Marek Jastrząb – Dwa opowiadania

0
260

Marek Jastrząb



DWA OPOWIADANIA

 

Wszelki wypadek (kryminałka za dychę)

 

jastrzab-marek

Poprzedniego dnia wróciłem za późno. Bolała mnie noga. Pijany facet uciekający oknem z pierwszego piętra, w środku nocy, podczas ulewy, to ja. Dzwonek telefonu zmusił mnie do porzucenia wyra i wejścia w półmrok biblioteki. „Ktokolwiek chce ze mną rozmawiać, niech będzie przeklęty” – mruczałem.

W słuchawce rozległ się głos:

– Czy mam przyjemność?

– Owszem – warknąłem.

– Kiedy?

– Kiedy co?

– Kiedy się spotkamy?

– Aha. O dwunastej. U mnie. Może być?

– Rozumiem, że dzisiaj.

– Może być. Aleja Sarny. Numer 20. Czekam. Jestem sama.

– Ja też jestem sam.

Trzask i cisza. Odczekałem moment i wykręciłem do Marty. Nikt nie podnosił. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła jedenasta. Z domu, do Alei Sarny miałem parę minut samochodem. Zastanawiało mnie, skąd zna Martę? Było to pytanie o tyle istotne, że nawet ja, człowiek ze zwichniętą kostką i gigantycznym kacem, nie wiedziałem o Marcie nic. Marta, to umówione hasło. Numer, za którym każdy mógł się skrywać. Zwyczajna skrzynka na komunikaty.

Zwykle dzwoniłem do Marty, by zawiadomić o wykonaniu roboty. Ale stamtąd nigdy nie było odpowiedzi. Podszedłem do szafy. Z wyborem gangu nie mam kłopotu, ponieważ od lat noszę ten sam, siłą rzeczy uważałem go więc za wykwintny. Włożyłem kapelusz i tak wystrojony udałem się na spotkanie.

Aleja Sarny nie należała do ulic szczególnie romantycznych. Pod numerem 20 pełne zaskoczenie. Wolno stojąca willa odgrodzona ręcznie kutymi sztachetami, solidna brama wjazdowa; ledwie w nią skręciłem, uchyliła się, jakby ktoś wiedział, że nadjeżdżam.

Wysiadłem przy ganku. Nikogo. Dębowe drzwi otworzyły się same. Wszedłem do środka. Ciekawie się rozejrzałem. Z sufitu popłynął melodyjny głos:

– Witam.  Jest pan punktualny. To dobrze świadczy o starej gwardii. Marta miała rację. Niech pan siada. Barek stoi obok palmy.

– Czego sobie pani życzy?

– Zaraz wszystko wyjaśnię. Na biurku leży koperta. Otworzy ją pan w domu. Kiedy zdecyduje się pan, że warto, proszę przyjść tutaj jutro, o tej samej porze. To wszystko. Myślę, że się dogadamy. Czy ma pan jeszcze jakieś dodatkowe niejasności?

Nie miałem. Wziąłem kopertę i tą samą drogą pojechałem z powrotem. W domu otworzyłem ją, zdjąłem kapelusz i padłem się na fotel. Zastanawiałem się.

Był to gruby list. Na pierwszy rzut oka kobieta pisała do mężczyzny. Na drugi – też. Bez trudu zorientowałem się, że niewątpliwie są kochankami. Zajrzałem do środka. Prócz listu, w kopercie zmacałem kasetę. Włączyłem magnet. Usłyszałem kobiecy głos. Cytuję z pamięci:

„Mój drogi, to już wiosna, czy zdajesz sobie sprawę, że znowu jesteśmy o jedną porę roku w plecy? Jest ciepło, mamy coraz dłuższe dni, a ja bez przerwy myślę o tobie i przeraża mnie, że niedługo wszystko się skończy, wrócisz do niej, a ja tego nie chcę i tak sobie myślę, że jak czegoś nie chcę, to akurat się spełnia, więc może będzie lepiej, jak cię zabiję, a w ogóle to jestem ciekawa, co ty na to?”

I koniec. Przez chwilę (trzy sekundy z minutami) taśma milczała bezszmerowo. A później rozległo się niskie tak, zgadzam się. I znowu zapadła cisza. Jeszcze raz zerknąłem do wnętrza koperty. Nic. Byłem rozczarowany. Miałem nadzieję, że znajdę nowe zadanie, że wreszcie coś się ruszy, ale tu okazało się, że znowu mam sprawę do odrzucenia. Żadna sensowna informacja nie wynikała z tej kasety. Brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Ogarnęła mnie wściekłość. I wtedy zadzwonił telefon. W słuchawce zabrzmiał ten sam kobiecy głos, który był na kasecie:

„No i jak mój drogi, rezygnujesz, czy wolisz, bym do ciebie przyszła”?

Przez chwilę nie mogłem wykrztusić słowa. Głos był rozradowany. Jakby ktoś, po drugiej stronie cieszył się z udanego kawału. Nie chciałem dać po sobie poznać, że zrobiła mnie w konia, więc moje słowa były spokojne:

– Hej. Miło, że dzwonisz. Jak chcesz, to przyjdź. Zabalujemy. Odłożyłem słuchawkę i przebrałem się w piżamę. Za jakiś kwadrans zadryndał dzwonek do drzwi. Otworzyłem. Do pokoju wpadł nieznajomy dryblas.

Zanim zdążyłem coś wykrztusić, wprawnym ruchem złamał mi rękę, usiadł w moim fotelu, i rzekł:

– A zatem czekasz na nią w piżamie. No, to sobie poczekamy razem.

Był chyba spragniony, bo sięgnął w stronę butelki, w której, na wabia, trzymałem wodę królewską dla gości. Zdążyłem jeszcze podzielić się z nim spostrzeżeniem, że to nieładnie nachodzić ludzi o tak nieludzkiej godzinie, ale nie mogę zagwarantować, czy dożył do końca mojej wypowiedzi, gdyż po pierwszym hauście było po jego wizycie.

Wstałem z podłogi, ale nic mi to nie pomogło; ręka bolała jak diabli. Pomyślałem, że będę miał pamiątkę po intruzie i to mnie zniesmaczyło. Nie mogę wytrzymać, jak mi coś przeszkadza wiedzieć, o co biega. Lubię sytuacje proste i oczywiste. Nie znoszę krętactwa. Zwłaszcza, gdy mam kaca. 

A tu same zagadki. To za dużo, jak na jednego rozklekotanego detektywa. Po pierwsze, trup nie w porę. Po drugie, telefon z polecenia Marty. Po trzecie, kaseta. Nie wspominam o po czwarte, a szopka z nieboszczykiem – dryblasem, to już szczyt.

Tak czy owak, sytuacja skłaniała mnie do przedsięwzięcia środków zaradczych. W ekspresowym trybie należało nawiązać kontakt z Martą. Od tego zacznę. Koniecznie muszę dowiedzieć się, kto faktycznie mnie zlecił. W tym zadaniu mógł pomóc mi tylko Franio.

Marta milczała, głos na taśmie nie pofatygował się zmaterializować, Franio, gdy go odwiedziłem, był na etapie zaprzeczania, mówienia o kolorowych jarmarkach, swojej amnezji, każdej sprawie, która mu wisiała, wystrzegał się mówienia o pracy, toteż, nie mając wyboru, powlokłem się do chałupy, zatargałem truposza do łazienki i do wanny nalałem wody pomieszanej z sodą kaustyczną, którą trzymałem na wszelki wypadek.

CZYTELNIKU! Wrzuć dychę, a dowiesz się, o co tu chodzi.

Dopisek:

wrzuć NASTĘPNĄ, a otrzymasz figę.




Koligacje

 

Tego wieczoru za oknem rozszalał się wiatr. Stałem za szybą, oparty o parapet i słuchałem radia. Za oknem wiatr, za szybą ja, naprzeciw mnie skrzynka z muzyką, oto sceneria. Herbata rozgrzewała mnie, zazwyczaj dawała mi poczucie bezpieczeństwa, łagodziła skołatane nerwy. Ale dzisiaj nie pomagała, szczególnie teraz, przed tak długo oczekiwaną wizytą.

Z drewnianej skrzynki płynął dźwięk fortepianowej sonaty; głęboki, bezpretensjonalny w swoim wyrazie, pobudzający do myśli podobnych w tonie. Powoli przepływały przez moją głowę, jeszcze senną, a już znajdującą się na pograniczu jawy skłonnej wyrwać mnie z drzemki.

Co miało nastąpić, wkrótce nastąpiło: do pokoju wkroczył mój rozmówca. Od razu poznałem go po sylwetce, po ruchach i mowie, nieśmiałej i pełnej niedomówień.

– Czym mogę służyć – zapytałem. Zabrzmiało to nieszczerze, ponieważ zacząłem sobie zdawać sprawę, że nie mógłbym mu wcale „służyć”, bowiem to, co chciał mi powiedzieć, przekazać lub o coś poprosić, było dla mnie rozkazem.

Był człowiekiem niespełna dwudziestoletnim, wysportowanym i opalonym. Usiadł na  brzeżku fotela. W dyskretnym świetle nocnej lampki, po obu stronach dzielącego nas biurka, gotował się  do zadania mi ciosu:

– Jestem pana synem. Matka nie żyje, a ja wróciłem.

– To przykre – stwierdziłem.

– To śmieszne – rzekł, tłumiąc kaszel. Obojętnie spojrzał na mnie – to śmieszne, że wcale nie interesuje pana, skąd przybywam – dokończył.

– Wiem wszystko o tobie – zaoponowałem – a także wiem, dlaczego twoja mama umarła i to już wcale nie jest śmieszne.

Nastąpiła przerwa, podczas której przesunął wzrokiem po starannie zapisanych, posegregowanych kartkach.

– A więc tak pan mieszka – powiedział z żalem.

– Tak, choć nie ukrywam, że zawsze chciałem mieszkać zupełnie inaczej.

– Trochę tu zimno – stwierdził z przekąsem.

– Mówmy o twojej przyszłości – zignorowałem zaczepkę.

– Już nie warto.

– Mogę ci pomóc.

– Teraz –  fuknął.

– Właśnie teraz! ,  krzyknąłem – koniecznie w tej chwili – wydzierałem się.

Przez chwilę zastanawiał się nad czymś, by, stanowczo odepchnąć moją wyciągniętą rękę i dodał:

– Mówią, że mam się oszczędzać.

Co mogłem zrobić? Powiedziałem:

– Wyjedziesz w góry, do jakiegoś sanatorium, będziesz się leczył, może w Szwajcarii, może w Dusznikach, to wyłącznie kwestia pieniędzy, jak mówiła twoja mama, a ja pieniądze mam. Rozumiem twój stan, to znaczy potrafię pójść po rozum do głowy, za długo milczałeś, jednakże ja również i mam ci  tyle do powiedzenia, i nie wiem, od czego zacząć, nie wiem, czy trzeba wracać do przeszłości, to takie trudne, im dłużej się żyje, tym więcej trzeba się usprawiedliwiać…

Ogarnął mnie smutek, a i on spoważniał. Wyczuwałem, że odgrywam groteskową rolę, gdyż groteską było sprawianie na nim wrażenia. Wychowywany przez kobietę, która na próżno starała się stworzyć z niego mężczyznę, wcześnie osierocony, wyrósł na egocentryka; dorastał tułając się po sanatoriach i z tej przyczyny był coraz bardziej zgorzkniały, cyniczny, mający pretensje do całego świata za swój parszywy los, fatum popychające go od jednej niedoli do drugiej. A dzisiaj, gdy siedział przed moim biurkiem jakby chciał się nim odgrodzić, ukryć i zamaskować przed moimi dociekliwymi spojrzeniami, bał się mnie, bo niczego o mnie nie wiedział. Nie miał pojęcia, jak go przyjmę, z rezerwą, czy serdecznie; nie pojmował, kim byłem dla jego matki, a mojej siostry. 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko