Krzysztof Ćwikliński: WĄTŁA NIĆ…

0
371

Krzysztof Ćwikliński

WĄTŁA NIĆ…

 

Filip WrocławskiWszystko, co łączyło go z przeszłością, pękło nagle i bez bólu. Stało się to, gdy utracił już wiarę, że stanie się kiedykolwiek. Właściwie niczego nie poczuł, może poza lekkim zdziwieniem, że to już. Albo że dopiero. Nie, jednak poczuł. Poczuł nie lekkie zdziwienie, że to już, ale ulgę, że nareszcie. I wziął głęboki oddech, tak głęboki, jakby następnego miało już nie być. Uświadomił sobie naraz, że nie pamięta imion, twarzy, miejsc ani kolejności wydarzeń, że nie jest nawet pewien, czy były w rzeczywistości, czy też je sobie uroił, nie wie, co było prawdą, co fantasmagorią. Wyobraźnia i pamięć były jego przekleństwem. W jednej sekundzie klątwa została zdjęta. Nie wiadomo przez kogo. Nie wiadomo jak. Ale pozostała po niej pustka, której nie miał czym wypełnić. Wszystkie próby oszukania samego siebie zakończyły się fiaskiem. Przestał być tym, kim był, zarazem jednak nie stał się kimś innym. Trwał i w tym trwaniu było coś beznadziejnego. Zajęło mu ono ponad trzydzieści lat. W testamencie zażądał, aby fakt jego śmierci pod żadnym pozorem i w żadnej formie nie został podany do wiadomości publicznej. Zażyczył też sobie nie mieć grobu. Syn rozsypał jego prochy w Morzu Północnym u wybrzeży wyspy Texel.

 

 

Trzydzieści lat. Ogrom czasu. Nie minął jak chwila. Odpływał bardzo powoli jak stygnąca magma. Dłużył się i rozciągał. Przez tych ponad trzydzieści lat nic się nie wydarzyło. Nic. Nic nie było odtąd dotąd. Nie było żadnego punktu. Żadnej kropki, przecinka, średnika. Nawet nie chorował. Nie wiadomo na co umarł. W akcie zgonu jako przyczynę lekarz wpisał zatrzymanie akcji serca, bo przecież nie mógł wpisać BRAKU  MIŁOŚCI. Taka przyczyna śmierci nie istnieje. Według wielu, bo nieliczni uważają inaczej. Sądzą, że z braku miłości można umrzeć i nie sądzą bezpodstawnie. On umarł właśnie z tego powodu, umarł na tę nieuleczalną i śmiertelną chorobę, tyle tylko, że trzydzieści lat wcześniej, o czym nikt poza nim nie wiedział. Decyzje, które wtedy podjął, a które łatwo było uznać za dziwactwo będące początkiem choroby psychicznej, choć nigdy, poza okresowymi zaburzeniami snu, nie miał problemów z psychiką, były świadome i uzasadnione, a z jego punktu widzenia jedynie możliwe, ostateczne, nieodwołalne. Wystawiony trzydzieści lat później akt zgonu dotyczył więc wyłącznie ciała, które przez te lata wszystkie swe władze koncentrowało na stawianiu duszy zaciekłego i niezrozumiałego oporu.

 

Od jakiegoś czasu był smutny, nawet przeraźliwie smutny, co zresztą dodawało mu szczególnego uroku i pociągało ku tej niezwykłej, targanej sprzecznościami, głębokiej osobowości. Nie niepokoiło to więc nikogo spośród tych, którzy go znali lub sądzili, że go znają, a wszyscy jak najzupełniej błędnie uważali, że znają go dobrze i że dystans między nimi, o ile jest, jest niewielki. Może nawet i tak było. Może nie błądzili. Może sądzili słusznie, jednak nie potrafili dostrzec, że to nie był smutek, ale spokój i łagodna rezygnacja kogoś, kto wie już tyle, że niczego więcej nie spodziewa się dowiedzieć.

Widywano go coraz rzadziej i coraz dłuższe były okresy jego nieobecności. Pewnego dnia zniknął. Nie było go nigdzie tam, gdzie zwykł bywać wcześniej. Telefon milczał, listy i przesyłki opatrywano pieczątką „adresat wyprowadził się”. Po miesiącu czy dwóch okazało się, że korzystając z letniej kanikuły, gdy miasto zwykle pustoszeje z mieszkańców, a zapełnia się turystami, zlikwidował wszystkie swoje sprawy, wypowiedział pracę, która zresztą była nie tyle pracą, co wygodną synekurą, i wyjechał. Ktoś podobno widział go gdzieś tam, ktoś inny gdzie indziej. Zaczęły krążyć fantastyczne pogłoski, potem rodzić się legendy. Opowiadali je najchętniej ci, którzy ledwie o nim słyszeli. Nie było w tym, jak się później okazało, cienia prawdy. Nie był ani tu, ani tam, ani gdzie indziej, bo na krok nie ruszył się z miejsca, w którym osiadł. Od przeszłości dzieliły go przez te wszystkie lata nie morza i rzeki, góry i lasy, ale niewiele ponad dwadzieścia kilometrów piaszczystej równiny, którą można było bez większego trudu pokonać, gdyby się tylko tego chciało, gdyby chciało się widzieć w tym jakiś sens, potrzebę, konieczność. Ale niczego takiego nie było.

Wieś, licząca nie więcej niż siedemset dusz, była kiedyś miastem. Po potopie szwedzkim nie przypominała już miasta, ale zachowała jego prawa. Utraciła je po powstaniu styczniowym. Wtedy zapadła w letarg, z którego ani chciała, ani mogła się otrząsnąć. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało i nikomu też nie zależało na tym, aby było inaczej. Spędził tam ponad trzydzieści lat, tych lat, które nie były już jego poprzednim życiem, tym zachłannym i toczącym się nazbyt szybko, rwącym się spazmatycznie między niepowodzeniami i rozczarowaniami, ale nie były też następnym życiem. Były jakimś epilogiem, który do lat poprzednich postanowiła dopisać ponad miarę udręczona dusza, kiedy to już ostatecznie pękła nadwyrężona ciężarem marzeń i złudzeń wątła nić nadziei.

Tam, gdzie zamieszkał, nie było niczego ciekawego. On jednak coś znalazł. Zawsze znajdował, choć może raczej to zawsze coś znajdowało jego. Jedynym miejscem, w którym bywał, bo wyjąwszy kiosk z papierosami (palił do końca życia) omijał wszystkie urzędy, sklepy i gospodę, był cmentarz rozciągający się na stoku łagodnego wzniesienia, na którym stał kościół. Do kościoła chodził rzadko i tylko wtedy, gdy nikogo w nim nie było. Na cmentarzu bywał codziennie, regularnie, spędzał tam zwykle kilka godzin. Spacerował. Zatrzymywał się tylko przy dwóch grobach i stał przy nich długo. W pierwszym pochowano na samym początku lat dwudziestych ubiegłego wieku młodego podoficera, legionistę, który przeszedłszy bez jednego draśnięcia I wojnę światową, kampanię ukraińską i wojnę z bolszewikami, wrócił do rodzinnej wsi na motocyklu, pierwszym i jedynym wówczas w okolicy, wzbudzając podziw i wielką sensację. Niedługo potem, naprawiając silnik, skaleczył się i zmarł w wyniku zakażenia krwi. W drugim grobie spoczywało małżeństwo. Podpułkownik lotnictwa, pilot myśliwski, którego prochy stosunkowo niedawno sprowadzono z Londynu, i jego żona, zmarła młodo, kilka lat przed wybuchem wojny, gdy on był jeszcze porucznikiem. W nim, jak powiadano, nie było żadnej kości całej, ale ze wszystkich bojów i katastrof, choć poraniony, poparzony i poturbowany, uchodził z życiem. Ją, młodą i ponoć piękną jak anioł, zabił w dwa dni wyrostek robaczkowy. Kiedyś, po powrocie z cmentarza, w powieści Thorntona Wildera Most San Luis Rey zakreślił grubym ołówkiem fragment: „Albowiem jedni twierdzą, że nie wiemy nic, i że jesteśmy igraszką w ręku bogów, tak jak te muszki, które okrutni chłopcy letnią porą chwytają w locie i zabijają. Inni natomiast są zdania, że nawet wróbelek nie gubi jednego piórka wbrew woli Bożej”.

Nikt nie miał z nim kontaktu. Tu prawie nikt go już nie pamiętał, tam nikt go nie znał i nie widział kim jest, a raczej kim był niegdyś. Był tajemnicą. Ni mniejszą, ni większą niż jest nią bez wyjątku każdy inny człowiek, tyle że bardziej wyrazistą. Ze znalezienia klucza do tej tajemnicy szybko zrezygnowano, bo były ważniejsze sprawy. Zresztą okolicznych mało to obchodziło. Wieś, choć zasobna, miała swoje życie i swoje problemy. On życia nie miał, a jedynym jego problemem był on sam. Przez osiemdziesiąt lat niósł siebie samego jak dokuczliwy garb, z czego ponad trzydzieści był tego świadomy. A może nie jak garb, tylko jak trumnę?

Likwidacja mieszkania, dokładniej niewielkiego domku w zarośniętym chaszczami i zielskiem ogrodzie, nie nastręczyła trudności, okazało się wszakże wtedy, że w całym domu nie ma ani jednej kartki papieru, nawet najdrobniejszego skrawka, na którym można byłoby coś zanotować. Żadnych listów z dawnych lat, żadnych pism urzędowych. Nie było też żadnych zdjęć, kalendarzy, notesów z adresami. Pośród książek zalegających wszystkie pokoje i korytarz nie było ani jednej z tych, które napisał. Księgozbiorem zadysponował precyzyjnie. Podzielił go, więc wiadomo było gdzie która część ma trafić. Nie miał cennych książek. Nie był bibliofilem. Książki traktował użytkowo, były narzędziem. Do czego służyło ono przez tych ostatnich trzydzieści lat? Do sprawnego poruszania się pośród wyobrażeń, które okazały się ważniejsze od rzeczywistości? A może nie służyło już do niczego? Może tkwiło na półkach, regałach, w szafach i na etażerkach martwe i bezużyteczne jak potężna kolekcja lasek i parasoli, których nigdy nie używał, martwe i bezużyteczne jak jego właściciel, który przed laty tak sprawnie potrafił się nim posługiwać?

Jeśli nawet nie tęsknił, to przecież miał sny. Musiał coś śnić. Coś musiało przychodzić i odchodzić, coś nad czym nie miał i nie mógł mieć władzy. Jego noce nie mogły być czarną jak smoła czeluścią, korytem wyschniętej rzeki. Jakiś podziemny strumień, niby ospale tocząca swe ciemne wody Leta, musiał tamtędy płynąć i musiał wyrzucać na grząski brzeg, to tu, to tam, jakieś obrazy, ślady zdarzeń, podszepty niewygasłej pamięci, zamglone jak zza matowej szyby, odbite od zmąconego śniedzią lustra, oderwane od realności, ale z niej wzięte. Musiał wtedy coś czuć, bo to przecież niemożliwe, żeby niczego nie czuł.

Jean-Marie de Villiers de l’Isle-Adam w posępnej, na modłę Poego ukształtowanej noweli grozy Duke of Portland opowiada historię Ryszarda, ostatniego księcia Portlandu, dziedzica bajecznej fortuny, który skutkiem ekstrawagancji czy może szlachetnego porywu, co niekiedy na jedno wychodzi, zostaje ostatnim dziedzicem suchego trądu. Książę podczas orientalnej podróży odwiedza jaskinię, w której odrzucony przez wszystkich, samotnie dochodzi swych dni trędowaty żebrak, i nie poprzestaje na sutej jałmużnie. Chce go uścisnąć, bo – jak powiada – nikt nie ujdzie swemu przeznaczeniu. I on, świetny arystokrata, głośny na całą Anglię król życia i faworyt fortuny, przedmiot uwielbienia kobiet i zazdrości mężczyzn, staje się nim, wzgardzonym przez świat, samotnym, trędowatym żebrakiem, a stare rodowe zamczysko, które tylekroć rozbrzmiewało śmiechem gości i jaśniało blaskiem nieporównanych w przepychu festynów, odrażającą jaskinią trędowatego, zagubioną w górzystych ostępach Anatolii. Nikt już nigdy nie zobaczył księcia, a jego tajemnica została dochowana. Jakkolwiek przecież mogło nie być żadnej tajemnicy. Wszystko mogło zostać wymyślone, a dowody na prawdziwość tych czy innych wydarzeń sfałszowane.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko