż stałem się posiadaczem dość grubego tomu listów Rainera Marii Rilkego do Lou Andreas Salomé. Za sprawą pana antykwariusza, który polecił mi tę książkę, kiedy pytałem o tomy wierszy poety.

Owszem, wiedziałem już przedtem nieco o tej niezwykłej miłości – później wielkiej przyjaźni pomiędzy Rainerem a Lou. Tutaj odkrywam rzeczy niezwykłe, o których będę – za Pani przyzwoleniem – pisał. Latem, jeśli los pozwoli i będzie Pani w moim kraju, pożyczę książkę do czytania.

 

3 czerwca 1897 roku, więc w dwa tygodnie od poznania się, tak pisał do Lou, przeczuwając jej wpływ na niego, jego pisarstwo: „Każdego mego słowa dotknij swą mocą szczerozłotą, a jak z gotyckiego relikwiarza wypłynie z nich dla Ciebie roziskrzony strumień mej nieograniczonej czułości. Słowa me skryją w sobie każdą najulotniejszą myśl, pragnienie, każde me marzenie. A ty, Pani, je wszystkie rozpoznasz”. I nieco dalej – zapewne o wspólnocie dusz: „Znalazłem ojczyznę”. Tak też było. Znalazł, aż po swój dzień ostatni. A ja?

Żeby nie „smutaskować” – pamięta Pani, jak uczyłem znaczenia tego słowa, kończę, obiecując za tydzień nową kopertę.

Pozdrawiam z Miasteczka G. w zimowy dzień, ósmego lutego 2009

Marek

 

 

2.

 

Miła pani En Suo

 

Dzisiaj słońce tak pięknie, a ja prawie w domu. Nie licząc wyjazdu do bibliotek, gdzie Rainera jeszcze książek, innych niż te, które już mam, szukałem i płyt z muzyką Liszta – specjalnie z Etiudami Transcendentalnymi. A tak chciało się do lasu na śnieg, na narty. Ale nie mogłem. Tak więc teraz „Elegie duinejskie” na biurku, a w słuchawkach Franciszkowe nutki. Nie potrafię się powstrzymać, by zaraz z „Pierwszej elegii” cytatu nie napisać. A taki on: „Piękno bowiem jest jedynie przerażenia początkiem, który potrafimy jeszcze znieść, i podziwiamy je, bo gardzi łaskawie naszym unicestwieniem”. Czyż moje zachwycenie się jego pisaniem nie jest uzasadnione. Dlaczego, nie rozumiem, taki teraz zapomniany – jeden z większych. Jak się mają moje czy też innych z mojego miasta wierszyczki do tego, co napisał Rainer Maria? Myślę – nijak! Zadziwia mnie

nade wszystko jasność myśli i precyzja ich pokazywania słowami, niezwykła umiejętność obserwacji, patrzenia na otaczający świat, jego przeobrażenia – nie pisanie, a objawianie. Wydawałoby się, zwykłe słowa, ale ile w nich jest przekazu.

Przekazu, który staje się budulcem naszego widzenia. Na naszą miarę, naszą wrażliwość, percepcję – znajomość i własne doświadczenia w oglądaniu.

Choćby przyrody:

 

 

Przedwiośnie

Ostrość zanikała. Raptem delikatność legła

na szarości odsłoniętych łąk.

Małe strugi już zmieniają nastrój.

A pieszczota, sporadycznie, z wielu stron

gdzieś z przestrzeni chwyta ziemię.

Drogi to już ukazują w głębi lądu.

Niespodziewanie widzisz swego wzlotu

wyraz w pustym drzewie.

 

Jakbym oglądał krainę mojego dzieciństwa. Ale Pani przecież inną. W tym dalekim kraju, skąd los na nasz kontynent przyniósł. Nie pamiętam, czy pisałem o moich fascynacjach poezją japońską. Nie tak dawno zaczytywałem się w antologii poetów z Pani Kraju. Wiele wierszy, bo książka nie moja, przepisałem do komputerowego folderu „Wiersze ulubione”.

 

Ależ ten Liszt mi się dzisiaj tu panoszy. Cały mój niewielki pokój w jego muzyce. Teraz „Liebestraum” z numerem trzecim. Dość często można je usłyszeć jako podkład w nastrojowych scenach filmowych. No bo to i takie jest.

Teraz dwa utwory z cyklu Consolation. Lubię te „Pocieszenia”. Nie wiem tylko, dlaczego tak je nazwał. Pisał je bowiem w czasie, kiedy już jego wymarzona kobieta – księżna Karolina Witgenstein przybyła do Weimaru. Byli już razem. No, ale to jego tajemnica. Jestem ciekaw, czy Pani gra jakieś utwory Franciszka Liszta, bo że sporo Fryderyka Chopina, to wiem jeszcze z naszych warszawskich rozmów. Może, jeśli starczy czasu pośród ćwiczeń i nauki, słów parę do mnie?

Pozdrawiam w późne popołudnie. Tutaj już niskie słońce – tam, gdzie Pani, jeszcze, jeszcze – bo o ileż ode mnie na zachód.

 

Marek, w dniu 15 lutego 2009


3.

 

Miła pani En Suo

 

Najpierw proszę wybaczyć moje roztrzepanie – fotografia (Lou Salomé z wózka pogania bacikiem Paula Rée i Fryderyka Nietzschego), którą posłałem w ostatnim liście, dotyczy spraw pisanych dzisiaj. Jakże ciepło na sercu, kiedy zobaczyłem kolorową kartkę w mojej skrzyncepocztowej. Bardzo dziękuję. Owszem, ma Pani rację – nie obiecywała Panilistów długich. Ale i kartka czyni mnie szczęśliwym. To tylko ja – może ulegając swoim grafomańskim zapędom – piszę wiele. Pani pochwały dla moich posłanych ostatnio wierszy pozwalają mi wierzyć, że nie zanudzam do końca. Owszem, nie potrafię tak pięknie jak Rainer Maria Rilke do Lou Salomé: „Czy Pani lubi róże? Bo mnie się wydaje, że one wszystkie na świecie kwitną dla Pani i dzięki Niej – i że Pani ich się tylko wielkodusznie wyrzekła, by wiosna mogła je przyjąć w siebie, jak gdyby były jej własnością”. No, ale też to, co połączyło tę parę – zauroczenie, później miłość, a w końcu przyjaźń – nie może być naszym udziałem. Chyba jednak jakieś głupoty tu wypisuję. Przepraszam.

 

A oni? Zostali sobie przedstawieni w domu Jakuba Wassermanna, początkującego literata, na dwa dni przed premierą sztuki pt. „Ciemne noce” autorstwa von Schewitscha, która odbyła się w monachijskim teatrze 14 maja 1897 roku.

Siedzieli obok siebie? Rilke miał wtedy 21 lat, Lou 36. On był zaczynającym karierę poetą, ona – znaną w Niemczech literatką. Damą, którą znało całe środowisko europejskich intelektualistów. Zarówno dla jej pisania, jak i dla skandali, które – moim zdaniem – zupełnie mimochodem wywoływała. Chociażby sławną „trójprzyjaźnią” z Paulem Rée i Fryderykiem Nietzschem, później „białym narzeczeństwem” z zakochanym w niej Paulem Rée. Obłęd Nietzschego, późniejsze samobójstwo Paula przypisywano zerwaniu z nimi więzów przez Salomé. Kiedy poznała Rilkego, była już od dziesięciu lat mężatką. Romans, za cichą zgodą męża, trwał dwa lata. Później przekształcił się w przyjaźń. Do końca życia poety pozostała Lou powiernicą, „deską ratunku”, recenzentką jego pisania. To jej powierzał swoje najtajniejsze sekrety ducha, także dni powszednich – radził się w sprawach ważnych i błahych. Opisywał swoje stany psychiczne i to, co działo się w sferze kultury europejskiej, co myślał, czytał… Jego listy stały się ważnym elementem opisu tamtych czasów. Zawsze pisane „na gorąco”, nieobliczone na pokaz, niekiedy stylistycznie niewyszlifowane – zawsze jednak szczere, przedstawiające sprawy w ostrych kolorach (chociażby opisy cierpień fizycznych, psychicznych czy o niemożności tworzenia). Łatwo się je czyta.

U mnie dzisiaj Jan Sebastian rozpostarł ogromne skrzydła swojej muzyki – teraz Toccata i Fuga d-moll, za nimi zaraz Pasacalia c-moll i preludia. Edward Power Biggs na organach.

To może tyle dzisiaj. Pozostaję z Bachem, a pozdrawiam wieczornie, bo pora już późna. Pozdrowienie zimowe natenczas. Marek

(22 lutego 2009)

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko