Piotr Wojciechowski – PRZESTRZEŃ KULTUROWA – JEST CZY NIE?

0
157

     To marzenie, nie tylko moje. Taka jest machina demokracji, że muszą dzielić ludzi linie okopów  walki politycznej. Muszą być spiski i kombinacje wynikające z ekonomicznej konkurencji. Polityka i rynek  rodzą  wrogość między osobami ludzkimi. Dlatego też musimy marzyć o przestrzeni kultury, w której miłość bliźniego, solidarność czy braterstwo  są słowami nie tracącymi znaczenia.

  Marząc o takiej przestrzeni przypomniałem sobie, od czego zaczynałem pracę ze studentami uczącymi się pisania scenariuszy. Wskazywałem na potrójną naturę dzieł filmowych. Są one wytworami  sztuki, najlepiej, żeby były arcydziełami. Są one po drugie towarami rynku kulturowego, najlepiej, aby pomagały producentom i sprzedawcom osiągać zysk maksymalny. Po trzecie jednak – są filmy wezwaniami skierowanymi przez istoty ludzkie ku innym ludzkim istotom. Treść tych wyzwań wynika z gniewu, z niezgody na świat. To ostatnie jest możliwe właśnie wewnątrz jakiejś wspólnej przestrzeni kulturowej.

  A potem zwracałem studentom uwagę, że na zewnątrz. tej przestrzeni są barbarzyńcy. Dodawałem też – tych trzeba się lękać. Mówiłem też o dwojakim widzeniu sprawy barbarzyńców. Oto nadchodzą, by niszczyć i profanować. A jednocześnie pytajmy – czy mamy barbarzyńców w sobie. W tym stopniu, w jakim jesteśmy wykorzenieni z historii, niedouczeni, niewrażliwi na piękno, pozbawieni subtelności i daru dialogu. Trzeba tylko okruszek pokory, aby sobie takie pytanie postawić.

   Wróciły do mnie marzenia o europejskiej przestrzeni kulturowej, która jak kopuła zamyka się nad polami walki politycznej i ekonomicznej, nad wymuszoną wrogością.  Wróciły, bo był silny impuls, mój przyjaciel przysłał mi pewien tekst. Mój mieszkający poza Polską przyjaciel pilnie czyta prasę krajową i dzieli się ze mną ważnymi tekstami. Tym razem była to notka zatytułowana: Polska coraz większym kłopotem dla Unii.

Oto  jej treść: Komentarze na temat sporu Polski z Unią są ostre i jednoznaczne. Zagraniczne redakcje donoszą o usztywniającej się pozycji Brukseli, gotowej dla przykładu ukarać Warszawę za kwestionowanie wspólnych zasad, ale też zastanawiają się, czy Polska do zjednoczonej Europy naprawdę przynależy, przede wszystkim politycznie i kulturowo. W ubiegłym tygodniu w prestiżowej rubryce „Charlemagne” felieton w podobnym tonie opublikował „The Economist”. Zauważył w nim, że największym problemem dla Unii nie będzie to, że Polska z niej wyjdzie, ale to, że w niej zostanie – robiąc raban  i generując problemy. Coraz głośniej na Zachodzie przebija się stanowisko, że Polski we wspólnocie nikt nie potrzebuje. I to jest w tej chwili naprawdę największy powód do niepokoju.

Autor przysłanej notki, Mateusz Mazzini to młody polski filozof, socjolog, reporter.   Pisuje do prasy zagranicznej i krajowej.

Czułem, że przyjaciel znad Renu, który przysłał mi notkę, jest przestraszony i zasmucony przedstawionymi przez Mazziniego opiniami.

  Myślę, że to uzasadnione. Jednocześnie jednak  – ciągle myśląc o wymarzonej wspólnej przestrzeni kulturowej  próbuję zobaczyć ten tekst jako nie zagrażający moim marzeniom. Należy  on przecież do innego piętra. Jest proporczykiem z okopów strzelaniny politycznej. Jest też pewnie elementem rynkowej strategii jakiegoś planu osobistej kariery.  A ci, którym zależy, aby być wewnątrz europejskiej przestrzeni kulturowej, mogą nawet poczuć wdzięczność do publicysty, za to, że on nam przypomina o  ludziach na Zachodzie widzących w nas barbarzyńców. Barbarzyńców, których „we wspólnocie nikt nie potrzebuje”, bo będą robili raban, kwestionowali zasady, a kulturowo i politycznie raczej już nie należą. Przecież taki surowy osąd ludzi z Zachodu  daje nam okazję, abyśmy postawili sobie pytanie o tego barbarzyńcę, jakiego mamy w sobie. A samo stawianie takiego pytania jest świadectwem kulturowej przynależności. Nie tylko jest teraz, było od dawna.

Taki był sens pytania o barbarzyńcę w sobie także sto dziesięć lat temu. Co najmniej 110 lat! Czytając przedwojenne szkice Józefa Czapskiego znalazłem ciekawy cytat ze Stanisława Brzozowskiego (1878-1911): „Umysłowy stan rzeczy w Polsce przyprowadza nas do rozpaczy. Młodzi pisarze robią wszystko, by wykoleić siebie i czytelników: samowola myślowa, lenistwo i miałka ambicja, niechęć  poznawania rzeczy głębokich, brutalna ignorancja na wszystkich polach. W żadnym okresie nie znano gorzej literatury, klasyków jakichkolwiek nie zna nikt i nie chce poznawać; umysły urabiają się na małej grupie pisarzy reprezentujących pewną fazę niedawnej historii.”

   Być  może i dziś niektórzy młodzi pisarze  próbują wykoleić siebie i czytelników. Mamy na szczęście i innych. Bardzo ucieszyła mnie nagroda Kościelskich dla wierszy śląskiego poety Jana Barona – tom „Psińco” to piękna humanistyczna przygoda, mocne przęsło wspólnej przestrzeni.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko