Najważniejsza rada dla początkującego, albo i starszego, lecz błądzącego pisarza?
Czytać i jeszcze raz czytać. Patrzeć, patrzeć i słuchać, słuchać, przyglądać się, co się dzieje, notować nawet na piśmie, jeśli pamięć mamy krótką. Najwybitniejsi pisarze to robili, nie chwaląc się tym oczywiście, ale notowali usilnie i notatki potem, po wykorzystaniu, niszczyli. Dziś w smartfonach są notatniki, do których można mówić, a one przerabiają to na zapis tekstowy. Ważne prawdy o zachowaniu ludzkim, zwierzęcym i każdym innym, nawet o ruchach i zmianach ciał pozornie całkiem martwych, takich jak kamienie w lawinie. To wszystko jest materią bazową, podstawą myślenia literackiego, dziś tak często i łatwo zastępowaną banalnymi stereotypami.
Artystą nie może być każdy, a tymczasem do filmu jak i do literatury pchają się ludzie nieumiejący przedstawiać oryginalnie i ciekawie rzeczy nowych, więc niebanalnych. Mogą nimi być tylko ci, którzy umieją zapamiętywać to, co poznają, i następnie to rozumieć. W taki sposób, aby pewnego dnia w razie potrzeby artystycznej mogli swoją wiedzę układać w intelektualno-emocjonalne godne wpisy do opowiadań, powieści, kwestii dramatycznych czy wierszy. W prozie chodzi przeważnie o niezauważalne umieszczanie tła, na którym opiera się scena lub fabuła. W poezji o szukanie syntetycznych sposobów przedstawiania myśli i uczuć i opieranie na nich rozumienia świata i życia i serwowaniu emocji. W dialogach (scenicznych, prozatorskich, filmowych) o stosowanie maksymalnie naturalnego tekstu wypowiedzi, kryjącego niewypowiedziane, ale odtwarzalne treści. Słowem tekstu, który nie zmusza do wymiotowania pod wpływem nędzy, pustki czy obrzydliwości wypowiedzi.
To jest nauka płynąca z niezwykle przydatnych zasad grzeczności, które wcale grzeczności nie służą, a którą powinna się cechować literatura wszelkiego typu i gatunku. Warto się temu przyjrzeć owej „grzeczności” wobec czytelnika. Co to w ogóle jest?
Zapewne trafność działania pisarskiego i szacunek do odbiorcy.
Oto przykład z pozornie innej dziedziny. Kiedy byłem dzieckiem, sądziłem, że rodzice każą mi nakładać jedzenie na grzbiet widelca, bo tak się robi w dobrych domach, to znaczy takich, które uczą młodzież savoir-vivre’u. Ale babcia wytłumaczyła mi pewnego dnia, że jedzenie pośpieszne, łapczywe, dużymi porcjami może kogoś razić, może być nieprzyjemne dla biesiadników i dlatego zaleca się, żeby używać mniej wygodnej strony sztućca, tej mieszczącej na sobie małe porcje, co zapobiega chamskiemu opychaniu jedzeniem. Żadna reguła dobrego wychowania nie jest wyssana z palca, wszystkie mają logiczne podstawy.
Jest tylko zbiór zasad, które należy traktować elastycznie i które mają być stosowane odpowiednio do okoliczności. Jeśli więc zauważysz muchę w zupie, odłóż tego owada dyskretnie na brzeg talerza, nakryj listkiem bobkowym i nie krzycz „O, mucha!”. Udawaj, że żadnej muchy nie ma. Inaczej może się zdarzyć, że jakaś pani, która usłyszy taki okrzyk, będzie musiała pobiec do toalety, żeby zwymiotować.
Kiedy wejdziesz do pomieszczenia, w którym ludzie przyjmują pokarm, nie wrzeszcz od progu „Smacznego!”. To nieeleganckie i wcale nie z powodu samego tego powiedzenia, ale zwracania uwagi na jedzenie. Jedzenie to czynność fizjologiczna, a więc w dużym stopniu intymna. Niektórzy bardzo młodzi albo bardzo starzy, bywają do tego stopnia niezdarni, że robi im się przykro, kiedy ktoś zwraca uwagę na ich jedzenie. Życzenie „smacznego” bywa wtedy odczuwane jako przykre. Jeśli poczują, że są obserwowani, to tym bardziej im się wszystko sypie, rozlewa, ucieka z talerza, wypada z ust, zostaje na brodzie i krawacie.
Zasady, podstawy, poprawny punkt wyjścia. Nieraz pod tym kątem zastanawiałem się nad tokiem polskich studiów lekarskich, w czasie których niepostrzeżenie stałem się kimś zupełnie innym, niż byłem, kiedy zdawałem maturę. Gdybym miał podać to w skrócie, to bym rzekł, że są to studia podobne do uczenia się książki telefonicznej na pamięć. Anatomia – tysiące szczegółów, o których nawet mało inteligentny student wie, że nigdy się w życiu zawodowym nie przydadzą, a jednak są piekielnie potrzebne jako szczególny rodzaj tła umysłowego. Histologia, fizjologia, patologia, profilaktyka, symptomatyka, patomorfologia, chemia, fizyka, logika, historia medycyny, filozofia albo najtrudniejsza do wkucia – farmakologia, toż to wyłącznie bazy danych albo zestawienia wzorów lub nazw. Sądziłem, że nauki kliniczne, na przykład choroby wewnętrzne, neurologia czy chirurgia będą przez nauczycieli podawane jak przedmioty do myślenia. Nic podobnego. Nadal trzeba było mieć młotek, blachę i wkuwać, i jeszcze raz wkuwać. Czy oni kiedyś zaczną wymagać ode mnie jakiegoś rozumowania?
W jednym z felietonów z zachwytem opisywałem australijski sposób kształcenia medyków (słynny The Newcastle Project), polegający na zadawaniu studentom problemów do kompletnego rozwiązania w ciągu danego semestru. Muszą się do tego niemal samodzielnie douczać z podręczników, zamawiać badania, grupować i zamawiać wykłady tematyczne, konsultować u specjalistów. Tak, to dobra metoda szybkiego wpajania zasad pojmowania całości medycyny i praktyki codziennej, ale przecież niejedyna. Jak to się dzieje, że polscy lekarze świetnie się czują ze swoją wiedzą i umiejętnościami zarówno w Nowej Zelandii, jak i Stanach Zjednoczonych czy Francji? Dlaczego nasi lekarze są chwaleni i nie muszą udawać ubogich krewnych? Co powoduje, że ten nasz rzekomo zmurszały sposób szkolenia mimo wszystko zdaje egzamin nawet tam?
Tajemnica kryje się w „medycznym dojrzewaniu” studentów. Przychodzi bowiem taki moment, w którym człowiek bliski dyplomu niespodziewanie zaczyna scalać w mózgu to, czego się dowiedział, gdy wkuwał. Puzzle się scalają. W jego rozumie powstaje zawiązek systemu zasad, w inny sposób niemożliwych do opanowania. To jest ta dorozumiana sensowność działania typu grzeczność w dobrym wychowaniu. Nazywamy ją intuicją lekarską. Układający się i samoczynnie porządkujący się w głowie balast nadmiaru wiadomości zaczyna czynnie pomagać myśleniu, przestaje bezproduktywnie obciążać mózg. Każda sytuacja medyczna wytwarza teraz ścieżki dla definiowania spraw, sytuacji i stanów. To, co ważne, w odpowiednim momencie wychodzi na wierzch, ale wciąż opiera się na niemniej merytorycznie ważnym fundamencie. Zaczynasz stać na gruncie trwałym i płodnym.
Absolwent medycyny któregoś dnia łapie się na tym, że już dokładnie wie, gdzie, w których fałdach pamięci musi poszukać informacji, której zapomniał. I czyni to niemal natychmiastowo, bo ma już mózg wyćwiczony i komórki nerwowe działają tam wciąż szybciej niż najszybszy komputer. Dlatego najczęściej automatycznie (czytaj: fizjologicznie, w sposób naturalny) odrzuca niepotrzebny w danej chwili nadmiar informacji, a zostaje mu szkielet zbudowany na poprawnym punkcie wyjścia w danej sytuacji. Zrąb, którego prawdopodobnie nigdy by nie stworzył, gdyby nie ogrom przekopanej wiedzy i czekającej gdzieś w mózgu z użycie.
Mając taką podstawę, zawsze potrafi stworzyć coś nowego, odpowiedniego do okoliczności. A te bywają okrutne. Przeważnie słabo mają się do schematów lekarskich takich jak te w materiale podręcznikowym. Trzeba na bieżąco ruszać głową. Odgrywa to szczególnie ważną rolę w rozpoznawaniu stanu pacjenta, jego organizmu i w ustalania sensu sytuacji patologicznych, które z punktu widzenia procesów myślowych są przeciwieństwem drugiego etapu rozumowania, czyli ustalania metody leczenia.
Dobrym diagnostą jest bowiem ten, kto – jak powiadają – ma intuicję. Jest to nie tylko szybkie, nieuświadomione myślenie. To także umiejętność korzystania z zasad rekonstruowania opisów zachowań, natychmiastowego budowania obrazów tego, co być powinno, a co nie. Dokładnie tak, jak w metodzie savoir-vivre’u. Też jak w twórczości literackiej. Nie żaden obyczaj, ale rezultat wczuwania się w sytuację. Bycia w niej. Z bagażem solidnej wiedzy warto parę razy to przekopać, żeby o czymś ważnym nie zapomnieć. Dobry lekarz, obudzony w środku nocy, nieprzytomny, potrafi sprawnie ocenić sytuację, wydać poprawne zalecenia i zasnąć, zupełnie zapominając o zdarzeniu. Ale po chwili na moment się budzi i sprawdza, czy czegoś nie zepsuł. To jest ta jego kindersztuba, medyczna. A czy pisarz nie powinien mieć tak samo? Ba, całe rozdziały mogą mu się przyśnić, potem pisze to, co ze snu mu zostało. I co nie tylko nie zrazi czytelnika, ale wręcz mu zaimponuje świeżością zapisu.
Wszystko to ponieważ kiedyś się dowiedział, że widelec ma dwie strony – wklęsłą i grzbietową, z których jedna i druga służą do czego innego.
Piotr Müldner-Nieckowski






