Franciszek Czekierda – JOHANN GOETHE I MARIA SZYMANOWSKA – NAMIĘTNOŚĆ I UKOJENIE

0
139


Johann Wolfgang Goethe po kilkunastokrotnym pobycie w Karlsbadzie (Karlove Vary) w latach 1785-1820 zmienił uzdrowisko; pod koniec lipca 1821 roku udał się na wypoczynek do Marienbadu (Mariańskie Łaźnie). Zamieszkał tu w hotelu Brösigke’sches Haus, który prowadziła Amalia von Levetzov wspólnie z rodzicami, państwem Brösigke. Poeta poznał panią Amalię w 1806 roku, a zainspirowany jej urokiem napisał dwa lata później sztukę Pandora. Podczas letniego pobytu w 1821 roku pierwszy raz zobaczył jej najstarszą z trzech córek, siedemnastoletnią Ulrykę, która zrobiła na nim wrażenie. Dziewczyna również była zainteresowana znajomością z wybitnym poetą. Kiedy rok później Goethe przybył ponownie do hotelu Brösigke, w recepcji przywitała go radośnie Ulryka. Ich znajomość zacieśniła się; wspólnie chodzili na spacery, wycieczki, tańczyli na zabawach i dawał jej prezenty. Ulryka żywiła do niego dziewczęcą sympatię, natomiast siedemdziesięciotrzyletni poeta zakochał się w niej bez pamięci.
W lutym 1823 roku poeta przeszedł zagrażające życiu zapalenie osierdzia, wyzdrowiał w marcu. Na początku lipca Goethe znowu przyjechał do wód w Marienbadzie, jednak tym razem zamieszkał w innym pensjonacie, Pod Złotym Gronem. W owym czasie, gdy jego miłość do Ulryki osiągnęła apogeum, postanowił się z nią ożenić. Aby oświadczyny miały odpowiednią rangę, Goethe zwrócił się o pomoc do księcia. „Desperacki krok, przyjacielu – pomyślał Karol August po usłyszeniu jego prośby. – Ale ze względu na szacunek, jakim cię darzę, nie mogę ci odmówić”.  W jego imieniu poprosił panią von Levetzow o rękę jej córki. Matka odłożyła odpowiedź na później, ponieważ musiała porozmawiać z Ulryką. Gdy książę opuścił jej dom, pani Amalia wezwała córkę do salonu. Usiadły przy stole naprzeciw siebie.
– Wyobraź sobie, że ten przemiły stary poeta poprosił cię o rękę przez samego wielkiego księcia. Do tej pory nie mogę ochłonąć z wrażenia – machała dłonią przed rozpłomienioną twarzą. – Jutro powinnam dać mu odpowiedź.
– Wszystko słyszałam przez drzwi – odrzekła zasmucona.
– Co ty na to, Ulli? – pytała podekscytowana. – Pamiętaj, że to twoje życie i sama musisz o nim zadecydować.
– Nie wyobrażam sobie z nim małżeństwa. Między nami jest olbrzymia różnica wieku. Czy w swoim życiu spotkałaś się z czymś równie podobnym? – mówiła wysokim głosem.
– Spędzałaś z nim dużo czasu, chodziliście na tańce…
– Mutti, to nie był romans – odparła twardo.
– Ale on chyba tak to pojmował? Czy nie zwodziłaś go?
– Nie obrażaj mnie! – krzyknęła. – Owszem od początku darzyłam go sympatią, ale nie postało mi w głowie, że się we mnie zakocha. Nigdy nie dawałam mu do zrozumienia, że żywię do niego inne uczucie, niż przyjaźń. Jest zbyt mądry, żeby tego nie wiedzieć.
– Córeczko, może go zaślepiłaś urodą, młodością…?
– Jeśli tak, nie moja w tym wina.
– Nie możesz tak mówić.
– Jak to sobie wyobrażasz? Mam się poświęcić dla genialnego Matuzalema starszego od mojego dziadka, a potem czekać na jego rychłą śmierć? To przekracza moje pojmowanie spraw.
Matka wsparła ciężką głowę na ręce, po chwili, jakby otrząsając się ze zmartwienia, odrzekła:
– Powiem księciu, że jesteś jeszcze młoda i nie mogłabyś znieść rozłąki z rodziną – powiedziała zdecydowanie.
– Mów co chcesz. Poza tym on mieszka wspólnie z synem, ambitną synową i wnukami. Miałabym się męczyć w takim ulu…

Kiedy Goethe otrzymał odmowną odpowiedź, wpadł w rozpacz. Do pogorszenia jego stanu przyczynił się również stosunek syna, Augusta i jego żony, Otylii, którzy od początku byli niechętni jego planom poślubienia Ulryki, obawiając się najgorszych rzeczy, które mogłyby się wskutek tego wydarzyć. Swój stan duchowego rozedrgania oddał w Trylogii namiętności (1823).

W tym trudnym dla niego okresie ukojeniem stała się pianistka Maria Szymanowska i jej muzyka. Wówczas była już znaną wirtuozką. Jako dwudziestolatka zadebiutowała w 1809 roku koncertem w Warszawie, po którym pojechała na występy do Paryża. Podczas pianistycznego tournée po Europie, rozpoczętego w czerwcu 1823 roku, przybyła do Karlsbadu. Artystce towarzyszyła siostra, Kazimiera Wołowska, opiekująca się jej trojgiem dzieci (Szymanowska była już po rozwodzie). Rok wcześniej otrzymała w Petersburgu tytuł nadwornej pianistki cara. W połowie sierpnia koncertowała w Marienbadzie w sali luksusowego pensjonatu położonego obok hotelu Kavkaz, w którym przebywał Goethe. Po jej występie sekretarz poety, Johann Peter Eckermann, zaaranżował z nią spotkanie. Również Szymanowska zabiegała przez znajomych o poznanie słynnego twórcy.  
Po przywitaniu się w hotelowym hallu, poszli na spacer w stronę młyna. W ostatniej chwili sekretarz podał swojemu panu parasol, ponieważ zanosiło się na deszcz. Rozmawiali po francusku.
– Jestem pełen podziwu dla pani gry – powiedział z uznaniem, ściskając delikatnie jej dłoń. – Słyszałem o pani wirtuozerii od naszego kapelmistrza Nepomuka Hummla, który nakłaniał mnie, abym koniecznie poszedł na koncert.
– Spotkałam się z nim rok temu w Petersburgu, gdzie miał występy. Nauki pobierane u Mozarta i Haydna wydały w jego osobie wspaniałe owoce.
– Pani gra pozwoliła mi w całej pełni odczuć na nowo wspaniałość muzyki.
– Jestem tylko skromnym ogniwem w łańcuchu twórczych dokonań wielkich  kompozytorów. Ostatnim ogniwem – powiedziała onieśmielona.
– Och, szanowna pani Mario… – westchnął w tonie łagodnego protestu. – Ostatnim, ale jakże decydującym o sukcesie. Pragnę z całych sił zaszczepić w pani większą wiarę w siebie, bo taką grą może pani góry przenosić. Gdyby można było tak efektownie interpretować poezję, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Muzyka czy śpiew wnikają wprost do serca, o czym pani wie najlepiej. Natomiast recytowane słowa zanim tam trafią – wskazał dłonią na swoją pierś – jeśli w ogóle trafią, muszą najpierw przebrnąć przez labirynt umysłu. On zaś często jest barierą nie do przejścia dla poezji.
 Daleko nie uszli, bo zaczął padać deszcz. Gdy Goethe otworzył parasol, pani Maria delikatnie przytuliła się do jego ramienia, on zaś poczuł jej przyjemne ciepło. Wrócili do hotelu. Na kawiarnianym tarasie dokończyli rozmowę. 
– Jestem przeszczęśliwa, że moja gra tak na pana wpłynęła – uśmiechnęła się pokazując ładne zęby.
– Oj, wpłynęła – potwierdził ochoczo. – Nigdym nie odczuwał tak mocno jak teraz potęgi muzyki, która wciąż rozbrzmiewa w moich uszach. Są jeszcze inne sprawy wiążące się  z nią, lecz nie chcę już nimi zaprzątać pani głowy. Mam nadzieję, że się wkrótce spotkamy.
Goethe był zmęczony. Po powrocie do swojego pokoju hotelowego położył się w ubraniu na łóżku. „Dobrze mi po tym koncercie – myślał usatysfakcjonowany. – Jestem urzeczony jej grą i nią samą. Czy można rozdzielić te dwie boskie substancje, które są jednią, jakąś niebiańską syntezą? Przenigdy! Oczywiście nie mogłem jej powiedzieć, że przy jej grze interpretacje Hummla są zbyt techniczne i bledsze. Nie wypadało mi go krytykować, bo jest przyjacielem i wielkim pianistą, choć stojąc przy fortepianie wygląda jak gnom – uśmiechnął się pod nosem. –  Ona obudziła we mnie echo błogich dni młodości. Ech, te Polki… – rozmarzył się. – Przed laty zafascynowała mnie księżna Izabela Lubomirska, trochę starsza ode mnie, ale jakaż wspaniała. Teraz ta Polka…” – rozmarzył się i z uśmiechem na ustach usnął.
Ponownie spotkali się 18 sierpnia w apartamencie hotelowym Goethego. Siedzieli przy stoliku w pokoju gościnnym, pijąc włoską kawę.
– Niech mi pani wybaczy, że powtarzam tę samą melodię, ale wciąż jestem pod wrażeniem pani gry  – Goethe mówił z przekonaniem.
– Proszę ją powtarzać nieustająco, pana melodia jest dla mnie najcenniejszą recenzją – skinęła w podzięce głową.
– I jestem rad, że także grała pani Hummla.
– To dobry kompozytor – rzekła miłym, choć mało przekonywującym głosem.
– Według mnie jest lepszym interpretatorem niż kompozytorem – szepnął konfidencjonalnie, przykładając obok ust półotwartą dłoń, jakby zdradzał jakąś tajemnicę.
Twarz pani Marii pozostała niewzruszona, nie wiedziała jak zareagować na te słowa.
– Zresztą powiedziałem mu to, za co się nie obraził. Obok Josepha Wölfla uważany jest za najwybitniejszego pianistę. Teraz jednak, gdy na nieboskłonie zajaśniała pani gwiazda – popatrzył na nią z uznaniem – ta hierarchia uległa zachwianiu. Nepomuk przy klawiaturze dokonuje cudów z pomocą demonów, pani zaś czyni cuda z pomocą archaniołów.
– Czuję się onieśmielona – powiedziała drżącym głosem.
– Pani Mario, jest pani wielka i proszę czuć się na miarę swojej wielkości. Nie godzi się zaniżać własnej wartości.
– Sama nie wiem…
– Mówi to pani człowiek, który przeszedł wszystkie progi przynależne twórczości od nicości do szczytów, od upokorzenia do sławy, od zawiści do uznania. Pozwoli pani, że podzielę się jeszcze dodatkowymi wrażeniami, które cały czas we mnie tkwią, przez co proszę się nie czuć zawstydzoną.
– Skoro pan tak rzecze, mistrzu… – uspokoiła się.
– Od ponad dwóch lat nie słuchałem muzyki, a ten organ odpowiedzialny za nią w mojej duszy odizolował się. Obecnie, dzięki tobie, Mario, opanowała mnie niebiańskość, i jej moc, dochodząc swoich praw i wzbudzając uśpione wspomnienia. Nie bez przyczyny porównałem pani grę do cudów czynionych przy wsparciu aniołów. Opanował mnie pokój Boży tak łagodny i zarazem potężny, że pojednał mnie z samym sobą i ze światem.
– To wielka tajemnica muzyki, która transcendentną mocą potrafi poruszyć najgłębsze zakamarki jestestwa.
– Pani bogactwo dźwięków otworzyło mnie, jak czyjeś delikatne palce otwierają zaciśniętą pięść – kontynuował podekscytowany.
Tego dnia Johann Goethe wpisał do jej albumu wiersz: 

Namiętność rodzi ból! Gdzież ukojenie
Dla serca, które cierpiało nad miarę?
Gdzież wy, godziny minione jak mgnienie?
Daremnie piękno nad wszystko wybrałem;
Posępny jest mój duch i czyn ułomny!
O świecie marzeń, jakżeś wiarołomny!

Wtem nadpłynęła nadziemska muzyka,
Utkana z tonów i dźwięków miliona,
I duszę ludzką do głębi przenika,
By wiecznym pięknem była napełniona.
Oko się łzawi z tęsknoty ogromu;
Jam poznał boską wartość łez i tonów.

Lekko mi, dobrze! W takiej chwili słyszę,
Jak serce moje drży i mocno bije,
Na dar przedziwny w podzięce najwyższej
Odpowiadając, że znów w piersi żyje.
Chwilo jedyna, abyś wiecznie trwała
Szczęście melodii i miłość dałaś.
                                               Przełożył Leopold Staff

Utwór ten później otrzymał tytuł Pojednanie, zamykając Trylogię namiętności. W tym samym miesiącu poeta wpisał do sztambucha siostry Szymanowskiej żartobliwy sześciowiersz Dla panny Kazimiery Wołowskiej.
Goethe spędził w towarzystwie Marii Szymanowskiej dwa tygodnie w Marienbadzie i kilka dni w Karlsbadzie. Piękna pianistka wpływała na poetę kojąco podczas jego przeżyć po dramatycznym odrzuceniu przez Ulrykę oświadczyn oraz po pożegnaniu się z nią 5 września 1823 roku. Poeta nic jej nie mówił o tych wydarzeniach, zresztą nie musiał, ponieważ sprawa była głośna w całym księstwie.

Siódmego września opuściła Marienbad. W Dreźnie na zamku Pillnitz w letniej rezydencji dworu saskiego występowała przed królem, jego rodziną i miejscową elitą. Następnie pojechała do Berlina i Lipska, dając w październiku koncerty. Jej gra była ekspresyjna, potrafiła mistrzowsko łączyć mocne uderzenia z delikatnością frazowań. Jeśli zmieniała tempo, grając nieco wolniej, niż wynikałoby to z zapisu nutowego, czyniła to, aby osiągnąć większą wyrazistość. 
Goethe i Szymanowska wymieniali się listami, ona czasem dołączała do listów drobne pamiątki. Poeta był nią zachwycony. Zaprosił ją na kilkanaście dni do Weimaru. Przybyła w ostatnim tygodniu października. Na jej cześć Otylia Goethe, żona Augusta, syna poety, wydała na zamku w Belwederze śniadanie. Następnie pani Maria odwiedziła popularną sawantkę Joannę Schopenhauer i jego syna Artura, znanego już filozofa.
Dwudziestego siódmego października dała koncert w domu Goethego przy Frauenplan. Ze względu na niewielkie rozmiary salonu (Juno-Saal) goście nie pomieścili się w środku, znaczna ich część słuchała gry z drugiego pokoju przy otwartych drzwiach. Na koncercie obok Goethego siedział jego przyjaciel, kanclerz księstwa, Fryderyk von Müller. Podczas przerwy zagadnął poetę:
– Od pewnego czasu zauważyłem, mistrzu, że jesteś na powrót w pogodnym nastroju, co mnie niepomiernie raduje.
– Domyślasz się, mój drogi, jaki jest tego powód? – uśmiechnął się zagadkowo.
– Muzyka łagodząca nastroje? Czy może przyczyną jest inna postać piękna przystrojona w zwiewne suknie? – zażartował.
– Jesteś niepoprawny, Fryderyku – udał oburzonego. Oczywiście muzyka. Jednak w najlepszym wykonaniu.
– Czyli jedno i drugie razem.
– Chyba masz rację. Wciąż jestem zafascynowany grą madame Szymanowskiej, która jest jak powietrze płynna, lekka, wszechobecna i prawie bezcielesna. Żeński Hummel, lecz z polskim polotem i powabem.
– Te Polki są urocze, mają w sobie jakąś nieuchwytną fantazję. Pamiętasz, mistrzu, jakeśmy się z nimi świetnie bawili pod koniec sierpnia w sali Saskiej?
– Przy zamianie dam dostało się w moje ręce kilka ładnych polskich hrabianek. Najurokliwszą była madame… – próbował sobie przypomnieć nazwisko. – Jakżeż się nazywała…?
– Madame de Gajewska, poetka.
– O, właśnie! Podczas końcowego poloneza tańczyłem z nią i tak mnie wymęczyła, że miałem skurcze mięśni i dojmujący ból w kolanach. Ale po dobrze przespanej nocy czułem się, jak nowonarodzony.
W tym momencie Szymanowska ponownie zasiadła do fortepianu.
– Poza talentem i urodą jakże gustownie się ubiera – kanclerz wskazał na nią oczami.
– Ostatnie zdanie, Fryderyku, bo zaraz zacznie grać – Goethe ponaglił go.
– W tej brązowożółtej sukni z czarną lamówką i rozciętymi rękawami skrywającymi za rozcięciami biel wygląda szykowniej, niż niejedna modelka z paryskich żurnalów.
– Dobrze, że nie gra jeszcze w czarnym kapeluszu z czerwonymi piórami, który zdjęła, bo byś, mój drogi, nie mógł się skupić na grze – zauważył ironicznie.

Czwartego listopada, dzięki staraniom Goethego, zorganizowany został w Weimarze koncert Szymanowskiej dla publiczności. Po jego zakończeniu w domu poety wydane zostało na jej cześć pożegnalne przyjęcie dla rodziny, przyjaciół i znajomych. Nazajutrz musiała wyjechać. Poeta skłonił przed nią głowę, po czym wzniósł toast:
– Choć przeszłość może być wielka i chwalebna, nie ma jej. Istnieje tylko to, co jest wiecznie nowe, co jest tworzone z poszerzonych pierwiastków minionego, prawdziwa zaś tęsknota musi wciąż tworzyć rzeczy nowe i lepsze – przemawiał wzruszony. – W tych dniach wszyscy tego doświadczamy. Czyż nie czujemy się razem ożywieni, doskonalsi i ubogaceni przez to godne uwielbienia szlachetne zjawisko – tu wskazał na nią lewą dłonią – które chce znowu nas opuścić? Nie, ona nie może zniknąć, wtargnęła bowiem w najgłębsze pokłady naszych istnień, żyjąc w nas. A gdyby nawet oddaliła się ode mnie, zatrzymam ją w sobie na zawsze – zakończył mowę, mając wilgotne oczy. Pani Maria otarła chusteczką łzy.

Piątego listopada na zamku pianistkę przyjęła żona księcia Karola Augusta, Wielka Księżna Luiza w towarzystwie dworzan i gości. Goethe był w dobrej formie i świetnym nastroju. Towarzyszył mu ponownie Fryderyk von Müller.
– W tej czarnej sukni z tafty wygląda piękniej, niż kiedykolwiek. I ten biały kapelusz z kwiatem… Wszystko to razem tworzy jakiś malarski obraz zawierający w sobie pulsującą cicho muzykę…  – kanclerz zachwycał się.
– Która wybucha kartaczem przy zetknięciu z fortepianem – uzupełnił ironicznie Goethe. – Masz rację, drogi Fryderyku, tylko mam jedną uwagę: odbierasz mi przyjemność malowania słowami tego arcydzielnego boskiego stworzenia odzianego ludzką ręką. Powiedz mi, dlaczegóż to nie zostałeś poetą? – zapytał kąśliwie.
– Bo miałem trudne dzieciństwo, mistrzu – zażartował kanclerz.
– Wybaczam ci to – zaśmiał się wesoło.
Gdy Goethe i von Müller prowadzili przyjemną pogawędkę, zakończyła się audiencja. Goście wstali z krzeseł, niektórzy zmierzali do wyjścia, inni zaś podchodzili do księżnej i Szymanowskiej. W pewnej chwili pianistka opuściła towarzystwo, czego nie zauważyli kanclerz i poeta.
– Gdzież się ona, u licha, podziała? – Goethe, podenerwowany, rozglądał się dookoła.
– Zagadaliśmy się, wtedy musiała wyjść – zauważył Fryderyk.  
– Chciałem z nią jeszcze zamienić kilka słów – stwierdził z żalem.
Po chwili pojawił się przy nich syn Goethego.
– Coś się stało, papo? Widzę, że nie jesteś w nastroju, choć przed uroczystością tryskałeś humorem – rzekł zmartwiony.
– Auguście, proszę cię, odszukaj madame Szymanowską. Chciałem się z nią pożegnać, lecz ona nagle ulotniła się jak kamfora.
– Przecież pożegnałeś się z nią wczoraj, nie pamiętasz? – powiedział poirytowany.
– Pamięć mam lepszą niż ty – podniósł głos. – Jeśli nie chcesz spełnić mojej prośby, powiedz wprost. Fryderyk mi nie odmówi.
Kanclerz, skinąwszy głową, oddalił się bez słowa. Za nim pośpieszył August. Pośród rozchodzącego się tłumu nie odszukali jej. Znaleźli ją dopiero po kilku godzinach w hotelu. Bez problemu dała się przekonać do spotkania z Goethem. 

Mistrz był w swoim gabinecie. Siedział półleżąco w fotelu. Miał przymknięte powieki, choć nie spał. Był sfrustrowany z powodu własnego gapiostwa. I wściekły na gnuśnego syna. Myślał o pianistce. „Wiele jej zawdzięczam. Dlaczegóż nie poznałem jej wcześniej? – pytał siebie retorycznie. – Utalentowana, a przy tym urodziwa, dojrzała, natomiast Ulryka… owszem piękna, uwzniośliła mnie swoją młodością, jednakowoż przy Marii jest zielonym jabłuszkiem”.
Nastał wieczór, kiedy w korytarzu usłyszał wesoły gwar. Zerwał się z fotela i co żyw poszedł zobaczyć, co się dzieje. Czuł jak w rytmie nadziei waliło mu serce. Pani Maria po zdjęciu peleryny, stanęła przed nim w całej swojej krasie. Za nią krzątali się August i Fryderyk, wieszając swoje płaszcze.
– Odnaleźliśmy zgubę – zawołał triumfalnie kanclerz.
– Odnalazłam się sama – Szymanowska zaprotestowała żartobliwym tonem. ­– Z radością przybywam, by ponownie pana odwiedzić.
– To najwspanialsza nagroda, jaka mogła mnie spotkać po wczorajszym przyjęciu – stwierdził uszczęśliwiony. – I po dzisiejszym zamieszaniu na zamku – dodał w innej tonacji.
Poeta wyciągnął ku niej obie ręce, ona zaś objęła go delikatnie, całując w policzek.
Oboje przeszli do salonu. Kanclerz zamierzał wejść za nimi.
– Zostawmy ich. Niech ojciec nacieszy się jej obecnością bez świadków – August powstrzymał von Müllera.
Poeta i pianistka usiedli na kanapie.
– Umocnił pan moją wiarę w siebie – dotknęła nasady jego dłoni.
W tej sekundzie krew zaczęła szybciej krążyć w jego ciele, zmysły wyostrzyły mu się tak, że czuł każdy opuszek jej palców.
– Ludzie nie chcą słuchać moich rad, nad czym boleję. W pani przypadku jest inaczej; posłuchała pani doświadczonego człowieka, co stało się dla niej, mam nadzieję, pożytkiem, a starcowi dało satysfakcję.
– Czuję się lepsza… – przerwała, zastanawiając się nad czymś.
– Ja zaś czuję się – wszedł jej w słowo – jakbym przebywał z Beatrycze w dziewiątej sferze nieba Dantego. Mówię to z najgłębszym przekonaniem.
– Czuję się lepsza i godniejsza, gdyż pan mnie kocha – uzupełniła po chwili.
– Kocha…? – zapytał zdziwiony.
– Proszę mi wybaczyć tę supozycję – patrzyła mu ufnie w oczy, po czym dotknęła dłonią jego policzka.
– Ubóstwiam panią, Mario. Obudziłaś we mnie coś zupełnie nowego, co jest zdumieniem i zachwytem – ujął jej dłoń i kilkakrotnie ją ucałował.
– Nie słyszałam dotąd tak słodkich akordów.
– Za chwilę przeistoczą się w rzewliwe tony – ze wzruszenia zadrżał mu głos.
– Nie mówmy o pożegnaniu – z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy.
Goethe wciąż trzymał jej dłoń.
– Będę marzył o ponownym spotkaniu – rzekł tkliwie.
Objęli się, po sekundzie pocałował ją w policzek. Nie zamierzał dotykać jej ust, choć taka myśl zaświtała mu w głowie. Wciąż trwali w serdecznym objęciu.
– Pocałuj ją w usta – usłyszał skądś w metaliczny szept.
– Precz, Mefistofelesie, nie kuś! – zahuczało mu w głowie.
– Jesteś młody duchem, Fauście, stać cię na to. Dałem ci talent, zdrowie, siłę… Zapomniałeś o złożonym cyrografie?
– A ty zapomniałeś o młodości ciała. Gdzież ona? Odejdź!
– Kobiety zawsze ulegały ci z rozkoszą, bo są moje. A jeśli moje, to i twoje.
– To anioły.
– Mylisz się, one są moim dziełem, przysłowia to potwierdzają. Pocałuj wreszcie w usta tę uroczą Polkę. Ulegnie ci.
– A kysz! Jesteś tą siłą, co zawsze złego chce.
– I zawsze sprawia dobro. Zrób to, głupcze, przecież dałem ci mądrość.
– Przeczysz sam sobie – poeta wściekł się.
– Odrzuć wszelkie skrupuły, zresztą nigdy ich nie miałeś, kiedy przez całe swoje życie szalałeś za dziewkami i damami. Weź ją. Powiedz jej, że cię uwzniośliła…
– Nie! – zaprotestował. Po tym słowie metaliczny głos zamilkł.
– Uwzniośliłaś mnie, Mario – szepnął jej do ucha i przestraszył się podpowiedzianego słowa. – Pozwoliłaś mi pojąć, czym jest muzyka.
– Tak? – zapytała słodko.
– Jest enigmatyczną siłą podobną do miłości, wyrazem elegijnego nastroju świata i uwolnieniem od jego refleksyjnej wrażliwości.

Goethe odprowadził Marię do czekającego na nią powozu. Za nimi szli August z Otylią, Eckermann i kanclerz von Müller. Oboje stojąc przy drzwiczkach pojazdu objęli się.
– Zostałem porwany w wir dźwięków, które zawładnęły mną ogromem piękna dzięki twemu pośrednictwu, istoty stworzonej do tego, by urzeczywistniać przyjemności, choć je  potępiamy, ale bez nich nie możemy się obejść.
– Ja ich nie potępiam – ustami musnęła po raz ostatni jego policzek.

Po jej wyjeździe Goethe, przed położeniem się do snu, nagle zachorował. Opadł z sił, bolały go mięśnie, żołądek, głowa zaś mu pękała. Sekretarz podał mu lekarstwa, które zawsze brał przed zaśnięciem, dodatkowo przygotował mu napar z uspokajających ziół. Niewiele mu to pomogło. Zaniepokojony August zapytał Eckermanna o stan ojca.
– Jestem przekonany, że jego cierpienie jest nie tylko natury fizycznej – stwierdził sekretarz.
– Chyba masz rację. Obaj znamy przyczynę. Jedynie czas może go wyleczyć.

Po upływie kilku tygodni Maria Szymanowska dała w Berlinie kilka koncertów. Na jednym z nich był obecny król z dworzanami. Po jego zakończeniu przyjaciel Goethego, kompozytor Karol Fryderyk Zelter, spotkał się za kulisami z pianistką, którą miał okazję poznać wcześniej. Długo rozmawiali o wrażeniach po pobycie w Weimarze oraz o Johannie. Nazajutrz Zelter napisał do Goethego list, w którym istotne jest jedno zdanie: „Jest szaleńczo w Tobie zakochana i przekazała dla Ciebie sto całusów na moje usta”. Po przeczytaniu tych słów poeta zapłakał.

Upłynęło sześć lat. W czerwcu 1829 roku Maria Szymanowska poprosiła Karola Zeltera, aby poinformował Goethego, że chciałby go odwiedzić w Weimarze polski poeta Adam Mickiewicz, któremu będzie towarzyszył drugi poeta, Antoni Edward Odyniec. Zelter napisał: „Nasza przyjaciółka, Madame Szymanowska, szczególnie poleca Tobie – Księciu Poetów – dwóch utalentowanych polskich rodaków i poetów. Jeden z nich to Mickiewicz, który zamierza podróżować przez Niemcy do Włoch. Ten młody człowiek mówi już dobrze po niemiecku i jest szczególnie polecany. Reszty możesz dowiedzieć się bezpośrednio od niego”. Wizyta Mickiewicza i Odyńca opóźniła się, obaj przybyli do Weimaru 18 sierpnia goszcząc u Goethego do końca miesiąca z okazji jego osiemdziesiątych urodzin.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko