Krzysztof Lutowski – Krzyś i Tomek

1
265
Filip Wrocławski


            Krzyś. Krzyś ma pięć lat. Mieszka z babcią, rodzicami i ciocią z wujem, którzy jeszcze nie mają dzieci, a wtedy jeszcze nikt nie wie, czy będą je mieli. Rodzice pracują w Eltrze i Transbudzie. Wujek studiuje, ciocia uczy się i pracuje. Babcia na rencie. Krzyś chodzi do przedszkola. Dzisiaj nie poszedł.
            Czasami babcia pozwalała mu zostać w domu. Zdarzało się to dość rzadko, ale dziś się zdarzyło. W nocy nie mógł zasnąć, a kiedy zasnął, to od razu się obudził i było rano, trzeba było iść do przedszkola. Krzyś protestował i robił wszystko, żeby do przedszkola nie pójść. Miał nieodparte wrażenie, że dosłownie przed chwilą zasnął, że spał ledwo pięć minut. Czasami tak się zdarza, że człowiek zasypia i budzi się natychmiast, a minęło osiem godzin. Mogą to być dwie rzeczy – albo to tylko takie wrażenie, albo sen to jakiś inny świat, w którym się przebywało, a tam płynie inny czas, albo stoi w miejscu. Babcia zlitowała się nad Krzysiem i mógł pospać jeszcze, a nawet w ogóle się nie budzić, bo nie ma nic lepszego dla dziecka, jak zdrowy, długi sen.
            Krzyś siedział na ławeczce w podwórku kamienicy, odgrodzonej betonowym murem i starą bramą z blachy zamkniętą na kłódkę. Podwórko miało jakieś 150 metrów kwadratowych, w jego lewym rogu stała rozwalająca się szopa, gdzie grasowały szczury i  stał stary motor. Krzyś siedział na ławeczce pod oknami obok wyjścia na klatkę schodową i do piwnicy. Machał sobie nóżkami i się nudził. Obracał w dłoniach kilka niewielkich płytek z elektrycznymi podzespołami. Rozmyślał o przedszkolu, o swoim koledze Tomku. Zna go właśnie z przedszkola, trzymają się razem. Tomek imponuje mu bardzo wprawnym układaniem z drewnianych klocków wież Eiffla i Babel, sięgających czasem 2 metrów, a także nowymi kapciami. Też nie lubi tej Aśki, która jest obrzydliwa, kiedy wciąga do buzi smarki cieknące jej z nosa. Pani wiele razy zwracała jej uwagę, a ona wciąż to robi.

*

            Niedawno, gdy rozmyślał przed zaśnięciem o Tomku i wieży, jaką razem ułożyli z klocków, dotarła do niego dziwna myśl. Czuł ją raczej i nie potrafił zrozumieć, co ze sobą niesie. Jego umysł doświadczał obecności czegoś nowego, co można było czuć, ale nie objąć rozumem. Chodziło o rzecz prozaiczną, dlatego też bardziej odczuwalną. Krzyś za zamkniętymi oczami oglądał obrazki z życia tomkowej rodziny, ludzi, których nigdy nie widział naprawdę. To było jednak jakieś prawdziwe życie, bo tak precyzyjne, że Krzyś mógł obejrzeć różne sytuacje, poczuć emocje, skomplikowane powiązania, matczyne, ojcowskie, babcine w rodzinie Tomka. Nie umiał tego powiązać, ale obrazy fascynowały go. Najbardziej dziwiło go, co rodzice Tomka robią w sypialni. Te dziwne wygibasy, gimnastyka, zabawki. Długo się temu przyglądał wczoraj w nocy przy zamkniętych oczach, a kiedy wreszcie zasnął, to obudził się natychmiast i było już rano. Krzyś poczuł się dziwnie na wspomnienie tych wszystkich nowych doznań, których doświadczał w nocy. Coś do niego docierało, a teraz Krzyś musiał nauczyć się z tym żyć.
            Krzyś wsadził sobie elektryczne płytki do majtek i zaczął chodzić po podwórku. Płytki przyjemnie uwierały i kłuły. Krzyś spacerował i odczuwał. Nie wiedział dlaczego włożył je w majtki, jednak jakiś instynkt tak właśnie kazał mu zrobić. Uczucie było przyjemne, nie wiedział dlaczego, ale było przyjemne. Przez chwilę poczuł się jak dziewczynka, choć wcale nie wiedział, jak się czują dziewczynki, jednak poczuł się dziewczynką i to wiedział. Wiedział także, że nie powinien tak robić, choć nikt nigdy nie powiedział mu, że to złe. Nie miał pojęcia dlaczego, ale wiedział, że powinien wyjąć płytki z majtek, że nikt nie powinien go na tym przyłapać. Troszeczkę jakby przestraszony wyciągnął je w końcu i wyrzucił do kubła na śmieci. Usiadł z powrotem na ławeczce i zastanawiał się dlaczego czuł się jak dziewczynka, dlaczego kłucie i uwieranie było przyjemne na tyle, że nie przeszkadzało mu, a wręcz było pożądane.
            Kiedy i tak nie znalazł odpowiedzi, podniósł z ziemi uwalaną w piasku starą rakietę do tenisa i zaczął wykonywać takie ruchy, jakby grał na gitarze. Zamknął oczy, dał się ponieść fantazji, że stoi przed tłumem słuchaczy, którzy są zachwyceni. Usłyszał muzykę, zapowiedź jego koncertu, w wyobraźni szczególnie przedłużał moment prezentacji osiągnięć, zasług i tego, jaki jest wspaniały. Potem zaczął śpiewać. Śpiewał poważnie, nawet rzewnie, śpiewał jakieś słowa bez znaczeń, choć rozróżniał pojedyncze wyrazy. Jego śpiew i gra na gitarze stawały się coraz bardziej żywiołowe, coraz bardziej porywające, wzbudzające skrajne emocje. Ożywiał się rytm i pieśń porywała do działania, do życia. Wreszcie zaczął biegać w tańcu po podwórku, jak po scenie i coraz bardziej szarpać struny swego nieistniejącego instrumentu.

*

            Tomek. Tomek był zwyczajnym chłopcem, tak się przynajmniej wydawało. Jednak jego rodzina nie była tak do końca normalna. To dziwne, że chłopiec rozwijał się w przewidywalny sposób, jak inne dzieci, nawet przewyższając je stopniem inteligencji, postępów w rozumieniu świata i nierobieniu siusiu w pościel. Rodzice chłopca nie byli szczęśliwi. Starali się to skrzętnie ukrywać przed znajomymi, sąsiadami, nie ukrywali tego jednak przed swym jedynym synem. Ten jednak rósł zdrowo, jakby wbrew rodzicom, przynajmniej fizycznie. Psychicznie też nie odbiegał od normy, choć przejawiał czasem nieco dziwne zachowania. Bywał agresywny, co często  sygnalizowała jego mamie pani w przedszkolu. Mama natomiast biła czasem Tomka za to, że przynosi jej wstyd. Ale te wybryki nie były raczej niebezpieczne, ot, troszkę nadpobudliwy, energiczny chłopiec. Tomek bał się matki, bardziej niż ojca. Matka bowiem miała tendencje do wyżywania się na chłopcu za swe krzywdy, spieprzone życie, nieszczęśliwą miłość. Chłopiec nie rozumiał tego, co się dzieje w jego rodzinie. Był zbyt mały, aby wyciągać wnioski. Zresztą nie widział nigdy niczego innego, więc skąd miałby cokolwiek rozumieć? Może gdyby podejrzewał, to uciekłby z domu, ale i na to był jeszcze za mały. Nie wiedział o co kłócą się rodzice, patrzył tylko, był świadkiem wydarzeń, jak to, które miało miejsce dzisiaj.
            Ojciec przyprowadził go po pracy z przedszkola do domu. Matka dała jeść. Nalała zupy do talerza. Ojciec chodził po kuchni milczący. Nagle rodzice zaczęli rozmawiać podwyższonym głosem. Tomek jadł zupę, która była dobra, smakowała mu, więc nawet nie przysłuchiwał się kłótni, która robiła się coraz bardziej ożywiona. Nigdy nie wiedział dlaczego rodzice się kłócą, a kłócili się codziennie. Nigdy nie wiedział o co, nawet nie przyszło mu do głowy, aby tego dociekać. Przecież nie było w tym nic, czemu należałoby się dziwić i roztrząsać.
            Nagle Tomek podskoczył na krześle, aż łyżka wypadła mu z rąk i wpadła do zupy, rozchlapując ciecz na białym obrusie. Matka rzuciła w ojca wielką szpulą białej, jak na ironię, nici. Po prostu rzuciła tym, co miała pod ręką, gdyby to był nóż, to rzuciłaby nim. Ojciec uchylił się w porę i wielka szpula nie uderzyła w głowę, lecz w szklaną szybę drzwi, rozbijając ją i lądując w przedpokoju na wazonie z kwiatami, które matka zawsze lubiła i trzymała w wielu miejscach domu.
            – Ty jesteś pojebana – ojciec w takich chwilach mówił to z przejęciem, ze strachem i mimo siły wyrazu tego, co mówił, chciał raczej zażegnać konflikt i jeśli wytrzymywał nerwowo, to oddalał się pośpiesznie do drugiego pokoju.
                                             
*

            Matka leżała na podłodze, oparta o łóżko i trzęsła się w drgawkach. Brała wtedy krople, chyba na serce, albo na uspokojenie i po jakimś czasie dochodziła do siebie. Tym razem nie zdążyła, gdyż ojciec wrócił do pokoju, stanął w otwartych drzwiach.
            – A teraz się trzęsie, idiotka – matka leżała, ale trzęsła się już coraz mniej – Idiotka z pojebanego domu. Twoja matka też się tak trzęsła!
            – Ty skurwysynu! Ty skurwysynu! – powtarzała matka.
            – Moja matka nie była kurwą. Może twoja? – ojciec dolewał oliwy do ognia.
            – Ty gnoju skurwysyński. Ta kobieta tyle ci dała. Ty chamie. – Ojciec podbiegł wściekły do matki z zaciśniętymi pięściami. Złapał ją za włosy i ściągnął do parteru. Leżała teraz na dywanie rozciągnięta na całą długość. Ojciec puścił jej włosy, jakby się opamiętał. Stał nad nią, jakby zastanawiał się, co robi. Po chwili kopnął ją trzy razy w plecy, nie za mocno, jakby nie chcąc za bardzo zrobić jej krzywdy. Później wyszedł, a matka trzęsła się jeszcze długo.
            Tomek krzyczał i płakał. Teraz dopiero przestał. Podbiegł do matki, przytulił ją i pocieszał, że wszystko będzie dobrze, że mamusiu już spokojnie. Im matka bardziej się trzęsła, tym mocniej ją przytulał. I nic nie rozumiał.

*

            – Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!
            – Co się drzesz?! – zezłościł się Krzyś na Tomka, który wbiegł na podwórko wrzeszcząc i biegając, jak oszalały. Tomek zatrzymał się i zamknął, ale za moment z krzykiem na ustach podniósł leżący w piasku kij i podbiegł do ogrodzenia. Okładał je tak długo, aż patyk się złamał i wisiał na włosku, jak na żyłce wędki.
            – Chodźmy na ulicę – powiedział do Krzyśka rzucając ze złością patyk ponad betonowe ogrodzenie.
            – Nie wolno mi chodzić na ulicę.
            – Co ty, co ci nie wolno? Jesteś w naszej bandzie, czy nie? My się nikogo nie boimy, nawet ulicy.
            – Moja babcia mnie dzisiaj nie wypuściła. Zwiałem jej – pochwalił się Krzyś.
            – Ja, ja, ty zwiałeś – powątpiewał Tomek. – Jesteś za cienki – prowokował.
            – A ty za głupi – odciął się Krzyś obrażony.
            – To jak? Idziesz mięczaku? – Krzyś zamyślił się. Trochę się obawiał pójść z Tomkiem, gdyż rzeczywiście miał dziś zabronione nie tylko wychodzenie na ulicę, ale i z domu. Kiedy ciocia z wujem wyszli, miał zapowiedziane, że nie może nigdzie wychodzić i ma zostać z babcią, która nie czuła się najlepiej. Jednak Krzyś chciał koniecznie wyjść, pobawić się, ale babcia była nieugięta. Krzyś nie rozumiał dlaczego miałby siedzieć w domu i nie wyjść sobie na podwórko, które przecież nie było nigdzie daleko, lecz dokładnie pod oknami. Jeżeli babcia obawiała się o niego, to i tak mogła mieć go cały czas na oku. Tak więc Krzyś postawił się i skorzystał ze swego nowego odkrycia. Mianowicie spostrzegł, że zamek zasuwkowy przy drzwiach dawał się otworzyć od wewnątrz, bez pomocy klucza – po prostu przekręcając. Wypróbował to w praktyce i drzwi rzeczywiście dały się otworzyć. Ucieszył się. Babcia jednak stała już w drzwiach do przedpokoju, kuląc się wpół i trzymając za brzuch.
Co robisz cholero?
Ja chcę iść na podwórko.
            – Zostań w domu, powiedziałam! – Babcia miała coraz straszniejszy grymas bólu na twarzy. Krzyś przeżywał rozterki, ale w podjęciu decyzji, jaką podjąłby grzeczny chłopiec przeszkadzało mu to, że choć usilnie się starał, to nie mógł wytłumaczyć sobie, w żaden sposób, dlaczego zakazano mu podwórka, które przecież nie było żadną ulicą, ani niczym wielkim. Przecież babcia i tak będzie patrzyła przez okno. Postanowił więc pójść. Zamknął za sobą drzwi i zbiegł szybko po schodach.
            Teraz miał kolejny dylemat, ponieważ wiedział, że nadużył swojej wolności, bodaj po raz pierwszy na tak dużą skalę. Jeszcze nigdy sam nie otworzył drzwi i sprzeciwiając się woli starszego nie wyszedł na podwórko. Wyprawa na ulicę byłaby kolejnym poważnym nadużyciem, zważywszy, że babcia nie będzie go widziała i domyśli się, gdzie poszedł.
            Ale poszedł. Przeważyła chęć zaznania czegoś zakazanego, a także pokazania Tomkowi, że nie jest mięczakiem. W końcu byli w jednej bandzie i należało wykazać się odwagą, a wyjście z bezpiecznego, ogrodzonego podwórka, na ruchliwą ulicę miasta, to już było coś.
            Niedawno przecież zdawał egzamin na członka bandy wraz z trzema kolegami z przedszkola, każdy z nich musiał wejść na podwórko domu, co stoi blisko przedszkola, przeskakując ogrodzenie i samemu, niezauważonym, obejść dom dookoła, a potem wrócić do chłopaków z jakimś trofeum. Aby wykazać się niepospolitą odwagą i zaimponować kolegom zgłosił się na ochotnika jako pierwszy. I dobrze, bo faktycznie zrobił wrażenie, a Tomek powiedział, że zrobi go swoim zastępcą, co było niemałym wyróżnieniem. Aż wyprostował się z dumy.

*

            A było tak. Podkradł się do ogrodzenia i widząc drogę wolną, zbytnio się nie wahając, bo przecież kilka metrów dalej, za krzakami podglądali go koledzy, przelazł przez siatkę. Po drugiej stronie przykucnął, tu już trzeba było być ostrożniejszym, to już nie przelewki, tylko twarda, męska gra. Prawie na kuckach podszedł kilka metrów i schował się za kupą gruzu. Następnie podbiegł szybko do szopy i przylgnął do jej ściany. Kątem oka dojrzał biegnącego w jego kierunku mężczyznę z kijem czy jakimś pasem w ręku. Rzucił się do przodu i prawie na oślep uciekł ile sił w nogach do miejsca, w którym szopa boczną ścianą przystawała do ogrodzenia, pozostawiając pół metra miejsca, gdzie Krzyś mógł się wślizgnąć.  Znajdowało się tam zwałowisko niepotrzebnych rzeczy, po których, jak po równi pochyłej, dziecko mogło szybko znaleźć się przy ogrodzeniu. Chwycił stamtąd starą paletę do tenisa jako trofeum. Wszystko to trwało może razem kilka sekund. Organizm chłopca wchłonął całą magiczną moc inicjacji, ogniskując każdy nerw i mięsień na zadaniu. Jednakże lekkie potknięcie, jeden nieznaczny błąd przy próbie skoku spowodował, że zamiast sprawnie przeskoczyć ogrodzenie, wyrżnął twarzą i barkiem w ziemię, ale szybko się podniósł, lekko skulony i chwiejnym krokiem, zaskoczony, oszołomiony i poturbowany, pokuśtykał truchtem do parku, który okalał przedszkole, żeby się gdzieś oddalić i schować.

*

            Tomek, kiedy znaleźli się na ulicy, zaczął strasznie się drzeć i biegać po chodniku, choć obok mknęły rozpędzone samochody, po głównej arterii miasta. Krzyś przestraszył się, że Tomkowi coś się stało, bo biegł jak oszalały na samotne kobiety w wieku jego matki i w ostatnim momencie uskakiwał, a te krzyczały i wygrażały mu pięścią. Nagle Tomek wskoczył przed nadjeżdżający samochód, kierowca gwałtownie zahamował, on w ostatnim momencie uskoczył i pobiegł w kierunku drzwi do ich kamienicy, a Krzyś za nim. W drzwi wbiegli jednocześnie, w bezpardonowej walce o pierwszeństwo schronienia. Te otwarły się z hukiem, wyrywając z podłogi zasuwę lewego skrzydła, rozwarły się na oścież i ledwo się zmieścili kiedy obie części drzwi uderzone z impetem w ścianę na powrót się zamykały. Tomek odbity od jednej z nich popchnął Krzyśka rękoma próbując utrzymać równowagę i obaj runęli, jak podcięci na dechy klatki schodowej. Szybko się podnieśli, biegiem dostali na podwórko przez drzwi z przeciwległej strony budynku. Wdrapali się na szopę, z szopy na wysoki mur, który dawał się tam przeskoczyć. A po drugiej stronie ogrodzenia stał gospodarczy budynek, na którego dach zeskoczyli i w ten sposób schowali się za murem i struchleli w zupełnej ciszy.
            Serca biły im, jakby miały wyskoczyć, włosy jeżyły się na głowie i całym ciele, pobudzone krążeniem krwi, powietrzem i adrenaliną, która rozpierała chłopców od środka. Siedzieli tak wiele minut, ale choć nadwyrężali wyostrzone zmysły, to wyglądało na to, że kierowcy nie chciało się ich szukać. Przez dłuższy czas nie usłyszeli nic, co mogło na to wskazać. Dopiero teraz odważyli się odezwać. Krzyś nie chciał się wcześniej odzywać do Tomka bojąc się jego reakcji, kiedy był jeszcze podniecony niebezpieczeństwem. Bał się, że znowu zacznie coś krzyczeć albo śmiać się, jak już nie raz bywało. Nie wierzył w jego zdrowy rozsądek, zrównoważenie. Tomek również milczał jak zaklęty. Aż do tej chwili.
Odbiło ci? – zapytał Krzyś.
            – Stary, to dopiero jest prawdziwa banda. Nie chcesz rządzić na ulicy?
No chcę, ale mogli nas złapać.
            – No właśnie, w tym prawdziwa zabawa, a nie jakieś głupoty, zabawy w pachty i jakieś przyjmowanie nowych członków. Po zastępcy szefa można spodziewać się dużo więcej odwagi.
            – Wcale się nie boję, ale po co to robić?
            – Jak to po co? Żeby pokazać, że się niczego nie boisz? Mój zastępca musi być odważny. Jak nie zrobisz tego, co ja, to wybiorę sobie innego kumpla – postawił sprawę jasno. Krzyś nie wiedział, co robić. Z jednej strony rzeczywiście się bał, a z drugiej jego chłopięca, rycerska dusza wyrosła na czytanych przez mamę baśni podsuwała wizję wielkiej przygody. Właśnie miał okazję do bohaterskiego, wymagającego wielkiego męstwa czynu. Odwaga, opanowanie, duma.
            – Myślisz, że się boję?
            – Tak właśnie myślę.
            – To źle myślisz.
            – Udowodnij to.
            – No to chodźmy, ale stój blisko mnie, bo nie chcę, żebyś miał łatwiej uciekać.
            – Dobra, dla mnie to żaden problem.
            – Jam Zbyszko z Bogdańca, niczego się nie boję – powiedział Krzyś natchniony  obejrzanymi niedawno Krzyżakami. Poszli ostrożnie na ulicę, przez klatkę schodową kamienicy, jak dostawcy alkoholu podczas prohibicji. Ostatnio był taki film, który Krzyś oglądał przez szparę w drzwiach do pokoju rodziców.

*

            Stali blisko krawężnika. Właśnie pędził jakiś zagraniczny, szybki wóz należący do śródmiejskiego cinkciarza, który wracał nadziany utargiem przez wciąż rosnący kurs dolara. W myślach przeliczał gotówkę. Żyłka hazardzisty wyostrzyła mu rysy i zmysły. Spory zarobek, jak wygrana na loterii, zelektryzowała żądzę cielesnych rozkoszy. Chciał dziś zabrać dziewczynę, którą niedawno poznał, na imprezę do lokalu i zaszaleć. Wydać trochę i pokochać się z młodą w cieniu drzew w podmiejskim parku. Pijani i chętni. Chciał w końcu zaspokoić pragnienia, a forsa wypychająca kieszeń marynarki na owłosionej piersi zapowiadała pełny sukces.
            Facet miał ciemne okulary, brodę na całej twarzy i lokowaną czuprynę. Wybałuszył oczy, kiedy zobaczył małego chłopca sprawiającego wrażenie, jakby chciał wskoczyć wprost pod samochód. Zwolnił tylko trochę, bo przecież to było bez sensu, chłopcy bawią się czasem w różne głupoty, sam się czasem tak bawił, jak był w ich wieku, ale gdy już był pewien, że chłopiec to zrobi, i zaczął hamować, nagle ten drugi, który stał tuż za nim, minimalnie przyśpieszył ruch kolegi i pchnął go, o ułamek sekundy wcześniej, nawet niezbyt mocno. To wystarczyło, by stracił równowagę. Cinkciarz ostro hamował, ale prędkość miał jeszcze sporą, wszystko przez to, że nie chciał uwierzyć, że to naprawdę może się stać. Z dużym impetem uderzył chłopca, zanim ten zdążył się sam przewrócić.
            Samochód stanął w poprzek jezdni, a Krzyś turlając się po asfalcie, jeszcze przytomny odbił się na jakieś dziesięć metrów, lekko w bok na chodnik, uderzając po drodze głową w żelazny kosz na śmieci.
            Jak później stwierdził lekarz, właśnie to go zabiło.

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko