Marek Jastrząb – Spowiedź Kombatanta

0
179
Janusz Hankowski

Marek Jastrząb

Spowiedź Kombatanta


Janusz Hankowski– Powiem panu, że przed kataklizmem nazywałem się Lenin. Gdy mnie pytano, czy aby nie pochodzę z “tych”, nie potwierdzałem ani nie przeczyłem; robiłem skromną minę, że niby mógłbym coś o tym powiedzieć, ale szkoda słów i lepiej zrobię, nie mówiąc nic.


Szkoły nie skończyłem. Zacząłem, ale wtedy nie było mody na wykształcenie, no i ja miałem co innego na wątrobie. Prawdę powiedziawszy, przedtem tak samo na niczym mi nie zależało, ale wtedy każdy robił, jak inni, byłem więc w dobrym towarzystwie, a tylko to się liczy.


Wyleciałem z niej właściwie bez powodu. Nawet nazwisko nie pomogło, chociaż w zasadzie powinno. Jednakowoż gdy nastał okres politycznego skakania przez płot, nikt mi nie schodził z drogi. Ludzie ośmielali się drwić ze mnie. Komentowali, podważali każdy mój krok i byle posunięcie. Już nie dopuszczali mnie do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach. Już nie byłem dla nich fundamentem, filarem i wyrocznią. Zatem odszedłem.


Ratowałem się, jak mogłem, bo nowe czasy wymagały nowej aranżacji. Taktycznie i radykalnie zmodyfikowałem swoje podejście do życia: zmieniłem opcję, członkostwo i koncepcję. Odtąd byłem wolnym strzelcem jakichkolwiek idei: nabożnym Ateistą lub pieczeniarzem w komży i jarmułce jednocześnie. Czym kto chciał, na życzenie. Utrzymywałem, że mam globalne i wymienne zasady, że albo w Dekalog, albo w pornusy wierzę od dziecka. Znowu więc czułem się na właściwym miejscu, jak dopasowany do wyściółki. Miałem diety, gabinety, poczciwe apanaże, dopuszczano mnie do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach, przewodniczyłem niejednej spółce, piastowałem, zasiadałem, bito mi brawka i miałem owacje, działałem na niwie i udzielałem się na polu.

I tak, cichcem, sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągnąłem to, na czym mi zależało.


A teraz jest klops, bryndza, mało kto mnie zna. Przyjaciele puścili mnie w trąbę i poszli zdrzemnąć się w ławach.  Przechrzcili się i znowu tyrają za sól ziemi czy krew z krwi. A ja podupadłem na poprzednim znaczeniu, skończyły mi się apanaże i bananowe wyjazdy. Toteż wynająłem pokój, wstrętną klitkę za pieniądze wyciśnięte z kapelusza.


Gdyż musi pan wiedzieć, że uczęszczam pod kościół w celach zarobkowych. Czasem, jak jestem sam, to modlę się za komunę. Przychodzę tu, bo jest ciepło od świec. Zmieniłem nazwisko na zgodne z duchem czasu, lecz zdało się to na niewiele, bo przegrałem wybory i zabrali mi chałupę.  Niedużą emeryturkę, funkcyjną jałmużnę, ot, głupie trzynaście tysięcy, zabrali też i jestem dokumentnie goły. Włosy mi wypadły, uczucia sflaczały, wszystko mi dynda, zaś o dobytku nie warto gęgać, dlatego uprzejmie proszę o wsparcie.


Ostatnia podróż


Ludzie odchodzą z życia. Czas pędzi i razem z człowiekiem porywa wspomnienia. To jakby razem z nim ubywał kawałek mnie; wszystkie dzisiejsze wrażenia biorą się z wczorajszych. Nawet tych niewidocznych, dziejących się ponad i wbrew realnym odczuciom.  Są ze mną  nadal i nadal jestem w stanie ożywić je w  pamięci. Właśnie tam istnieją i mówiąc o nich, ocalam utraconą cząstkę siebie.


Z drugiej strony: pamięć należy do ludzi, a człowiek jest niedoskonały; natura płata mu figielki. Jako że argumentując cokolwiek, trzeba posługiwać się własnym przykładem, rzecz o percepcyjnych figielkach zacznę od tego, że wiele lat temu oglądałem film. Bardzo był wzruszający i płakałem na nim jak bóbr. Nie mogłem się uspokoić, itd. Ale czas pogmerał w „niezapomnianych” wrażeniach, zweryfikował je i „na dzień dzisiejszy” ni cholery nie wiem, co spowodowało ten płacz, jaki to był film i jakie problemy targały jego bohaterami.


Tego rodzaju historyjki przydarzają mi się często. Rok, może dwa reaguję zgodnie z brakiem sklerozy i dźwięk, zapach, jakieś słowo, pobudzają uśpioną wyobraźnię. Po tym okresie jednak zaczyna się moja wspomnieniowa ślepota i wszystko się zaciera., Zanim odszedł mój Ojciec, (którego już nie ma, bo czas, biologia, bo naturalna kolej rzeczy, takie tam frazesy, jakie wypowiadamy), mieszkał w świecie książek. To moi przyjaciele, mawiał. Innych nie chciał.


Patrzył na półki i całymi dniami siedział obok nich. Co wyglądało tak, jakby pilnował, by nie zmieniały należnego miejsca. Od czasu do czasu wstawał, otwierał jedną z książek i czytał jej spis treści.


Początkowo nie rozumiałem, dlaczego ogranicza się do samych tytułów rozdziałów, ale gdy Go zabrakło, zacząłem robić podobnie. I teraz, kiedy jestem starszy, a za niedługo zrównam się z nim latami i będziemy jak rówieśnicy, wiem, że skoro czytało się po wiele razy jakąś książkę, nie trzeba wracać do niej, by żyła: wystarczy przypomnieć sobie tytuły, początki, słowa kluczowe, nazwiska bohaterów, by przed oczami pojawiła się CAŁA. To kwestia wyobraźni.


Lecz wiem o tym w sposób dziwny. Bo książek, fabuł, bohaterów, tekstów czytanych niedawno i przed laty, jest we mnie dużo i jak przechodzę obok półek i patrzę na ich grzbiety, SŁYSZĘ je, słyszę rozmowy bohaterów, trzask gałęzi, widzę ich twarze, widzę, jak siedzą na polanie, w księżycowym blasku i mam wtedy pewność, że nie jestem sam, że mam dokąd wracać, że mam przyjaciół, że warto żyć.


Po usłyszeniu diagnozy


Z początku jest spłoszony, nieufny, nie wie, co go spotka. A gdy już się oswoił z nową rolą i przygotował na wejście w krąg nowych doznań, idzie mu łatwiej: chce im sprostać, stawić im czoło, zmienia się, zaskakuje otoczenie, zadziwia radykalnie inną postawą wobec tej, którą miał do wczoraj.


Dąży więc do zwrócenia na siebie uwagi, do poznania go nie takim, jakim był, ale takim, jakim pragnie być. Jeżeli był skąpy, staje się rozrzutny. Serdeczny i nieomal życzliwy, zaczyna być małomównym, rozdrażnionym mizantropem. Jeżeli dotychczas żył skromnie i uczciwie, naraz ma krwiożercze kły, rzuca się w histeryczne ekspresje, pcha się na afisz i włazi na piedestał; chce, by o nim mówiono, by było z nim hałaśliwie, rozgwarowo, gadająco.


Jeżeli poprzednio był zabójczym elegancikiem, który wydzielał z siebie zapachy odpowiednie do sytuacji, nosił przy sobie, stosownie do okoliczności, zestawy kosmetyczne, dezodoranty i mydełka w żelu, pewnego dnia pokazuje się w miejscu wybitnie publicznym w kreacji wyciągniętej ze zsypu, a na dostojnej głowie do pozłoty ma świerzb.


Kowadło


Raziły mnie urwane guziki i zmierzwione wyglądy. Uważałem, że trzeba być zwartym i gotowym, bo może ktoś przyjść, znienacka zaskoczyć mnie wizytą i zastać w kalesonach opuszczonych do połowy twarzy. A ponieważ nie tęskniłem do pomocy, twierdziłem, że dopóki mam sprawne ręce, sam sobie pomogę, że dopiero wtedy, gdy będzie ze mną gorzej, zmienię zdanie. Toteż pędziłem uparty żywot zwolennika zaradności.


Mawiałem, że każdy dźwiga kowadło swojego przeznaczenia i nie powinien zbyt wcześnie pieścić się ze sobą, bo jest czas na chodzenie i jest na leżenie odłogiem. Samokrytyka, jakiej się poddawałem w zależności od nastroju, albo była bezkompromisowa, sarkastyczna i lodowata, albo pełna pobłażliwości i usprawiedliwień, które miały oświetlać moje postępowanie, unicestwiać przeszkadzające mi resztki poczucia winy, toteż ze smutkiem stwierdzałem, że wszystko było dla mnie odmienne: zdarzało się za późno, tkwiło we mnie za każdym razem inaczej, że albo występowało zawsze, albo działo się zaledwie chwilowo.


Wrażenie


Nadszedł czas urządzania się w nowym pokoju, szukania świeżych znajomości, upalny okres jeżdżenia gdzie bądź. Ale najczęściej pochłaniało mnie beztroskie śmiganie po nieoświetlonym osiedlu, jeżdżenie pomiędzy betonowymi uliczkami, ich środkiem lub wyasfaltowanymi alejkami. Przyznam się, że byłem wtedy zauroczony staniem w cieniu drzew, tuż pod nieznanym balkonem czy oknem pełnym gwaru; wreszcie nastąpił długo wyczekiwany okres wsłuchiwania się w ton i rytm rodzinnych rozmów, sporadycznych sprzeczek, przekomarzań i cichnących burz, a docierające sylwetki nieznanych ludzi, sylwetki zgromadzone przy stołach o zapachu kolacji, zmuszały mnie do rewizji poglądów na życie, które wiodłem do tej pory.


Kiedyś jednak wróciwszy z kolejnej nocnej wyprawy, zmęczony jak nigdy, uwaliłem się bez mycia lub przebierania i zapadłem w sen, w ustawicznie ten sam i ciągle niezrozumiały sen z facetem, którego nie poznawałem z początku, ale później – owszem, bo kiedy znalazł się poza moim wzrokiem, gdy musiało mu się wydawać, że już go nie widzę, że już go nie obserwuję, tracę z oczu cel, dokąd podąża, może więc w końcu odetchnąć, pozbyć się przestrachu, rozluźnić usztywnione ja, zachowywać się swobodnie, jak gdyby koszmar naszego spotkania należał do atrybutów przeszłości, do niesympatycznych incydentów bez znaczenia, groteskowych zdarzeń, epizodów wspominanych po latach z pobłażliwą nostalgią – okazał się mną.


Naraz jego sylwetka nie była jak przed chwilą: wyprostowana, dumna i nonszalancka, toteż mógłbym przysiąc, że stała się przywiędła, stłamszona, tak autentyczna w swojej niepewności i wahaniach, jak gdyby uszła z niej dotychczasowa agresja, jak gdyby w trakcie mary ulotniła się złośliwa szybkość laski, którą energicznie, nerwowo, wściekle obstukiwał ściany i którą, niby maczetą, torował sobie drogę przez dżunglę korytarza; jego sylwetka przemieniła się, złagodniała, wydobywała spod utajnionych, nieznanych warstw duszy i poczęła ukazywać prawdziwą maskę, lecz maskę ze skruchy. Chwilowej, przelotnej, gdyż kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, razem z nim, przygarbionym i znikającym we mgle, jego starcza twarz rozbłyskiwała nieoczekiwanym blaskiem odprężenia. 


Do teraz nie mam pojęcia, skąd o tym wiem. Może przeczucie, może jakiś dodatkowy zmysł, w każdym razie było to intensywne wrażenie, jakiego doświadczam za każdym razem, kiedy wydaje mi się że widzę to, czego nie widzę.


Melancholia


U mnie jak zwykle: dzień przechodzi w noc, zamienia się w sen, a co dziś, nastąpi wczoraj, lub z wtorku na niedzielę; towarzyszy mi nuda, maltretuje powtarzalność: niczego już nie oczekuję, tylko leżę. W kościach czuję podarowany czas: jesienną pluchę. Niekiedy stoję zanurzony po kostki we mgle. Czuję, jak przenika mnie ogień entuzjazmu, otacza ulewny aplauz, jak uczestniczę w roześmianych poklepywaniach, a zewsząd dobiegają frenetyczne owacje i rozbrzmiewają oklaski.


Dostrzegam nie to, co jest, lecz to, co było, toteż pytam: kogo tak naprawdę obchodzą moje duchowe rozterki, wytarte gadaniny o bytach i absolutach powtarzane w kółko i na okrągło, nijakie sztuczki zasnute patyną. Kogo, krzyczę, a echo, szydząc z moich rozterek, odbija się od kamiennych ścian, stwierdzam więc ze spóźnionym sarkazmem, że jestem wrażliwcem dla ubogich, duchowym guru dla samego siebie. Ale te uczucia – razem z wszystkimi odgłosami świata – przychodzą w deszcz; intensywnieją w ukryciu za ścianami kropli, otwarte na dotyk zaprzeszłych drzew. Bo gdy ustaje, park lśni od wilgotnej zieleni, a na szybie pojawia się słońce i wędruje w świt.


Hufce miłosierdzia


Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów uleciały ze mnie wszelkie troski, toteż przestałem odnosić depresyjne wrażenia. Szedłem razem z muzyką, otoczony łąkami i bzyczącą zielenią traw. I byłbym tak szedł dalej, uparcie radosny, wpatrzony w nierówne płyty chodnika, gdyby nie zawiniątko, które wyprysło z torby jakiejś starowinki. Potoczyło się po zebrach i wpadło mi pod obcas. Zaryłem nosem w ziemię i już mi było mniej wspaniale.


Właścicielka torebki starała się mnie przeprosić. Jeden z przechodniów zajął się czyszczeniem mojego buta o nogawkę drugiego, trzeci zrywał boki, co nie zostało zrozumiane przez czwartego, który coraz ospalej klaskał z uciechy na widok moich prób wygramolenia się z kałuży, aż piąty – demonstracyjnie splunął w neutralne plecy szóstego i ziewnął bez przekonania.


„Lata ptaszek po chodniku, jest mu raźniej, niż w słoiku” – rozdarłem się, by nie wypaść z roli. Jak zauważyłem, facet numer dwa puścił się w pląsy z babuleńką, ta zaś tupała, chwytała się pod boki, robiła kółeczka, wymachy i przykuce.


– Ale siara – zachłysnął się typek z łysawą fryzurką i wskoczył na zaimprowizowany katafalk, czyli na mnie, by odryczeć odezwę o pomoc. Żałowałem, że nie ma tu kogoś z fortepianem, bo gram jak szatan, lecz i tak było super. Łysawy zlazł ze mnie sarkając, że mam niemuzykalny głos. Byłem zdegustowany, dlatego zaryczałem „myśmy przyszłością narodu”. Jedyną odpowiedzią był pomidor.


Od chwili mojego pośliźnięcia się minęło drobne pół dnia, gdy w te pędy przyjechały odnośne organa. Była to kilkuosobowa ekspedycja doradców i konsultantów w jednoosobowych prochowcach.


Z narożnego domu wydelegowano staruszkę na noszach, by mi ubolewała. Płakała dyskretnie, we własną garderobę i bez chęci zysku, gdyż nie przyjęła chusteczki do wycierania zacieków na twarzy.


Wzruszyłem się tym jawnym współczuciem i nie chcąc wyjść na gbura, postanowiłem ułożyć wierszyk ku czci. Zażądałem papieru i ołówka. Kto mógł, wręczał mi wieczne pióro, długopis, flamaster, papeterię, a staruszek z przeciwka przytachał wiaderko.


Wzniosłem oczy do nieba. Księżyc łyskał i jarały się gwiazdy na peryferiach ciemności. Wiatr przesuwał daty. Ucieszyłem się, bo był to oczekiwany nastrój i zdanie o przesuwaniu dat pasowało mi na pierwszą linijkę. Jednak nie było co dywagować, ponieważ z chwilą napisania o wietrze, bania z natchnieniem odwirowała w siną dal.


Z okolicznych zaułków przywleczono honorowych świadków z krzesełkami. Uzgodniono na wstępie, że bez powołania specjalnej komisji, nikomu nie wolno niczego wiążącego ustalać; to, czy leżę, czy siedzę, było od tego momentu wiadomością tajną, a nawet – poufną.

Temat mojego upadku został objęty tajemnicą ścisłego zarachowania.


Zawnioskowano, że należy zabezpieczyć obecność biegłego. Niestety, okazało się, że biegły przebywa na zwolnieniu, gdyż złamał przepis. Powołano więc rezerwowego rzeczoznawcę, który miał zadanie: być czujnym i opiekować się całokształtem mojej wywrotki. Chrapał na pół etatu, lecz wkrótce musiano go zwolnić, gdyż był donosicielem wygadującym przez sen różne takie.


Odprawiono go do innych zdań, ale na wszelki wypadek w pobliżu mojego legowiska zamontowano Prezesa Ochotniczej Sekty Biegłych, bo szła noc i nie było komu świecić oczami; zanosiło się na złą widoczność, a tłumy, zapędzone do skandowania mi słów otuchy obawiały się, by mnie ktoś nieupoważniony nie rozjechał.

*

Zanim padłem przygnieciony snem, usłyszałem łoskot zamykanej ulicy. Zamykano ją dla ruchu kołowego. Byłem w niebie dla podekscytowanych i na dodatek podsłuchałem, że jeszcze w tym tygodniu przyjedzie pogotowie, więc położyłem się możliwie wygodnie i objął mnie Morfeusz.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko