Zdzisław Antolski – Pani Stanisława

0
241
Franciszek Maśluszczak

Zdzisław Antolski


PANI STANISŁAWA

 

Franciszek Maśluszczak     W małżeństwie państwa Stanisławy i Mateusza Świtalskich, wiejskich nauczycieli,  żona przyjęła rolę biernej, ale złośliwej recenzentki wszystkich poczynań zawodowych i prywatnych swojego męża. Nie szczędziła mu zjadliwych uwag na temat jego – słabych według niej – umiejętności zawodowych jako pedagoga, a także jego rzekomo chybionej, amatorskiej aktywności rolniczej i hodowlanej w przyszkolnym gospodarstwie. Oboje Świtalscy pochodzili ze wsi, a zawód nauczycielski zdobyli już po wojnie, w ramach systemu socjalistycznego. Ale pan Mateusz, o typowej chłopskiej urodzie: okrągłej, rumianej twarzy, rozmiłowany od dzieciństwa w rolnictwie, cierpiał z powodu oderwania od ziemi i prac na roli, dlatego z radością przyjął wiadomość, że na jego kolejnej placówce nauczycielskiej, we wsi Grodziska, wyznaczonej mu przez Wydział Oświaty w Pińczowie, a konkretnie przez wszechwładnego inspektora Żurka,  znajduje się spora działka pola, około dwóch hektarów, nadającego się do uprawy. Była to historyczna pozostałość, jeszcze dziewiętnastowieczna, kiedy to w Grodziskach funkcjonował „szpital”, czyli przytułek dla starych, zniedołężniałych chłopów, ufundowany przez bogatego szlachcica, mającego horyzonty obywatelskie i duszę filantropa. Dla wiejskich starców przeznaczono kawałek pola, aby mieli własne ziemniaki i inne płody rolne. Po ukazie carskim z tysiąc dziewięćset siódmego roku, zamieniającym przytułek na szkołę, działka nadal pozostała, tym razem do użytkowania przez nauczycieli. Reforma rolna pominęła litościwie ten skrawek pola skupiając się na hektarach dziedzica Lubowieckiego.

     Dzięki tej działce mógł Świtalski hodować drób, króliki, świnkę, a nawet kilka sztuk trzody chlewnej. Dodatkowo, przy samej szkole, położony był niewielki sad owocowy: kilka drzewek śliwek węgierek, czereśnia, wiśnia, jabłoń, grusza i wielki, rozłożysty orzech. Uszczęśliwiony pan Mateusz natychmiast założył wśród nich pasiekę pszczelą, najpierw wyciąwszy kilka starych drzew, z których jego szwagier, mąż siostry z rodzinnej wsi, stolarz z zawodu, chudy, opalony, wysoki, przy tym  żylasty, o kręconej fryzurze, powiewającej nad nim jak wiecheć, wykonał na zamówienie ule, czyniąc przy tym mnóstwo hałasu piłą i heblami. Ule były podwójne, warszawskie, według projektów periodyku branżowego „Pszczelarstwo”, które to pismo pan Mateusz prenumerował i pasjami czytał, słuchając jednocześnie, poprzez charkot zagłuszarek, wieczornych wiadomości Radia Wolna Europa.

     Szwagier stolarz spędził u nich całe lato, wprowadzając do rodziny mnóstwo optymizmu  i radości. Lubił obiady pani Stanisławy, chwaląc je codziennie słowami „Królewski obiad, szwagierko”, choć musiał je dosalać, podziwiał także piękną okolicę, zabytkowy kościół i wspaniałą pogodę tego lata. Gospodyni również lubiła go, choć jego życiowy optymizm uważała za dziecinną naiwność i brak rozsądku,

     Pani Stanisława patrzyła na rolnicze poczynania męża, czynione w czasie wolnym od zajęć zawodowych, krytycznym okiem, ponieważ odciągały one jego uwagę od zajmowania się jej obolałą osobą. Uważała, że należy jej się szczególna opieka i współczucie ze strony małżonka, ponieważ była bardzo cierpiąca, śmiertelnie chora, ciągle zmartwiona i przygnębiona. Tymczasem jej mąż lekceważył te żonine, wieczne dolegliwości i narzekania, a nawet publicznie, bezczelnie śmiał jej głośno radzić, w towarzystwie innych nauczycieli, aby mniej myślała o sobie, a zajęła się jakąś pożyteczną pracą, wtedy na pewno wyjdzie jej to na zdrowie. Nie mógł wymyślić większej obrazy, braku szacunku i lekceważenia wobec jej rozlicznych chorób, a zwłaszcza chronicznego przygnębienia i smutku.

