Wiersze tygodnia – Benedykt Kozieł

0
184
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

Nad rzeką

Stoję
w otwartych brzegach
niesionej prawdy

zanurzony
w podwójnym niebie
otwieram granice
tak samo odległe

mogę jak dawniej
rozpalić ognisko
napełnić szkło winem
określić się słowem

mogę
wypłynąć łódką
w środek wyobrażeń
popatrzeć
za siebie

mogę
nie odstępując luster
przeglądać się
w tobie
rzeko spełnienia


Wzdłuż wody

Idziemy wzdłuż wody
od słońca do słońca
w podglądane ptaki
rozkładane skrzydła
za błękitem oka

idziemy wzdłuż wody
poprzez lustra rzeki
po brzegach odkrycia
podwójnego nieba
za poznane kręgi

idziemy wzdłuż wody
od słowa do słowa
z codziennej potrzeby
by pozostać dłużej
w linii widnokręgu

idziemy wzdłuż wody
tam nasze granice
nasze horyzonty
przezroczyste światy
spodziewane kresy


W gniazdach

Wyniesieni
w gniazdach pokoleń
do poznanych szczytów
otwieramy granice
malowanych horyzontów

napowietrzni
rozświetleni barwą
naszych pryzmatów
cieszymy się
obrazem ziemi
kolorem świata
błękitem spełnienia

odnajdowani
w pęczniejących kręgach czasu
w znikających brzegach poznania
wracamy do obaw
pewności pór roku


Świąteczne koperty

Otwieram koperty
świątecznych słów
rozkładam projekty
najlepszych życzeń
 
zaskakują mnie
podpowiadane braki
sugerowane pragnienia

dopełniany obraz
niosę
w święto życia


Z niepamięci

Znowu
łączy nas śmierć

wychodzi z niepamięci
wyprowadza z uśmiechu

idzie z nami
na brzeg myśli


Spotkani odnalezieni

Spotkani
w odnalezionych nadziejach
odnalezieni 
w spotkaniach

cieszymy się obecnością

bez rozstań bez powrotów
bez potwierdzonych racji

szukamy
chcemy
dalszego ciągu


Potwierdzamy się

Przed podróżą
przed drogą

wystawieni
na niewiadomo co
na co nas spotka

spodziewamy się
przybliżenia celu

jak zwykle
jak co dzień

prowadzi nas
zasłyszana lub podjęta rozmowa
rozwieszone milczenie

nie wiemy
czy uda nam się wrócić
z przekonaniem
o racji

potwierdzamy się
posiadaniem biletu


Okryci blaskiem gwiazd

Przeniesieni
z pleców żółwi
w doskonałość 
geometrycznych kształtów
matematyczną pewność
logikę słowa
pozostajemy
w granicach percepcji
paradoksach zrozumienia

wpisani
w krzywioną przestrzeń
powierzony zamysł
kwadraturę koła
potykamy się

okryci blaskiem gwiazd
opasani błękitem
w misji ocalenia
niesiemy istnienie
znaki zapytania


Pozostawać wybierać

Mieć być
pozostawać
w zrozumiałym
zdefiniowaniu pojęć
dobra i zła
wybierać

nie dać się wypchnąć
z niezrozumiałej wieczności


Tryptyk rodzinny

1.Odwiedziny

Dojeżdżając do domu
patrzyliśmy  w okno
zwykle tam stałaś
czekałaś za szybą

rozpoznając drogę
szukanej radości
formowałaś myśli
by je opowiedzieć
gdy już usiądziemy
obok naszych światów

2.Życie

Nie jechałem
dla opowiadania
trosk
niezrozumiałych obowiązków

nie obnosiłem się
z radością
pokonanej drogi

nie zabiegałem
o słowo
z dobrych opowieści

przywoziłem
oswajane życie

3.Pożegnanie

Już nie usiądziemy
za stołem
przy kuchni
z rozpalonym ogniem
w aromatach smaków
w bukietach starania
by patrzeć przed siebie
w znajdowaną jasność
by wypełniać światłem
nasze zrozumienie
znajdować nazwanie
mimo braku słowa


W kolorowych plamach

Obrysowany kształtem świata
znikam
w kolorowych plamach

zasłonięty codziennością
coraz mniej widzę

przemykam korytarzami
ulic ścian mebli
użytkowych dekoracji

z kluczem w słowach
znaczę
punkty odległości
rysuję drogę

linią życia
wpisuję się w obraz


Pewność

Kominy
położone na dachu
schowanym szronem
jaśnieją
wypatrzonym kierunkiem
oczekiwanych narodzin
kolejnego dnia

zapamiętane kadry
realizacji nocy
w totalnym deficycie akceptacji
przewijają się
doświetleniem planu

obudzone niebo
pełne pól sadów lasów i rzek
uzupełnia odpowiedzi
na pytania
codziennych wątpliwości
przywraca pewność wtajemniczenia


Zdarzenie

W worku
zarzuconym przez ramię
niosła po drabinie
na strych
część życia

schodzone buty
znoszone ubrania
niepotrzebne nakrycia głowy

w pół drogi
chciała wszystko wyrzucić

obolałe stopy
wiatrem podszyte nadzieje
przemoknięte nieba

spadła
w porządkowane kąty
ze wszystkim
czego jeszcze nie znała


Śnieżki

Szli do szkoły
na lekcje
w powtórzonych klasach

byli dużo starsi ode mnie

u sąsiada
z drogi
przez otwartą bramę
śnieżnymi kulami
pieczętowali
odległe wrota stodoły

cieszyli się zimą

moje śnieżki
nie sięgały bramy

dla mnie
wszystko było
takie nierealnie możliwe


W Rzymie

U papieża
już tylko jasne fotografie
błyskające wśród nocy
obrazki wizyty
potwierdzanie się w murach
podświetlonych mroków
wypatrywanie okien
z których
Bóg
nas widzi

Pani Basia
fotografuje anioły


Nocny powrót

Patrzę
w noc
w ciemność

wśród niewiadomych
wiszą
jasne okna
rozświetlone światy

tam idę


Tropy

Wyprowadzony sarną
na poranne łąki
cieszę oczy
rytmem życia
przypomnianym ładem świata

spotkanym kotem
omijam płoty
niebezpiecznych horyzontów
 
wypatrzonym dudkiem
przemykam
w możliwą perspektywę

w sosnowym zagajniku
obok kościoła
w odgłosach
rozbieganych wiewiórek
upewniam się
w tropach nieba


Miejsce

W Niekurzy
nie było łatwych dróg
wokół
rzeka wzgórze las
 
by wydostać się
w opowiadane
wyobrażone niepewne
trzeba było
wcześnie wstać
zaprzęgać konie
lub iść

przeprawić się za horyzont
by zdążyć
na spodziewany pociąg
doczekać się drogi

znaleźć miejsce
z którego
będzie można wrócić
które będzie można
opowiadać


Zakorzenieni

Zakorzenieni w istnieniu
uprawnieni do racji bytu
zakodowani w drodze
idziemy
z każdej potrzeby
z każdego wyobrażenia

szczeliny monolitu
kolejnych pokoleń
nabrzmiewają oczekiwaniem

uśmiechamy się
do naszych dzieci

nie chcemy mówić o wojnie


Z obłoków z doliny

Tak jak się przyszło
z obłoków
z doliny
trzeba iść dalej
za najbliższe wzgórze
za lustro rzeki
w rozstawione drzewa

nieść
wszystko z sobą
co się udźwignęło

w  gęstwinie znaczeń
wymieniać obrazy
dodawać barwy
składać w strumień światła

zgadywać siebie
w nieprzewidywanym
znajdować  drogę
która się nie kończy

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko