WE ŚNIE
we śnie
człowiek widzi się jak w mgle
z drugiej strony witrażowej szyby
czasem bliziutko
że aż sobą oślepiony
czasem z dalsza
traci siebie z oczu
jak latawiec
wypuszczony przez otwarte okiennice
w obłoki
lecz trzymany za koniec
rozciągliwej gumki
przez anioły snu
z tamtej strony Czasu
wtem okiennice
zatrzaskuje się
przebudzonemu
pryska sen sprzed nosa
JA, HERMASZEWSKI
z ośmioma krzyżykami na plecach
należę już do elitarnego grona
astronautów
mam szansę
polecieć na Księżyc
i dalej
jak trzeba będzie
coraz częściej
bania księżyca nad miastem
kusi perspektywą
nieziemskich odlotów
TAKIE CZASY
nawet miłość
bywa dziś skrupulatnie
rozważana
na kupieckich szalach
co do miligrama
– zdradź
proszę
misiu
jakie masz konto
a ja ci powiem
jak
bardzo cię kocham
ŻYWE ŻYCIE
wciąż jeszcze coś
wre
bulgocze
kipi
w garnku mózgu
szumi
syczy
pod pokrywką głowy
tam
flotują
fluktuują
sedymentują i sentymentują
niedogotowane myśli
niewyparowane uczucia
niesfermentowane wspomnienia
żywe życie
nawet na małym ogniu
kipi
pod maską twarzy
paruje
pod przykrywką konwenansu
a czasem coś się z tego
ulewa
do innego serca
w najszczerszej rozmowie
w żywym wierszu
ŚWIT JESIENNY
DO WSZYSTKIEGO DALEKO
PO SZYBIE ROZLAŁO SIĘ NA CAŁE MIASTO MGIELNE MLEKO
PRZEZ ĆMĘ ULICZNĄ PRZEBIJAJĄ SIĘ DRAPIEŻNE
ŚLEPIA AUT
niekiedy nie starcza życia
by dokopać się w sobie do siebie
i bodaj na błysk
przemienić się
z falsyfikatu
w Autentyk
łatwiej
rozmijać
się
na zakrętach
i wtórzyć innym mgliście
księżycowym odblaskiem
MAŁY TESTAMENT
1
zostaną po nas
chmury góry
światło powietrze
niebo ziemia
słowa do wysłowienia
losy do wypełnienia
dla nowych
oczu i ust łapczywych
którym
tak jak nam
będzie się wydawało
że wszystko to dla niego stworzone
2
najlepiej niczemu się nie dziwić
najlepiej o nic nie pytać
i tak nie ma na nic odpowiedzi
odpowiedzi
ten świat jest bez przewodnika
3
cieszyć się oglądać
czerpać małymi łyżeczkami
małe szczęścia
i przechodzić
bo już z tyłu
niecierpliwią się
następni spadkowicze
1988/2020
BUJACZ-PYKACZ W OBŁOKACH
mam na obłoku
swój fotel
bujam się w nim
gdy mam ochotę
a pode mną nade mną fruwają
zmieniają orbity
wracają w zadyszce
na wyślizgane tory
stale
w oku cyklonu
choć jutro
zmiele
w drobny mak –
co dziś
z takim przejęciem
gromadzą
bardzo mnie to boli
że nic nie robię
w mniemaniu ogólnym
by pomnożyć stan posiadania
mój przesiewacz czasu
ma duże oka
pozwala wszystkiemu
przelatywać
i prawie nic nie zatrzymuje
to „prawie nic”
to dla większości
niewidoczne
destylaty kontemplacji:
mydlane bańki wierszy
którymi pykam sobie na bujaku
a one rozpryskują się
a czasem
unoszą
ponad czasem
a niektóre nawet okazują się czasoodporne
i co zawsze mnie dziwi
gdzieś komuś potrzebne
jakimś podobnym jak ja
bujaczom-pykaczom w obłokach
BALLADA ZIMOWA
z tobą pić nie muszę alkoholi
żebyś uderzyła do głowy
gdy przez stół patrzymy sobie w oczy
to się człowiek do dna zauroczy
co masz w środku pod tymi lodami
jak je stopić serca dotykiem
żebyś wybuchnęła w dłoniach
najgorętszym nagim erotykiem
jeszcze dzieli nas lodowa tafla
lecz już tu i tam zaczyna trzaskać
to wezbrane zduszone słońca
pragną się wyłamać z potrzasku
już ruszają w lutych oczach pierwsze lody
rozstępują się śniegi na trwałe
i tak mocno uderza do głowy
twoich spojrzeń wiosenny szalej