     Pani Stanisława uważała się za osobę bardzo nieszczęśliwą, ofiarę losu, historii, a także niesprzyjających okoliczności życiowych a dodatkowo nosicielkę rozlicznych ciężkich chorób. Została przedwcześnie osierocona przez jej kochającego ojca, jedynego człowieka na ziemi, jakiemu mogła zawierzyć. Niestety, podczas zarobkowego pobytu w Ameryce, jej ojciec popadł w alkoholizm, a po powrocie do kraju, bez pieniędzy, zmarł przedwcześnie. Dwaj starsi bracia podczas wojny walczyli w partyzantce, a pod ich nieobecność dom nachodzili żandarmi niemieccy, dokonując rewizji, przesłuchań, grożąc przy tym domownikom rozstrzelaniem. Po ukończeniu szkoły handlowej w Tarnowie została nauczycielką. W latach stalinowskich prześladowań, broniła nauczania religii w szkołach, czym poważnie naraziła się władzom, a w efekcie swoich niezależnych opinii znalazła się na czarnej liście.

     Kiedy mąż ją pytał, czemu jest ciągle taka przygnębiona i smutna, odpowiadała cichutko – Martwię się… wszystko we mnie drży… – nie próbując nawet uściślić, ani choćby w małej mierze zracjonalizować przyczyn swojego fatalnego stanu ducha.  Latem smuciła się, że jest za gorąco, zimą że za zimno, jesień nastrajała ją melancholijnie, nasuwając myśli o przemijaniu i śmierci, a najbardziej bała się wakacji, kiedy to szkoła pustoszała, wszyscy młodzi nauczyciele opuszczali kwatery u chłopów i wyjeżdżali do swoich rodzin, w miejscowościach rozsianych po całym powiecie, a wzgórze szkolne pod białą bryłą kościoła, w koronie bujnie rozrośniętych drzew, lip i kasztanowców, stawało się puste, ciche i spokojne, wypełnione po bezchmurny błękit nieba tylko brzęczeniem niezliczonych rojów owadów, za którymi uwijały się, szybkie jak strzały jaskółki, które lepiły swoje gniazda pod okapami dachów szkoły. Wzgórze ożywało tylko w niedziele, kiedy ludzie spieszyli do świątyni na nabożeństwo, a potem znikali po chałupach, odpoczywając od żniw. Szereg błotnych gniazd jaskółczych wisiał w ordynku także pod okapem obórki, w której pan Mateusz hodował krowę, a także chrząkającą świnię o pieszczotliwym imieniu Ciulka i stado rozgdakanych kur, karmazynów.

     Pan Mateusz w stosunku do żony wyrobił sobie, z latami pożycia małżeńskiego, postawę filozoficznego stoicyzmu, jej humory i zmienne nastroje przyjmował cierpliwie i z pokorą, jak pory roku, zjawiska atmosferyczne, burze, grady czy deszcze. Wiedział przecież, że muszą po pewnym czasie minąć. Nie cierpiał tylko jej fałszywych przyjaciółek, kilku plotkarek ze wsi, którym pani Stanisława zwierzała się namiętnie ze swoich śmiertelnie niebezpiecznych chorób, oskarżając przy tym męża o tyranię oraz obojętność i lekceważenie jej cierpień.

     Koleżanki śmiały się z tych tyrad nieszczęśliwej kobiety między sobą, poza jej plecami. Pan Mateusz denerwował się i złościł na naiwność żony, ale nic na ten stan rzeczy nie mógł poradzić. Kiedy pani Stanisława wypłakała się swoim zaufanym powiernicom ze wszystkich, zaznanych od losu i męża krzywd, odzyskiwała humor, a nawet śmiała się i żartowała, jakby jakiś nieznośny ciężar zrzuciła z piersi. Natomiast najbardziej nienawidziła ludzi, którzy mówili jej, w dobrej przecież wierze, że jednak jest zdrowa, co widać nawet po jej sylwetce, w dodatku finansowo rodzina ma się nieźle, ma więc pani Stanisława raczej powody do zadowolenia niż ciągłego utyskiwania. Na takie dictum kiwała tylko ironicznie głową i wzdychała ciężko, litując się nad ludzką naiwnością i głupotą, a potem wracała z ulgą do swoich wypróbowanych towarzyszek – smutków. Narzucała sobie przy tym drakońską dietę, aby wyglądać na osobę chorą.

     Była święcie przekonana, że jej umartwienia czynią ją lepszą, bardziej wartościową od reszty śmiertelników, którym nic nie dolega i nie mają kłopotów na miarę jej zmartwień. Nie na darmo przechowywała w szufladzie kuchennego kredensu, obok podniszczonej „Trędowatej”, przedwojenny podręcznik do literatury polskiej, Manfreda Kridla, gdzie autor wznosił zachwyty nad cierpieniem poetów romantycznych. Jednak, kiedy zniecierpliwiony i zmęczony wiecznymi pretensjami, małżonek proponował, aby pani Stanisława, zamiast narzekać i krytykować, sama przejęła ster rządów w domu i w gospodarstwie, wtedy przestraszona i ogarnięta nagłą paniką, natychmiast wycofywała się do najdalszego pokoju, gdzie w towarzystwie swojej dużej plastikowej lalki podobnej do Jadwigi Smosarskiej, pamiątki z dzieciństwa, godzinami wpatrywała się przez okno w piaszczystą,  pustą drogę przed szkołą, za którą wśród drzew bielały wapnem cmentarne nagrobki.

     Na wszelkie zakupy, pani Stanisława musiała jechać do powiatowego miasteczka, Pińczowa, w towarzystwie swojego męża, a kończyły się one zazwyczaj sprzeczkami z ekspedientkami oraz jej ogólnym niezadowoleniem z dokonanych przez męża wyborów garderoby dla niej. Sama nie umiała zaś podjąć żadnej decyzji, co do przedmiotu zakupów, tylko ciągle się wahała. Raz jeden wybrała się w podróż autobusem PKS, z małym wówczas Zbyszkiem oraz swoją koleżanką nauczycielką, do miasteczka, w celu ostrzyżenia zbyt długich włosów dorastającego syna. Wyprawa skończyła się awanturą u fryzjera, który strzygł inaczej niż pani Stanisława tego sobie życzyła, a następnie pospiesznym szukaniem drugiego fryzjera w Rynku, z chłopcem ostrzyżonym do połowy głowy, na którego widok, przechodnie, mijający ich na ulicy, wybuchali śmiechem i okrzykami radości.

     Zirytowany tym zajściem, o którym mu dobrzy ludzie nie omieszkali opowiedzieć, pan Mateusz zakupił, podczas bytności u swojej siostry w Kielcach, ręczną maszynkę i odtąd sam zajmował się strzyżeniem syna. Efekty jego zabiegów fryzjerskich nie zawsze były odpowiednie do intencji wykonawcy i pani Stanisława nie omieszkała ze smutkiem opowiadać Zbyszkowi, iż śmieją się z jego źle ostrzyżonych włosów koledzy i młodzi nauczyciele. Z drugiej strony nie umiała ukryć zadowolenia z faktu, że jej mąż znów okazał się safandułą, czego obcy nie chcą dostrzec, a co dla niej było widoczne od dawna, na pierwszy rzut oka.

     Poza tym lekceważyła sukcesy męża, jego pracę społeczną na rzecz mieszkańców wioski, jego państwowe odznaczenia i dyplomy, przechowywane w dolnej szufladzie wielkiej szafy, wykonanej oczywiście przez szwagra, wraz z pamiątkowymi fotografiami oraz artykułami, które pisał dla czasopisma „Głos Nauczycielski”, i z których był bardzo dumny. Podobne zachowanie odnosiło się też do jej kilkunastoletniego syna, Zbyszka, wykazującego zdolności polonistyczne, odziedziczone po ojcu, a wartość, pisanych z zapałem wypracowań z języka polskiego, pomniejszała jak mogła, znajdując w nich z upodobaniem najdrobniejsze błędy i potknięcia. Nie posiadała się zaś z zachwytu nad wypocinami jego koleżanki z tej samej klasy, zachłystując się z zachwytu godzinami nad ich bardzo wątpliwymi zaletami stylistycznymi i poznawczymi. To samo dotyczyło wyglądu syna i jego zachowania na lekcjach oraz poza szkołą. Starała się, jak mogła, zaszczepić mu brak wiary w siebie, w swoje siły i zdolności. Chciała chyba, aby wszyscy w rodzinie byli nieszczęśliwi, chorzy, gorsi od innych, aby mogła nad nimi płakać, z żalu i upokorzenia.

     Wobec obcych ludzi, czy to inspektorów z powiatu, czy nawet sąsiadów, pani Stanisława była uniżenie, uprzedzająco grzeczna i uśmiechnięta, przyjaźnie towarzyska, a tylko do męża i syna odzywała się głosem pełnym pretensji i żalu. W domu złościło ją wszystko, nie tam, gdzie trzeba, postawiony kubek, niewytarte buty, siorbanie przy stole, stada much, na które rozwieszała od sufitu pułapki: kleiste, żółte lepy. Jakiś powód się zawsze znalazł. Najbardziej irytowały ją wyjazdy pana Mateusza na nauczycielskie konferencje w terenie. Żądała, aby z nich dobrowolnie zrezygnował i pozostał w domu, choć te zjazdy były obowiązkowe, tym bardziej, że pan Mateusz pełnił funkcję kierowniczą i z tej racji musiał należeć do partii, więc w opinii władz oświatowych z powiatu, a nawet województwa, powinien być przykładem dla koleżeństwa pedagogicznego i okolicznej tubylczej ludności, która nadal gremialnie hołdowała religijnym przesądom, nie bacząc na zmianę ustroju. Z tego też powodu, aby nie dawać okazji złym ludziom do pisania anonimów, kierownik, który był z domu po wiejsku niezmiennie wierzący, do kościoła na niedzielną mszę zmuszony był jeździć na rowerze po kryjomu, wiejskimi drogami, obsadzonymi polnymi wierzbami rosochatymi, kilka kilometrów, łąkami, do pobliskiego miasteczka, Wiślicy.

     Pani Stanisława cały czas tłumiła w sobie wzbierający nieokreślony gniew, wynikający z poczucia bliżej nie sprecyzowanej krzywdy i niedocenienia jej przez otoczenie, który to stan w niej się gotował i wzbierał rozdrażnieniem,  jak magma w czynnym wulkanie, a znaki ostrzegawcze, w postaci drobnych sprzeczek, występowały już od śniadania, aż w pewnym momencie, raczej po obiedzie, choć nigdy nie było wiadomo kiedy, następowała erupcja. W czasie kłótni matka podnosiła głos do strasznego krzyku, aż Zbyszkowi szumiało w głowie, a w finale awantury przewracała oczami, świecąc białkami i padała bezwładnie na podłogę, zemdlona, umierająca.

Pan Mateusz, przyzwyczajony do takiego scenariusza, łapał za szklankę z zimną wodą i energicznie nacierał nieprzytomnej żonie skronie. Po kilku minutach, pani Stanisława dochodziła do siebie, wstawała i z miną cierpiętnicy, ciężko obrażona, szła do swoich kuchennych zajęć, które traktowała jak karę. Jakoś nigdy nie zrobiła sobie krzywdy, mimo licznych i częstych upadków. Zbyszek, za każdym razem bardzo ciężko przeżywał taką awanturę, odczuwał lęk, przerażenie, było mu wstyd, że jego matka tak się zachowuje. Robi takie głośne awantury z bardzo błahych albo wręcz niezrozumiałych powodów. Nie umiał sobie z tym poradzić. Nasiąkał pesymizmem i złym humorem.

     Kiedy był starszy, matka domagała się, aby stanął po jej stronie w odwiecznym sporze z mężem. Żeby syn przyznał otwarcie, że ojciec jest straszny, zły, że ją niszczy i prześladuje i żeby Zbyszek to powiedział głośno, chociażby tylko do niej. Chciała go chyba w ten sposób złamać, upokorzyć, związać słowem w spisku przeciwko mężowi. Ale w chłopcu zrodził się jakiś głuchy bunt, czuł, że ziemia usuwa mu się spod stóp, jednak nie widział w ojcu nic demonicznego, był to według niego prostolinijny człowiek, który od żony wymagał jedynie podania obiadu na stół w odpowiedniej porze i pilnowania, aby jego koszule były uprane i uprasowane. Zbyszek stanowczym, choć drżącym głosem oznajmił, gdzieś w pustą przestrzeń, a trochę jakby w sufit, że nie chce stawać po niczyjej stronie. Matka, która dotychczas patrzyła na niego z nadzieją w oczach, z jakimś psim oddaniem, nagle przygasła, jakby zapadła się w sobie, zamilkła gniewno-smutno-rozpaczająco na kilka godzin.

     Panią Stanisławę najbardziej drażnił dobry humor jej męża, który nigdy go nie opuszczał. Nie mogło być dla niej większej obelgi. Zbyszek, w okresie dorastania, kiedy zaczął samodzielnie i krytycznie myśleć, nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego jego rodzice, tak diametralnie różniący się od siebie, mogli w ogóle zostać małżeństwem? Nawet na wspólnych pamiątkowych fotografiach, jakie robił im pan Olek, nauczyciel prac ręcznych, widać było ten kontrast pomiędzy małżonkami. Pan Mateusz był łysiejącym szatynem, o otwartym spojrzeniu, z uniesioną głową i uśmiechem na okrąglej twarzy, zaś pani Stanisława, śniada brunetka, głowę miała zawsze spuszczoną i patrzyła w obiektyw, jak to się potocznie mówi, „spode łba”.

     Zresztą, pani Stanisława była ciągle z kimś skonfliktowana, głównie dotyczyło to koleżanek i kolegów nauczycieli. Żywiła bowiem głębokie przekonanie, nie wiadomo skąd wzięte, że ma ona święte prawo do mówienia ludziom tak zwanej „przykrej prawdy” o nich samych. I każdy powinien jej opinii wysłuchać z pokorą. Jednak jeśli ktoś poczuł się urażony i odpowiedział jej tym samym, wówczas czuła się wielce obrażona, zaatakowana bez powodu, pokrzywdzona w najwyższym stopniu.

     Zaczynała głośno płakać, zawodząc przy tym, krzyczeć teatralnie, histeryzować i biegła do męża na skargę, aby natychmiast interweniował oraz korzystając ze swojego kierowniczego stanowiska, przykładnie ukarał brutala, który ją, niczemu niewinną, nie spodziewającą się ataku, znienacka skrzywdził. Pan Mateusz był człowiekiem pogodnym i ugodowym, nie lubił konfliktów, a tymczasem żona stawiała go pod ścianą, a wręcz zmuszała, aby kontynuował zatarg, który sama wywołała, ale absolutnie tego nie dostrzegała. Pan Mateusz próbował jakoś dyplomatycznie zażegnać pożar w gronie pedagogicznym szkoły, którą kierował, dając delikatnie do zrozumienia zaatakowanemu delikwentowi, że jego żona ma taki trudny charakter, że lepiej nie wchodzić jej w drogę, a raczej należy omijać ją z daleka.

     Dobrze, jeśli pan Mateusz spotykał się ze zrozumieniem adwersarza swojej żony, który czasem mu szczerze współczuł. Ale trafiali się osobnicy zaperzeni, cholerycy, nazbyt czuli na punkcie swej godności własnej, którzy chcieli kontynuować spór za wszelką cenę, nawet dobrego imienia szkoły. W konsekwencji za wszystko płacił nerwami pan Mateusz, który tracił na wartości jako autorytet pedagogiczny i ideologiczny, w oczach inspektora Żurka z kuratorium w Pińczowie i miał z powodu swarów o zupełnie nieistotne sprawy, doszczętnie zepsuty humor.

     Również w towarzystwie, na przykład podczas nauczycielskich imienin, kiedy wszyscy się dobrze bawili, słuchali muzyki i tańczyli, nagle pani Stanisława, jakby tknięta jakąś złą myślą, przyjmowała tragiczną minę, a następnie milczała pochylona, wpatrując się intensywnie nieruchomym wzrokiem w podłogę. Powoli dobry nastrój wśród zebranych przygasał, ludzie patrzyli po sobie zakłopotani i zażenowani, zaczynali się żegnać. Jeśli ktoś kierowany troską zapytał uprzejmie panią Stanisławę ze współczuciem, czy się źle czuje, czy może jej coś dolega, odpowiadała z ponurą miną, że nie, skądże znowu, wszystko w porządku, bawcie się dobrze. Ale kłopot w tym, że już wszyscy w międzyczasie mieli zwarzone humory, stracili ochotę i nikt już nie chciał się dłużej bawić, tylko wszyscy pragnęli jak najszybciej znaleźć się w swoich domach, żeby jakoś dojść do siebie.

     Każdą chorobę w domu, czy inne nieszczęście losowe, przyjmowała pani Stanisława z jakąś cichą, dojmującą satysfakcją, jako potwierdzenie jej trafnych, katastroficznych przeczuć i oczekiwań. – A nie mówiłam? Czułam, że tak będzie… – powtarzała w kółko, nie mogąc ukryć wewnętrznej radości, że jak zawsze, miała rację, choć nikt jej wcześniej nie wierzył. Stan rozpaczy i beznadziei uważała za naturalny i właściwy dla każdej istoty ludzkiej, a wszelkie objawy optymizmu życiowego i dobrego humoru u męża doprowadzały ją do szału wściekłości. Sądziła, z wielką pewnością siebie, że małżonek podśpiewuje i żartuje tylko jej na złość. Ale to przekonanie o nieuchronności nieszczęścia i choroby dotyczyło tylko jej rodziny, skazanej wyższym wyrokiem losu na klęskę, bo wobec obcych zachowywała się inaczej, podziwiając ich krzepę, dobre zdrowie i radość z życia.

     Najbardziej Zbyszka zdumiewało, że jego matka nigdy nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia, jeśli kogoś obraziła, skrzywdziła fałszywym posądzeniem, zrobiła komuś przykrość. Dotyczyło to również jego osoby. Nic, najmniejszych skrupułów, żalu, chęci zadośćuczynienia czy wykrztuszenia jakichś słów przeprosin. Uważała, że jest najbardziej nieszczęśliwą istotą na ziemi, została tak bardzo skrzywdzona przez los i złych ludzi, że nie może zajmować się cudzym cierpieniem, które wobec ogromu jej negatywnych doznań, jest zupełnie błahe i niewarte najmniejszej uwagi, nawet wzruszenia ramionami. Przy tym uważała się za tak dobrą z natury, że w swoim mniemaniu nie mogła nikogo świadomie skrzywdzić, a wszelkie słowa, jakie wobec ludzi z jej ust padały, oddawały tylko prawdę o intencjach danej osoby. Nie mogła więc nikogo skrzywdzić, a większość ludzi była i tak zła z natury, że do poczucia krzywdy nie mieli oni najmniejszego prawa. Uważała się przy tym za znawczynię ludzkich charakterów.

     Jednak Zbyszek z przykrością odczuł, że matka była całkowicie pozbawiona empatii. Chyba nie wierzyła tak naprawdę, że inni ludzie też mogą odczuwać ból i smutek. Jeśli martwiła się o zdrowie Zbyszka, to nazbyt teatralnie, tylko dlatego, że ją to w jakiś sposób osobiście dotykało, akcentując przy tym wobec otoczenia swoje obawy, a także  bezsenność, a nie dlatego, że to przecież Zbyszek cierpiał, a nie ona. No i mogła jego chorobami na swój sposób „imponować” innym matkom, które jej gorąco współczuły trosk i obaw o zdrowie syna. W czasie choroby Zbyszka była skrycie zadowolona, że musi się nim opiekować, a przez to cierpieć, o czym z pasją opowiadała wszystkim nauczycielom w szkole i znów znajdowała się w centrum zainteresowania. Dogmat własnej niewinności był na pierwszym miejscu w jej hierarchii wartości i jeśli ktoś zwrócił jej uwagę, że w czymś zawiniła, wpadała w prawdziwą furię, dając przedstawienie z krzykami, padaniem na ziemię, a na koniec wielodniową żałobą urażonej w swej dumie niewinności.

     Najlepszym przykładem jej zdumiewającego braku zrozumienia i odczucia cudzego cierpienia, był sposób, w jaki zwracała się do syna. Otóż od najmłodszych lat mówiła do niego „Dzidziuś” i chociaż wszedł w okres dorastania, zaczął rozglądać się za dziewczynami, stawał się, jak to wsi mówili „kawalerem” i prosił usilnie matkę ze łzami w oczach, aby publicznie tak do niego się nie zwracała, ona pozostawał niewzruszona i nieugięta. Na próżno, z jakimś maniakalnym uporem, nieczuła na żadną argumentację, z małpią wręcz złośliwością i obserwując z satysfakcją jego zażenowanie w towarzystwie, zwracała się do czternastoletniego syna „Dzidziuś”. I widać było, że ją to wewnętrznie bawi, nie potrafiła ukryć całkowicie uśmieszku zadowolenia, kiedy inni chichotali na dźwięk tego niby-zdrobnienia, które brzmiało jak złośliwe przezwisko. Wreszcie osiągnęła sukces i rozbawiła towarzystwo, ludzie śmiali się z jej słów. Chciała, żeby wiecznie pozostał takim „dzidziusiem”, bezbronnym i bezradnym, zdanym na łaskę, a częściej na niełaskę, bezwolnym dzieckiem, które nie może nic samo zdecydować, będzie pozostawać pod jej wyłączną kontrolą i panowaniem.

     Niewątpliwie pod wpływem matki Zbyszek nabierał złych przyzwyczajeń i nawyków psychicznych, które czyniły z niego kalekę życiową. Na przykład jego matka ciągle na kogoś się złościła, a Zbyszek nie umiał się złościć na innych – złościł się tylko na siebie, to on był głównym winowajcą. Inni ludzie mogli z nim zrobić, co chcieli i powiedzieć o nim, co im się żywnie podobało, a on przyjmował wszystko z pokorą. Przekonany był, że jest gorszy od innych. Nie mógł sprostać wymaganiom swojej matki, która uważała go za chłopca brzydkiego, słabeusza, więc i sam wobec innych uważał się za gorszego. Stał się całkowicie podległy, zarówno wobec rówieśników, jak i dorosłych. Jedyną jego formą obrony była ucieczka pod maminą spódnicę i czekanie na to, co ona zrobi i zdecyduje.

     Pani Stanisława jednego obawiała się najbardziej, że jej syn może być w życiu szczęśliwy.

     Trwał w ciągłym lęku, podwójnym, po pierwsze, że mógłby czymś matkę obrazić, nieostrożną uwagą, rzuconą bez zastanowienia, zawierającą cień wątpliwości w słuszność jej poczynań, a po drugie w strachu, że sam mógłby podjąć jakąś decyzję, która jej się nie spodoba. Na przykład zaprzyjaźni się z kimś, kto jej się nie spodoba. Po prostu matka chciała zarówno męża, jak i syna, kontrolować za pomocą terroru swoich humorów, okazywania wrogości, wzbudzania w nich poczucia winy. Przy tym, o paradoksie, sama nie potrafiła podjąć żadnej, nawet najprostszej, decyzji. Zdawała się pod tym względem na męża, a potem bezlitośnie go krytykowała, kiedy na coś się zdecydował.

     W efekcie Zbyszek nie był samodzielny, ba, unikał nawet myślenia o swoim życiu, o przyszłości, która go przerażała. Uciekał w książki, które czytał bez przerwy, żył nie swoim życiem. Nasiąkał matczynym pesymizmem, w przekonaniu, że jest do niczego niezdolny, skazany na łaskę i litość innych ludzi.. Najbezpieczniej było pozostawać samemu ze swoimi zabawkami, żołnierzykami i ulubionymi książkami. Matka zarażała go też lękiem i nieufnością wobec ludzi, którzy są według niej z natury źli i myślą tylko o jednym, jak mu zaszkodzić, wyśmiać go wobec obcych ludzi, wyszydzić, poniżyć. Wpajała Zbyszkowi od najmłodszych lat, że jest zbyt słaby do samodzielnego życia, niczego nie potrafi, jest zbyt miękki, zbyt delikatny, wobec czego okrutni ludzie – bo tylko tacy są na świecie – muszą go zniszczyć, a sam przecież nie potrafi się przed nimi obronić.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko