Strona główna Felietony Piotr Müldner-Nieckowski – Jaki naprawdę jest nasz świat

Piotr Müldner-Nieckowski – Jaki naprawdę jest nasz świat

0
27
Fot. Mira Müldner

Złapałem się na tym, że w myślach pochwaliłem albo pogrążyłem tego czy owego, że mi się coś spodobało lub nie, wydałem opinię, kierując się chwilową niechęcią albo nieusprawiedliwionym zachwytem, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby o tym napisać. I dobrze się stało, bo mogłem się mylić. Bardzo o to łatwo. A potem dręczony przez sumienie próbuję to odwrócić i nie da się. Poszło w świat na piśmie. Nie tylko papier, Internet też bardzo mocno trzyma. Lepiej takie rzeczy najpierw obrócić piętnaście razy, zanim się poda dalej, i odczytać wszystkie znaczenia, które w wypowiedzi się kryją, albo na które ona wskazuje. Są niespodziewane przypadki i okoliczności, które dobrze jest brać pod uwagę. Pozornie mało znaczące. Tak zwane punkty spustowe. naciśniesz i wystrzeli jak z pistoletu.

Co chwila w wyobraźni dokonują się jakieś wybory, układanie porządków, stawianie jednego wyżej, a drugiego niżej, przymierzanie wielu wartości do jednej lub odwrotnie. To zostawia ślady w postaci wypowiedzi ustnych i co gorsza pisemnych, na przykład felietonów. Dlatego potem przychodzą listy, oczywiście już tylko elektroniczne (te kopertowe to zamierzchłe czasy sprzed dziesięciu lat), w których można przeczytać ocenę jakiejś swojej oceny. Właśnie przeczytałem jedną z nich, niestety króciutką: „Zgadzam się z tym, co pan napisał w felietonie. Dr B.K.”. Nie wiem, w którym felietonie, zupełnie się nie domyślam, o czym jakiś kompletnie mi nieznany „dr B.K.” chciał mnie uwiadomić, ani kto się kryje za tymi inicjałami, jednak zawsze to przyjemnie zobaczyć pochwałę pod swoim adresem.

Pochwałę, świetnie, ale czy prawdziwą? Może jednak irytującą. Może to wypowiedź ironiczna, a więc brutalnie i złośliwie nieprzychylna? Czy przypadkiem nie trzeba znowu oceniać właśnie takiego listu? Może to ani pochwała, ani drwina, tylko czyjś chwilowy impuls radości? Skoro nie podano sprawy i schowano się za kryptonimem, to może raczej chodziło o przyganę nie tyle szczegółową, ile ogólną: „Wszystko, co pan pisał do tej pory, było kiepskie”? Myśl zaczyna błądzić wokół tego czegoś nieznanego, penetruje dno cudzej koncepcji i dobudowuje nieistniejące znaczenia – czasem z lęku, czasem na skutek podrażnienia ambicji, a niekiedy po prostu dlatego, że taki rodzaj niedopowiedzenia bulwersuje, a w dodatku zabiera czas i kieruje na jakieś pobocza bytu umysłowego.

Codziennie stykamy się z ocenami, których nie rozumiemy, ale które mają na nas ogromny wpływ. Dopiero co szukałem opinii o moim nowym samochodzie, który mi się szalenie podoba.

Wszedłem więc na stosowną stronę motoryzacyjną w Internecie i przeczytałem kilka sensownych i dla mnie miłych ocen (bo pozytywnych). Natknąłem się jednak też na taką: „Witam. Odradzam kupno tego samochodu. I tyle. Waldek”. Właściwie powinienem był odrzucić ten anonimowy, bzdurny i bynajmniej nie opiniujący tekst i zająć się innymi, ale właśnie on mi utkwił w pamięci jak zadra. To nie głupek napisał, tylko wyćwiczony w manipulacjach łobuz. Może na zajęciach z propagandy dostał zadanie napisania czegoś irytującego. No i to właśnie zrobił.

Zaraz potem czytam jakąś gazetę, a w niej wiadomość o tym, że w 2014 roku uhonorowano Nagrodą Nobla trzech japońskich fizyków (Shuji Nakamurę, Isamu Akasakima i Hiroshima Amano) za zbudowanie działającego niebieskiego lasera półprzewodnikowego o niebieskim świetle. Zwięzły, jednozdaniowy komentarz pewnego naszego naukowca, brzmiał: „Zasługą autorów jest to, że wyprzedzili innych badaczy z firm zachodnich”. I tyle. A ja wiem, że to zrobił jakiś drań (zapewne profesor), który kierowany zazdrością nienawidził profesora Porowskiego albo któregoś z jego współpracowników. Świetnych, wybitnych ludzi.

Naukowiec ów, ten łobuz, zapomniał bowiem dodać, że ten wyjątkowy, unikatowy typ lasera na bazie azotku galu hodowanego na opracowanym przez siebie podłożu stworzył polski zespół pod kierunkiem profesora Sylwestra Porowskiego z Instytutu Wysokich Ciśnień PAN (znanego jako Unipress) w Warszawie. Opracował możliwość produkowania takiego lasera metodą wysokociśnieniową, nieporównywalnie łatwiejszą, skuteczniejszą jakościowo i ilościowo w porównaniu do dotychczas stosowanych trudnych do prowadzenia hodowli kryształów azotku galu na szafirze. Uzyskali gigantyczne ciśnienia do 20 tysięcy atmosfer w temperaturze 1500 stopni Celsjusza, aż atomy azotu poddawały się i pozwalały rozpuszczać w ciekłym galu.

Wiadomo, że Polska zaniedbała ten wynalazek jak dziesiątki, a może setki czy tysiące innych, które mogły jej przynieść gigantyczne pieniądze, splendory i szacunek. Mnóstwo z nich zastosowano w USA, Japonii, Holandii, Niemczech, Włoszech, Australii i innych krajach, nie mówiąc już o USA, w których Polacy tworzą nowe rodzaje broni, źródła energii, nowe typy żywności, tkanin, robotów, tworzyw, pełno tego. Jadą tam i zostają, bo w Polsce nie mają szans. To jest wina rządzących. Ten sam problem, co chociażby z niebezpieczeństwem zaniedbania przez Polska własnego, a największego w Europie, portu lądowego (zwanego suchym portem) w Małaszewiczach. Opracowano jego unowocześnienie i renowację tego, co już jest, ale prace nagle ustały. Ten sam problem, co z Orlenem, CPK…

Tak co krok. Rzadko spotyka się pogłębione analizy, zestawienia argumentów, polemizowanie, za to coraz częściej zdawkowe, ale psychologicznie znaczące wypowiedzi, które działają niczym reklama. Mimo że jest „zniechętą”. Żadnej z tych wypowiedzi, przeważnie zdawkowych, unikowych, nie powinno się akceptować, wszystkie wydają się z gruntu kłamliwe, a jednak właśnie nimi nas się karmi, wyręczając w wyciąganiu wniosków. I trzeba przyznać, że to działa. Chodzi mi po głowie, że należałoby zacząć za to karać.

Zaczynam podejrzliwie patrzeć na moje ukochane, nowiutkie auto, bo mi wepchnięto przez oczy do mózgu coś o nim negatywnego. Przestaję się zachwycać krótkofalowym laserem (na gruncie polski zmarnowanym) i zazdroszczę noblistom oraz wynalazcom wielkiej kasy, którą zgarnęli za tempo działania (nie za osiągnięcie!).

Czasem trafi się nawet chwyt rodem z serii dowcipów o radiu Erywań (potocznie Jerewań), choć wcale nie żartobliwy. Jak to się robi? Ano tak: w okresie szycia butów Lechowi Wałęsie, to znaczy kiedy go zwalczała lewica wraz z główną gazetą kraju, wyprodukowano w tej Gazecie notatkę zatytułowaną „Wałęsa spaceruje po Oliwie w szlafroku”. Tytuł bił w oczy. Przyznać wypada, że prześmiewczy i obraźliwy. W treści informacji drobnym drukiem napisano, że prezydent w niedzielę po zmroku lubi wyjść do swego ogrodu w szlafroku, żeby przemyśleć sprawy, jakie go czekają w nadchodzącym tygodniu. Spacerował po Oliwie? Tak, bo jego dom stoi właśnie w tym mieście. W szlafroku? Trudno zaprzeczyć. Tytuł jest więc prawdziwy? Bez wątpienia.

A jednak była to manipulacja, bo jak łatwo się domyślić, więcej ludzi przeczytało nagłówek, niż treść po nim następującą, i Wałęsa po raz kolejny wyszedł na durnia już nie tylko z własnej nieprzymuszonej woli, ale i przez „przypadek” prasowy. Wyszkoleni dziennikarze wiedzą, że informacje należy budować według schematu zwanego odwróconym trapezem (dłuższą podstawą, czyli najważniejszą wiadomością do góry). Zapamiętywanie konkluzji tekstu gazetowego odbywa się odwrotnie niż w rozmowie, której podsumowanie należy do ostatniej osoby, która je wypowiedziała. Czytelnik chętniej zapamiętuje bowiem to, co zobaczył na początku, często artykułu nie czyta do końca, a zdarza się, że poprzestaje na leadzie, czyli wprowadzeniu, wytłuszczonym akapicie początkowym.

Ponieważ już to wszystko wiem, gdyż rozpoznałem prawdziwe zagrożenia ze strony mediów i pojąłem, jak próbuje się mną sterować, powinienem też wiedzieć, co robić, żeby się uchronić przed wciskaniem ciemnoty. I mi wciskają, a jakże. Doświadczenie nakazuje podchodzić do współczesnych anonsów z ogromną nieufnością. Wciąż jednak się okazuje, że to nie takie proste. Jestem bowiem na celowniku nie tylko w mediach. Jeśli w sklepie na produkcie przyklejono cenę „99, 99”, to dla mnie nie jest to już „100”, ale wręcz „90”, a zanim się zorientuję, że ktoś nabija mnie w butelkę, już tę rzecz kupiłem i wyszedłem ze sklepu.

Rodzi się pokusa, żeby postępować tak jak socjotechnicy, specjaliści od kreowania wizerunków i reklamy. Informacja przestaje być pojęciem etycznym, przeradza się w narzędzie robienia kariery i (albo) pieniędzy. Politycy uczą się wpływania na tłumy za pomocą pozornie mało znaczących gestów, dziennikarze preparują wieści tak, żeby wbić tłumom do głowy jakieś szczególne poglądy, twórcy reklam i opinii sprytnie pomniejszają dorobek konkurentów, handlowcy przydają swoim towarom cech, których te nie mają, słowem nieźle się wszyscy bawią. Naszym kosztem. A czasem chodzi wręcz o byt państwa, narodu, innych dużych grup ludzi, choćby takich jak rolnicy czy wojsko.

Nie ma co ukrywać, propaganda to rodzaj dziecięcej zabawy, której istotą jest ciemna opaska na oczach. W najlepszym razie końskie okulary. Kiedy pewnego dnia spróbujemy zerwać przesłonę z twarzy, zobaczymy, że świat jest zupełnie inny, niż nam się przedstawiał. Ale wtedy może być już za późno, może się okazać, że rozumiemy jedynie proste komunikaty, a nasze asertywne dzieci na wołanie o pomoc z podniesionym czołem odpowiedzą „Nie!”.

Piotr Müldner-Nieckowski

Poprzedni artykułDariusz Pawlicki – Przeciw komentarzom
Następny artykułLesław Wolak – Wiersze tygodnia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko